Rafał Sawicki: Co z tą CETA?

Kiedy w maju 2016 roku ujawniono treść przecieków dotyczących negocjacji w sprawie TTIP, rozpętała się polityczna burza, która w znacznym stopniu poskutkowała patem w dalszych rokowaniach. W konsekwencji rosnącego oporu ze strony opinii publicznej rząd Francji zadeklarował swój sprzeciw wobec traktatu, a wkrótce później niemiecki wicekanclerz Sigmar Gabriel określił umowę mianem „trupa”. Zdawać by się mogło, że tym samym przepędzono unoszące się nad Europą widmo utrwalenia dominacji korporacji zza oceanu. Wysuwanie tak optymistycznego wniosku może się okazać nazbyt pospieszne, ponieważ w cieniu burzy wokół TTIP zakończono trwające od pięciu lat rokowania w sprawie jego kanadyjskiego odpowiednika w postaci CETA (Comprehensive Economic and Trade Agreement – Kompleksowa Umowa Gospodarczo Handlowa). Już 27 października ma nastąpić szczyt UE-Kanada, na którym premier Justin Trudeau i przywódcy krajów europejskich mają według pierwotnych planów podpisać rzeczoną umowę ,choć nie jest to do końca pewne z racji obstrukcji ze strony kilku państw Wspólnoty. Sprzeciw zgłaszały bowiem Belgia, Rumunia i Bułgaria, jednakże dwa ostatnie kraje deklarują gotowość wycofania weta, jeśli tylko Kanada obieca zniesienie wiz dla ich obywateli. Natomiast sprzeciw ze strony Walonów przyczynił się do przełożenia decyzji ministrów handlu o tymczasowym wdrożeniu traktatu, a może nawet sprawić, że nigdy nie wejdzie w życie. W każdym razie eurokraci z Donaldem Tuskiem na czele dwoją się i troją, by uratować inicjatywę. Aby zrozumieć przyczyny panującego zamieszania, musimy poznać źródła kontrowersji, jakie wzbudza umowa. W tym celu należy cofnąć się w czasie o siedem lat.

Prace nad umową rozpoczęto w 2009 roku, w czasie pierwszej kadencji premiera Stephena Harpera i prowadzono je w ścisłej kooperacji z Waszyngtonem. Biały Dom zachęcał rządy swoich północnych i południowych sąsiadów do zawarcia bilateralnych umów handlowych z Brukselą, by w ten sposób uniknąć potencjalnych protestów społecznych, które z pewnością by wybuchły po ewentualnym rozpoczęciu prac nad multilateralną umową Unia Europejska – NAFTA. Północnoamerykańska strefa wolnego handlu budzi bowiem w Europie bardzo negatywne emocje w związku ze gospodarczymi, społecznymi i ekologicznymi skutkami jej funkcjonowania. Negocjacje w sprawie CETA zakończono w 2014 roku, zaś jej meksykański odpowiednik trafił pod obrady negocjatorów w czerwcu 2016 roku, po tym jak unijna komisarz ds. handlu Cecilia Malmström i meksykański sekretarz ds. gospodarki Ildefonso Guajardo Villareal zawarli odpowiednie porozumienie w tej sprawie. Ostatecznym celem waszyngtońskiej administracji jest stworzenie gospodarczej wersji NATO, która pozwoliłaby utrwalić imperialną pozycję Stanów Zjednoczonych w regionie Oceanu Atlantyckiego w obliczu rosnącego znaczenia krajów grupy BRICS, ze szczególnym uwzględnieniem odradzającej się potęgi Chin.

Charakteryzujący Państwo Środka model sterowanego przez rząd kapitalizmu inspiruje kraje Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej, dotychczas poddane niszczącym wpływom narzucanej przez międzynarodowe instytucje polityki „dostosowania strukturalnego” w duchu neoliberalnej ortodoksji. Założony przez Pekin Azjatycki Bank Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB) spotkał się z pozytywnym odzewem ze strony większości państw azjatyckich, zachodnioeuropejskich i samej Polski. Na tym nie kończą się ambicje Chińczyków, którzy zapowiadają ekspansję w regionie Afryki i Ameryki Południowej. Fakt ów wywołuje niepokój w Waszyngtonie, gdyż AIIB jest konkurencją dla zdominowanego przez Stany Zjednoczone Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, które od przeszło trzydziestu lat stanowią forpocztę wpływów USA w krajach rozwijających się. To właśnie ich naciski spowodowały liberalizację polityki gospodarczej w krajach biednego Południa, co poskutkowało między innymi zagładą tamtejszego rolnictwa, niezdolnego do rywalizacji ze wspieranym przez budżet amerykańskim agrobiznesem. Instytucje te ponoszą w znacznym stopniu odpowiedzialność za pogłębienie kryzysu w Grecji, która w zamian za pożyczki na refinansowanie długu musiała zgodzić się na politykę brutalnych cięć budżetowych.

Chińska alternatywa pozwala tym państwom uniezależnić się od amerykańskiej pomocy, warunkowanej posłuszeństwem wobec liberalnego modelu gospodarczego i politycznego. Stanowi to poważne zagrożenie dla Waszyngtonu, który może w ten sposób utracić skuteczne narzędzie wywierania nacisków, mających nakłonić poszczególne państwa do prowadzenia polityki korzystnej dla amerykańskich korporacji. Zawarte w ramach TTIP i CETA mechanizmy, o których wspomnimy poniżej, pozwolą zabezpieczyć interesy koncernów bez konieczności odwoływania się do karcących funkcji MFW i Banku Światowego. W tym kontekście umowy o wolnym handlu ze Stanami Zjednoczonymi – i pośrednio również z Kanadą – należy rozpatrywać jako mechanizmy zabezpieczające interesy globalnego hegemona. Podobny proces zachodzi również w obszarze zachodniego Pacyfiku, gdzie administracja prezydenta Baracka Obamy forsuje wielostronną umowę handlową pod nazwą Partnerstwo Transpacyficzne (ang. Trans-Pacific Partnership), by w ten sposób zneutralizować rosnące wpływy Pekinu w tym kluczowym dla światowego handlu regionie.

Transatlantyckie umowy handlowe mają na celu zabezpieczenie amerykańskich interesów w kontekście nie tylko ekonomiczno-dyplomatycznej ofensywy Chin, ale również coraz bardziej widocznego od początku kryzysu gospodarczego wzrostu nastrojów antyglobalistycznych i nacjonalistycznych. Jak przyznają zwolennicy opcji transatlantyckiej, chociażby Rem Korteweg z think tanku Centre for European Reform, oba te trendy stanowią zagrożenie dla pochodzącego z Ameryki modelu gospodarczego i demoliberalnego systemu politycznego. Polityczny zwrot w prawo rządów środkowo-wschodniej Europy, a także spadek zaufania do niewidzialnej ręki rynku – czego wyrazem jest choćby plan Morawieckiego – zdają się potwierdzać obawy liberałów. W tych warunkach polityczną niepewność państw członkowskich Wspólnoty Europejskiej można zneutralizować jedynie kagańcem multilateralnych umów, których wypowiedzenie musiałoby się wiązać z opuszczeniem samej Unii.

Po przedstawieniu politycznego kontekstu CETA warto przyjrzeć się jej zawartości. Z pozoru umowa ta wydaje się mniej niebezpieczna niż TTIP, gdyż Kanada jest relatywnie niewielkim państwem pod względem populacji i rozmiarów tamtejszej produkcji, wobec tego nie ma szans zalać swoimi produktami europejskich rynków za sprawą efektu skali. Co więcej, w przeciwieństwie do swojego południowego sąsiada, Kanada wyrobiła sobie renomę kraju przykładającego niezwykłą wagę do ochrony środowiska, a jej standardy socjalne i sanitarne bliższe są europejskim. Jak się wkrótce przekonamy, taki obraz jest zwodniczy, gdyż w ciągu 20 lat od wdrożenia NAFTA kanadyjskie realia w tej materii uległy zjawisku „równania w dół”. Wykorzystując negocjacje w sprawie CETA, Kanada wymusiła na Brukseli modyfikację dyrektywy dotyczącej jakości paliwa, która rozróżniała je w zależności od poziomu emisji dwutlenku węgla. Tym samym ropa z piasków bitumicznych i pochodzący ze szczelinowania gaz łupkowy nie zostały ostatecznie uznane za paliwa o niższym standardzie. Kanadyjskie koncerny działające w sektorze wydobywczym już popadły w konflikt z greckimi i rumuńskimi społeczeństwami w sprawie inwestycji w Roşia Montană i Halkidiki. To tylko kilka z przykładów obalających tezę, według której Kanadyjczycy wciąż przykładają szczególną wagę do ochrony środowiska.

Podobne przemiany przeszło tamtejsze rolnictwo. Zwolennicy CETA obiecują, że przyjęcie umowy pozwoli polskim farmerom uzyskać nowy rynek zbytu w miejsce utraconego w wyniku sankcji rynku rosyjskiego. W rzeczywistości nie będzie to takie proste, o czym może świadczyć los przeszło miliona meksykańskich rolników, którzy po wprowadzeniu NAFTA nie podołali konkurencji ze strony sowicie dotowanych amerykańskich i kanadyjskich gospodarstw wielkotowarowych, w efekcie czego zostali zmuszeni do sprzedaży ziemi i migracji do dzielnic biedy lub w najlepszym wypadku zatrudnienia się w charakterze parobków u zamożnych właścicieli ziemskich. Co prawda polscy rolnicy mają parasol ochronny w postaci unijnych dotacji, to jednak w dalszym ciągu na ich niekorzyść działa efekt skali, a także specyfika stosowanych w tego typu gospodarstwach technologii, przede wszystkim pestycydów, herbicydów, chloru, hormonów i innych nieobojętnych dla organizmu ludzkiego substancji, których zastosowanie poprawia konkurencyjność na rynku rolnym. Kanada jest również jednym z największych na świecie producentów żywności modyfikowanej genetycznie. Dotyczy to między innymi kukurydzy, oleju rzepakowego, soi i buraków cukrowych, ale również jabłek, co uderzy szczególnie w Polskę, jako czołowego producenta tych owoców. CETA nie przewiduje natomiast zniesienia regulacji na rynku drobiu, wołowiny i wieprzowiny. Inaczej rzecz wygląda w przypadku ryb. W maju 2016 roku po raz pierwszy dopuszczono na terenie Kanady do sprzedaży modyfikowanego genetycznie łososia, który po przyjęciu traktatu może trafić na polskie stoły (dziś cło na ten produkt wynosi 15 procent). Jakkolwiek nie ma jednoznacznych dowodów na szkodliwość żywności GMO, to jednak trzeba pamiętać, że wpływ składników pokarmowych na organizm człowieka ujawnia się często po wielu dekadach. Dopuszczając na swój rynek tego typu produkty staniemy się de facto królikami doświadczalnymi. Co prawda CETA nie wymusza na krajach europejskich zniesienia zakazu produktów GMO, jednak odchodzi od zasady ostrożności, jak również wyposaża ich producentów w instrument nacisku na europejskie rządy w postaci owianego złą sławą mechanizmu trybunałów arbitrażowych, który wywołał gorące kontrowersje w toku negocjacji nad siostrzaną umową – TTIP.

Sądy arbitrażowe stanowią najbardziej kontrowersyjny punkt międzynarodowych umów o wolnym handlu. Pozwalają one korporacjom na pozywanie państw z powodu polityki godzącej w ich rzeczywiste bądź spodziewane w przyszłości zyski. Z tego powodu stanowią mechanizm umożliwiający globalnym koncernom dyktowanie przepisów prawa w tak istotnych dla dobrobytu społecznego kwestiach jak prawo pracy, ochrona środowiska czy standardy sanitarne. Przykłady postępowań przed trybunałami arbitrażowymi zostały przedstawione w tekście pt. „Widmo krąży po Europie”, który ukazał się na łamach portalu w styczniu 2015 roku. Gwoli ścisłości należy wspomnieć, że w przypadku CETA mamy do czynienia z nieco złagodzoną wersją ISDS, która funkcjonuje pod nazwą ICS (Investment Court System). Cechuje się on większa przejrzystością, jednakże nie usuwa podstawowych wad starego modelu. Dla przykładu, wprowadzono kadencyjność arbitrów, a także podstawową pensję, jednakże wynosi ona zaledwie 2 tysiące euro. Dla porównania, premia za dzień pracy sędziego nad konkretną sprawą ma wynosić 3 tysiące euro. Choćby ten jeden fakt pokazuje, że mamy do czynienia z zaledwie kosmetycznymi zmianami, których celem jest uśmierzenie protestów społecznych. ICS zawiera jeszcze bardziej niepokojący element. W żaden sposób nie rozwiązał bowiem zasadniczej wady ISDS, jaką jest brak zabezpieczeń, chroniących prawo państwa do wprowadzania chroniących interes społeczny regulacji, nazywanych językiem handlowców „pozataryfowymi barierami”. Co prawda CETA nie wymusza ich zniesienia, jednakże dopuszcza stosowanie reżimu ICS w celu dociekania odszkodowań z tytułu regulacji. Przykładowo, jeśli państwa wprowadzą przepisy nakazujące koncernom wytwarzanie zdatnych do naprawy produktów wraz z szeroko dostępnymi częściami zamiennymi, by w ten sposób wydłużyć ich cykl życia, mogą się liczyć z pozwami ze strony korporacji z powodu zwiększenia kosztów ich działalności, jeśli staną przed koniecznością poprawy jakości wytwarzanych dóbr.

Głównym ryzykiem związanym z podporządkowaniem Europy jurysdykcji tych instytucji za sprawą wdrożenia CETA zdaje się być możliwość wykorzystywania ich przez amerykańskie firmy jako furtki pozwalającej im na pozywanie rządów państw członkowskich Unii nawet wtedy, gdy TTIP ostatecznie upadnie. Pozwala na to zawarta w umowie definicja inwestora, która uznaje za firmę kanadyjską również filię zagranicznego koncernu, która prowadzi „istotną działalność gospodarczą” (ang. substantial business activities). Podlega pod nią aż 41 tysięcy filii amerykańskich przedsiębiorstw. Podobny zapis w umowie między Australią i Hong Kongiem pozwolił tytoniowemu potentatowi Philip Morris na pozwanie australijskiego rządu z powodu kampanii społecznych zniechęcających do palenia papierosów. Warto zaznaczyć, że od chwili wejścia w życie NAFTA, co miało miejsce ponad 20 lat temu, gospodarki Stanów Zjednoczonych i Kanady są ze sobą silnie zintegrowane. Niekiedy pojawiają się nawet opinie, że podpisanie CETA de facto wprowadzi Europę do struktur handlowych NAFTA. Abstrahując od kwestii, na ile są one przesadzone, to faktycznie nie sposób zaprzeczyć, że systemy finansowe i korporacje obu północnoamerykańskich państw pozostają ze sobą w mocnych związkach, co ułatwi przedsiębiorstwom z USA pozywanie europejskich rządów. Furtka ta może znaleźć zastosowanie nie tylko w kontekście trybunałów arbitrażowych, ale również samego eksportu amerykańskich produktów. Co prawda wiceminister Radosław Domagalski zapewniał, że zawarty w ramach CETA system reguł pochodzenia towarów wyklucza korzystanie z przywileju producentom amerykańskim, jednak w praktyce przepis ten będzie martwy ze względu na wspomnianą wcześniej klauzulę o „istotnej działalności gospodarczej”.

System ICS nie jest jedynym zagrożeniem dla gospodarki Europy, jakie wynika z zapisów CETA. Zdaniem autorów raportu pod redakcją Jeronima Capaldo z Tufts University przyjęcie umowy doprowadzi do rozlicznych negatywnych skutków ekonomicznych po obu stronach Oceanu Atlantyckiego. Naukowcy przeprowadzili symulację z wykorzystaniem tzw. Global Policy Model, narzędzia opracowanego przez ekspertów pracujących dla ONZ. W wyniku badania doszli do konkluzji, że wskutek zwiększonej presji konkurencyjnej dojdzie do redukcji udziału pracy w PKB, choć w poszczególnych krajach siła tego oddziaływania będzie zróżnicowana. Do 2023 roku CETA ma spowodować także ubytek 200 tysięcy miejsc pracy w całej Unii Europejskiej. Symulacje wskazują również na wyraźny wpływ traktatu na finanse publiczne. Połączony wpływ sądów arbitrażowych, kurczących się możliwości stymulowania lokalnych inwestycji i zwiększonej presji na optymalizację podatkową poskutkuje pogłębieniem i tak już sporego kryzysu zadłużeniowego europejskich państw. Spory niepokój budzi też rozdział trzynasty umowy, poświęcony zagadnieniom z zakresu finansów. Nakłada on na państwa członkowskie Unii Europejskiej zakaz regulowania wielkości banków, a także struktury narodowej kontrolującego je kapitału. To właśnie rozmiar instytucji finansowych, które łączyły tradycyjną działalność kredytową i depozytową z ryzykowną działalnością inwestycyjną, dał finansistom możliwość szantażowania polityków, przerażonych wizją bankructwa tysięcy przedsiębiorstw i utraty przez miliony obywateli zawartości ich bankowych depozytów. Co gorsza, zniesione zostaną regulacje dotyczące liczby zagranicznych podmiotów na lokalnym rynku, jak również wolumenu wykonywanych przez nie transakcji. Doprowadzi to do jeszcze silniejszej integracji rynków finansowych i ułatwi przepływ kapitału spekulacyjnego, co wystawi Europę na jeszcze większe ryzyko kolejnego kryzysu finansowego. Wzmożona konkurencja na rynku poskutkuje powstaniem nowych, toksycznych instrumentów finansowych, których kontrola może okazać się niemożliwa z powodu więzów, jakie międzynarodowe porozumienia nakładają na poszczególne rządy. Z pewnością przysłuży się temu zapis o „kooperacji regulacyjnej”, który stworzy mechanizmy instytucjonalne dla wzmożonego lobbingu wielkich korporacji, w tym tych z sektora finansowego.

Reasumując, umowa o wolnym handlu między Unią Europejską a Kanadą z pewnością zasługuje na większą uwagę, gdyż skutki jej ewentualnego wejścia w życie mogą okazać się niebagatelne dla europejskich społeczeństw na wielu płaszczyznach ich egzystencji. Pomimo relatywnie niewielkich rozmiarów Kanada może być zagrożeniem jako pośrednik w ugruntowaniu amerykańskiej dominacji gospodarczej na terenie Europy, szczególnie za sprawą osławionych trybunałów arbitrażowych. CETA niesie ze sobą ryzyko również z uwagi na panujące na terenie Kanady standardy produkcji rolnej i ochrony środowiska, które w niczym nie odzwierciedlają korzystnego stereotypu, jaki ten kraj wyrobił sobie w oczach innych zanim przystąpił do NAFTA. Wreszcie, wbrew apologetom neoliberalnej doktryny ekonomicznej czysto gospodarcze skutki wolnego handlu wcale nie muszą być pozytywne. W tym kontekście w naturalny sposób narzuca się pytanie, czy rzeczywiście warto podejmować to ryzyko, skoro ewentualne korzyści są tak iluzoryczne i wedle wszelkiej wiedzy ograniczają się do geopolitycznej konsolidacji bloku transatlantyckiego w obliczu rosnącej potęgi krajów z grupy BRICS?

Rafał Sawicki

ceta

Dodaj komentarz