Adam Danek: Trzymam kciuki za Martina Schulza

Angela Merkel w wyniku tegorocznych wyborów do Bundestagu może zostać kanclerzem czwarty raz z rzędu. Do niedawna zresztą jej kandydaturę na szefa rządu zgodnie przedstawiały jako bezalternatywną media niemieckie, polskie i europejskie. W krótkim czasie sytuacja uległa zmianie po tym, jak kandydatem SPD do kanclerstwa oficjalnie ogłoszony został Martin Schulz. Były przewodniczący Parlamentu Europejskiego szybko goni Merkel w sondażach.

W Polsce perspektywa takiej zmiany w Bundeskanzleramcie wywoła zapewne niezadowolenie – a nie powinna. Wszyscy nad Wisłą pamiętają Schulzowi jego napastliwe i obraźliwe wobec naszego państwa wypowiedzi. Dlatego już na wstępie postawmy sprawę jasno: im bardziej antypolski i konfrontacyjny polityk na stanowisku kanclerza RFN, tym lepiej. Dla Polski i dla świata.

Martin Schulz jest nastawiony negatywnie do nowego amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa chyba w jeszcze większym stopniu niż Merkel. Ujęcie przez niego steru rządów w Berlinie stworzy więc szansę na rozerwanie sojuszu niemiecko-amerykańskiego, który trzyma w okowach całą Unię Europejską, a w konsekwencji na emancypację Niemiec i Europy spod wpływów USA. Schulz dał się też poznać jako umiarkowany krytyk Izraela. Bardzo umiarkowany, ale jednak krytyk, co w razie jego zwycięstwa mogłoby zwiększyć asertywność Unii Europejskiej wobec syjonistycznych okupantów Palestyny. Przemawiając w Knesecie, Schulz wypomniał Żydom niehumanitarne postępowanie z Palestyńczykami, za co zresztą izraelscy politycy nie omieszkali go publicznie zwymyślać i porównać do nazistów (sic!). Stawia go to w pozytywnym świetle na tle bezwarunkowo kolaboranckiej wobec Izraela polityki Merkel, a także postawy prezydenta Trumpa, którego pierwsze kroki wytyczają linię radykalnie prosyjonistyczną i antypalestyńską.

Theodore Roosevelt, jeden z najwybitniejszych prezydentów Stanów Zjednoczonych, streścił kiedyś swoją metodę uprawiania polityki w słowach: „Przemawiaj łagodnie, trzymając grubą pałkę, a daleko zajdziesz.” Angela Merkel wiernie realizowała formułę Roosevelta. Martin Schulz, który zasłynął z wydzierania się na dziennikarzy w Parlamencie Europejskim, nie będzie przemawiał łagodnie. Merkel rozstawiała po kątach przywódców innych państw europejskich i przymuszała ich do podporządkowania się woli politycznej Niemiec, ale robiła to w miarę zakulisowo, za parawanem starannie inscenizowanych uścisków przed kamerami oraz deklamowanych z uśmiechem zapewnień o przyjaźni i europejskiej solidarności. Schulz zapewne nie będzie próbował stwarzać podobnych pozorów. Będzie kanclerzem jawnie apodyktycznym wobec zagranicy, agresywnym i awanturniczym, czym zrazi do siebie wszystkie rządy Europy i tym samym pogrzebie do reszty niemieckie przywództwo w Unii Europejskiej, i tak już zachwiane próbami narzucania przez Merkel innym krajom „obowiązkowych kwot uchodźców”. Izba Gmin właśnie zaaprobowała wstępnie wniosek gabinetu Theresy May o uruchomienie przez Wielką Brytanię procedury wyjścia z Unii Europejskiej. Jeżeli na dodatek w tym roku wybory prezydenckie we Francji wygra Marine Le Pen, a kanclerzem RFN zostanie Schulz, na horyzoncie pojawi się widmo rozpadu UE i jutrzenka wolności dla narodów Europy spętanych przez brukselskiego polipa.

Dla Polski znacznie lepszą perspektywą od dalszego wiszenia na aksamitnej smyczy Merkel jest powrót do sytuacji znanej z czasów Gerharda Schrödera, kiedy kanclerz Niemiec głośno beształ polskie władze i bez żenady próbował wydawać im rozkazy. „Niewykształcony lewak” Schulz (jak w jednej ze swoich nielicznych sensownych wypowiedzi określił go minister Witold Waszczykowski) może pod tym względem nawet prześcignąć Schrödera, co doszczętnie skompromituje orientację niemiecką i „proeuropejską” w naszym kraju. Polskie środowiska proniemieckie albo będą się bały zabierać głos, albo zaczną być postrzegane przez szerokie kręgi opinii publicznej jako zdrajcy. I może wreszcie komuś przyjdzie do głowy, żeby zrobić coś z panoszeniem się nad Wisłą kontrolowanych przez niemiecki kapitał „polskich mediów”, które nie są niczym więcej niż głośnikami podłączonymi do ministerstwa spraw zagranicznych RFN.

Kanclerstwo Schulza mogłoby ponadto wywrzeć ozdrowieńczy wpływ na rządy PiS. Od listopada politycy tej formacji są przerażeni. Po zwycięstwie Donalda Trumpa w USA nerwowo zapewniają, że „nic na świecie się nie zmieni”, a tak naprawdę zżera ich panika, bo właśnie stracili w Waszyngtonie punkt oparcia dla swojej polityki prowokowania Rosji i bezwarunkowego popierania w Kijowie antyukraińskich podpalaczy z „euromajdanu”. Skoro Waszyngton zostawił ich na lodzie, próbują podwiesić się pod Berlin. Jeszcze kiedy zapowiadano, że Angela Merkel wkrótce ogłosi swoją kandydaturę na kanclerza, Witold Waszczykowski, Beata Szydło i pierwszy wiceminister spraw zagranicznych Konrad Szymański w odstępach zaledwie kilku dni wprost zadeklarowali poparcie dla jej startu i dalszych rządów w Niemczech. To już nie umizgi, to hołd lenny. Jeżeli jednak kanclerzem zostanie Schulz, a nie Merkel, droga do Berlina będzie zamknięta dla rządu PiS, który był krytykowany przez Schulza i sam go krytykował. Wstawmy się w położenie PiS: znikąd protekcji – ani z Waszyngtonu, ani z Berlina, nawet nasi „jedyni sojusznicy” banderowcy patrzą na nas coraz bardziej krzywo i zimno. Może wtedy presja sytuacji zewnętrznej zmusi rząd PiS do dostrzeżenia, że świat nie składa się tylko z zachodniego demoliberalizmu, NATO, Unii Europejskiej, amerykańskich jastrzębi spod znaku Johna McCaina i banderowskich „herojów majdanu”, a w rezultacie do przeformułowania polityki zagranicznej na bardziej zgodną z polskim interesem narodowym i z interesem światowego pokoju. Jeśli natomiast obóz Jarosława Kaczyńskiego nie zmieni swojego nastawienia i skapituluje przed obrażającym go kanclerzem Schulzem, pogrąży się w oczach patriotycznych i prawicowych wyborców, którzy pomyślą o tym, by przerzucić swoje głosy na bardziej patriotyczne i bardziej prawicowe ugrupowania. I w roku wyborczym 2019 coś w Polsce wreszcie drgnie, tak jak w całej Europie. Dojście Schulza do władzy zaowocuje też wprawdzie zwiększeniem politycznego i finansowego wsparcia Niemiec dla liberalnej opozycji w Polsce, ale z tą zbieraniną histerycznych kobiet w wieku balzakowskim, brodatych mężczyzn w spódniczkach i lewicowych emerytów rozprawimy się sami. Lepiej zresztą, by ekspozyturą niemieckich interesów nad Wisłą był groteskowy „ciamajdan” niż ktoś poważniejszy (w stylu Platformy Obywatelskiej w 2005 r.). Ośmieszanie opozycji kierowanej przez Ryszarda Petru i Mateusza Kijowskiego to jedyne, w czym rząd PiS wykazuje relatywną sprawność.

Oczywiście wszystkie powyższe zalety Martina Schulza w roli kanclerza są jedynie zaletami względnymi. Schulz plasuje się w granicach tzw. demoliberalnego konsensusu, czyli w dotychczasowej oligarchii politycznej Europy. Nam zaś idzie o wyzwolenie od globalistycznego liberalizmu całego świata i Europy, a więc również Niemiec. Jego wstępnym warunkiem jest utrata władzy przez dotychczasową oligarchię polityczną na rzecz sił odrzucających globalistyczny liberalizm. Merkel to jego strażniczka. Na wybór Trumpa zareagowała zamieszczeniem w niemieckiej prasie artykułu, w którym wespół z pochowanym już szczęśliwie trupem politycznym Barackiem Obamą zagroziła, że nie ma powrotu do świata sprzed globalizacji. Jednocześnie sama przyłożyła rękę do podkopania rządów demoliberalnej oligarchii. Otwierając granice dla nielegalnych imigrantów, rzuciła milionową armię obcych na własny kraj, który na najazd odpowiedział mobilizacją sił patriotycznych na skalę dawno tam nie widzianą. Bo kiedy poprzednio prezydent RFN musiał uciekać na ulicy przed rozjuszonym tłumem skandującym „Zdrajca narodu!”, jak przydarzyło się to w zeszłym roku Joachimowi Gauckowi?

Tegoroczne wybory do Bundestagu nie dają jeszcze szans na wytrącenie steru rządów z rąk oligarchii, ale dają dużą szansę na wzmocnienie w Niemczech antyliberalnej opozycji. Taktycznie liczymy więc na wygraną Schulza w rywalizacji o stanowisko kanclerza, strategicznie – na powiększenie parlamentarnej reprezentacji post-enerdowskiej Lewicy (Die Linke), trzecie miejsce w wyborach dla „eurosceptycznej” Alternatywy dla Niemiec i przekroczenie progu wyborczego przez NPD.

Adam Danek

5 komentarzy

  1. Trudno odmówić logiki Autorowi. Bardzo ciekawe spojrzenie na kandydatów. Mnie tylko zastanawia, czy są jeszcze jacyś inni kandydaci (Zieloni?). Bo może się zdarzyć, że gdzie dwóch się bije trzeci korzysta. Czy jest jakiś trzeci? Muszę przyznać, że nie mam związków z Niemcami, więc zupełnie nie orientuję się w tamtejszych nastrojach. Subiektywnie wydaje mi się, że jeśli Niemcy mają tylko tych dwoje kandydatów do wyboru, to mają dużo gorzej niż my, czy Amerykanie.
    Bo jaki jest wybór między okropnie ubraną starszą panią, która sprowadziła do Niemiec i całej Europy setki tysięcy muzułmanów, czyli wielki i groźny problem, a obleśnym zbokiem, który chce przerzucić stworzony przez Niemcy problem na innych, a jak nie zechcą przyjąć tej łaski – karać. Czy w Niemczech nie ma jakiegoś normalnego człowieka nieskompromitowanego?
    Ciekawe, czy Niemcy dadzą się omamić sondażowniom i mediom, czy jak w Polsce I USA dokonają NIEPRZEWIDYWALNEGO WYBORU?
    Może się zdarzyć, że kandydować będzie Turek, który urodził się w Niemczech i ma pełnię praw obywatelskich. Nie trzeba być jasnowidzem, żeby przewidzieć, że to Turek wygra wybory. Jeśli nie tym razem to w następnej kadencji. A wówczas polityka światowa zmieni się zupełnie. Niestety w Polsce nie ma Jana III Sobieskiego ….

  2. Panie Adamie, niestety ta analiza jest kiepska z kilku powodów:

    1. Niemcy to papierowe mocarstwo. W 2011 roku Merkel rozwaliła najlepszy system poboru i szkolenia do wojska i wprowadziła słabą armię zawodową. Od tej pory Bundeswera straciła swoją siłę bojową.
    2. Niemcy to państwo federalne tak jak USA. Jednak Niemcy są na jednym kontynencie Z Rosją, Francją, Wielką Brytanią i silniejszą Polską (które działa aktywnie na rzeczy wzmocnienia grupy wyszehradzkiej). Jako państwo federalne Niemcy są bardziej narażone na destabilizacje niż scentralizowana Polska. Przypominam Krym miał autonomie i czym się to skończyło dla Ukrainy.
    3. Niemcy to państwo coraz bardziej wielonarodowe, wielorasowe, wieloreligijne. Tymczasem Polska to państwo mononarodowe, monoreligijne. A zatem znowu Niemcy są bardziej narażone na destabilizacje. Przypominam destabilizacja na wschodzie Ukrainy wynikała z tego, że na Ukrainie jest kilkanaście milionów Rosjan, szczególnie na wschodzie.
    4. Niemiecka gospodarka dołuje na skutek zmian demograficznych. Przypominam z Niemiec wyemigrowało rodowitych, wykształconych i majętnych Niemców w ciągu dekady 1,5 milionów (za rządów samej Merkel wyemigrowało 700 tys Niemców). Na ich miejsce przyjechało kilka milionów niewykształconych, leniwych islamistów. To się odbiło powaznie na Niemieckiej gospodarce, która dołuje. Deutsche Bank – bank światowy – jest coraz bliżej bankructwa, podobnie coraz bliżej bankructwa jest strefa Euro. Niemcy wzorem Szwecji są na dobrej drodze stania się państwem trzeciego świata.
    5. USA ma w samych Niemczech 50 tys. wojsk. Czyli USA militarnie kontroluje Niemcy. Za Donaldem Trumpem stoi murek armia i uzbrojona część społeczeństwa amerykańskiego (weterani, milicje obywatelskie, gwardia narodowa). Czyli Donald Trump ma możliwość oddziaływania na Niemcy.
    6. Niemcom grozi na skutek polityki Donalda Trumpa – która polega na protekcjonizmowi gospodarczemu USA – utrata prawie 1,6 milionów miejsc pracy. Czyli znowu Trump ma silne narzędzie oddziaływania ekonomiczne na Niemcy.
    7. Trump likwiduje umowę TIPP. Bez tej umowy koncerny Niemieckie będą upadać dlaczego??? Ponieważ firmy Niemieckie bez specjalnych globalnych umów nie są wstanie wytrzymać konkurencji. Większość gospodarki Niemieckiej to koncerny, które są konkurencyjne dzięki prawodawstwu UE robionemu pod interesy Niemiec.
    8. Brygada pancerna USA stacjonuje na granicy zachodniej Polski. Czyli to pokazuje, że jak wspomniał Michalkiewicz, te wojska są skierowane przeciwko państwu Niemieckiemu, a nie Rosji.
    9. Retoryka antyrosyjska Pis to idealny kamuflaż aby wzmocnić armie przeciwko nie silnej Rosji ale słabej Niemieckiej Bundeswerze (której 25% składu to obcokrajowcy).
    10. Betrix spowodował jeszcze większy kryzys UE i strefy Euro. Wielka Brytania to czołowy konsument Niemieckich maszyn i dóbr. W razie gdyby Niemcy stawiali twarde warunki, to Brytyjczycy mogą oclić towary Niemiecki i sprowadzać maszyny od kogoś innego.
    11. Trump ma dobre relacje z Wielką Brytanią.

    Wniosek Niemcy to papierowe upadające mocarstwo. Wybór Schulza oznacza szybszy koniec wiodącej roli Niemiec i być może ich rozpad w dłużej perspektywie. Dlaczego?? Ponieważ Schulz to idiota, który posiada jedynie argumenty siły chociaż Niemcy nie mają tej siły za wiele. W zasadzie Merkel jest sprawniejszym politykiem od Schulza. W razie czego Merkel i CDU wejdą w koalicje z Alternatywą dla Niemiec. Dlaczego??? Ponieważ Schulz to przepis na katastrofę Niemiec. We Francji wygra na pewno kandydat prawicy. Jeśli wygra pani Le Pean to wtedy UE upada, Francja wychodzi z EU (referendum poprze większość Francuzów). Szczególnie gdy Schulz zacznie grozić Francuzom, Brytyjczykom i Amerykanom.

  3. „Nam zaś idzie o wyzwolenie od globalistycznego liberalizmu całego świata i Europy” Mi zaś idzie o Polskę Mocarstwową, z Królewcem, Wilnem, Rugią, Lwowem, Terespolem, a nawet i Odessą… Co raz bardziej uwidacznia Pan swe „korzenie” i niestety nie są to korzenie Dębu Bartka…

    • 1. Tylko co nam po Polsce mocarstwowej zatrutej liberalizmem, cywilizacją śmierci i zapominającej o swoim katolickim dziedzictwie. Mamy nieść na wschód kaganek genderyzmu i „praw mniejszości”?

      2. Co Szanowny Pan zamierza uczynić z mieszkańcami Królewca, Wilna, Rugii, Odessy, a przede wszystkim Lwowa którzy do Polski mają stosunek wstrzemięźliwy, a w ostatnim przypadku nawet wrogi? Czy potrzebujemy jeszcze większej liczby niezwykle nam życzliwych przyjaciół Bandery i miłośników Ponar? Jak mamy ewentualnie podźwignąć tereny Galicji Wschodniej z zapaści, skoro nie dajemy sobie rady z państwem w obecnym kształcie?

      3. Czy rewizja granic wschodnich nie pociągnie za sobą automatycznie rewizji granic zachodnich? Czy rewizja granic zachodnich nie wpłynie mocno negatywnie na nasze regionalne położenie geopolityczne, a w efekcie jeszcze większe uzależnienie Polski od Niemiec?

      • Tak sądzę

        W całości zgadzając się z punktami 1 i 2 – absoutnie nie zgodzę się z trzecim: nie, nie ma takiego „automatu”, który miałby działać na zasadzie: „jak odzyskacie swoje ziemie wschodnie, to oddajcie Niemcom ich były Wschód”.
        Ziemie Odzyskane są dla nas częściową rekompensatą za tragedię II wojny światowej – i wcale nie było takiej umowy, że „jeśli Lwów i Wilno do Polski kiedyś wrócą, to do Niemiec muszą(?) wrócić Szczecin i Wrocław”. Takiej „umowy” NIE MA.
        Ale to tak „w kwestii formalnej” – bowiem, powtórzę, racje wyłożone w poprzednich dwóch punktach w zupełności podzielam.

Dodaj komentarz