Adam Danek: Prawdziwi żołnierze wyklęci (I). Rąblów i Porytowe Wzgórze

Dużo się dzisiaj mówi o „żołnierzach wyklętych”. I nie tylko mówi. Kręci się o nich produkcje kinowe i seriale. Na półki trafia wiele książek i może jeszcze więcej komiksów na ich temat. Nadrukowuje się ich na bluzy, czapki, torebki i koszulki. Rząd Platformy Obywatelskiej ustanowił nawet nowe święto państwowe na ich cześć. Jaki z tego wniosek? „Żołnierze wyklęci” wcale nie są wyklęci. Jeżeli ktoś stał się obiektem kultu i ikoną popkultury, a na sprzedaży jego wizerunku można zarobić sporo pieniędzy, to trudno na poważnie przedstawiać go jako wyklętego i zapomnianego.

Wyznawcy kultu „żołnierzy wyklętych” mają ekscytujące poczucie misji: walczą o prawdę, wydobywają z mroków niepamięci, przywracają dobre imię tym, którym je odebrano. W rzeczywistości jednak ich wizja historii jest z reguły żałośnie płaska. W ogromnej większości są młodymi ludźmi, o wyobrażeniach ukształtowanych już przez zachodnią popkulturę. Dziemieszkiewicz „Rój”, Rajs „Bury”, a nawet Kuraś „Ogień” czy Franczak „Lalek” jawi im się jako bohater komiksu albo kina akcji, Rambo, obwieszony bronią i strzelający do wszystkich dookoła (samych bad guys, oczywiście). „Inka” Siedzikówna coraz bardziej upodobnia się do żeńskich postaci z amerykańskich filmów i niedługo będzie pewnie przypominać bardziej Larę Croft niż historyczny oryginał.

Przypuszczam natomiast, że powierzchowni pasjonaci historii mogli w ogóle nie słyszeć o bitwach pod Rąblowem i na Porytowym Wzgórzu. Obie należą do największych bitew stoczonych przez żołnierzy polskiego podziemia podczas II wojny światowej. Obie zakończyły się sukcesem partyzantów. My jednak starym narodowym zwyczajem zamiast zwycięstw wolimy czcić porażki: „żołnierzy wyklętych”, którzy przegrali, bo przegrać musieli, oraz największą i najgłupszą polską klęskę militarną w XX wieku, czyli powstanie warszawskie. Żołnierze spod Rąblowa i z Porytowego Wzgórza padli bowiem ofiarą zabiegu dzielenia podziemia zbrojnego na słuszne i niesłuszne. Tak, tak – zabiegu, jaki niegdyś zastosowali komuniści wobec podziemia niekomunistycznego i nie-akowskiego, co czciciele „żołnierzy wyklętych” do dziś mają im za złe. Jeżeli żołnierzami wyklętymi są żołnierze odsądzani od czci i wiary z pobudek politycznych, to właśnie partyzanci spod Rąblowa i z Porytowego Wzgórza są dziś prawdziwymi żołnierzami wyklętymi, skazanymi na damnatio memoriae, choć nie strzelali do Polaków, tylko do niemieckich okupantów.

Bitwa pod Rąblowem (14 V 1944) była skutkiem operacji „Maigewitter”, prowadzonej przez siły okupacyjne w celu likwidacji wszystkich ugrupowań partyzanckich operujących na Lubelszczyźnie. Niemcy otoczyli oddziały Armii Ludowej, Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich oraz partyzantki sowieckiej, po czym przystąpili do likwidacji kotła. Dwakroć mniej liczni i znacznie słabiej uzbrojeni partyzanci stawili im wspólnie czoła pod ogólnym dowództwem Mieczysława Moczara. Po całodziennym boju partyzanci przebili się przez niemiecki pierścień i wydostali z okrążenia, zadając przeciwnikowi poważne straty.

Mieczysław Moczar

Miesiąc później na Porytowym Wzgórzu (14 VI 1944) Niemcy zamknęli w kolejnym kotle oddziały Armii Ludowej, Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich, Narodowej Organizacji Wojskowej oraz partyzantki sowieckiej. Ogólne dowództwo nad siłami partyzanckimi objął dowódca partyzantów sowieckich Nikołaj Prokopiuk, oficer NKWD. Po ciężkich, całodziennych walkach partyzantom udało się przebić na zewnątrz i wycofać. Biorąc pod uwagę, że walczyli w całkowitym okrążeniu, a Niemcy mieli tym razem blisko dziesięciokrotną przewagę liczebną, bitwy nie sposób ocenić inaczej, niż jako rozstrzygniętą na korzyść podziemia, a porażkę okupanta.

Już słyszę te głosy oburzone zaliczeniem do polskiego podziemia Armii Ludowej, krzyki, że komuniści, że ten cały Moczar to przecież nie Polak, tylko Nikołaj (czy Mykoła) Diomko (czy Demko)! No cóż, nie sądzę, by w oczach czcicieli „żołnierzy wyklętych” powstanie warszawskie wyłączał z historii polskiego czynu zbrojnego fakt, że z Niemcami walczył w nim również August Agbola O’Brown „Ali”, rodem z Nigerii. Nie wyłącza więc z niej chyba bitwy pod Rąblowem pochodzenie Moczara z mieszanej rodziny. Przede wszystkim jednak partyzanci spod Rąblowa i z Porytowego Wzgórza popełnili w ich oczach zbrodnię współdziałania z partyzantką sowiecką, a w drugiej z bitew walczyli nawet pod rozkazami sowieckiego dowódcy (z NKWD!). Przypomnijmy zatem, że w skomplikowanym, śmiertelnie niebezpiecznym krajobrazie politycznym II wojny światowej Polacy zawierali różne układy podyktowane sytuacją. Na kresach północno-wschodnich dowódcy AK wchodzili w lokalne porozumienia z Niemcami, dzięki czemu uzyskiwali od nich broń i sprzęt wojskowy, by móc stawić czoła najgroźniejszej tam partyzantce sowieckiej. Na kresach południowo-wschodnich polskie samoobrony porozumiewały się z Niemcami, by móc otrzymać broń do walki z ludobójczą UPA. Brygada Świętokrzyska NSZ w obliczu nadciągającej Armii Czerwonej uzgodniła nieformalny rozejm z wojskami niemieckimi. Tylko głupiec mógłby mieć o to do nich wszystkich pretensje. Trudno przeto zarzucać polskim partyzantom, że tam, gdzie największym zagrożeniem i głównym przeciwnikiem byli Niemcy, zawiązywali przeciw nim sojusze z partyzantami sowieckimi. Były one dowodami operatywności polskiego podziemia, a nie urojonej „zdrady”. Niektórzy jednak będą uparcie chcieli wykluczyć Armię Ludową z szeregów polskiego podziemia, ponieważ miała niewłaściwą ideologię i powiązania z niewłaściwym obcym państwem (bo powinna mieć powiązania z Anglosasami, jak AK i armia Andersa, oczywiście dopiero od 1943 r., to by było patriotyczne). No cóż, Mieczysław Moczar – nie zapominając o jego przewinach wobec akowców z 1945 r. – stosował inną logikę. Wystarczy przypomnieć „moczarowski” spektakl „Dziś do ciebie przyjść nie mogę” (z wplecionymi fragmentami książki „Barwy walki” samego Moczara), wystawiony w hołdzie dla polskiego czynu zbrojnego i bijący rekordy popularności w PRL w 1970 r. Niepodejrzany chyba o komunizm Stefan Kisielewski po obejrzeniu spektaklu notował z uznaniem: „(…) jest tu »Natalia«, piosenka batalionu uderzeniowego Konfederacji Narodu, czyli Piaseckiego, jest »Płynie Oka« berlingowców, są »Czerwone maki na Monte Cassino«, jest też powstańczy »Marsz Mokotowa« i »Szturmówka« Ekiera, są nawet reminiscencje legionowe i »Piosenka o mojej Warszawie« Harrisa.”

August Agbola O’Brown, powstaniec warszawski

Naprawdę warto zadbać o należytą rangę upamiętnienia bojów pod Rąblowem i Porytowym Wzgórzem. W dziejach polskiego podziemia zbrojnego podczas II wojny światowej wygranych całych bitew nie ma aż tak znowu wiele. I to one powinny zajmować w pamięci narodu centralne miejsce, w które dziś próbuje się wstawić walki polsko-polskie zamiast walk z okupantem. Z punktu widzenia pedagogiki narodowej błędem jest wynoszenie na piedestał tych, co przegrali. Rodakom, a zwłaszcza młodemu pokoleniu, jako wzór należy pokazywać żołnierzy, którzy przeszli po trupach nieprzyjaciół, nie odwrotnie. I dlatego peerelowskie uroczystości w rocznicę bitwy pod Lenino z 1943 r. czy szturmu Wojska Polskiego na Berlin z 1945 r. miały mimo wszystko nieporównywalnie więcej sensu, niż masochistyczny kult powstania warszawskiego rozdęty w czasach III Rzeczypospolitej czy konstruowany obecnie kult „żołnierzy wyklętych”.

W przeszłości odbywały się już oficjalne uroczystości w rocznicę bitwy na Porytowym Wzgórzu. Praktykę tę należy kontynuować. W obchodach powinny uczestniczyć środowiska nacjonalistyczne – choćby przez wzgląd na pamięć o udziale żołnierzy Narodowej Organizacji Wojskowej w bitwie. A ponieważ brali w niej udział również partyzanci sowieccy i żadna siła nie wymaże tego faktu z historii, trzeba go spożytkować. Polskie władze uczyniłyby krok w dobrą stronę, zapraszając na uroczystości przedstawicieli strony rosyjskiej. W naszych stosunkach z Rosją, jak zwykle, nie brakuje dziś problemów. Jednym z ich źródeł pozostają rozbieżne interpretacje wydarzeń historycznych. Obustronne upamiętnienie nie kontrowersyjnej z punktu widzenia wzajemnych relacji, wspólnej walki z niegdysiejszym wrogiem mogłoby stanowić punkt wyjścia do redukcji niepotrzebnych napięć, rozproszenia atmosfery pretensji i podejrzeń.

Na tej samej zasadzie dobrym pomysłem byłoby zaproponowanie stronie ukraińskiej wspólnej organizacji – choćby tylko na terytorium Polski – uroczystości upamiętniających wyzwolenie Kijowa spod okupacji bolszewików przez Piłsudskiego i Petlurę. Akurat nadchodzi setna rocznica.

Adam Danek

8 komentarzy

  1. Jeżeli ktoś ma maturę, to powinien wiedzieć, że albo mówimy „partyzant radziecki” albo „sawieckij partizan”. Tak jest poprawnie po polsku i po rosyjsku. Nie ma w polskim słowa przymiotnika „sowiecki” i nie ma w rosyjskim „radziecki”. To ohydna przywara i makaronizm, używanie np. zlepku „Związek Sowiecki” bo poprawnie jest: „Związek Radziecki” albo „Sawieckij Sajuz”. A więc proszę się zdecydować, czy mówimy po rosyjsku czy po polsku, bowiem używanie makaronizmów nie jest poprawne, a w 1998 roku uchwalono ustawę o ochronie języka polskiego.
    Zarzuty niepoprawnej polszczyzny dotyczą: leo69 (błędy ortograficzne), ak@wp.pl , codreanu (interpunkcja).
    Otóż chęć propagandowego zdyskredytowania Rosji Radzieckiej nie jest usprawiedliwieniem dla nieuctwa, Tak samo nienawiść do Moskwy nie jest usprawiedliwieniem dla kolaboracji z hitlerowcami lub amerykanami.

  2. Ryszard Kamiński

    bardzo rozsądny głos, niestety pseud patrioci zaczną krzyczeć o zdradzie i służbie ruskim. Nie rozumieją że dzielą polaków na lepszych i gorszych, walczący po „słusznej” stronie i zdrajców. Bałwany nie rozumieją że włączają się w niemiecką narrację zacierania ich zbrodni (6 mln ofiar) a uwypuklają rosjan których zginęło w Polsce 600 tys. wyganiając niemców. Oczywiście potem ich dominacja to było sk… ale to dzięki nim nie poszliśmy do nieba przez komin. Budowanie poczucia wartości narodu czcząc klęski to kolejna abberacja powodująca że młodzież będzie mieć poczucie niższej wartośći, Komu szkodzi chwalenie się że razem z ruskimi zdobyliśmy Berlin, dzielni narodowcy odpowiedzcie

    • „Oczywiście potem ich dominacja to było sk… ale to dzięki nim nie poszliśmy do nieba przez komin.”
      Za to teraz możemy mieć Judeopolonie. Nie ma co Polska świętować 8-9 maja. Jednocześnie zgadzam się z autorem, że ślepy kult jedynej słusznej narracji (AK było wspaniałe a reszta to kolaboranci; powstanie warszawskie to powód do dumy) jest czymś złym. Nie dzielę Polaków na proniemieckich, prosowieckich czy proalianckich tylko tych co starali się rzeczywiście służyć Polsce. Taki Bartoszewski był w AK a wspierał PO, z kolei Moczar to „diaboliczny komuch” który miał odchylenia nacjonalistyczne i dostrzegał żydowskie zagrożenie. Z dwojga złego wolę Moczara.

  3. komuś coś się porąbało 🙂 Wyklęci których pomnik stoi od połowy lat 70 tych hehehe już samo to powinno zapalić lampkę w głowie, a Moczar ach co za wspaniały człowiek…:) a jego 10 razy wydana książka w okresie komuny była faktycznie wyklęta i prześladowana…

  4. v.Jungingen

    „często nie mówiących poprawną polszczyzną”
    „równierz byłych żołnierzach”
    – niektórzy nie piszą poprawną polszczyzną.

  5. Warto pamiętac o wszystkich wydarzeniach i tej tragedii Narodu Polskiego !!!! Panie Adamie. ” Przegrali bo przegrac musieli” brawo ! mordowani strzałem w tył głowy, pozbawiani mundurów , grzebani w nieznanych mogiłach , przez BOCHATERÓW z UB bardzo często nie mówiących poprawną polszczyzną, w tym równierz byłych żołnierzach AL. Niestety.

  6. Warto pamiętać o tamtych wydarzeniach.

Dodaj komentarz