Bartosz Bekier: Bez litości dla służących obcym interesom – ocena pierwszego roku rządów PiS

Przedstawiamy Państwu wywiad z redaktorem naczelnym Xportal.pl Bartoszem Bekierem, który w ramach ankiety oceniającej pierwszy rok rządów PiS przeprowadził portal „Trzecia Droga”. Całość ankiety, w której udział wzięli również Robert Winnicki, Przemysław Holocher, Karol Podstawka i Piotr Zych dostępna jest TUTAJ.

1. Jak oceniasz politykę wewnętrzną Prawa i Sprawiedliwości?

Bartosz Bekier: Moje odczucia względem polityki wewnętrznej PiS nacechowane są głęboką ambiwalencją, ponieważ w bardzo różny sposób należy ocenić poszczególne jej aspekty. Podtrzymuję swoje uznanie dla obozu rządowego za przesunięcie debaty publicznej we właściwą stronę względem takich zjawisk i wartości jak np. solidaryzm społeczny, patriotyzm, uznanie dla narodowego podziemia antykomunistycznego, głód narodowej dumy, uderzenie w liberalny establishment. Za większością z tych haseł poszły konkretne rozwiązania, które należy ocenić pozytywnie: osławiony program 500+, wspieranie polskiego przemysłu (np. uratowanie zakładów Autosan) oddawanie hołdu naszym bohaterom z największą estymą i ceremoniałem państwowym, eksponowanie barw narodowych, często kosztem symboliki organizacji międzynarodowych (dobre i to…), skuteczne uderzenie w media liberalne, które przez lata kłamały na nasz temat – przedwczoraj dało się nawet słyszeć ciche popłakiwania Michnika, że rząd niszczy „Gazetę Wyborczą” brakiem płatnych ogłoszeń i wstrzymaniem wszystkich prenumerat do urzędów w Polsce, w związku z czym musi ona dokonać zwolnień grupowych wśród swoich propagandzistów. Rzetelny reportaż na temat Sorosa w głównym wydaniu „Wiadomości”, bez cenzurowania różnych istotnych faktów na jego temat, w tym genealogicznych, to także signum temporis, na które warto było czekać. Upiorne wycie, które od zeszłego roku rozlega się ze wszystkich najobrzydliwszych lóż polskiego życia publicznego wskazuje na to, że nawet te relatywnie powierzchowne zmiany zaszły im głęboko pod skórę. To dobry znak, żeby nie powiedzieć „dobra zmiana”.

Z drugiej strony mamy do czynienia z całym szeregiem patologii, od których polskie życie publiczne chyba nigdy nie było wolne, ale które za rządów PiS wydają się przekraczać pewną „ustaloną” normę. Chodzi np. o misiewiczyzm, czyli czyszczenie stanowisk publicznych według ortodoksyjnego klucza partyjnego, zastępowanie doświadczonych urzędników, prezesów, pracowników służby cywilnej, często specjalistów w swojej dziedzinie, czwartym rzędem miernych, ale wiernych politykierów, pozbawionych jakichkolwiek kompetencji. Inną sprawą jest „kult smoleński”, którego kolejne odsłony (pomnikowa, ekshumacyjna itd.) utwierdzają mnie w przekonaniu, że duża część obozu rządowego oderwana jest od rzeczywistości i nie ma pojęcia, jak to zjawisko recypowane jest poza kręgiem najbardziej radykalnych fanatyków PiS. O zawiedzionych nadziejach środowisk konserwatywnych związanych z ustawą antyaborcyjną w zasadzie szkoda mówić, bo w tej kwestii wygodnego pretekstu dostarczyła sama Konferencja Episkopatu Polski, a trudno oczekiwać, żeby rząd był bardziej klerykalny niż kler. Przeprowadzenie tak głębokiej zmiany w liberalnym otoczeniu geopolitycznym, w liberalnym społeczeństwie, bez huraganowego wsparcia Kościoła byłoby dla rządu samobójstwem – a co dopiero przy jawnym sabotażu hierarchów. W tym przypadku władzę kompromituje przede wszystkim fakt powstania wrażenia, że stchórzyła ona przed rozwrzeszczanym tłumem feministek, które kiedyś mogą ponownie wyjść na ulice i żądać więcej.

2. Jak oceniasz politykę zagraniczną PiS?

BB: W polskiej polityce zagranicznej mamy do czynienia z kompletną katastrofą. MSZ stał się siedzibą dogmatycznego atlantyzmu (jeszcze bardziej niż zwykle), co jest zresztą blisko powiązane z fobią antyrosyjską. Problem obozu władzy jest taki, że zarówno atlantyzm, jak i koncepcja wojowania z Moskwą mogą lada dzień spektakularnie zbankrutować w związku z wydarzeniami, o których mieliśmy okazję już rozmawiać – wyborami w USA i zwycięstwem D. Trumpa, które obstawialiśmy. Niestety, wspomniana dogmatyczność kadr PiSu dotychczas odpowiedzialnych za politykę międzynarodową każe mi przypuszczać, że na taką ewentualność, czyli odprężenie amerykańsko-rosyjskie i potencjalny demontaż agresywnego atlantyzmu, nie mają żadnego „planu B”. Pośrednio przyznał to sam minister Waszczykowski, który będąc wyraźnie zaskoczony i zakłopotany rozwojem wydarzeń w USA dukał coś o tym, że dopiero „trzeba będzie uruchamiać wszystkie kanały”. Nawet w obozie rządzącym odezwały się głosy, że polityka MSZ w wykonaniu Waszczykowskiego to skrajny przejaw niekompetencji. Do tego można przytoczyć inne słowa pana ministra, w założeniu mające chyba brzmieć dumnie i szlachetnie, a w rzeczywistości ujawniające katastrofalne zaślepienie polskiej polityki zagranicznej, która stała się bardziej naiwna, aniżeli ta pod rządami sanacji w 1939 roku: „Chyba już nikt poza Polską się nie dopomina o Krym. Praktycznie cała Europa nieformalnie uznała tę aneksję. Donald Trump niczego wielkiego nie zrobi, jeśli będzie siedział cicho w tej sprawie”. A zatem, proszę państwa, zostaliśmy sami – i jest to, oczywiście, wina wszystkich, poza polityką MSZ. Do tego już tylko krok do płaczu w obliczu katastrofy i cichych pojękiwań z emigracji, że „wszyscy nas zdradzili”. Oczekuję od obozu rządowego, iż Waszczykowski wyleci do końca roku z hukiem, razem ze wszystkimi pisowskimi kadrami i „ostańcami” poprzedniej władzy, które wytrwale ciągną Polskę na samo dno. Musi dojść do wymiany całej doktryny polskiej polityki zagranicznej, a do tego potrzebni będą nowi ludzie – miejmy nadzieję, że tym razem fachowcy. Ciekawym kierunkiem, który od jakiegoś czasu wydaje się być teoretycznie rozważany zarówno przez część obozu rządowego, jak i coraz bardziej samodzielny ośrodek prezydencki, jest współpraca w ramach grupy 14+1, czyli „Międzymorze” + Chiny. Dopóki jednak przy al. Szucha siedzą przegrani podżegacze, nie może być mowy nawet o konsolidacji Grupy Wyszehradzkiej. Sytuacja Polski jest teraz nie do pozazdroszczenia.

3. Czy prawicowe rządy PiS wpływają pozytywnie czy negatywnie na rozwój polskiego nacjonalizmu?

BB: PiS regularnie stara się kokietować narodowców, co ma zapewne na celu włączenie ich w swoją orbitę wpływów. Co najmniej w kilku przypadkach są to działania skuteczne. Za niektóre z nich trudno zresztą nie być wdzięcznym, choć mają one charakter głównie symboliczny – jak chociażby wycofanie symbolu falangi z czarnej listy na policyjnych „szkoleniach przeciw ksenofobii”, pomoc lokalnych działaczy PiS przy organizacji Marszu Niepodległości, czy opowiedzenie się przeciwko nagonce Facebooka na profile nacjonalistów (dość kuriozalna sprawa, swoją drogą). Jak „słusznie” alarmują liberalne media, PiS wytwarza pewną przestrzeń dla nacjonalizmu w życiu publicznym. Docelowo robi to jednak po to, żeby nacjonalistów kontrolować. Obóz rządowy wyraźnie zarysował też granicę – spalenie kukły, która okazała się mieć narodowość, jest ekscesem, za który idzie się prosto do więzienia, a premier chwali się tym podczas wizyty w państwie położonym w Palestynie, pokazując jak dzielnie walczy się w Polsce z antysemityzmem. Skoro jesteśmy już przy syjonizmie, który pozostaje istotnym aspektem bliskowschodniej polityki rządu, warto podkreślić, że nacjonalizm znajdujący się pod egidą obozu rządowego musiałby zatracić większość swojego charakteru, dokonać amputacji wszystkich czynników antysystemowych, wymierzonych np. w atlantyzm, sprowadzając się do pewnej cepelii patriotyczno-rocznicowej. Z takiego obrotu spraw, prócz PiSu, mogliby cieszyć się przede wszystkim sklepikarze handlujący tzw. odzieżą patriotyczną. Nasuwające się pytanie, czy proces ten już gdzieś intensywnie nie przebiega, albo w jakiejś mierze nie jest już nawet kompletny, pozostawiam otwarte.

4. Jak polscy nacjonaliści powinni postępować wobec konfliktu PiS kontra opozycja?

BB: Mamy obecnie w Polsce prawdopodobnie najbardziej groteskową opozycję parlamentarną w historii. Na tle różnych „Jasiów Fasoli” walczących o demokrację za pieniądze Sorosa, którzy ostatnio nadają ton opozycji antypisowskiej, nawet cyniczni wyjadacze z Platformy Obywatelskiej mogą wydawać się ludźmi poważnymi. Są jednak nie mniej niebezpieczni, a wszelkie próby zrobienia w Polsce „Majdanu” – bez względu na to, czy miałby on twarz Petru, Schetyny, Nowackiej, Zandberga, Kijowskiego, Lisa, czy też sumy wszystkich kanalii – powinny spotkać się z mocną odpowiedzią obozu rządowego, którą należałoby poprzeć.

Dopóki jednak nie dojdzie do postawieniu sprawy na ostrzu noża, czyli albo polski rząd, albo międzynarodowy protektorat, sugerowałbym postawę neutralną. Surowo recenzujmy rząd, sprawiedliwie oceniajmy jego sukcesy i porażki. Dla tych, którzy służą obcym ośrodkom politycznym i sprzeniewierzają się polskiej racji stanu, bądźmy bezlitośni. Niezależnie od tego, czy znajdują się w rządzie, czy w opozycji.

zatroskany-o-pokoj-na-swiecie

 

6 komentarzy

  1. jozef bialek

    zgadzam sie w 100 procentach jako wydawca Opcji na prawo pisalem o tym pol roku temu przewidujac ze z takimi durniami nikt nie bedzie chcial rozmawiac i zostaniemy sami gratuluje wypowiedzi

  2. Ubolewam nad tym, że osoby mieniące się tak zwanymi „prawicowcami” i „narodowcami”, które mniej lub bardziej odwołują się do własnej Tożsamości nie potrafią poprawnie wysławiać się w języku ojczystym oraz nadużywają słów obcego pochodzenia. Określenia takie jak: „weekend”, „ok”, „sorry”, „briefing”, „tolerance” (spolszczone „tolerancja”), „event”, „design”, „business”, „problem” i wiele innych są nagminnie używane nie tylko przez osoby o lewicowym i liberalnym światopoglądzie, ale i również o tym rzekomo prawicowym. Przypominam, że w języku polskim istnieją odpowiedniki wyżej wymienionych słów. A tłumaczenie niektórych tak zwanych „prawicowców”, że używają obcych zwrotów ponieważ „wszyscy tak czynią” jest doprawdy żenujące i żałosne. Naśladowanie innych jest zjawiskiem dotyczącym ludzi słabych, bez własnej godności. Popęd poznawczy będący skutkiem studiowania naraża osoby na odrywanie się od własnej Tożsamości na rzecz inności, obcości. Tak zwani „prawicowcy” również nie są wolni od tego zjawiska. Poruszyłem tę kwestię, gdyż nikt nie zajmuje się tym oburzającym zjawiskiem. Według mnie powinno się skończyć z pobłażliwością i przyzwoleniem na lekceważenie mowy ojczystej.

  3. Konrad Januszewski

    Jeśli musiałbym wybierać to wolę Boga niż chleb. Jeśli rozdzielicie katolicyzm i polskość, nasz naród zwyczajnie rozpuści się w światowej smole, ewentualnie będąc dodatkowo śladowo zainfekowany „rodzimowierczymi” bluźnierczymi prakultami.

    • Jeżeli komuś przeszkadzają tak zwane „rodzimowiercze prakulty” – to może te osoby powinny pomyśleć o zmianie Herbu Rzeczypospolitej Polskiej, gdyż Orzeł Biały jest znakiem Boga Wojny – Peruna. Ponadto kult zwierząt, w tym Orła Białego jest przedchrześcijański. Na temat choinki, malowanych jaj, topienia Marzanny, Śmigusa-Dyngusa itp obyczajów pisał nie będę, gdyż spora część osób ma świadomość, iż są to obyczaje i znaki przedchrześcijańskie.

  4. Piotr Pętlicki

    Tak, chciałem żyć w takim kraju.

Dodaj komentarz