Rafał Sawicki: „Uległość” – recenzja polityczna

Książka wydana w dniu zamachu na redakcję pisemka „Charlie Hebdo” musiała przyciągnąć rzesze czytelników. Będąc świeżo po lekturze muszę jednak przyznać, że i bez tej darmowej reklamy zyskałaby spore grono odbiorców. I bynajmniej nie mam tutaj na myśli wydarzeń, które miały miejsce w Europie w ostatnich miesiącach, kiedy to masy uchodźców i podszywających się pod nich ekonomicznych imigrantów zalały Bałkany i Włochy, aby uszczknąć dla siebie część zazdrośnie strzeżonego przez europejskich autochtonów dobrobytu.

Islamizacja przedstawiona na kartach powieści Michela Houllebecq’a nie ma bowiem nic wspólnego z proroctwami naszej rodzimej prawicy, która roztacza wizje muzułmańskich ekstremistów obcinających nam głowy, gwałcących nasze kobiety i sikających nam do piwa. Przeciwnie – proces przejmowania władzy nad cywilizacją Starego Kontynentu przez wyznawców Proroka jest tutaj przedstawiony w postaci dialektyki młodzieńczej energii ze starczą uległością. Można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że islamizacja wyrzeźbiona piórem francuskiego pisarza jest aksamitna niczym szaty odaliski. Przebiega w zaciszu gabinetów partii politycznych, w całkowitej zgodzie ze standardami demokracji. Oto bowiem w drugiej turze wyborów stają naprzeciw sobie Mohammed ben Abbes z Bractwa Muzułmańskiego i Marine le Pen z Frontu Narodowego. Przerażeni wizją zdobycia władzy przez radykalną prawicę, wyzuci z elementarnego poczucia tożsamości kulturowej przedstawiciele lewicy i liberałów idą na układ z islamistami, kosztem oddania im pozornie mało istotnego resortu edukacji. W zasadzie ta kalkulacja okazała się słuszna, gdyż powyborcza rzeczywistość okazała się być daleką od apokaliptycznych wizji identytarystów. W rękach nowego przywódcy Francji marchewka jest większa od kija, co w zupełności odpowiada dekadenckiemu, uległemu społeczeństwu Francuzów, których największą aspiracją jest spędzić życie na przelotnych romansach, by następnie skończyć na bezpiecznej emeryturze w jakimś przytulnym miasteczku w Pirenejach czy Alpach Delfinackich. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki spada przestępczość, a energiczna polityka nowej głowy Republiki nadaje integracji europejskiej nowej dynamiki. Postulowane przezeń przesunięcie środka ciężkości nowej Europy na południe sprawia, że zaczyna być stawiany na równi z Oktawianem Augustem. Jednocześnie arabscy szejkowie wykupują najsławniejsze uczelnie Europy, by uczynić z nich kuźnie muzułmańskich elit. Wykładowcy dostają warunek: emerytura albo konwersja. Rektorem zostaje świeżo nawrócony na islam profesor Rediger, specjalista od myśli Rene Guenona, innego znanego konwertyty.

I to właśnie w cieniu tych wielkich wydarzeń rozgrywają się decydujące momenty życia Francois, wykładowcy literatury na Sorbonie, mężczyzny w średnim wieku, który ucieleśnia wszystkie cechy dekadenckiego społeczeństwa Okcydentu. Dotychczasową połowę swego życia spędził na pracy naukowej, przeplatanej romansami ze studentkami. Człowiek samotny i obojętny religijnie, wypełniony poczuciem duchowej i uczuciowej pustki. Nic więc dziwnego, że zaczyna stopniowo ulegać nowej rzeczywistości, czego kulminacją będzie uroczyste wypowiedzenie Szahady we wnętrzu meczetu. Trudno jednak doszukać się w duszy Francois rzeczywistego ognia wiary. Jest to bardziej oportunizm człowieka, którego skusiła perspektywa pięciocyfrowej pensji i rychłego poligamicznego związku z kilkoma młodziutkimi dziewczętami. Nic dziwnego, wszak nie jest to książka o żarliwości, ale o uległości. Postawie znacznie bardziej niebezpiecznej od ekstremizmu, gdyż stojąc przed perspektywą doczesnych korzyści, parafrazując klasyka, „zawsze się trochę ulega”.

Dlatego też nie można najnowszej powieści Houllebecq’a uznać za książkę islamofobiczną. Jak zauważył pewien amerykański recenzent, jest to książka frankofobiczna. Nie jest bowiem niczym innym jak zapisem samobójstwa Francji i Europy, która w obliczu młodej i witalnej siły po prostu jej uległa, oddając walkowerem własną tożsamość. Jest oskarżeniem wobec cywilizacji, która utraciła wolę istnienia, składając ją na ołtarzu dekadenckiego humanizmu, zbyt kurczowego przywiązania do wolności jednostki, a szczególnie praw kobiet, bo jak wiadomo, wojny cywilizacyjne nie toczą się na polach bitew, ale na izbach porodowych. Tym samym dzieło francuskiego pisarza nabrało silnie prawicowej wymowy. Z tego też powodu wcale nie będę zaskoczony, jeśli w najbliższych dekadach młodzi tożsamościowcy z całej Europy będą maszerować po ulicach z „Uległością” w plecakach. Tylko czy wówczas nie będzie już zbyt późno?

Rafał Sawicki

Tytuł pochodzi od Redakcji.

uległość

Dodaj komentarz