Józef Balcerek – apostoł ludzi pracy

Od Redakcji: W Polsce po 1989 r. dyskusję o ustroju gospodarczym Polski zdominowali medialnie ekonomiści głoszący agresywny liberalizm, gotowi utopić w błocie i ślinie każdego, kto kwestionował „konsensus waszyngtoński”, ich bóstwo. Dominacja ta trwa w zasadzie do dziś, choć odrobinę osłabła. Jednak wbrew medialnemu obrazowi w Republice Okrągłego Stołu nigdy nie brakowało twórców refleksji gospodarczej, którzy krytykowali liberalizm i nie ograniczali jego krytyki do socjalliberalnej „koncesjonowanej opozycji”, mamroczącej: „wolny rynek” to jedyna droga rozwoju gospodarczego, tylko trzeba go troszkę uzupełnić/skorygować… W Polsce rozprzedawanej już przez Balcerowicza jako pierwsi z krytyką liberalnej polityki gospodarczej wystąpili uczeni urodzeni w latach dwudziestych (Witold Kieżun, Stefan Kurowski, Tadeusz Kowalik, Andrzej Karpiński). Opierali się oni przy tym generalnie na dorobku polskich nauk ekonomicznych, zamiast kserować modne teorie z zagranicy i przepisywać zachodnie książki. W środowisku ekonomistów byli z reguły poddawani ostracyzmowi przez młodszych od nich czcicieli Friedmana i Hayeka. Obok wymienionych wcześniej, do tego samego pokolenia najstarszych krytyków liberalizmu ekonomicznego doby III RP należał również prof. Józef Balcerek (1922-1995). Poniższy szkic, spisany w 2011 r., poświęcony jest jego pamięci. (A.D.)

Mało jest osób, które zapadły mi w pamięć i duszę zaledwie po jednym spotkaniu. Profesor do takich należy i wiem na pewno, że nie jestem jedynym, który na zawsze pozostaje pod jego urokiem.

Spotykałem go często w SGPiS, gdzie był wykładowcą. Ale spotkania te były przelotne i anonimowe. Wszak studenci rzadko kiedy mieli możliwość codziennego obcowania na niwie innej niż wykładowo-egzaminacyjna. On zaś pracował na innym wydziale, niż ja studiowałem. Jego wydział skupiał się na społecznej wrażliwości, mój – na techniczno-statystycznych miernikach i planistyczno-zarządczych systemach gospodarczych.

Uderzająca w nim była stanowczość i pryncypialność, z jaką opowiadał się po roszczeniowej stronie świata. Oczywiście, wtedy tak nie myślałem. Myślałem inaczej.

 Mój świat – na ile go jakoś pojmowałem – dzielił się wtedy na świat pracy i świat polityki. Zintegrowane, zespolone w budowie lepszego jutra. Do tego drugiego, politycznego świata zaliczałem wszystkich zarządców rzeczywistości, w tym gospodarczej. W moim wyobrażeniu menedżerowie przerastali kompetencjami prostą „masę pracowniczą”, ale za to mieli obowiązek wobec niej: optymalizować funkcjonowanie Gospodarki i Państwa. A pracownicy mieli obowiązek zaiwaniać, ale mieli też prawo oczekiwać, że ich udziałem będzie postęp i wzrost dobrobytu, proporcjonalny do ich wysiłku, ich wkładu w rozwój kraju.

W mojej koncepcji stosunków między oboma światami mieściły się UZGODNIENIA (słowa tego użył w jakimś artykule – Poszukiwania – Michał Rutkowski), ale nie mieściły się STRAJKI i podobne kije w szprychy gospodarczo-społecznych kół zamachowych.

(Ogólnie jestem daleki od awantur, choć – kiedy są – nie mam wątpliwości i obaw, odwagi mi też chyba nie brakuje.).

Józef Balcerek – pomijając fakt, że więcej wiedział o życiu – klasę robotniczą (do końca używał tego sformułowania) uważał za jedynego suwerena gospodarczego i w konsekwencji politycznego. Na tle SGPiS-owskiej profesury był dziwadłem. Mało kto rozumie, że uczelnia ta bezwiednie szkoliła pragmatyków, manipulatorów gospodarczych, a nie ideowych janczarów socjalizmu, choć uchodziła za kuźnię kadr czerwonych.

Profesor dawał klasie robotniczej wszelkie wyobrażalne upoważnienia społeczne i polityczne. Samorząd robotniczy (pracowniczy) – to najważniejszy podmiot życia publicznego.  Na tym punkcie był pryncypialny aż do granic emocji, których nie ukrywał: wiedział lepiej niż inni, że cały ten numer z Solidarnością nie jest „korzennie czysty”, że obłowią się na nim jak zwykle mieszacze, a ryzykujący głowami robotnicy jak zwykle zostaną odesłani na koniec kolejki.

Profesora miałem wyjątkowo możliwość podziwiać z bliska na Otrycie: do chaty Socjologa ściągnął Henryk Kliszko Józefa Balcerka, Leszka Nowaka, Wojtka Lamentowicza, może jeszcze dwie-trzy osoby z najwyższej półki. Wieczory przy winie. Moja rola ograniczała się do zapewnienia (via WCSRN) strony finansowej, czyli „aprowizacji”, ale dawało mi to przywilej uczestnictwa w spotkaniach niemal wagi historycznej.

Podczas jednego z dwóch-trzech wieczorów postacią numer 1 był Józef Balcerek. Z właściwym sobie przejęciem, z widoczną aż nazbyt bezsilną irytacją opowiadał o tym, jak solidarnościowi mieszacze ciągną robotników w czarną dziurę. Niemal krzyczał. Przeżywał jakby od tego zależało jego życie, a przecież nie musiał, jego byt nie był ani zagrożony, ani niepewny, ani marginalny. Tyle, że w swoich koncepcjach społecznych „podróżował równolegle”. Jego tor prędzej czy później musiał się rozjechać z głównym nurtem.

On widział, że to już nastąpiło.

Ja dostrzegłem o wiele później.

Źródło: autobiografia-szarego-czlowieka.blog.onet.pl

Stanisław_Lentz_Strajk_1910

Dodaj komentarz