Adam Danek: Okultyzm i duchowości niechrześcijańskie

Marian Zdziechowski w jednym ze swoich szkiców napisał, że najszlachetniejsze dusze szukają czegoś większego, wyższego, głębszego, prawdziwszego, niż świat doczesny. Bo on im po prostu nie wystarcza. Nazwijmy ten typ ludzi poszukiwaczami.

Osoby takie nierzadko odchodzą od chrześcijaństwa, w którym zostały wychowane lub lekceważą je jako zastany element „tego świata”. Prawdziwej głębi duchowej szukają gdzie indziej. W XX wieku popularne w tych kręgach stały się doktryny Wschodu: buddyzm zen, taoizm i inne. Pojawił się też trend konwersji Europejczyków na islam, w tym jego gnostycką odmianę – sufizm (1). Tu i ówdzie modna jest odkrywana na nowo żydowska tradycja mądrościowa. Był wreszcie okres, głównie u schyłku XIX i na początku XX wieku, kiedy poszukiwacze odwracali się od chrześcijaństwa w kierunku dziedzictwa starożytnej Grecji (poeta Algernon Swinburne, filozofowie Martin Heidegger i Karl Löwith, czy zwłaszcza teoretyk sztuki Raymond Duncan) i sporadycznie wciąż można trafić na takie przypadki.

Tymczasem prawda jest taka, że porzucanie chrześcijaństwa dla duchowości niechrześcijańskich nie ma sensu. Nic się na nim nie zyskuje. Chrześcijaństwo bowiem mieści w sobie wszystko to, co ożywczego i pożytecznego dla ducha oraz uniwersalnie ważnego znaleźć można w klasycznym, pogańskim platonizmie czy stoicyzmie, tradycji żydowskiej, a nawet, jeśli dobrze się przyjrzeć, w buddyzmie czy taoizmie, nie wspominając o islamie, który według trafnej uwagi Hillaire’a Belloca jest radykalną chrześcijańską herezją, bardzo podobną do starożytnego arianizmu – a więc uboższą w treść wersją chrześcijaństwa.

Ale to nie wszystko. Właściwie praktykowane, filozofia platońska i stoicka, mądrość żydowska i buddyzm zen dają człowiekowi dyscyplinę myśli, serca i ciała; wędzidło dla tych chaotycznych żywiołów, które każdy z nas nosi w swej duszy; odporność na korumpujący wpływ świata; wewnętrzną wolność; oczyszczenie umysłu i otwarcie jego niewidzialnego oka, przygotowanego do oglądania wyższej rzeczywistości. I na tym koniec. Chrześcijaństwo daje człowiekowi to wszystko i jeszcze o wiele więcej. Wachlarz cnót, duchowych technik, ćwiczeń i umiejętności, jakich uczy chrześcijaństwo jest bogatszy i pełniejszy, niż w którejkolwiek duchowości niechrześcijańskiej, a przy tym chrześcijaństwo pozostaje wolne od wszystkich niejasnych moralnie momentów, występujących w duchowościach niechrześcijańskich. (Nie przekona to kogoś, kto oddala się od chrześcijaństwa, bo szuka tych właśnie moralnych niejasności, ale osoba powodowana tego rodzaju niską motywacją tak naprawdę nie potrzebuje żadnej duchowości, bo nie o nią jej chodzi.). Ci, co chcą uczyć się osiągania iluminacji od Plotyna, zapominają, że św. Augustyn na drodze iluminacji dotarł do granicy osiągniętej przez Plotyna, przekroczył ją i poszedł dalej. Niektórych fascynuje mistyka jako „droga oczyszczająca, oświecająca i jednocząca”, znajdowana przez nich poza chrześcijaństwem, w innych religiach. Przeoczają fakt, że samą tę formułę (via purgativa, illuminativa et unitiva) wprowadził Doktor Kościoła, wielki mistyk i teolog, św. Bonawentura (2), autor jednego z najlepszych w historii wprowadzeń do doświadczenia mistycznego.

Ale są i doktryny przyciągające poszukiwaczy, gdyż oferują dumę, moc, potęgę, skuteczny wpływ na świat. To z jednej strony okultyzm, różne formy magii, a z drugiej – filozofia nietzscheańska i neopogaństwo. I właśnie dlatego są drogą donikąd. Bo każda doktryna, która obiecuje człowiekowi spełnienie jego pragnień – pragnienia uznania, pragnienia władzy, sukcesu, sławy, pragnienia dóbr tego świata, pragnienia zemsty i tak dalej – wiedzie go nieuchronnie do autodestrukcji. Stare porzekadło mówi, że kiedy Pan Bóg chce kogoś ukarać, spełnia jego życzenia. Tymczasem jest tylko jeden sposób osiągnięcia prawdziwej swobody i zarazem prawdziwej siły: trzeba uciskać swoją duszę, męczyć ją, ćwiczyć (stąd asceza – gr. áskēsis, „ćwiczenie”), trenować – formować zgodnie z pewnym wzorcem, w bólu i trudzie. A nie ma wyższego, bardziej integralnego wzorca doskonałości, niż chrześcijański.

 

Całą bezkształtną masę kruszców drogocennych,

Które zaległy piersi mej głąb nieodgadłą,

Jak wulkan z swych otchłani wyrzucam bezdennych

I ciskam ją na twarde, stalowe kowadło.

 

Grzmotem młota w nią walę w radosnej otusze,

Bo wykonać mi trzeba dzieło wielkie, pilne,

Bo z tych kruszców dla siebie serce wykuć muszę,

Serce hartowne, mężne, serce dumne, silne.

 

Lecz gdy ulegniesz, serce, pod młota żelazem;

Gdy pękniesz, przeciw ciosom stali nieodporne:

W pył cię rozbiją pięści mej gromy potworne!

 

Bo lepiej giń, zmiażdżone cyklopowym razem,

Niżbyś żyć miało własną słabością przeklęte,

Rysą chorej niemocy skażone, pęknięte.

 

Wszyscy znamy te słowa ze szkoły (a przynajmniej tak było do niedawna). Ich autor szybko zrozumiał to, o czym tu piszę i zamiast nietzscheanizmu zaczął zgłębiać i propagować duchowość franciszkańską. Nietzsche, który nigdy nie dokonał tego rodzaju zwrotu, w końcu zwariował od swojej filozofii i ostatnie lata życia spędził w zakładzie dla obłąkanych.

Niektórzy sięgają po okultyzm, ponieważ chcą doświadczyć czegoś niesamowitego, cudownego, nadprzyrodzonego. To zrozumiała motywacja, bo wbrew syzyfowym wysiłkom materialistów i wojujących ateistów potrzeba kontaktu z sacrum jest wrodzona człowiekowi, stworzonemu przez Boga. Ale co niesamowitego, cudownego, nadprzyrodzonego można znaleźć w okultystycznych „rytuałach” w porównaniu z boską i świętą liturgią, podczas której chleb zostaje przemieniony w Ciało Boga-Człowieka, ołtarz staje się centrum kosmosu, bo pojawia się na nim Bóg, a potem Bóg zstępuje z ołtarza do serc ludzi?

Dla kogoś wychowanego w religii chrześcijańskiej kres leży tam, gdzie początek podróży. Nie ma sensu, by odchodził od chrześcijaństwa w poszukiwaniu duchowości niechrześcijańskich, bo wszystko, co pozostaje w nich cenne, chrześcijaństwo wchłonęło i udoskonaliło lub zawierało od początku.

Czego oko nie widziało ani ucho nie słyszało, objawi się jedynie człowiekowi, który zaprze się samego siebie i weźmie swój krzyż, jak ukazał mu własnym przykładem najbardziej wtajemniczony Mistrz i Nauczyciel, największy Mistagog i Hierofanta, będący początkiem i końcem wszelkiej prawdziwej mądrości.

Adam Danek

1. Można tu przypomnieć choćby przykłady „tradycjonalistów integralnych”, takich jak René Guénon, Titus Burckhardt, Martin Lings czy Charles Le Gai Eaton.

2. W dziele „Trzy drogi albo ogień miłości” z 1259 r.

jan_van_eyck_adoracja_baranka_mistycznego

4 komentarze

  1. Zgadzam się z olrobem, kolejny artykuł potrzebny, udowadniający pozytywny synkretyzm chrześcijaństwa.

  2. Przecież zostało udowodnione. Jakieś 1989 lat temu.

    • Obawiam się że1989 lat temu Europejczycy nie wiedzieli o istnieniu buddyzmu ani taoizmu, więc nie mogli mieć żadnych opinii na temat tych religii.
      Natomiast islam jeszcze nie powstał.

  3. Nie wystarczy stwierdzić że ” Chrześcijaństwo mieści w sobie wszystko to, co ożywczego i pożytecznego dla ducha oraz uniwersalnie ważnego znaleźć można w klasycznym, pogańskim platonizmie czy stoicyzmie, tradycji żydowskiej, a nawet, jeśli dobrze się przyjrzeć, w buddyzmie czy taoizmie, nie wspominając o islamie”
    Trzeba to jeszcze udowodnić.

Dodaj komentarz