Adam Danek: Korzenie PRL

   Poniższe uwagi nasunęły mi się podczas lektury wojennych wspomnień Stanisława Zabiełły, zatytułowanych „Na posterunku we Francji”.

   Najpierw kilka słów o autorze. Stanisław Zabiełło (1902-1970) był zawodowym dyplomatą. Od 1934 r. kierował referatem sowieckim w Wydziale Wschodnim polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Wiosną 1939 r. awansował dodatkowo na zastępcę wicedyrektora Departamentu Politycznego MSZ. Już w pierwszej połowie feralnego września 1939 r. przewidywał wkroczenie bolszewików do Polski. 12 września rozmawiał na ten temat z wiceministrem spraw zagranicznych, hrabią Janem Szembekiem, który zanotował potem w swoim diariuszu: „Po południu wezwałem do siebie p. Zabiełłę i poprosiłem go, by mi przedstawił swoją ocenę stanowiska Sowietów. P. Zabiełło oświadczył mi, że – jego zdaniem – Sowiety niewątpliwie pchały do wojny z jednoczesnym zamiarem pozostania na uboczu i skorzystania dopiero z osłabienia państw wojujących, by przystąpić na serio do zbolszewizowania Europy. Klęska jednej ze stron może ich oczywiście pobudzić do przyłączenia się do drugiej strony. Kto wie, czy na wypadek naszych niepowodzeń nie powiedzą sobie, że jest lepiej na nas uderzyć i za jednym zamachem załatwić sobie kwestię białoruską i ukraińską. Na moją uwagę, że to wszystko wygląda nad wyraz niepokojąco, potwierdził to moje wrażenie.” Po wejściu bolszewików Zabiełło w kolumnie rządowej przekroczył granicę Rumunii, skąd udało mu się przedostać do Paryża i podjąć służbę w zreorganizowanym MSZ w rządzie Władysława Sikorskiego. Po pokonaniu Francji przez III Rzeszę pełnił funkcję zakonspirowanego przedstawiciela dyplomatycznego Rzeczypospolitej Polskiej przy władzach Państwa Francuskiego (1940-1943), dopóki nie został namierzony i aresztowany przez niemiecki kontrwywiad. W styczniu 1944 r. zesłano go do obozu w Buchenwaldzie, stamtąd do jednego z najcięższych niemieckich obozów pracy przymusowej w miejscowości Dora w górach Harz, a wreszcie do kacetu w Bergen-Belsen, skąd w kwietniu 1945 r. uwolniły go wojska amerykańskie. Po wojnie Zabiełło powrócił do Kraju i zajął się pisaniem książek o treści historycznej.

   Wspomnienia Zabiełły ukazały się w 1967 r. nakładem Instytutu Wydawniczego Pax. Uderza w nich przede wszystkim brak nachalnej krytyki sanacji i oskarżeń pod jej adresem o spowodowanie klęski wojennej w 1939 r. Przez długie lata w PRL publikowano pamiętniki osób wysoko postawionych w Polsce pomajowej, na przykład wyższych dowódców wojskowych (generałowie Leon Berbecki, Juliusz Rómmel, Józef Rybak), sztabowców (płk dypl. Marian Romeyko), wysokich urzędników państwowych (Czesław Bobrowski) czy dyplomatów (Jan Gawroński) pod warunkiem takiej ich redakcji, by przedstawiała w jak najgorszym świetle rządy piłsudczyków, ukazując ich zwłaszcza jako winowajców przegranej w wojnie z Niemcami. W efekcie w krajowym obiegu wydawniczym mogły ukazywać się książki niewątpliwie wartościowe i interesujące, bo pisane przez naocznych świadków historii, ale pod tym względem sztucznie tendencyjne. W książce Zabiełły brak podobnego demonstracyjnego krytykanctwa pod odgórny strychulec ideologiczny. Autor zajął wobec rządów pomajowych stanowisko umiarkowanie apologetyczne. Dość surowo osądził za to emigracyjną politykę generała Władysława Sikorskiego, któremu zarzucił gloryfikację własnej osoby, partyjnictwo, mściwość wobec oponentów politycznych, serwilizm wobec zachodnich „sojuszników”. Stanął tym samym w jednym szeregu z konserwatystami (Stanisław Cat-Mackiewicz), nacjonalistami (Tadeusz Bielecki, Adam Doboszyński, Zygmunt Przetakiewicz) i piłsudczykami (płk Ignacy Matuszewski, mjr Henryk Floyar-Rajchman, August Zaleski), krytykującymi rządy Sikorskiego „z prawa”.

   Jednocześnie Zabiełło nie ukrywa swego pozytywnego stosunku do powojennego państwa polskiego. Z pogardą odrzuca pomysły przywrócenia w Polsce „burżuazyjnej demokracji”. Co może przesądzić o dodatniej ocenie zarazem systemu politycznego stworzonego po zamachu majowym i systemu politycznego stworzonego po II wojnie światowej? To, co miały one ze sobą wspólnego: centralna dla nich obu idea silnej władzy państwowej. Ideę tę pod nazwą „silnego rządu” wprowadził do polskiej myśli politycznej jeden z konserwatystów krakowskich, Michał Bobrzyński (wielokrotnie wznawiany w PRL). Po stańczykach odziedziczyli ją znienawidzeni przez Bobrzyńskiego piłsudczycy. Następnie odziedziczyli ją wrodzy piłsudczykom komuniści. Szczególnie znamienny wydaje się przypadek sanacyjnego historyka i ideologa mjr. Olgierda Górki, który w swoich pracach uzasadniał potrzebę istnienia silnej władzy państwowej przed wojną pod rządami piłsudczyków, a po wojnie pod rządami komunistów.

   Statokratyzm był obcy endeckiej tradycji politycznej. Endecy zamiast na państwo stawiali na społeczeństwo, naród. Ale czy PRL nie podjęła również ich testamentu ideowego? Trafnej odpowiedzi udzielił na to pytanie Stefan Kisielewski: „Endecy i komuchy dzisiejsze (narodowe w formie) wcale dobrze do siebie pasują. Dmowskiego koncepcja narodu była kolektywistyczna i wsparta na socjologii – np. antysemityzm wynikał z przekonania, że z powodu opanowania miast przez Żydów nie może się rozwinąć polskie mieszczaństwo, a więc naród jest niepełny, spaczony. Kolektywna koncepcja narodu wsparta była na konstrukcji historyczno-geograficznej i antyniemieckiej – kierowała się ku Śląskowi i Pomorzu, rezygnując z nazbyt etnicznie mieszanego Wschodu. To więc także bardzo się dziś nadaje. Polska jednolita narodowo, bez Żydów, władająca Śląskiem, Pomorzem, Prusami, oparta na Odrze i Nysie – toć przecież istny raj endecki. Dmowski wprawdzie nie uznawał walki klas i wszystkich tych teorii profetyczno-społecznych, ale skoro klas już i tak nie ma, to o cóż się kłócić?” Pokazowe wojowanie z nieistniejącą od dawna PRL, pod nazwą „antykomunizmu” uprawiane dziś w Polsce przez tzw. narodowców, to doprawdy chichot historii.

   Powyższe fakty każą skorygować popularny sąd o PRL. Źródłem niechęci do Polski „Ludowej” był (i jest) narzucony jej z zewnątrz, obcy system ideologiczny. Ale ideowe oblicze PRL nigdy nie sprowadzało się do tego systemu. Obok przywiezionych ze Związku Sowieckiego elementów marksistowskich występowały idee rodzime, zaczerpnięte od obozu narodowego, ruchu ludowego (hasło zamiany państwa polskiego w „Polską Rzeczpospolitą Ludową” ukuł jeszcze przed wojną Związek Młodzieży Wiejskiej „Wici”), piłsudczyków, konserwatystów czy polskich socjalistów. Rzetelna ocena okresu PRL powinna się opierać m.in. na prześledzeniu, czy powojenny obóz rządowy podejmował działania na rzecz wzmocnienia tych drugich kosztem tych pierwszych, czyli na rzecz budowania suwerenności ideologicznej państwa w ramach bloku wschodniego. Jedno nie ulega wątpliwości: nie można uważać PRL za twór obcy, pozbawiony związków z polskimi tradycjami – także politycznymi.

Adam Danek

prl

3 komentarze

  1. W Polsce komunizmu jako takiego nie było. Komunizm zakładał że np. środki produkcji będą wspólne i każdy będzie równy. A w PRLu fabryki należały do państwa i istniały ELYTY(członkowie partii), które wiadomo jak żyły w stosunku do zwykłych obywateli. Oczywiście można się doszukać jakiś elementów pozytywnych z tego okresu ale też trzeba wypunktować minusy tego okresu. Np. państwo było totalne i scentralizowane gdzie nie było miejsca dla silnych samorządów. Istniała własność państwowa, która mogła zostać zastąpiona na rzecz własności spółdzielczej. Co jakis czas wypowiadano wielkie wojny kościołowi. I na koniec Państwo i Partia pełniły wręcz rolę religii.

    • Dodać trzeba, że Marks drogę do komunizmu widział w masowej industrializacji (która co prawda zaistniała) i w rozwoju kapitalizmu w połączeniu z industrializacją (co pominięto), a dopiero potem stopniowe przechodzenie w etatyzm (który zaistniał w PRLu, ale bez zachowania marksistowskiego procesu drogi do komunizmu), następnie socjalizm (którego nie było, bo wszystko było upaństwowione, a nie uspołecznione, a „spółdzielnie” były kontrolowane przez państwo), a na końcu komunizm, którego nieodłącznym elementem było zniesienie państwa, a w rzeczywistości nie tylko istniała rozbudowana biurokratyczna aparatura zamordyzmu, ale była ona uzależniona od totalitarnego imperium, jakim było ZSRR. Poza tym dyktatura proletariatu zakładała oficjalną ideologię państwową i monopartię awangardową, ale w PRLu zapomniano o powszechnych rządach ludu wpływających na centralę poprzez samorządy, które zabił centralizm. Nie oceniam, czy dobrze, czy źle, że tak to wyglądało, jedynie technicznie wspominam o tym żeby udowodnić, że PRL to nie żaden komunizm (inne państwa bloku wschodniego zresztą też).

  2. zamówiłem sobie właśnie na allegro „Na posterunku we Francji”

Dodaj komentarz