Adam Danek: Giovinezza (Manifest zgreda II)

Mamy za sobą ogólnopolski festiwal „Żołnierze Wyklęci”. Komentarze i podsumowania dzielą się na dwa rodzaje. Z jednej strony dziennikarze i publicyści związani z establishmentem Republiki Okrągłego Stołu biją na alarm: rosną szeregi młodzieży zafascynowanej „nacjonalistycznymi zbrodniarzami”! Z drugiej strony w środowiskach narodowych i prawicowych ujawnia się tendencja do propagandy sukcesu: niezaprzeczalne zwycięstwo, rosną szeregi młodzieży prawdziwie patriotycznej, a kto krytykuje, ten jest na pewno antypolskim zdrajcą! Odrębną grupę stanowią neutralne wypowiedzi gadających głów z mediów, które z zawodowym zainteresowaniem entomologa konstatują, że „do młodzieży przemawia mit żołnierzy wyklętych”.

W mojej ocenie zarówno przekonanie o oszałamiającym triumfie samego przedsięwzięcia, jak i przekonanie o efektywności „mitu żołnierzy wyklętych” podważa dość jasełkowy charakter demonstracji, które wywołały tę, pożal się Boże, dyskusję. Część ich uczestników paradowała w przebraniach „żołnierzy wyklętych”, przez co przypominały one raczej happening albo sesję gry LARP. To nie drugorzędny detal, to zjawisko nader symptomatyczne. Bo prawda jest taka, że co najmniej duża część uczestników tych demonstracji lubi myśleć o sobie jako o współczesnych „żołnierzach wyklętych” lub ich spadkobiercach. I kiedy wygłaszają peany na cześć najprawdziwszych spośród najprawdziwszych z najprawdziwszych patriotów, niezłomnych, nieprzejednanych, nieprzekupnych… to głównie chcą powiedzieć, że sami siebie za takich uważają.

Wbrew triumfalnym lub zaniepokojonym prognozom (w zależności od tego, kto prognozuje) sądzę, że nic sprawczego z tych marszów i demonstracji nie wyniknie, ponieważ obecny „mit żołnierzy wyklętych” pozostaje całkowicie pusty politycznie. Bo właściwie jaka jest ideowa treść tego „mitu”? Tak, wiem: „antykomunizm”. Dość już o tym napisali inni, więc przypomnę tylko, iż trudno patrzeć z powagą na „antykomunizm” gorliwie uprawiany w Polsce anno Domini 2017 przez osoby urodzone po roku 1990 czy nawet po 2000. Ciekawe skądinąd, że młodzi fani (określenie chyba najbardziej adekwatne do popkulturowego charakteru zjawiska) „żołnierzy wyklętych” fascynują się powojennymi resztkami NSZ czy NZW, za to zupełnie nie odkryli rekordzistów antykomunizmu takich jak ruch Miecz i Pług czy Stefan Witkowski (1903-1942) i jego Muszkieterowie – i to pomimo faktu, iż o tych drugich traktowało nawet wydane parę lat temu powieścidło poczytnego autora postmodernistycznych produkcyjniaków Szczepana Twardocha. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wśród różnych historycznych antykomunizmów zachwyt patriotycznej młodzieży wzbudza wyłącznie antykomunizm zwrócony przeciw powojennemu państwu polskiemu.

Nosicielami (w sensie dosłownym) kultu „żołnierzy wyklętych”, którego część przejawów niestety nie ustępuje poziomem surrealizmu PiS-owskim „miesięcznicom” i KOD-owskim „sobotnicom”, stały się przede wszystkim postacie w wieku mniej więcej nastoletnim, paradujące w ubraniach zadrukowanych ze wszystkich stron napisami i grafikami o „żołnierzach wyklętych”. Groteskowość i ośmieszające działanie tego „gimbopatriotyzmu” wywołały w środowiskach nacjonalistycznych – skądinąd zasadną – dyskusję o tym, czy osoby w przedziale wiekowym 15-18 lat powinny w ogóle bawić się w aktywizm i być do niego wciągane[1]. Sugestie, iż młodzież szkolna powinna zajmować się raczej nauką niż udawaniem, że politykuje, zawierają pewną dozę zdrowego rozsądku. Pozwolę sobie na kilka uwag z perspektywy człowieka liczącego już, ho ho, ponad trzydzieści lat, czyli od nastoletnich patriotów starszego, przynajmniej w sensie politycznym, o jedną generację.

Przede wszystkim, nawet bardzo młody wiek niekoniecznie dyskwalifikuje pod względem merytorycznym. Historia dostarcza nam tutaj licznych przykładów, więc ograniczę się do kilku pierwszych lepszych z polskiego podwórka, takich jak Jerzy Niezbrzycki (1901/1902-1968), jeden z najzdolniejszych oficerów wywiadu II Rzeczypospolitej, a później również geopolityk, geostrateg, sowietolog, dziennikarz i piłsudczykowski działacz polityczny. Jego mołojecka sława sięga 1918 r., kiedy w wieku 16 lub 17 lat (niepewna data urodzenia) stanął na czele oddziału partyzanckiego na Ukrainie. Do końca 1920 r. jako kurier wielokrotnie przekraczał fronty polsko-bolszewicki, polsko-ukraiński i ukraińsko-białogwardyjski, a jednocześnie wykonywał zadania wywiadowcze dla Wojska Polskiego i dowodził oddziałem Polskiej Organizacji Wojskowej na tyłach nieprzyjaciela. Jego rówieśnik i kolega po fachu Stanisław Zaćwilichowski (1902-1930) karierę wywiadowcy zaczął w wieku 17 lat, na froncie północno-wschodnim. Błyskawicznie awansował do rangi szefa wywiadu i kontrwywiadu Litwy Środkowej (1920-1922), efemerycznego państewka zrodzonego z „buntu Żeligowskiego”. Na tym stanowisku kierował polską akcją wywiadowczą przeciw Litwie kowieńskiej i osiągał wyróżniające rezultaty. A to bynajmniej nie rekordowe przypadki, bo taki major Rudolf Plocek (1905-1956) w wieku 13 lat rozpoczął służbę jako wywiadowca POW, w wieku 14 lat rozbrajał ukraińskich żołnierzy w Stanisławowie, a podczas wojny polsko-bolszewickiej został ranny jako piętnastoletni żołnierz uczniowskiego VI batalionu wartowniczego Armii Ochotniczej, do którego zaciągnął się na własne życzenie. Młodość nie jest zatem przeszkodą dla dokonania wielkich czynów, a o młodym człowieku dobrze świadczy, jeśli o nich marzy. Wymienione przykłady dotyczyły wprawdzie osób o wyjątkowych zdolnościach i cechach charakteru, ale zadanie ruchu patriotycznego polega na odkryciu  i zwerbowaniu takich osób jak najwcześniej, kiedy człowiek jeszcze kieruje się młodzieńczym idealizmem, zamiast rozglądać się, kto da więcej i myśleć o konwencjonalnie pojmowanej karierze. Oczywiście jeden Niezbrzycki czy Zaćwilichowski trafi się na tysiąc czy dwa tysiące działaczy ruchu. Dlatego też ruch patriotyczny powinien starać się werbować młodzież masowo, żeby było z czego wybierać.

Jest to wskazane także z innego powodu. Młodzi zazwyczaj porzucają aktywność polityczną najdalej po ukończeniu studiów, w okresie życia, na który przypada moment założenia rodziny i rozpoczęcia pracy zarobkowej lub podjęcia jej w pełnym wymiarze czasowym. Ten czynnik, jak wie każdy, kto zetknął się z tematem, wycina z szeregów każdej młodzieżowej organizacji jakieś 95% działaczy wchodzących w ów swoisty wiek krytyczny. Potem są już tylko osobami prywatnymi, o poglądach częściowo takich jak dawniej, które jednak z upływem lat coraz bardziej łagodnieją i zbliżają się do mainstreamu, by w końcu całkiem się w nim rozpuścić. I dlatego młodzież trzeba upolityczniać. Im większym młodym aktywem dysponuje organizacja, tym liczniejsze będzie te 5% działaczy, którzy pozostaną aktywni mimo wkroczenia w wiek krytyczny.

To zresztą każe przypomnieć, że działalność młodzieżówek obecnych partii politycznych nie ma sensu (jak i działalność samych partii), ponieważ składają się one przeważnie z osób w wieku dwudziestu i dwudziestu paru lat. Tymczasem prawdziwe sekcje młodzieżowe powinny być przeznaczone dla osób mających kilkanaście lat (nawet dolne), żeby w wieku około dwudziestu lat ci młodzi ludzie mieli już za sobą kilka lat działania w strukturze (a więc i dość czasu na ewentualne zniechęcenie się i odejście) i dzięki temu doświadczeniu mogli przejść do działalności politycznej sensu stricto. Przypadki takie jak Marion Maréchal-Le Pen we Francji zapewne stałyby się wówczas mniej odosobnione.

Dla wszelkiej maści Lisów i Żakowskich szok stanowi już fakt, iż wśród obecnej młodzieży nawet PiS jest bardziej popularne od demoliberalnej opozycji, a przeraża ich działalność bardziej prawicowych ruchów, które są w zasadzie w całości dziełem młodego pokolenia. Widzimy dzisiaj, jak różne większe i mniejsze Michniki urządzają dyskusje, próbując sobie nawzajem wyjaśnić, „jak do tego doszło”, przekrzykują się, że zabrakło lewackiej indoktrynacji w szkołach, że błędem było wpuszczenie do szkół Kościoła, „który uczy nacjonalizmu” i plotą inne podobne farmazony. Ale jedno widzą dobrze: że młodzież zaczyna wymykać im się z rąk. Trzeba im ją wydrzeć całkiem. Być może obserwujemy zalążki (lecz tylko zalążki, nic więcej) przemiany społecznej odwrotnej do przemian z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, symbolizowanych przez rok 1968. Moda na bycie lewakiem słabnie. Żywe trupy „pokolenia ‘68” wyraźnie obawiają się, że jak tak dalej pójdzie, to młodzież ich zmiecie. Naszym zadaniem jest umacniać tę tendencję. Jeżeli będziemy nadal pracować politycznie na kierunku młodzieżowym, być może coraz mniej młodych będzie chciało wyjechać do dowolnego kraju, gdzie zarobki i benefity na dziecko są wyższe niż u nas, a coraz więcej będzie chciało zostać tutaj i wziąć sprawy w swoje ręce. To zaś sprawi, że w ciągu najbliższych dwóch dekad nad Wisłą zacznie krążyć widmo rewolucji, nie tylko metaforycznej.

Niewątpliwie „gimbopatrioci” często zachowują się komicznie, ale przynajmniej się starają, a tym samym zmierzają potencjalnie w lepszym kierunku niż ich rówieśnicy, których papież Franciszek określił niedawno jako młodzież kanapową – umiejącą jedynie przeżuwać bezdennie głupią popkulturę i konsumować za pieniądze rodziców. Może zresztą po prostu nie podsunięto im sensowniejszych tematów niż „żołnierze wyklęci”.

Skoro zatem ruch patriotyczny zdołał już zgromadzić wokół siebie pewną liczbę młodzieży, powinien czym prędzej przeprofilować się z abstrakcyjnego „czczenia żołnierzy wyklętych” i walki z nieistniejącą „komuną” na sprawy i postulaty posiadające znaczenie praktyczne. Ma na to dwa lata, czyli wcale nie za dużo czasu. Na chwilę obecną perspektywy jeszcze nie są optymistyczne, bo poza politycznie jałową zabawą w „żołnierzy wyklętych” młodzież w praktyce nie bardzo chce się zająć ważnymi sprawami. Ograniczmy się do tematów, które już przebiły się do tzw. debaty publicznej i nie trzeba im torować drogi od zera. Niedawne demonstracje przeciw CETA nie były ani tak liczne, ani tak tłumne, jak marsze „żołnierzy wyklętych” – a przecież powinny się odbyć przynajmniej w każdym większym mieście. Nie widać też, by młodzież protestowała przeciw holokaustowi polskich drzew uruchomionemu przez naczelnego pilarza IV Rzeczypospolitej, ministra Szyszko. Jeśli zobaczę tysiące młodych ludzi obojga płci na przykład na demonstracjach antyaborcyjnych, uwierzę, że coś w Polsce zmienia się na lepsze. Bo tłumy na marszach „żołnierzy wyklętych” mnie o tym nie przekonują.

Niektórzy wyobrażają sobie, że „czcząc żołnierzy wyklętych”, są bardzo radykalni, a nawet dokonują w naszym kraju „radykalnej zmiany”. Otóż nie. „Czczenie żołnierzy wyklętych” to wbrew opinii „Gazety Wyborczej” żaden radykalizm. Żaden.

Adam Danek

[1] Zob. Hodowla „gimbopatriotyzmu (http://autonom.pl/?p=10950); Jakub Siemiątkowski, Co z gimbopatriotyzmem? (http://narodowcy.net/publicystyka/co-z-gimbopatriotyzmem).

9 komentarzy

    • Jeszcze taka ciekawa postać:Rutillio Sermonti
      https://it.wikipedia.org/wiki/Rutilio_Sermonti
      Włoski intelektualista, faszysta, miłośnik badacz i obrońca przyrody. Żołnierz Włoskiej Republiki Socjalnej w czasie II Wojny, działacz Ordine Nuovo w czasach Lat Ołowiu. W 2014 aresztowany za rzekomą próbę wznowienia narodowo-rewolucyjnej walki zbrojnej przeciw Systemowi

  1. Aaaaaaa tam,ale wam wybaczę to odchylenie

    Zauważyłem że najwięcej do gadania o ochronie przyrody mają ci co nie mają z nią nic wspólnego
    P.S sakralnosc przyrody to nie pogaństwo czasem l

    • A kto ma z nią wiele wspólnego? Ci co pod rządami PiSuaru łakomi na zysk wycinają lasy? A może rzeźnicy? Czy „badacze” przeprowadzający wiwisekcję? Lub np. „trenerzy” w cyrkach brutalnie ujarzmiający dzikie zwierzęta???

      Tak maja „wiele” wspólnego z przyrodą – niszczą ją i okaleczają!

      Natomiast naprawdę związane z ochroną przyrody jest dobrze rozumiane pogaństwo (i dobrze rozumiane chrześcijaństwo!) i dobrze rozumiany nacjonalizm, socjalizm itd.

      Nie ma z tym nic wspólnego natomiast kapitalistyczna żądza zysków i mania uprzemysłowienia marksistów, by zacytować deklarację Trzeciej Pozycji

    • Nawiasem mówiąc wiesz może jakie państwo jako pierwsze wprowadziło radykalne prawa w ochronie przyrody? Podpowiem że była to… Trzecia… nie niestety nie IIIRP tylko Rzesza!

  2. Olaf Swolkień

    Jestem wielkim miłośnikiem starych drzew. Zgadzam się, że dendrofobia jest w Polsce bardzo rozpowszechniona, o jej psychologicznych przyczynach można by napisać esej, ale tzw lex Szyszko tak naprawdę niewiele tu zmienia. Natomiast przy okazji tego zamieszania wyszło na jaw inne lex – lex Pol (Marek), które zniosło w Polsce sensowne planowanie przestrzenne. Kiedy słyszę, że przez Szyszkę wycięto drzewa w parku czy na miejskim skwerze to proszę o pokazanie mi cywilizowanego państwa w Europie, gdzie kawałek skweru jest własnością prywatną. W 3 i 4 RP to normalność – właściciel ma działkę – samorządowcy nie pozwalają mu na niej nic zbudować, ale także nie chcą jej od niego wykupić po godziwej cenie. Lepiej zbudować kolejną piramidę ku pamięci lokalnego kacyka w postaci hali widowiskowej czy drogi szybkiego ruchu. W efekcie właściciel kiedy tylko pojawiła się możliwość postanowił choć trochę się odkuć, a i zrobić władzy na złość.

    • Takie tam zmiany przecinków w ustawie. Ziewam już na to

      System niech sobie będzie dobry – my go i tak nie chcemy! – Ernst Junger

      Zamiast tego pragnę faszyzm czerwony i bezkresny jak mówił Dugin, i dodam EKOfaszyzm

  3. Cieszcie się z nich bo poza takimi i ewentualnie członkami RŚŻ i innych takich 90% młodzieży to pustactwo lewactwo i konformizm
    P.S co wy z tym drzewami?

Dodaj komentarz