Andrzej Zienkiewicz: Czy oszczędzanie jest cnotą? Rzecz o paradoksie zapobiegliwości

 

Standardowe stanowisko ekonomisty sympatyzującego z nurtem klasyczno – neoklasycznym,  na temat roli oszczędności w gospodarce, streszcza się właściwie w jednym osądzie: oszczędzanie jest cnotą zarówno w sensie indywidualnym jak i społecznym. Liberalizm zaślepiony metaforą niewidzialnej ręki rynku nigdy nie przystanie na pogląd, że interes partykularny może nie współgrać z interesem społeczeństwa jako całości, bo przecież społeczeństwo to właśnie nic innego jak agregat indywiduów, a ład gospodarczy tworzy się spontanicznie.

Nie ma wątpliwości co do tego, że oszczędności spełniają pozytywną rolę w gospodarstwie domowym. Czy jednak można rzutować tę prawidłowość na sferę makroekonomii? Na to pytanie postaramy się odpowiedzieć.

Wielki ekonomista neoklasyczny, Alfred Marshall, twierdzi, iż ,, procent, będąc ceną rynkową, którą się płaci za korzystanie z kapitału, dąży do takiego poziomu równowagi, iż całkowity popyt na kapitał  na danym rynku przy danej stopie procentowej jest równy całkowitemu zasobowi kapitału”(1). Dokładnie w ten sam sposób patrzył na stosunek oszczędności do inwestycji Robert de Turgot, fizjokrata, formułując swoje prawo w 1766 r. Prawo to mówi nam, że rynek kapitału jest zawsze w równowadze za sprawą stopy procentowej oraz, że oszczędności przekształcają się w inwestycje. Oszczędzanie jest wskazane, po to, aby zmaksymalizować konsumpcję w dłuższym okresie.

Henry Hazlitt mimo, iż przedstawicielem szkoły neoklasycznej nie był, to jego sposób myślenia dobrze odwzorowuje tok myślenia ekonomistów przedkeynesowskich. W Rozdziale 24 swej Ekonomii w jednej lekcji autor wyjaśnia:  ,,(…) należy powiedzieć, że oszczędności i inwestycje osiągają stan równowagi – w taki sam sposób, w jaki dochodzi do równowagi pomiędzy podażą i popytem na dowolne dobro. Możemy bowiem zdefiniować oszczędności i inwestycje jako tworzące odpowiednio podaż nowego kapitału i popyt na nowy kapitał równoważą się dzięki stopie procentowej. Stopa procentowa jest jedynie specjalną nazwą ceny pożyczanego kapitału. Jest ceną jak każda inna”(2).

Na pierwszy rzut oka stanowisko Marshalla, de Turgote’a oraz Hazlitta wydaje się sensowne. Stopa procentowa równoważy popyt na kapitał z jego podażą, podobnie jak cena na rynku dóbr równoważy popyt na dane dobro z jego podażą, a płaca realna doprowadza do oczyszczenia się rynku pracy.

Prawdą jest, że:

dochód narodowy = inwestycje + konsumpcja

oszczędności =  dochód narodowy – konsumpcja

stąd:

oszczędności = inwestycje

Nie ma tu żadnej kontrowersji, równość oszczędności i inwestycji jest definicyjna. Z tym zgodzą się ekonomiści każdej szkoły. Pytanie tylko jak do tej równości dochodzi. Ekonomiczna ortodoksja stawia sprawę następująco: nadwyżka oszczędności zostaje przekształcona w inwestycje za pośrednictwem spadku stopy procentowej. W ten sposób równość oszczędności i inwestycji, która groziła zachwianiem, zostaje przywrócona. Czy tak rzeczywiście jest? Albo inaczej – czy założywszy brak Państwa oraz wymiany z zagranicą taka nadwyżka może w ogóle powstać?

Keynes dochodzi do równości oszczędności i inwestycji w zupełnie inny sposób. Załóżmy, że gospodarstwa domowe postanawiają zwiększyć swoje oszczędności, co jest równoznaczne ze spadkiem konsumpcji. Zmniejsza się tedy ogólna suma wydatków w wyniku czego spada dochód narodowy. Jeśli dochód narodowy jest mniejszy to mniej się oszczędza, wobec tego oszczędności muszą się zmniejszyć (3). Nadwyżka oszczędności nad inwestycjami, która zrazu powstała, została szybko zredukowana przez spadek dochodu narodowego, okazała się efemeryczna. Równość oszczędności i inwestycji została ustalona, a stopa procentowa w ogóle się w naszym rozumowaniu nie pojawiła. Dlaczego tak jest? Rozpatrzmy to zagadnienie od strony bardziej formalnej.

W naszym artykule ,,W obronie deficytu budżetowego…” przedstawiliśmy podstawowe równanie makroekonomiczne. Przypomnijmy je sobie:

oszczędności netto = deficyt budżetowy + eksport netto

W zamkniętej gospodarce bez Państwa nadwyżka oszczędności nad inwestycjami, która rzekomo miałaby zostać zrealizowana, nie może powstać ! Pomijając resztę świata sektor prywatny może zanotować nadwyżkę tylko jeśli Państwo mu na to pozwoli. Idźmy jednak dalej.

Dochody (Y) równają się wydatkom (C + I)

Y = C + I (1.1)

W modelu Keynesa, inaczej niż w teorii neoklasycznej, konsumpcja jest zależna od dochodu. W marshallowskiej tradycji analizy równowagi cząstkowej współzależność pomiędzy podażą (dochodem) a popytem (konsumpcją) była ignorowana. Jednak w przypadku kompleksowego badania gospodarki takie stanowisko jest niedopuszczalne. Keynes skorelował dochód z konsumpcją za pomocą funkcji konsumpcji, w której to dochód powiązany jest z krańcową skłonnością do konsumpcji (c), unaoczniającą nam jaką jego część jednostka wydaje na konsumpcję.

Równanie behawioralne dla konsumpcji przybiera postać:

C = cY (1.2)

Podstawiając (1.2) pod równanie (1.1) otrzymujemy

Y = cY + I  (1.3)

Ponieważ Y – cY = I, a Y – cY = Y(1 – c) dostajemy:

Y = I x 1/ (1 – c)  (1.4)

Wyrażenie 1/ (1 – c) to mnożnik (m) (4). Przyrost inwestycji powoduje m razy większy przyrost dochodu. Samo pojęcie mnożnika wprowadził Richard Kahn w swoim artykule ,, Związek między inwestycjami krajowymi a bezrobociem” z 1931 r. Siła oddziaływania mnożnika zależy od krańcowej skłonności do konsumpcji – ,,wielkość mnożnika jest przeto funkcją psychiki społeczeństwa”(5). Skoro już mowa o mnożniku, to sam jego koncept jest silnym argumentem za progresją podatkową i warto to w tym miejscu podkreślić. Duże nierówności dochodowe mogą sprzyjać wysokiej stopie oszczędzania, a mając na względzie naturę kapitalistycznego sposobu produkcji, częstokroć jest to niebezpieczne (6). Państwo winno zatem redystrybuować dochód od klas o wysokiej skłonności do oszczędzania do klas o wysokiej skłonności do konsumpcji celem zwiększenia efektów mnożnikowych.

Równanie (1.4) wskazuje, że przy danych inwestycjach spadek skłonności do konsumpcji (wzrost skłonności do oszczędzania) doprowadza do spadku dochodu narodowego. Analogicznie do takiego samego wniosku skłania przyjrzenie się równaniu zysków Kaleckiego.

Fenomen ten w makroekonomii nazywa się paradoksem zapobiegliwości. Przy danych inwestycjach społeczeństwo zwiększając swoją skłonność do oszczędzania nie zmienia poziomu oszczędności w stanie równowagi, a doprowadza jedynie do spadku dochodu narodowego i zatrudnienia. Sprawa ma się tak dlatego, że gdy inwestycje są dane to oszczędności muszą być również dane.

Wyraźmy rzecz bardziej fachowo: wzrost skłonności do oszczędzania nie doprowadza do wzrostu oszczędności przy danym PKB, lecz do spadku PKB przy danych oszczędnościach.

Z tej przyczyny w ekonomii keynesowskiej odróżnia się oszczędności od skłonności do oszczędzania (ta druga jest wielkością procentową). Ekonomia przedkeynesowska takiego rozróżnienia nie znała, ponieważ w ramach teorii neoklasycznej dochód narodowy był wielkością daną, stąd zwiększenie skłonności do oszczędzania oznaczało jednocześnie zwiększenie oszczędności.

Może się to wydawać nieprawdopodobne, lecz teoria Keynesa uczy nas, że społeczeństwo nie ma żadnego wpływu na wielkość swoich oszczędności, bo o tej wielkości decyduje wysokość dochodu narodowego! Jest to jeden z powodów dla których mikroekonomia musi być od makroekonomii starannie oddzielona. To nie tyle makroekonomia potrzebuje podstaw mikroekonomicznych tylko odwrotnie – mikroekonomia potrzebuje podstaw makroekonomicznych.

Paradoks oszczędzania ma duże znaczenie dla właściwego zrozumienia systemu emerytalnego. Jeśli organizacje antypaństwowe takie jak Centrum im. Adama Smitha namawiają do zredukowania swojej konsumpcji, bo w ich mniemaniu tylko w ten sposób ludzie są w stanie zapewnić sobie emeryturę, to znaczy, że mentalnie tkwią jeszcze w paradygmacie neoklasycznym. Społeczeństwo chcąc zabezpieczyć się na przyszłość rości sobie pretensję do przyszłego PKB. Skoro tylko wzrost skłonności do oszczędzania powoduje przy danych inwestycjach spadek PKB, to jedynym sposobem na zwiększenie oszczędności  przyszłych emerytów może być tylko zwiększenie inwestycji ! Każda próba zabezpieczenia sobie przyszłości poprzez redukowanie konsumpcji musi skończyć się zawsze niepowodzeniem.

Pozostaje nam jeszcze rozpatrzyć zagadnienie stosunku depozytu bankowego do kredytu, czyli nawiązać do sporu o egzogeniczność/endogeniczność pieniądza.

Ekonomiści głównego nurtu przekonani są, że system bankowy jest jedynie pośrednikiem pomiędzy tymi, którzy chcą podjąć działalność inwestycyjną, a tymi, którzy gotowi są ulokować w banku swoje pieniądze w formie depozytów. Aby inwestycje mogły zostać przedsięwzięte potrzebują one na swoje sfinansowanie uprzednio zgromadzonych rezerw pieniężnych. Dodatkowo, elastyczność stopy procentowej gwarantuje równość oszczędności i inwestycji, a w konsekwencji – równowagę długookresową. Co zaś tyczy się podaży pieniądza to okiem wertykalistów o jej wielkości decyduje bank centralny, stąd ciąg kauzalny przebiega od podaży pieniądza do popytu na pieniądz, jest to zgodne z ilościową teorią pieniądza, którą wyraża równanie Fishera.

Postkeynesizm prezentuje alternatywne spojrzenie na system bankowy oraz na problem egzogeniczności/endogeniczności pieniądza. Dzisiejszy pieniądz nie jest pieniądzem towarowym, lecz kredytowym. Odgrywa rolę aktywu tudzież pasywu (w przeciwieństwie do pieniądza towarowego, który jest zawsze aktywem) i dlatego jest kreowany endogenicznie (7). Kredyt może być dzięki temu tworzony na żądanie tworząc jednocześnie depozyt na swoje pokrycie. Nie potrzeba przenoszenia siły nabywczej od deponenta do kredytobiorcy, bo ta tworzona jest ex nihilo. W odniesieniu do sfery finansowej nie istnieje pojęcie rzadkości.

Do tematu bankowości musieliśmy tu nawiązać (póki co jedynie powierzchownie), aby też przy okazji wzmocnić centralne twierdzenie teorii efektywnego popytu, że to inwestycje rządzą oszczędnościami. Ujmując system bankowy całościowo słuszne jest spostrzeżenie, że to kredyt tworzy depozyt. Nie jest do końca klarowne jakie stanowisko zajmował sam Keynes. Przyjrzenie się Treatise on Money z 1930 r. w którym brytyjski ekonomista wprowadza podział na pieniądz właściwy oraz pieniądz bankowy, ponad to twierdzi, że większość pieniądza jest kreowana przez banki komercyjne, skłania do przyjęcia stanowiska, że był on zwolennikiem endogenicznej kreacji pieniądza (8). Z drugiej strony w Ogólnej teorii autor przyjmuje założenie o egzogenicznie warunkowanej podaży pieniądza zależnej od banku centralnego stosującego operację otwartego rynku. Wydaje się, że strategia Keynesa polegała na tym, aby rozsadzić teorię neoklasyczną od środka. Na pewno nie mógł hołdować egzogeniczności w sensie monetarystycznym, albowiem przeczy temu przedstawiona w opus magnum sytuacja pułapki płynności.

Paradoks zapobiegliwości nauczył nas ważnych rzeczy, które trzeba mieć na uwadze. Po pierwsze – przy danych inwestycjach próba zanotowania nadwyżki oszczędności przez sektor prywatny musi skończyć się fiaskiem. Jest to twardy fundament a zarazem przyczynek do przyszłych rozważań na temat systemu emerytalnego. Ekonomiści zachęcający społeczeństwo do odraczania konsumpcji łudząc się, że konsekwencją tego będzie większa konsumpcja w przyszłości okazują swoje nieuctwo i nic ponad to. Po drugie – znowuż pojawia się kwestia deficytu budżetowego (i długu publicznego) jako koniecznego środka powiększenia oszczędności sektora prywatnego, jeśli bowiem ten zadłużyć się nie chce, zadłużyć się musi Państwo. Co więcej – pieniądz kredytowy pozwala uniezależnić się od bieżących oszczędności w celu sfinansowania inwestycji. W gospodarce opartej o taki pieniądz nowa siła nabywcza tworzona jest ex nihilo.

Gdyby ten lub ów z naszych refleksji wyciągnął wniosek, że chcemy zniechęcić ludzi do oszczędzania oraz reprezentujemy stanowisko, które patrzy na oszczędzanie zdecydowanie negatywnie, dowiódłby jedynie, że z powyższego tekstu niewiele zrozumiał.

Andrzej Zienkiewicz

avatar_378_page

  • – A. Marshall, Zasady ekonomiki, t. II, Warszawa 1928, s. 30
  • – H. Hazlitt, Ekonomia w jednej lekcji, Warszawa 2012, s. 167
  • – J. M. Keynes, Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza, Warszawa 1985, s. 112
  • – B. Snowdon, H. Vane, P. Wynarczyk, Współczesne nurty teorii makroekonomii, Warszawa 1998, s. 75
  • – J. M. Keynes, op. cit., s. 143
  • – K. Łaski, Wykłady z makroekonomii. Gospodarka kapitalistyczna bez bezrobocia, Warszawa 2015, s. 92
  • – I. Bludnik, Teoria endogenicznej kreacji pieniądza, Poznań 2015, s.39
  • – Tamże, s.56

 

3 komentarze

  1. „teoria Keynesa uczy nas, że społeczeństwo nie ma żadnego wpływu na wielkość swoich oszczędności, bo o tej wielkości decyduje wysokość dochodu narodowego! Jest to jeden z powodów dla których mikroekonomia musi być od makroekonomii starannie oddzielona. ”

    Keynes usiłował postawić wóz przed koniem. Tymczasem jest oczywiste że najpierw trzeba wypracować PKB, a potem część przeznaczyć na konsumpcję a część na oszczędności, które potem można zainwestować.

  2. Pierwsze pytanie : skoro bank centralny może emitować (=drukować) pieniądze to po co komu oszczędności? Niech BC wydrukuje, rząd rozda komu trzeba i będzie grało 🙂 Po co oszczędzać? W USA już dawno tak robią. Tylko cholera nie wiadomo skąd im się biorą bańki spekulacyjne? Oto FED nadrukował dolarów, banki porozdawały te dolary na kredyty na domy dla potrzebujących najczęściej afroamerykanów. Pobudowano tysiące domów. Jednak afroamerykanie nie mieli czym spłacać tych kredytów, więc banki odbierały im domy. Jednak potem nikt nie chciał tych domów kupować i ich wartość zaczęła spadać poniżej ceny kredytów za które zostały zbudowane. Skończyło się to bankructwami banków i znów musiał interweniować rząd aby ratować system finansowy. Znów dodrukowano dolarów.. Obecnie dolary są bezwartościowe. USA zbrojnie wymuszają używanie swoich zielonych papierków. Kto nie rozliczać się w dolarach ten naraża się na wojnę z USA.

Dodaj komentarz