Adam Danek: TW „Bolek” a sprawa polska

Zacznę od tego, że atmosferę „szoku”, którą media próbują nakręcić wokół ostatecznego już tym razem potwierdzenia faktu współpracy Lecha Wałęsy ze Służbą Bezpieczeństwa, postrzegam jako żałosną szopkę. W środowiskach politycznych, w których działalności brałem udział, niegdysiejszą agenturalność Wałęsy zawsze przyjmowano za pewnik. Nie podzielam też poglądu, iż nie należy mówić publicznie o złych rzeczach, jakich dopuściła się postać historyczna, bo postać ta urosła do rangi symbolu pewnych dziejowych osiągnięć.

Uparte i desperackie negowanie faktu, że Lech Wałęsa był TW „Bolkiem”, jakie serwuje nam jedna strona inscenizowanego do znudzenia sporu o jego osobę, nie ma więc w mojej ocenie najmniejszego sensu. Ale fakt ów – wbrew gniewnemu i triumfalnemu porykiwaniu drugiej strony tego sporu o nic – nie dyskwalifikuje też byłego prezydenta jako polityka czynnego po 1989 r.

Właściwym celem linczu, który media PiS-owskie i do nich zbliżone urządzają dziś na Wałęsie, nie jest bowiem nawet zgnojenie go „za karę, bo donosił” przez samozwańczych egzekutorów dziejowej sprawiedliwości, lecz wylansowanie określonej wizji najnowszej historii Polski. W wizji tej losy naszego kraju po wiekopomnych przemianach ustrojowych zdeterminowało przede wszystkim przeniknięcie TW „Bolka” i innych szatańskich TW do czystej poza tym, bo wywodzącej się z „Solidarności” elity politycznej. Innymi słowy, ćwierć wieku po demontażu PRL państwo polskie znalazło się w opłakanym stanie nie z powodu nieudolności i zwyczajnej złej woli kolejnych rządów tzw. III Rzeczypospolitej, ale dlatego, że TW „Bolek” został prezydentem, a poza tym z winy stosunkowo niewielkiej grupki innych diabolicznych TW. Odmienne wyjaśnienie mogłoby zrodzić pytania o jakość postsolidarnościowych elit jako takich oraz o słuszność strategicznej orientacji narzuconej przez nie Polsce w 1989 r. i później.

Rządzący dzisiaj w naszym kraju obóz Jarosława Kaczyńskiego zupełnie nie kryje się z dążeniem do poprawienia historii według własnych kryteriów ideologicznych – i personalnych. Nic nie dokumentuje tego dążenia lepiej niż wydana niedawno książka samego Kaczyńskiego, w której lider PiS obwieścił urbi et orbi, że tak naprawdę „Solidarnością” nie kierował Lech Wałęsa, tylko Lech Kaczyński. Literalnie jak w Orwellowskiej formule: „Kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość.”

Mnie nie interesują przekrzykiwania sfrustrowanych lub egocentrycznych emerytów o to, kto się bardziej zasłużył dla tej niezbyt istotnej dla Polski sprawy. Wizja historii rzeźbionej w styropianie, której osią jest „Solidarność”, powinna zniknąć z podręczników szkolnych. Nie zawiera ona niczego poza panegirykiem na cześć ludzi, jacy potem rozprzedali naszą ojczyznę. Jedno natomiast mogę stwierdzić z całą pewnością: byłoby lepiej dla Polski, gdyby wybory prezydenckie w 1995 r. wygrał TW „Bolek” a nie Aleksander Kwaśniewski (tak samo, jak byłoby lepiej dla Polski, gdyby wybory prezydenckie w 2000 r. wygrał choćby i Marian Krzaklewski, ale nie Kwaśniewski) i można jedynie żałować, że stało się inaczej. Wniosek taki nasuwa się zwłaszcza z konserwatywnego punktu widzenia, do którego się poczuwam.

Skoro zaś już o nim mowa, obóz Jarosława Kaczyńskiego od lat ględzi o potrzebie „wzmocnienia władzy wykonawczej”, co ma dowodzić jego rzekomego konserwatyzmu. I nic jeszcze w tym kierunku nie zrobił. Tymczasem Lech Wałęsa w latach 1992-1995 zdołał narzucić państwu interpretację „małej konstytucji” z 1992 r. tworzącą tzw. resorty prezydenckie, w wyniku czego Ministerstwo Obrony Narodowej, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Ministerstwo Spraw Zagranicznych faktycznie zostały bezpośrednio podporządkowane prezydentowi. I z konserwatywnego punktu widzenia można jedynie żałować, że to pozakonstytucyjne rozwiązanie nie utrzymało się, zniesione przez Kwaśniewskiego. Wcześniej, w 1991 r., Wałęsa proponował, by zamiast przeprowadzać „w pełni wolne” wybory do parlamentu utworzyć raczej Radę Polityczną przy Prezydencie, której skład określałaby sama głowa państwa. I z konserwatywnego punktu widzenia można jedynie żałować, że dawnemu TW „Bolkowi” nie udało się wówczas zahamować w ten sposób ewolucji ustroju Polski w kierunku demoliberalnym.

Polską rządzą dzisiaj ludzie, którzy głośno zapewniają, iż od zawsze marzyli, by żyć pod amerykańską okupacją wojskową. Prezes Rady Ministrów wita przekraczających polską granicę sołdatów US Army słowami: „To najlepsza, najsilniejsza, najwspanialsza armia świata.” Minister obrony w tym samym rządzie wtóruje jej płaczliwie: „Witamy was w całej Polsce. Dziś witają was Polacy od Żagania do Białegostoku, od Bałtyku do Tatr. (…). Czekaliśmy na was dziesiątki lat, często mając poczucie osamotnienia, poczucie, że być może się już nigdy nie doczekamy, że jesteśmy jedynymi, którzy bronią cywilizacji od zagrożeń ze Wschodu. Ale dziś jest dobry dzień, w którym nadzieje się ziściły.” A redaktor gazety nazwany przez kogoś trafnie „Michnikiem IV Rzeczypospolitej” stara się ich jeszcze przelicytować na wazelinę: „Witamy wojska USA w Polsce. Kończy się okres 300-letniej dominacji Rosji w tej części świata.” Pogrobowcy Porozumienia Centrum i pogrobowcy Unii Wolności (z których spora część działa obecnie w PiS) są w tej kwestii całkowicie zgodni: dla Polski istnieje tylko jedna droga – na Zachód, na kolanach. Obóz Jarosława Kaczyńskiego agitował gorliwie w tym duchu już za prezydentury Lecha Wałęsy. Grzegorz Kostrzewa-Zorbas, z wykształcenia teatrolog, a dziś wielki PiS-owski „ekspert od bezpieczeństwa międzynarodowego”, mówił wtedy z oburzeniem o polskiej polityce zagranicznej: „Uderzającą jej cechą była powolność przebijania się koncepcji pronatowskiej. Tak oczywista konieczność stała się oficjalną tezą dopiero dwa i pół roku (!) po przejęciu władzy przez Solidarność, po miesiącu władzy Olszewskiego.” (1). W tym samym czasie Jarosław Kaczyński uznawał za niebezpieczeństwo dla Polski fakt, iż jej wejście do bloku zachodniego nie zostało jeszcze przesądzone: „Belweder nie prowadzi polityki, która suwerenność naszą umacnia. Polska usadowiła się na grani, skąd ciągle jest możliwość spadnięcia na stronę finlandyzacyjną. Nie zdobyliśmy się na wysiłek, by przejść na drugą stronę w kierunku Zachodu. Sprawa ciągle jest otwarta i to jest największe zagrożenie.” (2). Suwerenność państwa polega więc na podporządkowaniu Zachodowi, a zagraża jej fakt, iż Polska wciąż ma otwarte inne drogi niż na Zachód. O tych ludziach można powiedzieć to samo, co dyplomata Stanisław Zabiełło napisał o generale Sikorskim: mają „mentalność satelicką”. Skutki mentalności satelickiej w polityce zagranicznej III i IV Rzeczypospolitej odczuwamy w bezpośredni sposób. Członkostwo Polski w NATO i proces przygotowania do niego poskutkowały rozpłynięciem się polskiej armii. Członkostwo Polski w Unii Europejskiej i proces przygotowania do niego poskutkowały rozpłynięciem się polskiego przemysłu. I mimo tych ofiar jakoś nadal nie jesteśmy ani specjalnie bezpieczni, ani specjalnie bogaci.

Lech Wałęsa jako jeden z nielicznych (obok Józefa Oleksego, Waldemara Pawlaka czy Andrzeja Leppera) polityków po 1989 r. kwestionował jedynozbawczy charakter wizji Polski jako wasala Zachodu. W latach 1992-1993 proponował utworzenie przez kraje naszego regionu „NATO-bis i EWG-bis”, z możliwością późniejszego rozszerzenia ich o Rosję. W 1992 r. chciał, wykorzystując powstanie w Europie Środkowej „próżni bezpieczeństwa”, zdobyć dla Polski ostateczną gwarancję suwerenności – broń nuklearną (której potrzebę pozyskania potem chyba jako jedyny podnosił w 2015 r. w swoim programie wyborczym kandydat na prezydenta Grzegorz Braun). Zdecydowanie zaoponował przeciw temu pomysłowi minister obrony narodowej w rządzie Jana Olszewskiego, Jan Parys, obecnie szef gabinetu politycznego ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego. W 2011 r. Wałęsa odrzucił propozycję dwuminutowej audiencji u miłościwie nam wówczas panującego hegemona Baracka Obamy, uznając ją za poniżającą. Być może również z tych powodów tak zajadle kąsają go zeloci wiary, że „poza Zachodem nie ma zbawienia”.

Oczywiście, nikt mi nie musi tłumaczyć, iż dzisiejszy Wałęsa jest już tylko groteskowym celebrytą, pałubą na kiju trzymanym przez liberalne elity, swoją własną karykaturą. Ale nawet on sam nie jest w stanie zniszczyć swojego dawnego dorobku. TW „Bolek” okazał się najlepszym polskim prezydentem po 1989 r., quand même. Lepszym od bezbarwnych miernot, jakie sprawowały ten urząd po nim.

Adam Danek

1. Jacek Kurski, Piotr Semka, Lewy czerwcowy, Warszawa b.d.w., s. 180.

2. Tamże, s. 46.

4 komentarze

  1. NA MIŁOŚĆ BOSKA PRZESTAŃCIE PREZENTOWAĆ WRESZCIE TO SPASIONE BYDLĘ …

  2. Lech „TW Bolek” Wałęsa jest zdrajcą, tchórzem, wiarołomcą, kłamcą oraz człowiekiem pozbawionym godności – i nic nie jest w stanie tego zmienić. I nawet nie ma powodu, aby nad tym się rozpisywać. Lech „TW Bolek” Wałęsa był agentem bezpośrednio powiązanym z liberalno-rewolucyjną frakcją PZPR, która z powodzeniem doprowadziła do powstania III RP i ustroju demokratycznego. To III RP i ustrój demokratyczny jest odpowiedzialny za rozkradzenie majątku narodowego i narodowego przemysłu – nie tylko zniszczenie górnictwa oraz zamknięcie stoczni, ale także zniszczenie przemysłu hutniczego, włókienniczego oraz wiele innych. Bycie prezydentem przez Lecha Wałęsę umożliwiło „TW Bolkowi” kradzież wielu teczek oraz dokumentów na swój temat, których to – jak widać – „TW Bolek” się wstydzi. Owe teczki i różne dokumenty nie tylko nie zostały zwrócone, ale nawet Lechowi Wałęsie do tej pory nie postawiono zarzutów o kradzież. Pomysł „TW Bolka” z lat 1992 – 1995 o podporządkowaniu MON, MSW oraz MSZ jemu samemu był podyktowany wyłącznie jego własnym interesem, a nie służbą wobec Polski. Przypomnę, że to właśnie w latach 1992 – 1995 Lech Wałęsa wykradał dokumenty o swojej współpracy z SB i liberałami z PZPR. Dzięki liberalno-rewolucyjnej frakcji PZPR powstała nie tylko III RP i ustrój demokratyczny, ale także coś co określa się mianem: „demokratycznego państwa prawa” – cokolwiek miałoby to znaczyć. Jak wiadomo – „prawo” i „demokracja” są dwiema odrębnymi kategoriami, zatem nie można ich ze sobą łączyć. Natomiast te dwie sfery łączą ze sobą demokratyczni intelektualiści, tylko w sobie wiadomy sposób. O intelektualistach pisać nie mam zamiaru – wystarczy bowiem to, że tego pokroju ludzie rządzą w Polsce od 1989 roku, jeśli nie dłużej. III RP to również rzekomo „niezawisłe sądy”, „niezależna prokuratura”, „wolna Polska”, „niepodległa Polska”, „niezależne media”. Dzięki III RP mogły powstać takie „niezależne media” jak np.: TVN, Polsat czy Gazeta Wyborcza. A wszystkie struktury, instytucje, media, urzędy, placówki, łącznie z sądami, prokuraturą, wojskiem itd. były – i nadal w dużej mierze są – obsadzone agentami i byłymi SB-kami powiązanymi z liberalną frakcją PZPR. Rzekome „NATO-bis” oraz „EWG-bis” nigdy nie powstało, a jeśli nawet Lech Wałęsa miał pomysł na utworzenie tego typu struktur – to naprawdę nic nie znaczy. Zamiar lub pomysł Lecha Wałęsy odnośnie „NATO-bis” oraz „EWG-bis” był zapewne powodowany jego partykularnym interesem i być może na wniosek osób, które „TW Bolka” prowadziły. Niedawne wypowiedzi Lecha Wałęsy nawołujące do tego, że Unia Europejska powinna wyrzucić ze swoich struktur Rzeczpospolitą Polskę jedynie potwierdzają ocenę, że Wałęsa to przede wszystkim demokrata, a nie Polak. Podsumowując: Lech „TW Bolek” Wałęsa jest nie tylko ikoną III RP i ustroju demokratycznego, ale sam – poprzez haniebne czyny – przyczyniał się do utrwalania rozkładu i zepsucia w III RP. Zatem ocena Lecha „TW Bolka” Wałęsy może być tylko negatywna.

  3. Panie Adamie, czytam ten tekst ze zdziwieniem – pozytywnym. Nie ze wszystkim się zgadzam,ale myśl przeciw „mentalności satelickiej” zawsze warta jest dyskusji. Zwłaszcza z jakiego państwa podnosi się to myślenie – z satelickiego na dzień dzisiejszy. A jaka jest szansa nie być satelitą, uwolnić się spod siły ciążenia planety?
    Był Feliks Koneczny z jego doktryną/teorią Grunwaldu – bo był Jagiełło z jego wielkim anty-satelickim dziełem. Lecz zanim był Jagiełłą-królem Polski, wpierw był Jagajlą-kunigasem Litwy, niecałej. I wobec satelickości zdecydował się na chrzest od Krzyżaków, tj. śmiertelnych wrogów Litwy (i Polski) – czy zdradził wtedy mniej, niż Wałęsa-robotnik (nie jakiś tam inteligent czy doktor praw) podpisem na kwicie ubeckim? Ważne, co było potem: czego potem dokonał Jagajla, na Litwie i w Polsce jako Jagiełło i w Europie, wymuszając jej zmianę na pohybel cesarskiej hegemonii legizmem, papieżem i Zakonem. Satelita stał się planetą?
    „Zdrajca” Jagajla/Jagiełło dokonał wielkich rzeczy, oskarżany zresztą z najgorszych paragrafów cesarsko-krzyżackiej propagandy: to wtedy prof. Falkenberg, krakowski profesor czarnego piaru, użył określenia AUSROTTEN w odniesieniu do Jagiełły i Polaków w ogóle: bo odważył się myśleć nie-satelicko! I jeszcze Polaków do tego przekonał – mało przekonał, bo jeszcze poprowadził do Bitwy i Wojny z Zakonem i Zachodem: wygranej!
    Wałęsa nie osiągnął tego, co osiągnął Jagajla/Jagiełło – bo nie mógł, robotnik wśród „inteligentów” satelickich – zresztą z chłopa król zwykle gorszy jest od z księcia król, lecz myśl miał słuszną! I Pan, moim zdaniem, myśl ma słuszną w tym przynajmniej, by dzisiejszym Falkenbergom-profesorom czy -magistrom patrzeć w oczka satelickie jako planeta. (Który to planeta zawsze chyba istnieje w jakimś układzie planet, ale nie jestem pewny…)
    Jeśli konserwatyzm ma być jagielloński – jestem za.

  4. Jeżeli szopka”,to jej finał był jeszcze w latach siedemdziesiątych.
    Pozostał problem konsekwencji tej gry aktorskiej na dalszą działalność Lecha Wałęsy jako „Bolka” już jako związkowca SOLIDARNOŚĆI,a później prezydenta RP.

Dodaj komentarz