Adam Danek: Czy istniała chrześcijańska magia?

Zawsze odczuwam wewnętrzny odruch sprzeciwu, czytając autorów, którzy porównują religię i magię. A bynajmniej nie czynią tego wyłącznie wojujący ateiści, co w ramach swojej monomanii wrzucają religię i magię do jednego worka albo, mówiąc ładniej, klasyfikują je jako odmiany tego samego zjawiska – zabobonu. Religię z magią zestawiają również głębocy badacze. Mircea Eliade jedną ze swoich najlepszych książek zatytułował „Obrazy i symbole. Szkice o symbolizmie magiczno-religijnym” (1952), a polski socjolog religii Stefan Czarnowski pionierskie studium poświęcone geografii sakralnej ogłosił (po francusku) jako „Podział przestrzeni i jej rozgraniczanie w religii i magii” (1925).

Wbrew syzyfowym wysiłkom materialistów i obsesyjnych antyklerykałów szeroko rozpowszechniona – nie tylko w kręgach chrześcijańskich – jest świadomość, że religia i magia opierają się na przeciwstawnych, a nie identycznych zasadach. Postawa wewnętrzna stanowiąca ideał w religii to pobożność, poddanie się woli wyższej od własnej, pokora wobec niej. Socjolog religii Peter Ludwig Berger (zaliczany do starszego pokolenia amerykańskich neokonserwatystów) trafnie definiuje doświadczenie religijne jako radykalne doświadczenie odmiennej rzeczywistości – doświadczenie objawiające człowiekowi rzeczywistość, która pozostaje od niego niezależna, ale od której on sam zależy. Dla kontrastu, magię cechuje dążenie do wyłamania się spod praw ustanowionych przez Boga, do nieograniczonej swobody i potęgi, do podporządkowania sobie sił nadprzyrodzonych dla własnych, egoistycznych celów czy wprost do zastąpienia Boga. Jak wszystkim, co złe, magią kieruje żądza: libido dominandi – żądza władzy. Jej ideałem jest bluźniercza emancypacja.

Wydawałoby się zatem, że religię można łączyć z magią tylko przez niezrozumienie albo przez złośliwość. O jedno i drugie trudno jednak podejrzewać uczonych rangi Czarnowskiego czy Eliadego. Dodatkowo sprawę komplikują odkrycia pochodzących z późnej starożytności lub wczesnego średniowiecza materiałów opisywanych przez historyków jako chrześcijańskie amulety, chrześcijańskie zaklęcia, a nawet chrześcijańskie pisma magiczne. Przedstawiane są one jako dowody – podważające ortodoksyjne stanowisko – na współistnienie magii z religią, i to z naszą własną. Konieczność ustosunkowania się do takich przypadków z pozoru wpędza nas w kłopotliwy dylemat: czy należy ignorować tego typu świadectwa historyczne, czy też przyznać, że istniała chrześcijańska magia, a tym samym zaprzeczyć poglądowi o niemożności pogodzenia magii z religią, zwłaszcza chrześcijańską?

Zanim odpowiemy na to pytanie, przyjrzyjmy się najpierw owym dowodom na istnienie chrześcijańskiej magii. Zacznijmy od domniemanych chrześcijańskich amuletów. Jednym z nich był jedyny spośród tzw. egipskich papirusów magicznych spisany po łacinie (pozostałe spisano po grecku lub w językach orientalnych), datowany na V-VI wiek i przyzywający na pomoc Chrystusa jako „niebiańskiego lekarza” (medicus coelestis). Inny to wykonany z brązu medalion z Syrii. Na jego awersie widnieje konny jeździec w aureoli i z chorągwią, który przeszywa włócznią demona płci żeńskiej, otoczony napisem „Jeden Bóg, który zwycięża zło”; na rewersie – lew, wąż i napisy:

Iaoth

Sabaoth

Michael

Pierwszy napis zawiera słowo „Iao” – formę imienia Jahwe występującą w tzw. papirusach magicznych, powstałą wskutek transliteracji biblijnego „świętego tetragramu” (gr. tetragrammaton – JHWH) na alfabet grecki. Imionom wymienianym w tekstach papirusów dla powiększenia ich tajemniczości i dostojeństwa dopisywano przy tym hebrajską końcówkę -th. Sabaoth to znane z Pisma Świętego określenie Stwórcy („Pan Zastępów”), a Michael – imię archanioła. Jak widać, żaden z opisanych tu rzekomych amuletów nie zawiera niczego „magicznego”, niezgodnego z nauką Kościoła. Nic okultystycznego nie ma też w tytułowaniu Pana Jezusa „niebiańskim lekarzem”; znacznie śmielszym określeniem posłużył się nawet św. Hieronim ze Strydonu (w średniowieczu zaliczany do czwórki największych Ojców Kościoła zachodniego), który w swoim „Komentarzu do Księgi Izajasza”, rozważając rolę Chrystusa jako uzdrowiciela człowieka, nazwał Go „nowym czarodziejem”.

Jako inny przykład chrześcijańskiej magii wymienia się przedmiot z inskrypcją: „Chrystus narodził się, amen. Chrystus został ukrzyżowany, amen. Chrystus został pochowany, amen. Chrystus zmartwychwstał, amen. Powstał z martwych, aby sądzić żywych i umarłych. Zatem ty, febro, uciekaj od Kale, która nosi ten amulet. Święta stelo i potężne znaki [narysowane pomiędzy słowami inskrypcji – przyp. A.D.], odpędźcie febrę od Kale, która nosi ten amulet, już, już, już, szybko, szybko, szybko.”* Użyte przez tłumacza w języku polskim słowo „amulet” automatycznie narzuca interpretację charakteru przedmiotu. Nie dysponuję tekstem oryginalnym, by móc dokonać porównania, ale z kontekstu wynika, że w oryginale widnieje prawdopodobnie słowo lamella, oznaczające pokrytą napisami tabliczkę ze złota lub srebra. Jeżeli natomiast przyjrzymy się samemu tekstowi, zauważymy, że jest to w zasadzie modlitwa o uzdrowienie bądź zachowanie od choroby. Na końcu następuje odwołanie do wyrysowanej steli i znaków (gr. charakteres), ale czy my sami na rytualnej płaszczyźnie życia religijnego nie posługujemy się znakami-nośnikami, jak woda święcona, krzyżmo, szkaplerze? O magicznym charakterze wypowiedzi nie świadczy także apostrofa do choroby, której modlący się rozkazuje po zawierzeniu opiece Chrystusa, ponieważ taki zwrot również stanowi retoryczną formułę modlitewną. W późniejszej tradycji Kościoła znajdujemy liczne modlitwy w formie rozkazów w imię Boże zwróconych nie tylko do zjawisk nieożywionych („Ustąpcie od nas, smutki i trosk fale,/gdy Pan Zbawiciel tryumfuje w chwale!”), ale nawet do… ciemnych mocy. Ja sam codziennie odmawiam modlitwę-egzorcyzm o treści: „W imię Boga w Trójcy Świętej jedynego – Ojca i Syna, i Ducha Świętego, uchodźcie duchy złe z tego miejsca, abyście nie widziały, nie słyszały, nie niszczyły, nie wprowadzały zamieszania do naszej pracy i planów. Nasz Bóg jest waszym Panem i rozkazuje wam: idźcie precz i nie wracajcie tu więcej, amen! Mocą Bożą, mocą Twoją, najwyższy Panie, uczyń nas niewidzialnymi dla naszych wrogów, amen.” Na odwrocie karty z jej tekstem umieszczono wizerunek tego samego archanioła Michaela, którego imię znalazło się na domniemanym chrześcijańskim amulecie. Nie nabyłem jej u maga, tylko w sklepiku w krużgankach sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Również w opisanych powyżej przykładach należy widzieć antyczne dewocjonalia – przedmioty pomagające w modlitwie i codziennym pamiętaniu o Bogu, a nie talizmany czy amulety, to znaczy przedmioty, które same w sobie miałyby posiadać jakąś moc.

Jako znany przykład chrześcijańskiej księgi magicznej przywoływany jest z kolei „Testament Salomona”. Ten interesujący apokryf powstał przypuszczalnie na początku III wieku w środowisku chrześcijan helleńskich. Bohaterami księgi są biblijny król Salomon i Hiram, architekt-budowniczy świątyni jerozolimskiej (ten sam, którego potem za przyszywanego patrona obrała sobie masoneria). Salomon zanosi modły do Boga, a w odpowiedzi na jego prośby z nieba zesłany zostaje archanioł Michał. Powierza on Salomonowi pierścień-pieczęć z wypisanym imieniem Jahwe. Posługując się pierścieniem, Salomon uwalnia Hirama z niewoli demona Arapesa. Następnie przyzywa i zmusza do posłuszeństwa wszystkie demony ziemi, po czym zaprzęga je do pracy przy budowie świątyni jedynego Boga. Przymuszony przez Salomona, każdy z demonów wyjawia kolejno swoje imię, gwiezdną domenę i czynności; wymienia części ciała, na które wywiera wpływ, choroby i plagi, które może spowodować oraz środki, za których pomocą da się przed nim obronić, a jego samego przepędzić. Istotnie, jest to wizja odległa od dzisiejszych chrześcijańskich pojęć, ale przecież w Starym Testamencie znaleźć można kilka fragmentów noszących równie mocne piętno świata przedchrześcijańskiego. Ernst Jünger powiadał, że w tych fragmentach przetrwał na kartach Pisma Świętego antyczny „świat Hedorota” z jego egzotycznymi dla nas, pogańskimi cudownościami. W owych biblijnych reminiscencjach „świata Hedorota” należy jednak widzieć nie świadectwo historyczne, lecz tradycyjny sposób opowiadania – poetykę mitu, której funkcja polega na przekazywaniu pewnych idei, a nie notowaniu faktów. Odnosi się to również do „Testamentu Salomona” – czyż zasadnicze przesłanie tego starożytnego tekstu, jeśli oczyścić je z partykularnych osobliwości właściwych tamtej epoce i kulturze, nie sprowadza się do konstatacji, że tylko imię Boże poskramia i odpędza demony i że nawet one muszą słuchać Bożych rozkazów? Poza tym, „Testamentum Salomonis” to tylko jeden z wielu apokryfów – dzieł, które stanowią część historii piśmiennictwa chrześcijańskiego, ale zawierają treści heterodoksyjne bądź fantastyczne i jako takie nie należą do korpusu nauki Kościoła. Ich niekanoniczny charakter nie przekreśla przy tym faktu, iż wiele apokryfów zawiera też idee prawdziwe i głębokie, dlatego były one czytane także przez autorów w pełni ortodoksyjnych, a niekiedy dostarczały inspiracji dla ich własnych przemyśleń i pism. Apokryfy do dziś pozostają przedmiotem wnikliwych studiów prowadzonych przez oficjalnych kościelnych teologów. Duchowni najwyraźniej nie postrzegali „Testamentu Salomona” jako tekstu zagrażającego wywróceniem nauki Kościoła, skoro w XIX wieku został on zamieszczony w „Patrologia Latina”, wzorcowym zbiorze pism chrześcijańskich z okresu Ojców Kościoła.

Czy zatem istniała magia chrześcijańska? Odpowiedź może być tylko jedna: nie, nie istniała. Magią we właściwym znaczeniu tego słowa jest bowiem wyłącznie to, co w starożytności określano mianem goeteia – czarnoksięstwo (łac. maleficium), czy też czarostwo. Mówienie o chrześcijańskich czarach czy chrześcijańskich zaklęciach jest nieporozumieniem, powstającym, gdy ktoś ignoruje zasadniczą różnicę pomiędzy zaklęciem lub czarem a np. egzorcyzmem lub modlitwą wstawienniczą. Niektóre praktyki należące wyraźnie do świata starożytnego możemy natomiast klasyfikować jako chrześcijańską teurgię (a nie magię). Teurgia została skodyfikowana w pierwszym wiekach po Chrystusie przez pogańskich jeszcze neoplatoników, którzy pragnęli połączyć tradycyjny kult religijny, filozofię i mistycyzm w jeden spójny system teoretyczny. Dążyła ona do wypracowania technik skutecznego proszenia bogów o cuda. Nie posuwała się jednak do prób zmuszania bóstwa do pożądanego działania, zapanowania nad nim. Nie przekraczała więc progu magii i pozostawała on niej zasadniczo różna. W dziełach najbardziej znanych mistrzów pogańskiej teurgii, Porfiriusza z Tyru i Jamblicha z Chalkis, znajdujemy zdecydowane potępienie czarowników, czarownic, rzucania czarów czy wróżbiarstwa. Nie dziwią przeto przypadki pojawiania się chrześcijańskiej teurgii w czasach, gdy kształtowała się nowa duchowość chrześcijańska, przeplatała się ze starą duchowością przedchrześcijańską, oczyszczając ją oraz przejmując z niej wszystko, co było dobre i zdrowe.

Pojęcie chrześcijańskiej teurgii nie jest jednak dostatecznie ustalone. Relacje pomiędzy chrześcijaństwem a duchowością świata przedchrześcijańskiego, w tym teurgią, wymagają zatem dalszych studiów.

Adam Danek

* Przeł. Andrzej Wypustek.

Dodaj komentarz