Bartosz Bekier: Zmierzch demokracji liberalnej w Polsce? O konsolidacji władzy nad Wisłą

To na pewno nie jest jeszcze dyktatura, ale to już nie jest demokracja liberalna” Leszek Miller

Wśród wielu celów i dążeń narodowego solidaryzmu, nazywanego przez nas niekiedy falangizmem, można wyodrębnić dwa najważniejsze, współzależne ze sobą. Należy do nich unicestwienie demoliberalnych rządów plutokracji, która w ramach zinstytucjonalizowanego, sejmokratycznego chaosu dzieli Naród na zwalczające się partyjne kartele rozgrywane przeciwko sobie przez międzynarodowych banksterów i zewnętrzne ośrodki siły. Drugi cel to wyswobodzenie Polski i Europy spod wpływu geopolitycznej dominacji Stanów Zjednoczonych, mesjanistycznego supermocarstwa, które prócz brutalnej, bezlitosnej walki o zabezpieczenie własnych interesów, zwykło także prowadzić ideologiczną krucjatę na rzecz liberalnej demokracji, której triumf miał „zakończyć historię”.

„Cesarstwo” kontra „papiestwo”

Z naszej perspektywy realizacja obydwu tych celów negatywnych postrzegana była jako długi proces, który prawdopodobnie nie zakończy się za naszego życia. Historia jednak nieoczekiwanie przyspieszyła: za Oceanem toczy się właśnie bój między krzyżowcami światowej plutokracji, a prezydentem imperium, który twarde interesy USA i skupionych wokół siebie sfer wielkoprzemysłowych przedkłada wyżej niż samą krucjatę i jej quasi-religijne wartości. Jako że „cesarz” krwawego imperium wciąż jeszcze niezupełnie pokajał się przed „papiestwem” demoliberalizmu, w dominium Ameryki poluźniono ideologiczne kaftany. Przyspieszył także proces bezprecedensowej w historii III RP konsolidacji władzy nad Wisłą. To nieprawda, że ostatnia wizyta prezydenta Trumpa w Warszawie nie miała żadnego realnego znaczenia. Rzeczywiście, w sferze tego, co zostało powiedziane, była ona wyłącznie prezentacją interesów amerykańskiej kliki przemysłu zbrojeniowego i surowcowego. Najważniejsze jednak jest to, co nie zostało wypowiedziane: krytyka obozu rządowego za uderzenie w instytucje liberalnej demokracji w Polsce, czego nie odmówił sobie chociażby prezydent Obama. Tym razem stało się inaczej – zachwytom nad dzisiejszą, „godną swojej historii” Polską, nie było końca. Ani słowa o Trybunale Konstytucyjnym, łzach zatroskanych liberałów, czy „zagrożonych wartościach Zachodu”. Innymi słowy, wizyta prezydenta USA stała się de facto milczącą zgodą na dalszy demontaż liberalnej demokracji w Polsce.

Nieliberalna demokracja

Symptomy rozmontowywania systemu demoliberalnego przez rząd Prawa i Sprawiedliwości wystąpiły już wcześniej, jednak w powyższym kontekście nie dziwi fakt, że w nocy z 14 na 15 lipca o godz. 2:30, czyli nieco ponad tydzień po wizycie Trumpa w Polsce, obóz władzy dokonał kolejnego kroku – Senat przyjął nowe ustawy o zmianach w Krajowej Radzie Sądownictwa i ustroju sądów powszechnych. Wcześniej obie ustawy przegłosował Sejm – początkowo miał tego dokonać jeszcze przed wizytą Trumpa, jednak w ostatniej chwili głosowanie zapobiegawczo wycofano z porządku obrad w oczekiwaniu na rezultaty wizyty światowego hegemona. Rezultaty okazały się jednak odpowiednie, więc śmiało wykonany został kolejny krok. Jeśli prezydent Duda podpisze ustawę, obecna Krajowa Rada Sądownictwa zostanie rozwiązania przed upływem kadencji (w normalnym trybie miała ona trwać jeszcze 4 lata), a o wyborze 15 nowych sędziów do KRS zadecyduje nie samorząd sędziowski, lecz większość sejmowa, czyli obecny obóz władzy. Czy mamy do czynienia z „mordowaniem demokracji”, jak raczył wyrazić się jeden z liderów opozycji? Należy zgodzić się z prof. Bartyzelem, iż w gruncie rzeczy teraz dopiero sędziowie będą wybierani przez osoby posiadające mandat demokratyczny, nie zaś „samodzielnie” wyłaniać się w obrębie quasi-arystokratycznej struktury sędziowskiej. To zatem nie istota demokracji została naruszona, lecz „mechanizmy kontroli i równowagi” (ang. checks and balances), stanowiące przeszkodę dla koncentracji potęgi politycznej, lecz mogące funkcjonować również w ustrojach niedemokratycznych. Według zapisów konstytucji, KRS stoi na straży „niezależności i niezawisłości sądów”, a także m. in. decyduje o nominacjach sędziowskich. Z kolei ustawa o sądach powszechnych uprawni ministra sprawiedliwości do bezpośredniego mianowania prezesów i wiceprezesów sądów apelacyjnych oraz obsadzania wszystkich stanowisk funkcyjnych w sądach rejonowych. Wygląda na to, że podobne zmiany mogą objąć także skład Sądu Najwyższego, który w polskim systemie rozstrzyga m. in. o ważności wyborów do Sejmu, Senatu i wyborów prezydenckich.

Skoro jednak demokracja w Polsce została pozbawiona przymiotnika „liberalna”, jak twierdzą politycy opozycji od prawa do lewa, a także niektóre zachodnie tytuły prasowe, to jak nazwać obecny stan rzeczy? Dla liberałów „demokracja nieliberalna” znaczy tyle co „miękki autorytaryzm”, „reżim hybrydalny”, „semidemokracja”. To system, w którym istnieją procedury demokratyczne, jednakże ich wpływ na realną politykę i decydowanie politycznie jest niewielki, lub systematycznie maleje. Pluralizm polityczny obowiązuje w ramach partii rządzącej, zaś opozycja wypchnięta zostaje poza margines życia politycznego. Przykłady takich państw to według autorów tej definicji chociażby Węgry Orbana, Rosja Putina, a ostatnio także Polska Kaczyńskiego, która jest przypadkiem o tyle ciekawym, że polski „naczelnik” nie pełni formalnie żadnych funkcji państwowych. Można więc powiedzieć, iż polski model nieliberalnej demokracji jest pod pewnymi względami bliski wzorcom sanacyjnym z II RP. Zwłaszcza w aspekcie rzeczywistej hierarchii politycznej nie odpowiadającej tej formalnej, a także stosowaniu precedensów prawnych i podporządkowywaniu instytucji kontrolnych. Podobnie jak reżim sanacyjny, obecny obóz władzy afirmuje ideę silnego państwa tworząc jednocześnie pozapaństwowe struktury władzy oraz nie stroni od retoryki nacjonalistycznej, którą historycznie sanacja zapożyczała od endecji, a nawet organizacji narodowo-radykalnych w „złotym okresie” Obozu Zjednoczenia Narodowego.

Nowy porządek

Porównania historyczne w zależności od audytorium mogą pomagać lub szkodzić obecnej władzy, a z uwagi na samą swoją istotę nie opisują w sposób pełny nowej rzeczywistości. W obrębie aksjologii solidaryzmu narodowego koncentrację potęgi politycznej przez obóz rządowy należy jednak ocenić pozytywnie, ponieważ w tej konkretnej perspektywie nie ma nic gorszego, aniżeli zinstytucjonalizowany chaos sejmokracji, niemoc decyzyjna i osłabianie woli politycznej sztucznymi barierami narzuconymi przez liberalną ideologię. Jeśli Prawo i Sprawiedliwość umocni swoją władzę na tyle, że wszelkie decyzje polityczne będą zapadać wewnątrz jej establiszmentu, nie zaś w toku negocjacji z obozem liberalnym, sytuacja ta wymusi poszerzenie bazy ideologicznej i politycznej wewnątrz samego obozu władzy. Jako iż liberałowie zostali uznani przez rządową propagandę za „opozycję totalną”, co samo w sobie cieszy, można jednocześnie żywić nadzieję, że wewnętrzna pluralizacja nowego systemu będzie przebiegać w sposób korzystny z punktu widzenia narodowego solidaryzmu. Pierwszym symptomem otwarcia się na nowe perspektywy, w tym chociażby na racje czynnie przez nas wspieranych środowisk kresowych, może być porzucenie części neokonserwatywnych dogmatów polityki wschodniej np. w stosunku do neobanderowskiej Ukrainy, na co zwracaliśmy już uwagę w ostatnim czasie. Prawo i Sprawiedliwość choć cieszy się dużym poparciem społecznym nie wytworzyło żadnej organizacji masowej, a jego kadry są bardzo ograniczone, co z jednej strony jest wyzwaniem dla rządzących, a z drugiej szansą dla środowisk, które w demoliberalnym, plutokratycznym spektaklu nigdy nie miałyby wpływu na decyzje polityczne rządu.

Docelowo system polityczny powinien zostać oparty o powszechną organizację społeczną w duchu jedności i obowiązku, a zatem na zasadach platonizmu politycznego. Obecny stan ustroju Rzeczypospolitej jest więc jedynie dobrym systemem przejściowym pomiędzy Polską liberalną, a Polską narodowo-solidarną. Przed nadmiernym optymizmem skutecznie chroni nas utrzymująca się zależność Polski względem Waszyngtonu. Nie zmienia to faktu, że konsolidacja władzy, jaka zachodzi obecnie w Polsce, ma w najnowszej historii charakter bezprecedensowy i jest szansą, ponieważ skutkuje rozmontowywaniem znienawidzonej plutokracji i kontrolowanego z zewnątrz chaosu. Dlatego z uwagi na porządek eliminacji należy ją poprzeć, a w razie potrzeby – bronić.

Bartosz Bekier

2 komentarze

  1. stały czytelnik

    Zajadła konfrontacja obozu rządowego z rozgorczonymi liberałami tylko zepchnie PiS w naszą stronę. Powinno nam zależeć na zaognieniu konfliktu wokół decyzji politycznych PiS. Jeśli powtórzą się sytuacje jak tamte z warszawy to doda to tylko nacjonalistom poparcia. Jeśli KOD lub pokrewne środowiska wejdą na ścieżkę przemocy politycznej to społeczeństwo będzie otwarcie szukać kontrpozycji wobec tych klaunów.

  2. Said Al-Polaki

    Jak zwykle dobry tekst i dobra analiza.

Dodaj komentarz