Robert Brasillach: Nasze przedwojnie (fragment)

W połowie lat 30. przeszliśmy już daleką drogę od tych mętnych obietnic złożonych w Genewie około roku 1925 [1], kiedy budowano zamki na piasku. To prawda, my, młodzi Francuzi, nie byliśmy dziesięć lat później całkowicie wolni od iluzji. Lecz nasze sny miały inne zabarwienie, subtelnie inne, i niełatwo to zrozumieć, gdy opisuję intelektualną przygodę okresu przedwojennego. Był to czas, kiedy wszyscy zwracali się ku zagranicy, szukając tam ostrzeżeń i instrukcji (i zwykle je odrzucając). Był to czas, kiedy francuski nacjonalizm doszedł do nowej samoświadomości; lecz również czas, kiedy bardziej niż zwykle przyglądaliśmy się temu, co się działo za naszymi granicami. Był to czas formowania się ducha narodowego, zwiastującego nadejście francuskiego faszyzmu. To doświadczenie ostatecznie kształtowało wielu młodych ludzi u progu wojny i dlatego jest to historia tak rzadko opowiadana.

To podczas podróży do Belgii w 1936 roku po raz pierwszy poznałem ludzi owładniętych tym duchem. W tym czasie w Paryżu trwała rewolucja komunistyczna [2], czego jednak wówczas nie wiedziałem. Belgijskie biuro turystyczne zorganizowało wycieczkę dla dziennikarzy i dyrektorów biur podróży. Nie wiem czemu, ale poproszono mnie wówczas o wzięcie w niej udziału. Nigdy dotąd nie byłem na żadnej zorganizowanej wycieczce – ta na przykład była zarówno nudna jak i bardzo zabawna. Pamiętam głównie jej komiczne aspekty i różnych dziwaków. Poznałem kilku nowych towarzyszy – Rogera d’Almerasa, Jeana Berreyre’a [3] – i pokazałem im ulice Brugii oraz nadbrzeża Gandawy kiedy tylko oddaliliśmy się od naszej troskliwej grupki. Mijaliśmy wioski w Ardenach, wciąż tak czarujące jak u Szekspira, gdzie w blasku księżyca banalny zameczek w stylu pseudo-Ludwika XIII stawał się magicznym, zielonym miejscem, którego nigdy nie zapomnę. Skorzystałem również z okazji by spotkać się z kimś, o którym od kilku tygodni we Francji wiele się mówiło – z liderem nowej belgijskiej partii, Léonem Degrellem.

Towarzyszący mi w belgijskiej wycieczce Francuzi pewnie nie zauważyli haseł wymalowanych wzdłuż naszej drogi na biało na płotach, a na czarno na domach – mówiących „Głosuj na Rex!” albo „Rex zwycięży!”. Wzdłuż niekończących się flamandzkich dróg, w pięknych ardeńskich lasach, jaśniały te brzemienne słowa. Można było ujrzeć pomysłowe plakaty w jasnych kolorach albo ogromne fotografie młodych, pełnych wigoru ludzi. Były to ostatnie dni tej brutalnej i zaskakującej kampanii wyborczej, która przyniosła w dwustuosobowej belgijskiej Izbie Reprezentantów 21 miejsc dla nowej, nieznanej rok wcześniej partii: słynnej partii reksistów.

Pamiętam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Léona Degrelle’a. Był to dzień jego trzydziestych urodzin. Był chłopcem z pełną i uśmiechniętą twarzą, który nie wyglądał na swoje lata. Obserwowałem jak podchodzi do swojego krzesła dopiero gdy inni zajęli już miejsca i słyszałem bardziej tembr jego głosu niż jego słowa. Jeśli jest prawdą, że pewien fizyczny blask, pewna zwierzęcość jest potrzebna do bycia liderem, jest pewne, że Léon Degrelle posiadał ten blask i zwierzęcość. Nie słyszałem dotąd jego publicznych wystąpień, ale byłem pewien, że jest niezwykłym mówcą.

Musicie mieć na uwadze, że w 1936 roku część Belgii (jak i również zagranicznej opinii publicznej)  była silnie zauroczona przywódcą Rexu. Ludzie chcieli poznać idee ruchu i promowali go w największych francuskich gazetach. Mężczyźni mówili z nutą ironii: „Kobiety bardzo kochają Léona Degrelle’a. Jest dla nich taki piękny!”. Reksiści żartowali z tego wszystkiego za pomocą gry słów: „To właśnie nazywamy Rex-appealem!”.

Widziałem Léona Degrelle’a w tamtych latach kilkukrotnie, w Paryżu i w Brukseli. Nasze pierwsze spotkanie zaaranżował Pierre Daye [4]. Uderzający był kontrast pomiędzy Daye’m, który był rozważny, uśmiechnięty i ciekawy wszystkiego, a tym młodym człowiekiem Degrellem, porywczym i nieustannie kipiącym. Był wzruszający, kiedy mówił o swojej małej córeczce Chantal, która była śmiertelnie chora przez kilka lat, i w intencji której partia organizowała pielgrzymki. Czasami osobiście biegł w śnieżną noc do Notre-Soul de Ham gdy jej życie było zagrożone. Był dla mnie symbolem naszych czasów, żywym i malowniczym. Podejmował nowe wyzwania z radością, podekscytowany życiem, jego przyjemnościami i obietnicami, nigdy nie martwiąc się zbytnio o życiowe pokusy czy złe wybory.

Przypuszczam, że na długo zapamiętam tę noc spędzoną w samochodzie na drodze z Namuru do Brukseli, gdy jadąc przez podmokłe lasy Léon Degrelle wracając ze spotkania opowiadał mi bez większego celu historie ze swojego dzieciństwa na wsi – o tym małym chłopcu w drewanianych chodakach oglądającym ptaki i kradnącym jabłka. Pamiętam jego głos, lekko chrypiący podczas przemówień – głos, którego słuchałem bez patrzenia na jego twarz, mimo rześkiego wiatru, zakrętów samochodu i hałasu deszczu stukającego w szyby. Opowiadał mi o swojej rodzinie:

Cała rodzina ze strony ojca pochodzi z Francji, z Soire-le-Château niedaleko Maubeuge. Moi krewni leżą na małym cmentarzu. Byliśmy bardzo dużą rodziną. Wszystko to jest spisane w naszej kronice rodzinnej, którą posiadam. Zawiera daty narodzin, powody dlaczego dzieci otrzymały takie imiona i jak umarli starsi. Miałem przodka, który zginął pod Austerlitz w tym samym dniu w którym urodziła się jego córka i nazwano ją Souffrance [Cierpienie]. Inna córka, urodzona również podczas wojen napoleońskich otrzymała imię Wiktoria. Przez czterysta lat rolnicy o nazwisku Degrelle uprawiali to samo pole. W kronice są również listy miłosne wysyłane przez narzeczonych. Oprócz opisu uczuć zawierają również aktualne wiadomości i raporty ze żniw. Mówią: pszenica czy żyto będą w tym roku dobre. Myślę, że we Francji w czasach królów były miliony rodzin takich jak moja i dlatego właśnie Francja jest wielkim krajem.

Po wprowadzeniu praw antyreligijnych jego ojciec, gorliwy katolik, przybył do Bouillon jako browarnik. Wyobrażałem sobie, gdy mi opowiadał, to małe miasteczko zamieszkałe przez 3000 mieszkańców, w pobliżu granicy z Francją, które wiele lat temu było częścią tego samego kraju co nasz Sedan. Jest to jeden z klejnotów ardeńskich, ze swoim brązowym zakrzywionym mostem na głębokiej rzece Semois, zamkiem górującym nad miasteczkiem, a szczególnie z pobliskimi lasami i wspaniałą lekkością wzgórz, które są jego pochodniami.

Postaw mnie 20 kilometrów od Bouillon daleko w lesie, a z zamkniętymi oczami znajdę drogę. Jako dziecko widzieliśmy pociągi zjeżdżające przez Semois z górskich lasów. Jedną z tutejszych wspaniałości jest zima. Przynosi ona pnie drzew, sosny pokryte lodem, a czasem ogromne dziki splątane trawą dające się złapać na molo.

Następnie nadchodzi wiosna. Chłopcy szukają jajek biegając po stokach. Badaliśmy młode sosny. Na starych sosnach ptaki nie założyłyby gniazda. Godzinami czekało się na matkę zbliżającą się do młodego drzewa. Wtedy wspinaliśmy się i znajdowaliśmy gniazdo. Jedliśmy je na gorąco albo szliśmy kraść jabłka. Mój ojciec też miał jabłka – ale kradzione były o wiele lepsze!

Widzisz, nigdy nie zapomnę tych chwil. Nikt nie mógł bawić się tak dobrze jak my wtedy – ja, moi bracia i moje siostry. Pomyśl sobie czym był dla nas jarmark! Czekaliśmy na tabór na szczycie wzgórza, cztery czy pięć kilometrów dalej. Pierwszego dnia festynu ktoś dał nam franka, następnego dziesięć sous, trzeciego pięć sous. Nigdy nie byłem bogatszy, nigdy nie byłem szczęśliwszy.

To właśnie tam mały chłopiec nauczył się wielu rzeczy i tam został uformowany.

Bawiłem się z innymi dziećmi z wioski. Wszyscy byliśmy tacy sami. Wiesz, że w Wallonii przymiotnik często jest używany przed rzeczownikiem, tak jak kiedyś: mówi się ciężkie życie, biały chleb, czarna kawa. U nas był głównie czarny chleb, ale niezbyt często kawa. Lecz wszyscy się kochaliśmy. Mój ojciec był mieszczaninem, i notariusz czy lekarz też byli mieszczanami. Ale szanowali kowala i garbarza, ponieważ kowal i garbarz, którzy zarabiali na życie i mieli dużo dzieci, byli uczciwi i ciężko pracowali. Zresztą wszyscy mieli dużo dzieci – nas była ósemka, w rodzinie mojego taty jedenastka, u mamy dziesiątka, u notariusza dwunastka, u doktora siódemka. Mając tyle dzieci do wychowania nigdy nie byliśmy bogaci, ale to jest właśnie coś dobrego. Robotnik wie, że szef wykonuje swoje obowiązki. I szanujemy to. A żałoba jest żałobą dla wszystkich. Spójrz na wielkie miasta. Kiedy ktoś umiera, jego sąsiedzi nawet o tym nie wiedzą. W Bouillon cała wioska była w żałobie kiedy ktoś umarł. W domu nauczyłem się wspólnoty społecznej, wspólnoty ludzi.

Nie chciałem przerywać temu chłopcu, tak wrażliwemu na to, co go otacza i wspiera, kiedy przyzywał rodzinne demony swojego dzieciństwa.

Wyobraź sobie wojnę. Wyobraź sobie jak ta cała wspólnota naszej wioski przechodziła przez wojnę, przez ubóstwo, przez ból inwazji. Polegaliśmy na sobie. Musisz wiedzieć, że przed wojną wielu mieszkańców Bouillon nigdy nie opuszczało swojej wioski albo doliny Semois. Musiałeś być doktorem albo browarnikiem, żeby jechać odwiedzać chorych albo dostarczać piwo. Niektórzy szli na piechotę do Namuru, Liege, z przewieszoną przez ramię szynką, by sprzedać ją na rynku. Widziałem to. Szli 150 kilometrów albo więcej, przez trzy dni, bez wózka, bez konia, jak pielgrzymi. Ale inni w ogóle nie opuszczali swoich domów. Na szczycie wzgórza znajduje się miejsce zwane Point du Jour, ponieważ wschodzi tam słońce. A czubek wzgórza nosi niesamowitą nazwę Terme. Oznacza to, że nie ma za nim już nic. Pamiętam, że gdy byłem bardzo młody zorganizowaliśmy wyścigi rowerowe w Bouillon. Nigdy dotąd nie widziałem czegoś takiego. Pojechałem za kolarzami i dotarłem do Terme. Odkryłem z najgłębszym zdumieniem, że droga biegła dalej, świat dalej istniał, nie kończył się na Bouillon! Nigdy wcześniej nie byłem tak oszołomiony. Eh bien! To tego szczytu, tego Terme doglądaliśmy przez cztery lata oczekując na francuskich żołnierzy. I pewnego pięknego dnia ujrzeliśmy nadchodzących Amerykanów. Natychmiast wskazaliśmy im inną drogę. Nie wiem czemu tak zrobiliśmy – może baliśmy się, że źle skończą. Ale teraz rozumiesz, co oznaczało dla nas to wzgórze.

Ostatecznie Rex utracił swoją siłę uwodzenia oraz możliwość przyciągania przez Degrelle’a tłumów. Sukces Rexu tłumaczy atmosfera roku 1936, Front Ludowy, zagrożenie komunizmem. Tysiące bohaterskich ludzi, którzy z pewnością nie mieli dyktatorskich zapędów, uwierzyło w sprzeciw Rexu wobec Moskwy. Poza Belgią ich wysiłek spotykał się z ogromną sympatią. Młodość i dynamizm Degrelle’a utworzyły czarującą legendę. Nastąpiła zgoda pomiędzy klasami i różnymi grupami w kraju: program Rexu był atrakcyjny i właściwy. Dowodem na to jest fakt, że wszystkie partie i rządy mniej lub więcej z niego czerpały.

Miały miejsce pewne błędy, nierozważne działania, być może poważne. Nie wiem. Rex unosił się na fali antyparlamentaryzmu, niezależnie od talentów oratorskich Degrelle’a. Wyrastał z głębokiej potrzeby młodych ludzi, którzy myśleli, że w ruchu tym znajdą odpowiedź na swoje najgłębsze aspiracje.

Kiedy w 1939 roku wybuchła wojna, Léon Degrelle aktywnie wspierał politykę neutralności. Jednak Belgia wkroczyła do wojny 10 maja 1940 roku. Wódz Rexu został aresztowany by zapobiec nieporządkowi. Przez kilka miesięcy partia uległa dezintegracji, a przeciwko młodemu liderowi złożono kilka poważnych oskarżeń. Lecz nie zapominajmy, że w 1936 roku w szeregach partii znajdowało się wielu rannych weteranów dawnej wojny, noszących francuski Krzyż Wojenny – patriotycznych wojowników i autentycznych frankofilów. W 1936 roku nie było powodów, by Francuzi uważali reksistów za wrogów swojego kraju, nie mówiąc już o Niemcach. Podobnie jeśli chodzi o ich lidera – syna Francuza, męża Francuzki. Jakkolwiek się ocenia jego późniejsze działania, widzimy interesujące narodziny ruchu i nadejście nadzywczajnej osobistości. I możemy dostrzec, że sukces nacjonalizmu w tamtych latach wziął się z jego zdolności porwania tłumów dzięki swojej wizji oraz (czy to dobrze czy źle) – poezji.

Krajem, na który były zwrócone oczy wszystkich w tamtych latach była przede wszystkim Hiszpania.

Wojna w Hiszpanii trwała od 18 lipca 1936 roku do 1 kwietnia 1939. Hiszpańscy generałowie, nad którymi dowództwo wkrótce objął Franco, powstali przeciwko rządowi Frontu Ludowego. Dla marksistów była to „rebelia” przeciwko „republikanom”. Dla innych – nacjonalistów przeciwko czerwonym. Aż do września 1938 roku wojna hiszpańska nie zajmowała francuskiej opinii publicznej nawet jednego dnia. Przede wszystkim musieliśmy sami się bronić przed marksistami, którzy naciskali nas na interweniowanie po stronie czerwonych – petycje, demonstracje, gazety, parlamentarzyści – na to nie było zgody. Georges Bernanos i Jacques Maritain, ci zakłopotani katolicy, stanęli po stronie tych, którzy wykopywali groby karmelitów i wykładali ciała na stopniach kościoła; którzy zamordowali szesnaście tysięcy księży i dzięsięciu biskupów.

Pewnego dnia spotkałem Georgesa Bernanosa, który został wówczas wyrzucony z Majorki, gdzie rozbił swój namiot włóczęgi. Ten korpulentny osobnik z czupryną przez godzinę wykładał mi swoje pretensje, powtarzając te same zaczadzone frazy, potrząsając swoją łepetyną szalonego starego lwa i smęcąc o swoim starym hobby, czyli koniach. Najpierw chciał wydać książkę przeciwko Hiszpanii, następnie – a był to rok 1939, sam przeddzień wojny – chciał napisać książkę potępiającą młode pokolenie we Francji. Dwa zupełnie beznadziejne przedsięwzięcia. Spotkanie z Bernanosem mną wstrząsnęło, a ja sobie uświadomiłem, że spotkałem szaleńca.

Le Soir, dziennik komunistyczny, który nie ośmielił się ogłosić samemu jako taki, został założony specjalnie by wspierać hiszpańskich „republikanów”, ponieważ Vendredi był jedynie tygodnikiem, zbyt intelektualnym, by odnieść sukces. Ale my śledziliśmy wspaniałe wydarzenia wojny z podziwem. Cały świat namiętnie śledził oblężenie Alcázaru w Toledo. O oporze w Oviedo i sanktuarium w La Cabeza dowiedzieliśmy się później. Mówiono o zdolnościach kierowniczych gen. Franco, reformach humanitarnych, o Auxilio social. Marzenia rozpalała postać młodego założyciela Falangi, José Antonio Primo de Rivery. Lewicowa prasa ukazywała gen. Queipo de Llano [5] jako postać niedorzeczną – człowieka malowniczego i urzekającego, który samodzielnie zdobył Sewillę. Włochy i Niemcy wysłały ochotników po stronie gen. Franco, podczas gdy Francja i Belgia poparła stronę ich przeciwników. Te codzienne wydarzenia i niekończące się hiszpańskie zagrożenie były z nami cały czas. Nauczyliśmy się hymnów Falangi oraz Requetés, a także pozdrowienia ¡Arriba España!:

Zwycięskie chorągwie powrócą

Maszerując wesoło wśród pokoju…

W październiku 1936 roku napisałem wraz z Henrim Massisem opartą na jego pomyśle małą książeczkę na temat Alcázaru. Charles Maurras pojechał do Hiszpanii i został podjęty przez gen. Franco jak głowa państwa. W kwietniu 1938 roku Pierre Gaxotte i Pierre Daye w towarzystwie  Madame de Lequerica odbyli triumfalną podróż do Sewilli.

Hiszpania ciągle pozostawała w mojej pamięci i chciałem zobaczyć ją ponownie. Pierre Cousteau [6] mieszkał nigdyś przez kilka miesięcy w Burgos. Zdecydowaliśmy się na krótką, około piętnastodniową podróż na początku lipca 1938 roku. Ja, Maurice Bardèche i sam Cousteau poruszaliśmy się sportowym beżowym autem, którym Pierre zjeździł całą Europę. Podczas podróży wysyłaliśmy raporty do specjalnego wydania Je suis partout poświęconego wojnie, który miał się ukazać w drugą rocznicę hiszpańskiej narodowej rewolucji. Chcieliśmy także zebrać relacje i napisać Historię wojny hiszpańskiej.

Przekroczenie granicy było wówczas bardzo mozolne. Najpierw trzeba było podpisać w Paryżu dokumenty zwalniające państwo francuskie z wszelkiej odpowiedzialności i przysiąc, że nie zrobi się nic przeciwnego zasadzie nieinterwencji, nic, co mogłoby sugerować, że komuś jest bliżej bardziej do jednej strony niż do drugiej. Wolne żarty! Na moście międzynarodowym w Irun zdejmowano odciski palców i robiono zdjęcia, lecz wszystko było robione z gracją. Kiedy przeszliśmy, zobaczyliśmy, że ktoś napisał na naszym dokumencie zezwalającym na przekrocznie granicy “Viva Je suis partout!”.

Tłumaczenie: Piotr Pętlicki

[1] Protokół genewski z 1925 r. zakazał prowadzenia wojny chemicznej i biologicznej.

[2] W maju 1936 r. wybory parlamentarne we Francji wygrał Front Ludowy kierowany przez żydowskiego komunistę Léona Bluma.

[3] Roger d’Almeras i Jean Barreyre byli podobnie jak Brasillach dziennikarzami i krytykami filmowymi.

[4] Pierre Daye (1892-1960) był belgijskim dziennikarzem, zwolennikiem Rexu i korespondentem kierowanego przez Brasillacha tygodnika Je suis partout.

[5] Generał Gonzalo Queipo de Llano (1875-1951) – hiszpański generał i bohater bitwy o Sewillę. Republikańska czarna legenda przypisywała mu masowe egzekucje po zdobyciu Sewilli.

[6] Pierre-Antoine Cousteau (1906-1958) – francuski prawicowy dziennikarz i brat znanego nurka, oceanografa i dokumentalisty Jacquesa Cousteau.

Dodaj komentarz