Adam Danek: Zasady polityki migracyjnej

Inwazja nielegalnych imigrantów na Włochy, Grecję, Serbię i Węgry, plan Komisji Europejskiej skierowania jej z Italii do innych państw Unii oraz sprzeciw części tych państw (Francji, Czech, Słowacji, o dziwo – nawet Polski) wobec żądań „przyjęcia imigrantów” odmroziły i z miejsca zaogniły dyskusję o zasadach polityki migracyjnej. Po latach afirmowania niekontrolowanej imigracji oraz zamiatania pod dywan powodowanych przez nią problemów i patologii Europa obudziła się z ręką w nocniku. Obecny kryzys ma przynajmniej jedną zaletę: umożliwił odblokowanie szczerej dyskusji na ten temat, również w krajach, gdzie była ona od dawna odgórnie tamowana przez terror poprawności politycznej. Skorzystajmy z okazji, by przypomnieć podstawy rozsądnej polityki migracyjnej.

Na początku potrzebne będzie uściślenie pojęciowe. Imigracja to nie przyjazd pojedynczych osób z innego kraju, lecz ich masowy napływ. Nie polega też ona na przyjeździe do państwa przyjmującego na czas określony, jak choćby w przypadku robotników sezonowych, lecz z intencją osiedlenia się w nim na trwałe. „Przyjęcie imigrantów” oznacza zgodę państwa na jedno i drugie, tj. na masowość i nieodwracalność napływu cudzoziemców.

Optymalną linią pozostaje niewpuszczanie do własnego kraju żadnej imigracji. Żadne państwo nie ma obowiązku tego czynić. Obcy przybysze z kolei nie mają żadnego „prawa” do dostępu do naszych miejsc pracy i zamieszkania, stypendiów czy świadczeń socjalnych. Państwo ma za zadanie umożliwić taki dostęp autochtonom, a nie cudzoziemcom. Liberalne elity, gdy przekonują, iż rozwinięte gospodarczo państwo nie poradziłoby sobie bez przyjmowania imigrantów, rozbrajająco się demaskują: przyznają, że kapitalizm w ich wariancie nie może funkcjonować bez taniej (czyli źle opłacanej i biednej), dyspozycyjnej (czyli na pół niewolniczej) siły roboczej. Inaczej jednak wygląda stanowisko państw, które umiały zbudować narodowe, nieliberalne modele kapitalizmu: Japonia czy Tajwan nie wpuszczają żadnej imigracji.

Czym innym niż przyjmowanie imigrantów jest sprowadzanie do kraju repatriantów, bo nie grozi ono zaburzeniem w nim wewnętrznej równowagi. Środki wydatkowane przez Polskę na dotowanie cudzoziemców to pieniądze zmarnowane. Należałoby je w całości zamrozić, a następnie przeznaczyć na finansowanie akcji repatriacyjnej z Kazachstanu, Litwy czy zachodniej Ukrainy. Rzeczpospolita Polska jest polskim państwem narodowym, nie międzynarodową instytucją charytatywną.

            Jeżeli już państwo decyduje się na przyjęcie imigracji, powinno przestrzegać zwłaszcza dwóch reguł. Po pierwsze – nie wpuszczać imigrantów z państw ościennych, ponieważ stopniowe powstawanie dużych ich skupisk w obszarach przygranicznych stwarza podłoże dla przyszłych postulatów rewizji granic i rozwijania się irredenty. Po drugie, nie przyjmować imigracji z krajów, z którymi samo miało wrogie zaszłości w nieodległej historii, ponieważ może się tam utrzymywać nacjonalistyczny resentyment, a wówczas będący jego nosicielami imigranci stanowią potencjalne zagrożenie dla bezpieczeństwa i porządku publicznego. Polska obecnie lekceważy obie te reguły, bo masowo wpuszcza Ukraińców, a oni osiadają w Rzeszowie, Przemyślu, Lublinie, Chełmie – czyli na terenach, do których roszczenia wysuwają neobanderowskie ugrupowania polityczne, protegowane przez rząd w Kijowie. W ten sposób Polska tworzy sobie własne Kosowo. Z jugosłowiańskiej tragedii trzeba wyciągnąć wnioski: ograniczać ukraińską imigrację, dążąc do jej całkowitego wygaszenia.

            Gdyby natomiast w Polsce zaczęli się zbiorowo osiedlać przybysze na przykład z Bułgarii lub Rumunii, zjawisko to zasługiwałoby na nieco odmienną ocenę. Bułgarzy i Rumuni są narodami chrześcijańskimi i europejskimi. Bułgaria ani Rumunia nie graniczą z Polską, która nie miała z nimi konfliktów granicznych czy terytorialnych. Przeciwnie, utrzymywała z oboma tymi państwami przyjazne stosunki w okresie międzywojennym, a także powojennym. Bułgaria i Rumunia są w Polsce odbierane raczej pozytywnie, choćby jako miejsca ruchu turystycznego. Polskie władze mogłyby więc w ostateczności zaakceptować imigrację z tych krajów.

            Polityka migracyjna musi przy tym uwzględniać kryteria etniczne. Izrael w całości opiera swoją politykę migracyjną na konkretnych przesłankach etnicznych. Nie ma powodu, by sądzić, że co wolno Izraelowi, tego nie wolno innym państwom. Przykładowo, polskie władze mogą tolerować imigrację obywateli Bułgarii czy Rumunii, z wyłączeniem tamtejszych Cyganów. Przyzwalanie na rozrost skupisk Cyganów staje się bowiem przyczyną społecznych problemów i napięć, z którymi borykają się pobliskie Czechy i Słowacja, a w mniejszym stopniu nawet Francja, Belgia i Szwecja.

            Przede wszystkim jednak państwo musi konsekwentnie i stanowczo zwalczać nielegalną imigrację. Każde inne stanowisko tylko do niej zachęca, zwłaszcza żałosne hamletyzowanie, że „wprawdzie dostali się na nasze terytorium z pogwałceniem prawa, ale nie mamy jak ich wyrzucić”. Normalnymi i potrzebnymi narzędziami racjonalnej polityki migracyjnej są również ośrodki i punkty filtracyjne dla imigrantów oraz sprawne procedury ich kontroli i deportacji. Państwo, które wzdraga się nimi posługiwać, skończy marnie jak Francja, Belgia, Wielka Brytania, Szwecja, Norwegia: skolonizowane przez agresywnych przybłędów nie wiadomo skąd.

Adam Danek 

deportation_tAP100525048763

Dodaj komentarz