Adam Danek: Wychowanie do życia w państwie – wstęp do podręcznika

Żrą się wzajemnie pełzające kraby.

 Tadeusz Miciński

Nad naszym krajem wstaje kolejny dzień. Otwiera setki nowych możliwości, stawia nas przed nowymi szansami, dostarcza wyzwań i inspiracji. Niestety, perspektywy, które ze sobą niesie nie napawają pogodą ducha ani chęcią działania.

Zdecydowana większość naszych rodaków swą wiedzę o istotnych wydarzeniach i procesach zachodzących w życiu kulturalnym, społecznym oraz politycznym – na czele z wiedzą o tym, co wypada uważać za istotne wydarzenia i procesy na tych płaszczyznach – czerpie z podstawowego narzędzia dobrze poinformowanego obywatela, czyli z telewizora (na którym też najczęściej lista ich źródeł wiedzy się kończy). W oglądanej z nabożnością telewizji mogą zaś, jak co dzień, śledzić – kto by spamiętał, który to już raz – ceremonialną kłótnię polityków rządowej koalicji z politykami opozycji. Na jaki temat? Wszystko jedno, spektakl ma zestandaryzowaną formułę. Oddelegowany do studia przedstawiciel strony rządowej bez względu na przedmiot sporu (pozornego – patrz dalej) będzie dużo gardłował ze stanowczą miną na twarzy, tak, aby widz wyniósł z jego wypowiedzi przekonanie o głębokim poczuciu misji i ideowym zaangażowaniu rządzących – sprzeczne z szeroko rozpowszechnionymi oskarżeniami o bezideowość i interesowność podnoszonymi pod ich adresem. Oczywiście swojej roli w przedstawieniu nie zaniedba również odegrać dyżurny przedstawiciel strony opozycyjnej. Obejmuje ona mieszanie rządzącego obozu z błotem za wszystkie jego pomysły i decyzje – z zasady, tzn. bez względu na ich przedmiot i treść merytoryczną (najwyraźniej opozycjonistę rozsierdza sam fakt, że to partia tego drugiego a nie jego własna sprawuje aktualnie rządy) – oraz oskarżanie go o wszelkie zło tego świata za pomocą paru wyświechtanych, powtarzanych w kółko banałów, np. posądzanie go o „totalitaryzm”. (Kolor polityczny oskarżonego nie ma znaczenia: dyżurny „totalista” do obszczekiwania zmienia się po każdych wyborach – święcie demokracji.). W ten sposób usprawiedliwia w oczach widowni demonstracyjne awanturnictwo swoich kolegów, utrwalając w niej obraz ich troski o dobro publiczne oraz męstwa w walce z demonicznie złym rządem. Trzeci aktor w telewizyjnej farsie, obecny w studiu prezenter, umiejętnie podsyca animozje i podkręca temperaturę pyskówki (został do tego przeszkolony): w miarę, jak pada coraz więcej obelg, absurdalnych pomówień czy chamskich wycieczek osobistych, wzrasta oglądalność, a wraz z nią zyski jego stacji. A oglądalność rośnie, bo większość tak zwanych „ludzi” (słowo przez demokratów wymawiane ze szczególną emfazą) – tych z demokratycznych frazesów rozpoczynających się od „Ludzie są przekonani, że…”, „Ludzie domagają się…” albo „Ludzie nie pozwolą, żeby…” – od życia politycznego oczekuje ostatnio głównie rozrywki. Gdyby nawet pomiędzy tokującymi parlamentarzystami istniał rzeczywisty spór o sprawy publiczne, ogromna większość „ludzi” nie posiada na temat tych spraw wiedzy dostatecznej, by wyrobić sobie o nich pogląd. W końcu czerpie ją przede wszystkim z telewizji – gdzie gospodarz programu z powagą zadaje pytanie, czy urzędujący premier to nowy Hitler, po czym oddaje głos reprezentantom przeciwstawnych rzekomo opcji, z których jeden broni tezy, że tak, a drugi, że nie (przykład zaczerpnięty z rzeczywistości, słowo). Tak oto dobrze poinformowany obywatel poznaje rzeczywistość polityczną, którą podobno, jak głosi demokratyczna ideologia, współtworzy.

W rzeczywistości dyskusje w tak zwanej szumnie debacie publicznej (w samym tym pojęciu kryje się demokratyczna wiara, iż załatwianiu spraw publicznych musi koniecznie towarzyszyć możliwie jak najwięcej gadania) stanowią cyrk odstawiany dla zabawienia lub podniecenia gawiedzi. Nieraz już wychodziło na jaw, że kiedy kamery i mikrofony pracują, gadające głowy warczą na siebie i nie dają sobie nawzajem dojść do słowa, ale gdy tylko znajdą się poza wizją, mówią sobie po imieniu, a nie „panie pośle”, poklepują się po ramieniu, po czym idą razem na kawę (czy raczej na wódkę). Skoro więc naprawdę żyją w komitywie, odgrywanie jarmarcznych kłótni odczuwają zapewne jako uciążliwe i przykre. Nic podobnego! Dygnitarze poszczególnych partii rywalizują między sobą o jak najczęstszą obecność w mediach. Z prostego powodu: by móc liczyć na stołek w parlamencie w następnej kadencji, muszą dbać o popularność, tę zaś gwarantuje nie merytoryczna praca w nieznanej nikomu podkomisji czy pisanie analiz czytanych wyłącznie przez niewielu, lecz właśnie częste występy na ekranie telewizora. Politycy są uzależnieni od mediów i nie lubią popadać w ich niełaskę.

Pozorność demokratycznych sporów nie ogranicza się do personalnych relacji między politykami. Dotyczy przede wszystkim układów pomiędzy głównymi aktorami sceny politycznej w demokracji, tzn. partiami. Ich przywódcy nierzadko zapowiadają w buńczucznych słowach bliżej nieokreśloną rozprawę („rozliczenie”) ze swymi konkurentami zaraz po spodziewanym dojściu do władzy, jednak nigdy do niej nie przystępują. Taka sytuacja to nie przypadek – powtarza się regularnie. Jak twierdzą politolodzy, normalne zjawisko we współczesnych demokracjach stanowi tzw. kartel. Tworzy go kilka najważniejszych partii, stale obecnych w parlamencie. Inne ugrupowania i ruchy nie mają szans na przekroczenie progu wyborczego (głównie z powodu braku dofinansowania z budżetu i ustawowo zagwarantowanej obecności w państwowych mediach), toteż krąg realnych pretendentów do władzy ogranicza się do uczestników kartelu (choć według oficjalnej wersji władzę w demokracji sprawować może absolutnie każdy). W poszczególnych kadencjach parlamentu do koalicji rządowych wchodzą tylko niektóre z nich, pozostałe przechodzą na stanowisko opozycyjne, z którego ceremonialnie zwalczają te pierwsze i przygotowują się do zastąpienia ich w następnej kadencji. Wszystkie jednak łączy cichy pakt o zasadniczej nieagresji. My nie zrobimy wam krzywdy, kiedy jesteśmy u steru, a w zamian wy odwdzięczycie się nam tym samym – abstrahując od steru, w końcu wszyscy płyniemy na tym samym żłobie. Żłób to dotacje i subwencje z budżetu przysługujące im na podstawie przywilejów prawnych, które partie parlamentarne same sobie nadały. Rzeczywistą rywalizację podejmują wyłącznie w okresie wyborczym, kiedy starają się wyszarpać pozostałym jak największy kawałek budżetowego tortu, ale są absolutnie zgodne co do tego, że mniejszy lub większy kawałek powinien przypaść każdej z nich. Całkowicie solidarnie występują przeciw wszelkim siłom spoza układu pretendującym do udziału w torcie. I dlatego to, co w realiach demokratycznych nosi szumną nazwę „walki” między partiami zawsze kończy się na słowach.

Zatrzymajmy się przez chwilę nad istotą działalności partii politycznych. Termin „partia” wywodzi się od łacińskiego pars – „część”. Klasyczna refleksja polityczna ujmowała państwo jako wspólnotę – organizm polityczny. Organizm, choć wewnętrznie zróżnicowany w budowie, stanowi jedność, spójną całość. Rządzenie uznawała myśl klasyczna za sztukę działania na rzecz dobra całej wspólnoty. Rozpad organizmu na części oznacza jego śmierć. W Europie nastąpił on w toku rewolucji francuskiej (w Anglii wcześniej, podczas rewolucji i wojny domowej w XVII wieku), jednocześnie z powstaniem pierwszych partii. Wspólnota polityczna runęła, a na jej gruzach wyszły na żer polityczne gangi. Partia to zaprzeczenie jedności, część dążąca do podporządkowania sobie całej reszty. Partie nie „myślą całościami”. Demokratyczna ideologia głosi, że „partie polityczne reprezentują interesy poszczególnych grup społecznych w życiu publicznym”. Nawet zakładając szczerość intencji partii, oznacza to, że ideałem demokratów jest państwo zdegradowane do roli areny walki (i zarazem łupu) różnych grup dążących do wyegzekwowania swych egoistycznie pojmowanych korzyści przeciw pozostałym grupom, gdzie każda z grup posiada swą awangardę w postaci partii. O ładzie politycznym czy nawet społecznym nie może tu być mowy, toteż przed zgubnym wpływem partii na państwo przestrzegał w swym pożegnalnym orędziu do Kongresu już Jerzy Waszyngton, przez szereg dekad niepodważalny autorytet dla pokoleń liberałów i demokratów, bo współtwórca wzorowej, pierwszej na Zachodzie  demokratycznej republiki. (Dobry przykład demoliberalnego pisania historii pod kątem ideologii: w rzeczywistości Waszyngton był monarchistą, a Stany Zjednoczone miały u swych początków tzw. ustrój mieszany, łączący pierwiastki monarchiczny, arystokratyczny i demokratyczny – który wyrodził się w demokrację dopiero w XIX wieku.). Ale w gruncie rzeczy nie ma sensu tego rozważać, gdyż partie i tak nie dbają o korzyści reprezentowanych ponoć przez siebie grup społecznych, a jedynie o własne. Zmierzają do jak najściślejszego splecenia się z aparatem państwowym, aby maksymalnie wyzyskać przywileje płynące ze sprawowania władzy. Prowadzi to do tego, co Hans Kelsen ochrzcił „państwem partyjnym”: utrwalenia stanu, w którym partie mają wyłączność na wyłanianie składu rządu, a wszystkie wyższe stanowiska państwowe obsadzane są jedynie przez ich członków lub osoby przez nie wskazane. Nic dziwnego, że partie są gotowe zrobić wiele, aby zdobyć lub utrzymać przynależność do kartelu, a ich działacze – by zapewnić sobie miejsce w parlamencie. Wybory to jedyny moment, kiedy partie kartelu, normalnie tworzące kooperatywę, przystępują do współzawodnictwa.

„Wieczór wyborczy”! Wielka orgia demokracji! Migające, utrzymane w komiksowej stylistyce słupki z upragnionym „poparciem”; podawane co godzinę, albo i częściej, „przybliżone liczby głosów”; dziennikarze podgrzewający atmosferę na sposób komentatorów sportowych… i setki tysięcy podekscytowanych, przyklejonych do telewizorów ludzi, dających się nabrać na tę farsę. Jakby tego było mało, demokratyczne bachanalia poprzedzają wyjątkowo męczące miesiące, kiedy pretendenci do politycznych beneficjów nachalnie wdzierają się do naszych domów za pośrednictwem radia, telewizji, internetu, telefonu, zapychających skrzynkę pocztową krzykliwych ulotek, a na ulicach z każdej pionowej powierzchni straszą ich cukierkowe podobizny z nienaturalnym uśmiechem i nieodzownym dzieckiem na ręku mającym wywołać wzruszenie. (Nawet ci – coraz liczniejsi – którzy nie dają się porwać „magii wyborów”, zbyt rzadko uświadamiają sobie, że na mocy prawa wyborczego koszta szastania przez partie pieniędzmi w toku kampanii spadają bezpośrednio na podatników.). Przede wszystkim jednak z każdej strony bombardują nasze uszy spiętrzone kaskady obietnic. Demokraci zapewniają, że demagogia to w ich ukochanym ustroju zjawisko patologiczne, negatywny wyjątek od reguły. Prosta obserwacja wskazuje jednak, że to ona jest regułą. Dodajmy: i logiczną konsekwencją demokratycznego sposobu zdobywania władzy. Kandydat w demokratycznych wyborach zmierza w pierwszej kolejności do bycia wybranym, a nie, na przykład, do dochowania wierności swojemu programowi, bo inaczej i tak nie zdoła go zrealizować. Szansę ma tym większą, im więcej anonimowych osób odda na niego głosy. Aby uzyskać więcej głosów, musi zaskarbić sobie sympatię i poparcie możliwie największej rzeszy ludzi. Biorąc zaś pod uwagę, że we wszystkich grupach społecznych, także tych lepiej wykształconych, osoby zorientowane w arkanach życia politycznego i gospodarczego tworzą wąskie mniejszości, najłatwiej osiągnie ten efekt przez schlebianie potencjalnym wyborcom i składanie im obietnic, rzecz jasna nie troszcząc się o ich realność – jeśli osiągnie sukces, nikt mu ich przecież nie wypomni. W warunkach demokratycznych demagogia jest nieodzowna; przed tą żelazną koniecznością prędzej czy później ugnie się nawet najuczciwsze stronnictwo. Najwyższą intensywność osiąga ona w okresie wyborczym, kiedy w użycie wchodzą zwłaszcza dwie jej odmiany: obietnice, adresowane do wyborców, oraz oskarżenia, wymierzone w konkurentów. Jedne i drugie cechuje cynizm: obietnice są świadomie (dla ich autorów) nierealne, a oskarżenia niesprawdzone; jedne i drugie pełnią przecież czysto utylitarną funkcję. Dla zatuszowania tego faktu partyjni działacze zatrudniają za pieniądze podatników specjalistów, którzy szkolą ich w wygłaszaniu kłamstw tak, by brzmiały szczerze, łącznie z nauką intonacji głosu i doboru gestów. Wpisuje się to w ogólny wyborczy modus operandi polegający na angażowaniu, za fundusze wzmiankowanego pochodzenia, sztabów wysoko opłacanych fachowców od marketingu, reklamy, wizerunku, PR, consultingu i tak dalej, którzy mają opracować dla pracodawcy zespół socjotechnik pozwalających jak najskuteczniej wmawiać „ludziom” sympatię dla niego. Nie wymaga to pokonywania zbyt wielkich przeszkód. Większość społeczeństwa tworzą ludzie pozbawieni samodzielnie wypracowanych, a więc trwałych, poglądów w prawie każdej dziedzinie, a zatem podatni na perswazję, zwłaszcza profesjonalną. Demokratyczna ideologia utrzymuje, że partie zakładają obywatele w celu wspólnego artykułowania swych przekonań w życiu politycznym. Opowieść o oddolnej genezie partii odpowiadała może prawdzie w XIX wieku, ale współcześnie to bajka: to partie najpierw zlecają napisanie programów, a następnie za pomocą aparatu propagandowo-medialnego sztucznie kreują u elektoratu potrzebę ich poparcia. Nie wyborcy kierują działaniami partii, a partie działaniami wyborców.

Także programy, czyli pożal się Boże „idee” i „wartości”, jakie partia rzekomo pragnie urzeczywistniać mają czysto utylitarny charakter. Partie piszą programy tak, by ułatwiały przeciąganie wyborców na ich stronę. Ich dokumenty programowe składają się głównie z ogólników, wyrażeń w stylu „krzewienie oświaty”, „umacnianie demokracji”, „wspieranie społeczeństwa otwartego”, pozbawionych praktycznego znaczenia. Dla odmiany materiały wyborcze uderzają dokładnością, epatując np. dokładnymi liczbami kilometrów autostrad i mieszkań dla młodych małżeństw, które partia zacznie budować, gdy tylko obejmie rządy. Oto język partii politycznych: z jednej strony mętne pustosłowie, z drugiej – prymitywna demagogia.

Partia traci zainteresowanie złożonymi obietnicami z chwilą dojścia do władzy lub przynajmniej wejścia do parlamentu. Po tym, jak program spełnił swe zadanie, zostaje odwieszony na kołek. Partie wszelkich kolorów sprawując władzę, zasadniczo nie różnią się od siebie. Brakuje im jakichkolwiek stałych wytycznych postępowania, nie wspominając o przewodniej idei. Próbują to obrócić na swoją korzyść, tłumacząc, że zamiast ideologicznych pryncypiów chcą się skupić na rozwiązywaniu konkretnych problemów i tak same przyznają się, choć w nieco zawoalowany sposób, do bezideowości. Z jednym wyjątkiem: konsekwentnie dążą do zapewnienia sobie jak najbardziej uprzywilejowanej pozycji. Partie mogą się ze sobą kłócić w sprawach drugorzędnych, lecz co do jednego pozostają stuprocentowo zgodne: państwo istnieje dla nich, jest i ma być ich własnością. Dążeniu temu podporządkowały zmiany w prawie i akty legislacyjne uchwalane w minionych latach przez zmonopolizowany przez nie parlament. Dotyczy to szczególnie ordynacji wyborczych oraz ustaw: o partiach politycznych, o radiofonii i telewizji, wreszcie o rozmaitych instytucjach publicznych, gwarantujących partiom uprzywilejowaną względem innych podmiotów pozycję w wyborach, stałe dofinansowanie z pieniędzy podatników (których nikt w tej kwestii o zdanie nie pytał), obowiązkową obecność w państwowych mediach, decydujący wpływ na obsadę stanowisk publicznych.

W demokratycznym państwie władzę z reguły sprawują partie, jednak istnieją w nim również czynniki, z których stanowiskiem i one muszą się liczyć. Nie chodzi bynajmniej o „obywateli”; ci mają najmniej do powiedzenia. Jeszcze dziewiętnastowieczni uczeni wykazali, że demokratyczna „suwerenność ludu” to fikcja, nawet z czysto prawnego punktu widzenia. Więzy współzależności łączą partie przede wszystkim z mediami. Politycy swymi działaniami dostarczają im materiału do karmienia widzów. Przytłaczająca większość tych ostatnich czerpie wiedzę i „swoje” poglądy wyłącznie z telewizji i gazet, dlatego wizerunek medialny partii poważnie wpływa m.in. na jej szanse w wyborach. Tym bardziej, że dzięki konstytucyjnie gwarantowanej „wolności wypowiedzi” media mogą do woli atakować nielubiane przez siebie ugrupowania i osoby, a w razie jakiejkolwiek reakcji z ich strony jeszcze bardziej zepsuć im opinię, oskarżając je o próby tłamszenia wolności słowa i demokracji. Dlatego partyjne kierownictwa starają się utrzymywać bliskie, możliwie przyjazne kontakty z właścicielami i szefami mediów oraz nie narażać im się bez potrzeby.

Drugim obok mediów czynnikiem opiniotwórczym są – jeszcze – tzw. elity intelektualne: publicyści, literaci, naukowcy. Oczywiście nie wszyscy, lecz ci modni. Owe gremia nie tylko są wytworem mody, ale i same ją kreują. To one decydują, co w bieżącym okresie wypada myśleć i mówić, aby być na czasie i nie zostać wziętym za dziwaka. Elity intelektualne, wykorzystując swój prestiż, tępią nielubiane przez siebie postawy i przekonania z zaciekłością, przy której bledną manipulacje mediów czy polityczne pyskówki. Partyjnym liderom zazwyczaj zależy na pozyskaniu ich przychylności lub przynajmniej neutralności. Tym bardziej, że na ich opinie lubią się powoływać media.

Wpływ intelektualnych salonów na życie polityczne ustępuje jednak wpływowi, jaki wywiera na nie środowisko zwane niegdyś finansjerą, a obecnie światem biznesu. Biznesmeni opiekują się politykami, kiedy tym nie wiedzie się w ich własnej branży, zwłaszcza zaś, kiedy znajdą się poza parlamentem, np. zatrudniając ich w którejś ze swoich firm. Wspomagają ich też finansowo, szczególnie na cele związane z wyborami. W zamian za to oczekują od nich podejmowania decyzji z korzyścią dla nich, gdy ich podopieczni ponownie znajdą się u władzy.

Oto, kto naprawdę rządzi państwem, którym formalnie rządzi „lud”: kierownictwa partii politycznych i mediów, ludzie wielkiego biznesu, salony. Czym zatem różni się państwo demokratyczne od niedemokratycznego? Na pewno nie osławionymi rządami większości. Te są wymysłem ideologów. Państwem demokratycznym, jak każdym innym, włada elita, czyli mniejszość. Ustroje różnią się między sobą jedynie sposobem jej selekcji i co za tym idzie, jej jakością. Elitę demokratyczną cechuje zauważalnie niski poziom kulturalny i umysłowy. Logiczna konsekwencja faktu, że w demokracji do elity wejść może każdy, czyli – inaczej mówiąc – byle kto.

Oblicze demokracji nie grzeszy urodą, kiedy zedrze się z niego ideologiczne zasłony i maski. Wyziera spod nich rządzona przez ciemne układy nieodpowiedzialnych za nic i przed nikim macherów „republika-dziwka”, jak określił ją Charles Maurras. Demokraci, kiedy uzmysłowi się im powyższe fakty, nie próbują im zaprzeczać. Odpowiadają zamiast tego, że to normalne, że tak było zawsze, że tak jest wszędzie na świecie, a innych możliwości nie ma – i tu pada sakramentalne: „bo jeżeli nie demokracja, to co?”.

Kłamią, oczywiście. Demokracja nie jest stanem naturalnym, nie panoszy się od zawsze i nie jest pozbawiona alternatyw. Do niedawna istniał przecież krańcowo odmienny świat.

W rzeczy samej, wbrew zapewnieniom demokratów współczesne rządzenie państwem przez „chaos kontrolowany” bynajmniej nie jest konieczne – czyli nie jest nikomu potrzebne – a szkody, jakie powoduje, nie stanowią w nim patologii, lecz normę. Istniał kiedyś świat, który doskonale się bez niego obywał. Zamiast „kontrolowanego chaosu” panował w nim naturalny porządek.

Jak już powiedziano, demokraci przywiązują wielką wagę do spowicia życia politycznego w jak najintensywniejszą gadaninę. W ich ideologii każdy członek „społeczeństwa obywatelskiego”, bez względu na brak kompetencji i wiedzy, powinien wyrażać i propagować swoje zdanie o wszelkich sprawach publicznych. Powstający w ten sposób harmider bezładnych głosów nosi nazwę „opinii publicznej”, w której uciera się wspólna decyzja. Im więcej osób gada, tym bliżej do demokratycznego ideału, a im więcej w „debacie” sprzeczności, tym większy „pluralizm”. W rezultacie sferę polityki zawłaszcza tłum agitatorów i pismaków – „klasa dyskutująca”, jak ją trafnie zdefiniował Juan Donoso Cortés. Natomiast w świecie, o jakim trzeba tu opowiedzieć, polityka polegająca na permanentnej kłótni nieodpowiedzialnych krzykaczy pojawiały się chyba głównie w złych snach mężów stanu. Polityka była wówczas uchwytna, ponieważ jej źródła nie stanowił mglisty melanż niezbornych opinii jednostek i grup, lecz wola konkretnej osoby. Prowadzona przez tę osobę, wyrażała się nie w gadaniu, a w decyzjach. Aby dało się mówić o suwerenności decyzji politycznej, musi ją podejmować konkretna osoba, dlatego prawdziwy suweren zawsze jest pojedynczym człowiekiem, na co z prawniczego punktu widzenia zwracał uwagę Carl Schmitt.

Rządy osobowego suwerena nie oznaczały przy tym niedopuszczania różnorodnych poglądów do sfery publicznej. Każdy suweren posiadał doradców; nic nie stało na przeszkodzie, by swoje opinie przedstawiali mu mieszkańcy rządzonego przez państwa, czemu służyły zresztą powołane do tego celu historyczne instytucje, m.in. parlament. Decyzję i działanie podejmował jednak osobiście suweren, a wskazówki doradców, ludu lub parlamentu, jakkolwiek mogły się okazać użyteczne, nie wiązały jej w żadnym stopniu. Jego decyzja rozstrzygała ostatecznie wszystkie dyskusje. Wszyscy wiedzieli, kto ją podjął i kto odpowiada za jej skutki. Suweren ponosił pełnię odpowiedzialności za rozstrzygnięcia polityczne i nie mógł jej zrzucić na kogoś innego. Jakże różnił się ów świat od demokracji, gdzie dzięki „podziałowi władzy” nie da się ustalić, jaki podmiot odpowiada za efekty decyzji publicznych, a jej ofiary próżno usiłują dociec, kogo należy winić za wybryki władzy, którą podobno same kreują.

Państwo bytowało jako wspólnota. Z chwilą, gdy wspólnota dzieliła się na części, a te rozpoczynały rywalizację o zdobycie władzy, ulegała zniszczeniu; państwo staczało się w odmęty anarchii. Taki los spotkał święte cesarstwo rzymskie w XVI, Anglię w XVII, Francję w XVIII, Hiszpanię w XIX, Rosję w XX wieku. Proces rozpadu poprzedzał zawsze moment słabości suwerena, jego zaniedbań prowadzących do utraty kontroli nad sferą polityki. Gdy suweren wypuszczał z rąk monopol na władzę polityczną, natychmiast ujawniały się ambicje do jej zagarnięcia; jak grzyby po deszczu wyrastały zorganizowane grupy i rzucały się w wir walki, skutkującej rozsadzeniem państwa i dezintegracją wspólnoty. I tylko w początkowym etapie procesu zawierały czasowy sojusz w celu obalenia suwerena wspólnymi siłami. Suweren, który godził się na choćby częściowe osłabienie swej pozycji, gotował sobie rychły upadek.

Obalenia suwerena, a wraz z nim całego ładu, którego był zwornikiem, dokonywały wywrotowe ruchy zazwyczaj pod hasłem skończenia z „tyranią” bądź „despotyzmem”. Współcześni, zatruwani od najmłodszych lat wulgarną demokratyczną propagandą, myśląc o rządach pojedynczego człowieka, automatycznie wyobrażają sobie poddanych żyjących w ciągłym upokorzeniu, kontrolowanych na każdym kroku przez aparat przemocy i prześladowanych za najmniejszy przejaw nieposłuszeństwa. Ten absurdalny obraz zawdzięczamy wyłącznie dwóm stuleciom nieprzerwanej indoktrynacji. Wystarczy przestać przyjmować go z góry za oczywisty, by zauważyć jego brak logiki. Niedemokratyczna władza suwerena wcale nie musiała bez przerwy dyscyplinować i pilnować poddanych jej ludzi, bo nie od nich ją otrzymywał, więc nie potrzebował się starać, by mu jej nie odebrali. Odwrotnie niż współczesne rządy partyjniackie, które nadanie władzy muszą wylicytować u mas wyborczych. One potrzebują oszukańczych obietnic, gróźb i szantażu oraz medialnego prania mózgu. Dlatego bez skrupułów wdzierają się w zacisza ludzkich domów ze swą natrętną agitacją. Suweren nie zniżał się do żadnego z tych szachrajstw. Jeśli musiał się komuś przypodobać w celu utrzymania się przy władzy, to Bogu, z którego łaski ją otrzymywał. Ponieważ nie był zmuszony traktować lud jako zbieraninę pionków, których łatwowierność trzeba wygrać, jego stosunek do poddanych pozostawał mimo wszystko bardziej życzliwy od stosunku demokratycznych partii do „obywateli”.

W erze prawdziwych suwerenów polityka nie nosiła znamion spektaklu odstawianego w celu mydlenia oczu rzeszom poddanych i manipulowania ich nastrojami. Suweren nie traktował ich jako podmiotu polityki, bo jak ogół miał ogarnąć tajniki dyplomacji czy sztuki wojennej? Żadne zgromadzenia nie potrafią poza tym wygenerować trwałej woli politycznej. Gdy decyzje podejmuje jeden człowiek, mogą się okazać merytorycznie trafne lub błędne, ale są spójne i wiadomo, kto ponosi odpowiedzialność za ich konsekwencje. Kiedy decyzje podejmuje kilka osób, zachodzi już ryzyko powstania między nimi trwałej różnicy zdań, co grozi sparaliżowaniem ośrodka decyzyjnego lub niebezpiecznym spowolnieniem jego działania, gdy od kluczowych rozstrzygnięć politycznych może zależeć los tysięcy ludzi. Ryzyko paraliżu decyzyjnego wywołanego sporami wzrasta, kiedy decyzje podejmuje kilkanaście osób; przy kilkudziesięciu mamy do czynienia z jeszcze większym rozbiciem. A kiedy jest ich kilkaset, choćby pełnych najszczerszych intencji i wiary w słuszność swoich racji? Każdy demokratyczny parlament to zinstytucjonalizowana permanentna kłótnia, wynikająca z braku jedności przywództwa politycznego.

Aby nie zagrażało mu wewnętrzne rozbicie, państwo musi mieć formę przynajmniej „monokratyczną, jeżeli nie monarchiczną”, jak wyraził się konstytucjonalista Józef Bohdan Oczapowski (1840-1895), tzn. taką, gdzie głowa państwa „przedstawia jedność zbiorowej woli Państwa i poniekąd Państwo samo, a w chwilach stanowczych uzmysławia panującą władzę urządzonego politycznie narodu, która góruje, unosi się nad zakusami czynników interesownych”. Michał Bobrzyński wspominał w tym kontekście o „idei monarchicznej”, którą mogą wcielać w życie różne formy ustrojowe, nie tylko te z królem na czele. Na dłuższą jednak metę utrzymanie ładu gwarantuje wyłącznie monarchia. Republikańska monokracja ma wbudowaną pułapkę: głowa państwa, mimo swej pierwszoplanowej roli, musi zostać przez kogoś wybrana, co skłania pretendentów do ubiegania się o poparcie niskimi i demagogicznymi metodami. Konieczność wstępnego przekabacenia na swoją stronę wyborców, parlamentu, partii czy grup interesów niesie w sobie zalążki moralnego upadku rządów. Jedynie głowa państwa niepochodząca z wyboru nie musi przy pomocy pochlebstw, obietnic czy łapówek kupować sobie popularności, bez której pozostaje bezsilna.

Ongiś uprawianie polityki nie sprowadzało się zatem do wprawnego uczestnictwa w codziennych dziś międzypartyjnych pyskówkach, nie miała ona współczesnego karczemnego kolorytu. Działania władzy znamionowało dostojeństwo, maiestas. Respektowanie tego ostatniego zarówno przez poddanych, jak i władców gwarantowała sakralność porządku państwowego oraz jego silne związki z Kościołem. Dlatego też poczynania władzy, a nawet samo jej istnienie traktowano jako ziemską epifanię ładu przekraczającego doczesność, rzeczywistości transcendentnej. Zobowiązywało to do respektowania zasad piękna i wzniosłości przy przekładaniu ich na język konkretnych, widzialnych i słyszalnych form. Sytuacja zmieniła się, gdy człowiek zanegował sakralne pochodzenie władzy, a za jej źródło uznał chaos partykularnych, subiektywnych mniemań, nazwany na wyrost wolą ludu. Jeśli otwiera się dostęp do współtworzenia życia politycznego bez wyjątku dla wszystkich, których jedyna zasługa polega na dożyciu wieku określanego przez cenzus wyborczy, trzeba obniżyć do najniższego wspólnego mianownika normy wymaganych dla jego uczestników: wykształcenia, manier i moralności. Ale wtedy nie należy się dziwić inwazji ignorantów, chamów i zwykłych łobuzów na sferę publiczną. Doprawdy, niewiele scen dorównuje komizmem demokratom narzekającym na niską jakość demokratycznej polityki i demokratycznych elit. Prosta obserwacja psychologiczna podpowiada, iż by odczuwać szacunek do władzy, ludzie muszą żyć w przekonaniu, że sprawuje je ktoś mądrzejszy i pod wieloma względami lepszy od nich. Ale niby dlaczego mieliby szanować władzę kogoś równie głupiego i słabego jak oni, zwłaszcza jeśli podobno sami mu ją dali? „Masy szanują rząd tylko dlatego, że nie jest ich dziełem.” – skonstatował dwa wieki temu Joseph de Maistre.

Jak wspomniano wcześniej, żadnym państwem, włącznie z demoliberalną republiką, nie rządzą wymarzeni „ludzie” demokratów, a zawsze elita. Naturalny porządek tym się między innymi różnił od dzisiejszej Europy-potworka, że rządy elit były czystsze, bo jawne, nie zaś cynicznie skryte za zasłoną frazesów o „władzy ludu”. Pojęcie arystokracji (gr. aristokratía – „władza najlepszych”) oznacza najlepiej się nadających do sprawowania władzy. Są oni do niej przygotowywani przez całe życie przez swoich poprzedników, którzy przez długie lata nauki przekazują im umiejętność rządzenia (arcana imperii). Polityka wymaga bowiem wiedzy, której – wbrew światopoglądowi demokratycznemu – nie posiada każdy. Potrzeba jak najwcześniejszego rozpoczęcia edukacji przyszłych rządców wskazuje na konieczność istnienia arystokracji dziedzicznej, niekoniecznie w sensie biologicznym. Ukoronowanie zasada ta znajduje w dziedzicznym monarsze. Można tu przypomnieć tzw. teorię patriarchalną, czyli teorię pochodzenia władzy królewskiej od najbardziej przyrodzonej z odmian władzy – władzy ojcowskiej. Szymon Dzierzgowski pisał: „(…) prawa przewodnicze ojca w rodzinie wobec żony i dzieci [są – A.D.] nienaruszalnym prawem naturalnym (…) jako skutek instynktu samozachowawczego, (…) wodzowie zwycięscy, parci tym samym instynktem samozachowawczym dążyli do przekazania zdobytej (na wojnie) władzy swym potomkom. (…) opierając się na chwale zwycięskiej dążyli (oni i ich następcy) do zadowolenia pokonanych (…) i dzięki temu stwarzali trwałe dynastie.” Król pozostawał głową dwóch rodzin: domu panującego i narodu. Zamach na monarchię oznacza amputację głowy obu rodzin.

Podobnie jak ojciec, suweren-król nie pochodzi z wyboru, a mimo to poddani winni mu są szacunek i posłuszeństwo. Wbrew liberałom, którzy ten stan uznali za poniżający sam w sobie, nigdy nie przeszkadzało to monarchom traktować poddanych życzliwie. Ksiądz Henri Delassus (1836-1921) zestawia suche fakty: „Weneccy ambasadorowie z XVI wieku potwierdzają w swoich słynnych listach, iż »nikt nie jest wykluczony z obcowania z królem; osoby najniższego stanu śmiało i bez przeszkód wchodziły do prywatnych salonów.« Król jadał z rodziną w obecności poddanych i każdy też mógł wejść do jadalni w trakcie posiłku. »Jeśli ta monarchia posiada jakąś osobliwą cechę – pisze sam Ludwik XIV – to jest nią wolny i łatwy dostęp poddanych do księcia.« Mimo wzrostu liczby środków transportu i ogromnego rozwoju Paryża wokół królewskiej siedziby, wielki król przyjmuje każdego tygodnia wszystkich, którzy proszą o audiencję, nawet jeśli są bardzo biedni lub źle ubrani. »Kiedy szedłem do Luwru – pisze Locatelli w 1665 roku – spacerowałem tam z pełną swobodą, przechodząc obok różnych straży, dochodziłem aż do tych drzwi, które się otwierały, gdy tylko się ich dotknęło, a najczęściej otwierał je sam król. Wystarczyło lekko zastukać i od razu można było wejść. Król chce, by poddani wchodzili bez przeszkód.«” Franciszek Józef obowiązkowo (sam na siebie nałożył ten obowiązek) przyjmował osobiście każdego mieszkańca c.k. monarchii, który poprosił o audiencję w jego wiedeńskim pałacu. Ludwik XIV i Franciszek Józef, przez demokratycznych pamflecistów przedstawiani jako bezwzględni despoci, zawsze mieli czas, by wysłuchać swych poddanych. A prawnuk ich poddanych bez skutku usiłowałby się dostać przed oblicze demokratycznego prezydenta czy premiera. W przeciwieństwie do tradycyjnej arystokracji, demokratyczne elity starannie izolują się od „suwerennego ludu”, nieraz otwarcie demonstrując swą głęboką dlań pogardę. Jak wszyscy parweniusze, nie lubią, gdy coś im przypomina o ich niskim pochodzeniu. „Absolutny” monarcha na wzgardliwe gesty pod adresem zwykłych ludzi nigdy by sobie nie pozwolił.

Ktoś mógłby przeciw powyższym uwagom wysunąć oskarżenie o idealizację monarchii, wyrosłą ze zniechęcenia mankamentami liberalnej demokracji. Podkreślmy: nie dlatego monarchia jest taka dobra, iż stanowi przeciwieństwo demokracji – to demokracja jest taka zła, ponieważ stanowi przeciwieństwo monarchii. Demokracja po prostu powstawała drogą niszczenia fundamentów monarchii. Jest wytworem rozkładu.

Adam Danek

październik 2007 r.

cezar

Dodaj komentarz