Falanga: Narodowe Święto Pracy!

1maj2
1 maja 2014 roku krakowscy działacze Organizacji Falanga oraz ich goście spotkali się pod bramą krakowskiej Huty Stali na pierwszomajowym wiecu. Hasłem przewodnim demonstracji stał się slogan „Polski przemysł w polskich rękach – praca w Polsce dla Polaków!”, wypisany na okolicznościowym transparencie w otoczeniu symboliki narodowo-rewolucyjnej.

Jako pierwszy głos zabrał dr Adam Danek, w przygotowanym wystąpieniu przybliżając zgromadzonym losy krakowskiej Huty Stali, będące jednym z przykładów szkodliwości trwającego od 25 lat programu prywatyzacyjnego. Jako konieczny warunek stworzenia silnego Państwa i zapewnienia dobrobytu Narodowi wymieniono konieczność renacjonalizacji i odbudowy kluczowych sektorów przemysłu ciężkiego.

Następnie wystąpił jeden z działaczy małopolskiej Falangi, podkreślając unikatowość postulatu nacjonalizacji niektórych gałęzi polskiej gospodarki, wysuwanego przez narodowych rewolucjonistów, na tle programów systemowych partii politycznych, od ćwierć wieku koordynujących rozkradanie naszego kraju.

Zgromadzeni na wiecu młodzi aktywiści skandowali hasła związane z ideologią Narodowego Państwa Pracy, takie jak „Liberalizm musi odejść!” czy „Praca w Polsce dla Polaków!”.

Pełny zapis wystąpienia Adama Danka publikujemy poniżej:

1maj1

plakaty2 (2)

Koleżanki i Koledzy, Szanowni Państwo,

   Spotykamy się dzisiaj u bram jednego z największych w swoim czasie zakładów przemysłowych w historii Polski – u bram dawnej huty im. Tadeusza Sendzimira, która dzisiaj stanowi swoisty eksterytorialny kawałek Indii w Polsce, ponieważ należy do indyjskiego koncernu Mittal. Oczywiście, nie mówię tego po to, by wyrazić jakąkolwiek niechęć do Indii, do mieszkańców tego pięknego kraju czy do jego prastarej kultury. Nie, bynajmniej. Jesteśmy tu, by wyrazić dość oczywisty pogląd, że zakłady przemysłowe działające w Polsce powinny pozostawać w polskich rękach. I, podobnie, zakłady przemysłowe działające na przykład w Indiach powinny pozostawać w rękach indyjskich, a nie w rękach cudzoziemskiego kapitału. Bo tak nakazuje racja stanu każdego państwa.

   Hutę im. Sendzimira, przed którą się znajdujemy, wybudowano i uruchomiono we wczesnych latach tak zwanej Polski Ludowej. Model ekonomiczny przyjęty w okresie PRL chętnie obwinia się za problemy gospodarcze, z jakimi Polska boryka się dzisiaj (bo przecież od osławionych przemian ustrojowych minęło zaledwie dwadzieścia pięć lat). Tłumaczy się te problemy komunistycznym zapóźnieniem naszej gospodarki, a nie błędnym modelem ekonomicznym przyjętym w okresie tzw. III Rzeczypospolitej. Owszem, w poprzednim ustroju ekonomicznym zastosowano i podtrzymywano przez długie lata ułomne metody zarządzania gospodarką. Było to jego słabą stroną. Ale z drugiej strony potrafił on wydobyć z polskiej gospodarki największe moce produkcyjne w historii Polski. Za przykład może posłużyć obiekt, przed którym się znajdujemy – ówczesna huta Lenina w latach swego powodzenia zatrudniała nawet do czterdziestu tysięcy osób. Przy tej okazji trzeba przypomnieć, że dzisiaj w światowej gospodarce, a więc pośrednio również i w światowej polityce, liczą się te państwa, które coś produkują. Państwa, których gospodarka sprowadza się do robienia księgowości i outsourcingu dla zagranicznych korporacji nie liczą się w światowej gospodarce; są tylko cudzymi koloniami gospodarczymi. Nazywa się to ładnie „gospodarką opartą na wiedzy” albo „gospodarką usługową”, aby odwrócić naszą uwagę od faktu, że zamiast produkować, jesteśmy zalewani towarami obcego pochodzenia. Po 1989 r. Polakom wielokrotnie wmawiano, że posiadanie własnego przemysłu to w dzisiejszych czasach przeżytek, posiadanie własnego rolnictwa to też przeżytek, a nowoczesna gospodarka powinna się składać wyłącznie albo prawie wyłącznie z usług. Takie pomysły podsuwały Polsce inne państwa, które same oczywiście nie były tak głupie, żeby je realizować u siebie. Państwa te (głównie zachodnie) namawiały Polskę do likwidacji własnego przemysłu i rolnictwa tylko po to, żeby zamienić nasz kraj w rynek zbytu dla ich przemysłu i rolnictwa. A przecież wcale nie byliśmy skazani na taki los.

   Wydarzenia, które doprowadziły Polskę do jej dzisiejszego stanu kolonii gospodarczej, miały swój początek w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Wtedy nasilało się już tzw. odprężenie w stosunkach Wschód-Zachód i do Polski przyjeżdżali różni przedstawiciele władz amerykańskich. W 1988 r. amerykański kongresman z Zachodniego Wybrzeża przeprowadził rozmowy z przywódcami „Solidarności”. Znajdował się wśród nich Andrzej Gwiazda, który później ujawnił publicznie treść tej rozmowy. Amerykanin powiedział liderom „Solidarności”, że Stany są gotowe ich poprzeć, ale wcześniej chcą wiedzieć, co Polska zrobi ze swoim przemysłem. Powołał się na wcześniejszy przykład Japonii. Japonia wyszła z II wojny światowej nie tylko okupowana wojskowo przez USA, ale również zniszczona i zrujnowana ekonomicznie. Mimo to dzięki kolektywnemu wysiłkowi japońskiego narodu szybko stworzyła potężny, dynamicznie rozwijający się przemysł i kiedy w latach sześćdziesiątych weszła ze swoją produkcją do światowego handlu, kompletnie zdestabilizowała Amerykanom rynki, które uważali oni dotąd za opanowane przez siebie na trwałe. Amerykański kongresman wyraził obawę, że ze swoim kapitałem ludzkim, wykształconymi kadrami i bazą przemysłową, Polska może wpędzić Amerykę w takie same kłopoty, jak Japonia dwadzieścia lat wcześniej. I zakończył swoją rozmowę z liderami „Solidarności” sugestią, że Stany chętnie poprą przejęcie przez nich władzy, ale najpierw muszą dostać gwarancję, że polski przemysł nie stanie się dla nich taką konkurencją, jak kiedyś japoński.

   Dalszy bieg wydarzeń pokazuje, że przywódcy „Solidarności”, którzy wkrótce zostali dopuszczeni do władzy, przyjęli ten warunek postawiony przez Amerykę. Jego dotrzymanie przybrało postać rozprzedaży polskiego przemysłu, założonej już w sławetnym „planie Balcerowicza”. Tu przypomnijmy, że tak zwanego planu Balcerowicza wcale nie wymyślił Balcerowicz, choć on był odpowiedzialny za jego realizację. Tak zwany błędnie „plan Balcerowicza” został podsunięty polskiemu rządowi przez dwóch amerykańskich finansistów (dziwnym trafem obu pochodzenia żydowskiego): Jeffrey’a Sachsa (tego z banku Goldman-Sachs) i wielkiego spekulanta walutowego George’a Sorosa. A polski rząd posłusznie ten plan wypełnił. Później głównym realizatorem tzw. prywatyzacji polskiego przemysłu, czyli jego wyprzedaży za bezcen, został minister przekształceń własnościowych Janusz Lewandowski, którego działalnością przez kilkanaście lat zajmowały się potem polskie sądy, choć jego sprawa nie zakończyła się ostatecznie wyrokiem skazującym. Mimo to ocena działań polityków, którzy w ten sposób rozpoczęli niszczenie polskiego przemysłu, może być tylko jedna:

   Złodzieje!

Ten sam Janusz Lewandowski, który wtedy wyprzedawał polski przemysł, dziś nadal robi wielką karierę polityczną – jest polskim komisarzem w Komisji Europejskiej i prominentną postacią w Platformie Obywatelskiej, dobrym znajomym Donalda Tuska. A rząd Tuska kontynuuje politykę z lat dziewięćdziesiątych. Prywatyzuje resztki własności państwowej, wyprzedaje ostatnie spółki Skarbu Państwa i zamierza doprowadzić do praktycznej likwidacji Ministerstwa Skarbu. I znów, ocena tej polityki rządu Tuska, polityki wulgarnego liberalizmu, może być tylko jedna:

   Złodzieje!

   Proces demontażu polskiego przemysłu nabrał galopującego tempa po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej. W 2007 r. sprzedana została stocznia gdańska. W 2008 r. Komisja Europejska nakazała zamknąć stocznie w Szczecinie i w Gdyni oraz wyprzedać cały ich majątek. W 2009 r. ogłoszono upadłość Krośnieńskich Hut Szkła, mimo, że eksportowały one wówczas i po dziś dzień eksportują swoje wyroby do kilkudziesięciu krajów na świecie. A to tylko przykłady. W wielu wypadkach mogłoby stać się inaczej, gdyby nie fakt, że zasady działania Unii Europejskiej zabraniają rządom państw członkowskich udzielać rodzimym zakładom przemysłowym poparcia finansowego. Komentarz nasuwa się sam:

   Precz z Unią Europejską!

   Podkreślmy, że wbrew obrazowi, jaki wbijają nam do głowy wszystkie media i partie polityczne głównego nurtu, przynależność Polski do Unii Europejskiej nie jest ani konieczna, ani korzystna gospodarczo, ani pozbawiona alternatyw. W Unii Europejskiej Polska zamieniła się w rynek zbytu dla innych gospodarek, w poletko outsourcingu dla zachodnich korporacji, w dostarczyciela taniej siły roboczej dla państw Europy Zachodniej, w kraj z bankami i mediami w obcych rękach – głównie w rękach kapitału niemieckiego. Dlatego po dziesięciu latach zamykania oczu na te fakty i wmawiania w siebie, że „poza Brukselą nie ma zbawienia”, Polska powinna wreszcie zacząć myśleć na poważnie o drogach alternatywnych w stosunku do dalszego członkostwa w Unii Europejskiej. Przykładów nie musimy szukać daleko. Drogę alternatywną w stosunku do modelu unijnego reprezentuje powstająca właśnie tuż za naszą granicą Unia Eurazjatycka. W państwach, które ją budują, to znaczy na Białorusi, w Kazachstanie i w Rosji, przemysł pozostał w rękach krajowych. I to jest jedną z ważnych podstaw ich siły na arenie międzynarodowej – siły nie tylko gospodarczej, ale również politycznej.

     Bo państwo silne to nie tylko takie, które posiada silny rząd, czyli rząd zdolny do skutecznego egzekwowania swoich decyzji. Państwo silne to nie tylko takie, które prowadzi samodzielną politykę zagraniczną. Państwo silne to również takie, które skutecznie kontroluje własną gospodarkę i dzięki temu nie pozwala na siebie wywierać nacisku z zewnątrz. Państwo, którego gospodarkę zdominowały obce koncerny i obce kapitały, nie kontroluje swojej gospodarki, tylko kontroluje ją ktoś inny, z zewnątrz. Takie państwo nie jest państwem silnym i nigdy nim nie będzie. Takie państwo nie ma silnego rządu i nie jest zdolne do prowadzenia samodzielnej polityki zagranicznej. Polska jest dzisiaj zaprzeczeniem silnego państwa. Po pierwsze, obecny polski rząd co chwilę ustępuje przed presją byle kogo, czym jasno dowodzi, że nie jest silnym rządem. Po drugie, Polska prowadzi politykę zagraniczną nie samodzielnie, lecz pod dyktando innych państw, głównie Ameryki i Niemiec. Po trzecie, polska gospodarka jest poza kontrolą państwa polskiego, co usprawiedliwia się tajemniczą „globalizacją”, chociaż powinno się to wyjaśniać głupotą, nieodpowiedzialnością i złą wolą polityków Republiki Okrągłego Stołu. Wszystko to jest ze sobą powiązane. Wydaje się oczywiste, że wrogiem silnego państwa jest liberalizm gospodarczy. Przyjęcie liberalizmu gospodarczego było może największym błędem w powojennej historii Polski. Dzisiaj zadaniem Polaków jest odwrócić ten błąd.

   Liberalizm musi odejść!

   Wbrew temu, co wmawiają nam zwolennicy liberalizmu, kraje, które osiągnęły potęgę gospodarczą, budowały ją na protekcjonizmie, czyli na ochronie i popieraniu rodzimego przemysłu przez państwo. Tak postępowały Japonia, Chiny, Południowa Korea, ale również mniej od nas odległe geograficznie i kulturowo Francja i Niemcy. Jeżeli Polska ma wkroczyć na tę samą drogę, pierwszym na niej krokiem musi być nacjonalizacja zakładów przemysłowych mających zasadnicze znaczenie dla polskiej gospodarki. Być może usłyszymy, że tam, gdzie raz ruszyła prywatyzacja, renacjonalizacja jest już niemożliwa, zwłaszcza jeżeli – jak w Polsce – sprywatyzowano już niemal wszystko. To nieprawda. Bardzo blisko mamy przykład państwa, w którym prywatyzacja majątku narodowego była szybsza i jeszcze bardziej grabieżcza niż w Polsce, a jednak państwo to potrafiło następnie przeprowadzić renacjonalizację we względnie krótkim czasie i w ten sposób odzyskać kontrolę nad własną gospodarką. Tym państwem jest Rosja. W latach 2003-2006 Rosja dokonała skutecznej renacjonalizacji przedsiębiorstw o strategicznym znaczeniu dla państwa, należących do branż energetycznej, metalurgicznej i samochodowej.

   Wbrew temu, co opowiadają liberalni ideolodzy udający ekonomistów i ekspertów od gospodarki, wyznawcy Balcerowicza, thatcheryzmu czy Korwina, jest możliwa inna droga w gospodarce, niż tak zwany „wolny rynek”, czyli liberalizm ekonomiczny. Skoro tą inną drogą mogą nadal podążać dzisiaj Chiny, Japonia, Korea Południowa, Rosja, Białoruś, Niemcy czy państwa skandynawskie, to Polska także może nią podążać.

   Polski przemysł w polskich rękach!

   Narodowe Państwo Pracy!

   Adam Danek                   

3 komentarze

  1. Chwała naszej ludowej ojczyźnie!

  2. „Skoro tą inną drogą mogą nadal podążać dzisiaj Chiny, Japonia, Korea Południowa, Rosja, Białoruś, Niemcy czy państwa skandynawskie, to Polska także może nią podążać.”

    Bliżej mi do lewej strony politycznej (ale nie tej co siedzi w Sejmie), ale jeśli Prawicowcy z Falangi (a może i innych ruchów prawicowych) chcą spróbować trzeciej drogi reprezentowanej przez wymienione w artykule kraje to powiem tak: zróbmy to na pohybel neoliberałom!!!

  3. Socjal Patriota

    Jak tu nie kochać Falangi! Nacjonalizm bez korwinizmów.

Dodaj komentarz