Filip Palkowski: Czy należy przyjmować imigrantów – w odpowiedzi Mirosławowi Salwowskiemu

Niedawno w internecie ukazał się tekst Mirosława Salwowskiego dotyczący kwestii imigracji muzułmańskiej. Autor, jak sam zaznacza na początku, ma inne zdanie niż środowiska prawicowe, opowiada się za przyjmowaniem do Europy muzułmanów na „rozsądnych zasadach”, choć nie definiuje tego pojęcia. Używając chrześcijańskich argumentów, Autor stara się udowodnić swą tezę, niemniej jednak przytoczone argumenty wydają się niezwykle kontrowersyjne.

Na początku krytykuje używanie przez środowiska antyimigranckie słowa „inwazja” w odniesieniu do napływu muzułmanów do Europy. Twierdzi, iż przynajmniej znaczna część przybyszów powinna mieć wyraźnie wrogie zamiary bądź intencję podboju naszego kontynentu i zdominowania go przez wiarę Mahometa. Można w tym miejscu odwołać się do okresu IV-V wieku po Chrystusie, to znaczy czasów upadku Cesarstwa Zachodniorzymskiego. Nikt raczej nie ma problemów z nazywaniem ówczesnych wędrówek ludów „inwazją”, choć poszczególni barbarzyńcy, a nawet ich wodzowie/królowie niekoniecznie musieli mieć wrogie zamiary. Za początek upadku można uznać bitwę pod Adrianopolem (378), w której Rzymianie przegrali ze zbuntowanymi Gotami, a ci się zbuntowali gdyż… nie otrzymali jedzenia i ziemi, choć nie przyszli z wrogimi zamiarami, lecz cofali się pod naporem Hunów. Dodatkowo proces barbaryzacji armii, który trwał już od jakiegoś czasu i inne czynniki spowodowały, że gdy Frankowie, Goci, Swebowie i inni przekraczali granicę i osiedlali się na nie swojej ziemi, państwo nie było zdolne do skutecznej reakcji, pomimo, iż zwykli wojownicy czy nawet wodzowie nie mieli intencji, by przekraczać Ren w celu szerzenia pogaństwa bądź arianizmu. Konsekwencją tego stanu rzeczy był, jak wiemy, upadek Rzymu i osłabienie Bizancjum oraz powstanie barbarzyńskich państw, których władcy w większości wyznawali herezję arianizmu, co często kończyło się prześladowaniem katolików. Tak więc używanie określenia „inwazja” wobec napływu ludności, której co prawda bezpośrednią intencją może nie jest podbój Europy, ale która to ludność potencjalnie jest wrogo nastawiona do chrześcijaństwa i europejskiej kultury i w sprzyjających okolicznościach może tą wrogość ujawnić, wydaje się być uprawnione.

Kolejnym powodem, dla którego zdaniem Mirosława Salwowskiego należy przyjmować muzułmańskich imigrantów jest fakt, iż zdeklarowani i przeszkoleni terroryści, którzy przybywają do Europy, stanowią najprawdopodobniej mniejszość przybyszów. Odpowiedź w pewnym sensie została udzielona w poprzednim akapicie, jednak dość szczątkowo i wymaga szerszego wyjaśnienia. Przede wszystkim muzułmanie są ludźmi innej, fałszywej religii, co nawet jeśli nie są gorliwymi wyznawcami, wpływa jednak na ich mentalność i zachowanie.Wynika stąd na przykład złe traktowanie nie-muzułmanek (co przejawia się w gwałtach czy próbach molestowania, obraźliwych uwagach, biciu kobiet), brak poszanowania dla porządku prawnego i kultury kraju przyjmującego (i nie chodzi tu wcale o niemoralne prawa, jak np. pozwolenie na zawieranie związków homoseksualnych). Należy wziąć także pod uwagę, iż choć imigrant niekoniecznie jest terrorystą, to łatwo może nim się stać, po pierwsze z powodu przyzwolenia religijnego i kulturowego na tego typu działania, po drugie z powodu trudnej sytuacji w jakiej się znajduje – wykorzenienia, które zasadniczo sprzyja demoralizacji. Poza tym należy się liczyć z próbami szerzenia przez nich fałszywej religii, co może być skuteczne zwłaszcza w wypadku kobiet, które znudzone mężczyznami z Europy dostrzegają męskie cechy u młodych muzułmanów, a gdy wchodzą z nimi w związki, to potomstwo wyznaje religię Mahometa.

Właściwie głównym argumentem używanym przez islamofobów, poddanym krytyce przez Mirosława Salwowskiego, jest pogląd, jakoby napływ muzułmanów powodował powolne przekształcanie się Europy w islamski kalifat. Choć należy zgodzić się z Autorem, że większość przybyszów niekoniecznie stanowią gorliwi wyznawcy Mahometa, nie oznacza to braku zagrożenia. Zasadniczo prawie zawsze większość formalnych wyznawców jakiejś religii jest niezbyt gorliwa i przekonana co do prawd swej wiary, nie mniej w jakimś stopniu religia determinuje ich życie i określa ich przynależność, choćby tylko kulturową. Katolicy i protestanci, którzy wzajemnie zabijali się w Irlandii, nie czynili tego z powodów religijnych, lecz narodowościowych i kulturowych. Inną kwestią jest fakt, iż ludzie wykorzenieni mają większą skłonność do radykalizacji swych postaw, dodatkowo ideologia/religia często bywa tu nie tyle celem, co przykrywką dla agresywnych działań i zaspokajania swych pragnień. Przykład można wziąć tu z początków istnienia islamu, gdzie wojna w imię religii stała się uzasadnieniem dla napadów rabunkowych, a arabscy wojownicy znacząco się wzbogacili. Argument o przyjmowaniu mahometan do Europy w nadziei nawrócenia ich na chrześcijaństwo jest sam w sobie z pozoru szlachetny, jednak w praktyce bardzo wątpliwy. Po pierwsze chrześcijaństwo znajduje się w głębokim kryzysie, nie tyle nawet jeśli chodzi o małą liczbę praktykujących wiernych czy stosunek państw do religii, co o kondycję Kościoła i duchowieństwa. Dodatkowo znaczna część hierarchów nie wykazuje zainteresowania podejmowaniem misji wśród muzułmanów.

Warty głębszego omówienia jest pogląd, że gdyby doszło do powstania islamskiego kalifatu, byłoby to mniejszym złem niż system demoliberalny i powszechna demoralizacja. Pogląd taki może wydawać się zrozumiały wobec braku nadziei na szybkie zwycięstwo rewolucji konserwatywnej czy odnowy moralnej na naszym kontynencie, jednak przy głębszej analizie okazuje się co najmniej bardzo ryzykowny. Przykład, iż chrześcijanie w państwach islamskich mogą mieć własne kościoły dotyczy krajów takich jak Syria, gdzie religia ta jest wyznawana co prawda przez mniejszość, jednak znaczącą, do tego jest głęboko zakorzeniona w części społeczeństwa – istnieje tam od czasów apostolskich. Gdy jednak przyjrzymy się krajom takim jak Arabia Saudyjska czy Indonezja to sytuacja chrześcijan jest tam dramatyczna. W innych, jak w Nigerii, trwają regularne wojny pomiędzy wyznawcami Chrystusa a Mahometa. Na tym tle nawet szykany, jakie spotykają chrześcijan w państwach demoliberalnych wyglądają na wyjątkowo łagodne, być może są mniejsze nawet niż w państwach umiarkowanego islamu pokroju Syrii. Wszak w Europie chrześcijanie są skazywani najwyżej na kary grzywny bądź prace społeczne; niezwykle rzadkie są przypadki orzeczenia kary więzienia za wierność biblijnym zasadom (pytanie, czy w niektórych krajach Europy można traktować więzienie jako karę w ścisłym tego słowa znaczeniu, patrząc chociażby na luksusowe warunki, jakimi cieszy się Anders Breivik). Poza tym tolerancja muzułmanów dla chrześcijan wynika zazwyczaj z pragmatyzmu – przykładem może tu być Imperium Osmańskie, gdzie chrześcijanie stanowili znaczny procent ludności państwa. Niemniej jednak nie mogli oni pełnić wielu wyższych stanowisk w państwie oraz musieli płacić specjalny podatek. Należy także wziąć pod uwagę, że ziemie zagarnięte chrześcijanom przez mahometan przeważnie pozostały pod ich panowaniem (Afryka Północna, Bliski Wschód, Azja Mniejsza) lub też bardzo dużo wysiłku kosztowała ich rekonkwista (Hiszpania, Półwysep Bałkański).

Analizując powyższy problem, niektórym na pierwszy rzut oka przyjmowanie muzułmańskich imigrantów może wydawać się aktem miłosierdzia. Pomimo to głębsze zastanowienie się nad zjawiskiem prowadzi do wniosków, że przyjmowanie wyznawców religii islamskiej prowadzi lub może prowadzić do wielu niepożądanych zjawisk, a korzyści z ich obecności są bardzo wątpliwe. Islam z pewnymi elementami rygoryzmu moralnego może niektórym chrześcijanom wydawać się mniejszym złem niż demoliberalizm, niemniej jednak nie jest to odpowiedź na współczesne problemy ani też nadzieja na odnowę moralną. Natomiast chrześcijanie o rygorystycznych poglądach moralnych powinni raczej starać się o dobro Kościoła niż narażać się na bycie oskarżonymi o stanie się V kolumną islamizacji.

Filip Palkowski

Jeden komentarz

  1. moherowy beret

    Litwa wpuszcza uchodźców czy imigrantów,dostają mieszkania,kartę kresytową,kursy języka litewskiego,nie pracują.Ale emeryci litewscy dostają jedynie emeryturę 200 euro(średnio,bo są też wysokie emerytury).Za mieszkanie emeryt płaci 150 euro,a 50 euro ma starczyć na życie(raczej namiastkę życia).Z a50 lat po Litwie nie zostanie śladu,bo młodzi w poszukiwaniu pracy jadą w świat,starsi,niezaradni wymrą.A piękna Litwa zmieni mieszkańców i wiemy już jakich.Matka Boska Ostrobramska nie ocaleje.

Dodaj komentarz