Adam Danek: Dziś prawdziwych Arabów już nie ma

W oczach większości środowisk patriotycznych w Polsce do rangi głównego wroga oraz zagrożenia dla ojczyzny, Europy i cywilizacji urośli Arabowie. To dowód – nie pierwszy – że środowiska te dość mało rozumieją z procesów rozgrywających się obecnie w świecie. Jak twierdzą, zamachy terrorystyczne na ulicach zachodnioeuropejskich miast są rezultatem napływu Arabów. Żywo komentują sytuację na Bliskim Wschodzie, gdzie, jak sądzą, wskutek nieustannych awantur wzniecanych przez Arabów tli się bez końca światowe ognisko niepokoju. W obu przypadkach bezrefleksyjnie powtarzają fałszywe opinie.

Aby się o tym przekonać, wystarczy rzucić okiem na uliczne demonstracje egzotycznie ubranych przybyszów, domagających się we Francji czy w Anglii zaprowadzenia szariatu. W ich szeregach nie widać ani jednego Araba, tylko samych muzułmanów. Podobnie, w szeregach na przykład Państwa Islamskiego nie znajdziemy ani jednego Araba, tylko samych dżihadystów, nierzadko przybyłych z takich krajów, jak Gruzja, Czeczenia, Chiny, Francja, Niemcy, a nawet Polska – które do świata arabskiego nie należą.

Ujmijmy to jaśniej. Jeśli mieszkańcy Bliskiego Wschodu manifestują dziś aktywność w polityce międzynarodowej, czynią to przede wszystkim jako wyznawcy islamu, a nie jako Arabowie. Zwłaszcza w swoich kontaktach i konfrontacjach z Zachodem – szczególnie istotnych dla nich i dla nas, „antyglobalistów z prawa” – występują z reguły nie jako Arabowie, lecz jako muzułmanie, choć jeszcze kilka dekad temu było odwrotnie. Wówczas bowiem w świecie arabskim dominowały idee, które dziś są w odwrocie: panarabizm i arabski nacjonalizm. Wbrew wyobrażeniom domorosłych „krzyżowców XXI wieku” wiele problemów współczesnego świata wynika nie z ekspansji czynnika arabskiego, lecz z jego osłabienia, między innymi na rzecz czynnika islamskiego. Arabizm jest obecnie w upadku, a próżnię po nim musi coś wypełnić. Można wręcz powiedzieć, że za naszego życia w dziejach świata arabskiego skończyła się „epoka arabska”, ustępując miejsca „epoce muzułmańskiej”.

Upadkowi arabizmu towarzyszy polityczna degrengolada świata arabskiego. Aby ujrzeć jej miarę, wystarczy porównać wydarzenia przed i po zakończeniu „epoki arabskiej”. W roku 1973 kraje arabskie potrafiły solidarnie ukarać Zachód pierwszym wielkim kryzysem naftowym za wsparcie udzielone Izraelowi w wojnie Jom Kippur. W roku 1975 potrafiły przeforsować rezolucję Zgromadzenia Ogólnego ONZ potępiającą syjonizm jako formę rasizmu. W roku 2011 kraje arabskie same zachęcały NATO do ataku na inny kraj arabski – Libię. W roku 2015 koalicja krajów arabskich z błogosławieństwem Ameryki rozpoczęła inwazję na inny kraj arabski – Jemen. W roku 2017 cztery kraje arabskie – Egipt, Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Kuwejt – grożą wojną piątemu krajowi arabskiemu – Katarowi – ku zadowoleniu finansowych pasożytów z Wall Street i londyńskiego City (cena ropy spadnie, jeśli państwa-eksporterzy się pokłócą) oraz Żydów z Mosadu.

Przypomnijmy sobie wiodących polityków „epoki arabskiej” – nacjonalistów: Nasera, Abd al-Karima Kasima, Burgibę, Kadafiego, Saddama Husajna, Hafeza al-Asada, Dżafara an-Numajriego, Jasera Arafata czy nawet Mubaraka. Mieli rozbieżne koncepcje i nierzadko krzyżowali sobie wzajemnie szyki, ale każdy z nich walczył o interesy swojego kraju i narodu najlepiej, jak potrafił. Na ich tle dzisiejsi politycy świata arabskiego to niemrawe miernoty. I z drugiej strony, żaden prawdziwy arabski polityk nie zapuszczał teatralnej brody i nie farbował jej na rudo, żeby pokazać, jaki jest podobny do Mahometa.

„Epoka arabska” skończyła się około roku 1991 – roku rozpadu Związku Sowieckiego i pierwszej wojny w Zatoce Perskiej. Symbolem jej końca był udział syryjskich czołgów Hafeza al-Asada w ataku amerykańskich wojsk na iracką armię Saddama Husajna. Nie przez przypadek wspominam o Związku Sowieckim. Blok wschodni, dopóki istniał, wspierał tendencje panarabskie i nacjonalistyczne, ponieważ chciał mieć Arabów po swojej stronie. Jego przywódcy oczywiście zdawali sobie sprawę, że gdyby faktycznie doszło do politycznego zjednoczenia świata arabskiego, powstałby potężny ośrodek siły, który nie pozwoliłby się sterować Moskwie i byłby dla niej potencjalnym rywalem. Ale wiedzieli też, że nacjonalizm arabski ma ostrze przede wszystkim antyzachodnie, więc powstanie bloku arabskiego otworzyłoby nowe możliwości jego współpracy z blokiem wschodnim w ramach światowego „frontu przeciw imperializmowi”. Dziś bloku wschodniego już nie ma, a blok zachodni pod hasłem eksportu demokracji wspiera dżihadystów.

Nacjonalizm arabski i dżihadyzm pozostają do siebie w odwrotnym stosunku. Nacjonalizm jako nurt ideowy wywodzi się z Europy. W świecie arabskim dżihadyzm ma rdzenne korzenie, ale z łatwością daje się manipulować obcym ośrodkom na Zachodzie i realizuje ich interesy. Nacjonalizm arabski wyrósł z europejskich inspiracji, ale kierował się wyłącznie racjami i interesami swojego ludu, nigdy nie dając się kontrolować Zachodowi. Dżihadyzm bazuje na czystej, kosmopolitycznej ideologii. Nacjonalizm arabski jest przywiązany do swojej ziemi i krwi (lub kultury, jeśli ktoś woli). Zauważmy też, że nacjonalizm arabski wysuwał na pierwszy plan więź narodową, a nie więź religijną, i dlatego tradycyjnie duży udział w jego rozwijaniu mieli arabscy chrześcijanie, by wymienić takie postacie, jak ojciec nacjonalizmu wielkosyryjskiego Antoun Saadeh, główny teoretyk baasizmu Michel Aflak czy protagoniści rewolucyjnego nacjonalizmu palestyńskiego: George Habasz, Najif al-Hawatma i Wadi Haddad.

Nacjonalistyczni politycy arabscy są dla Zachodu solą w oku. Zachód obalił i zabił Saddama Husajna; obalił i zabił Muammara Kadafiego; przez kilka lat próbował obalić i zabić Baszara al-Asada. Przy całym swoim gadaniu o „demokracji i prawach człowieka” Zachód doskonale dogaduje się natomiast z politycznymi monstrami pokroju szowinistycznie islamskiej monarchii saudyjskiej (która otwarcie traktuje rzesze ludzi pozostające pod jej władzą jak pogłowie bydła, zasób wchodzący w skład rodzinnego majątku) czy jej miniaturki w Bahrajnie. A dlaczego? Bo są całkowicie nienarodowe. Mimo pozorowanych sporadycznie krzyków o „łamaniu praw człowieka” dla Zachodu wygodniejszy jest w Sudanie szowinistyczny islamista i rzeźnik chrześcijan Omar al-Baszir, niż był świecki narodowy socjalista Dżafar an-Numajri.

Zasadnicza różnica jakościowa zachodzi również pomiędzy terroryzmem arabskim, dziś należącym już do przeszłości, a terroryzmem muzułmańskim, w tym zwłaszcza dżihadyzmem. Tych dwóch odrębnych zjawisk nie należy ze sobą utożsamiać. Pierwsze z nich potwierdzało trafną uwagę Petera Ustinova: „Terroryzm jest wojną biednych, a wojna jest terroryzmem bogatych.” Arabowie mieli pełne prawo uważać za bohaterów świeckich nacjonalistycznych bojowników, czy, jeśli ktoś woli, terrorystów, takich jak Jaser Arafat, George Habasz, Abu Nidal, Chalil al-Wazir (alias Abu Dżihad), Wadi Haddad, Abu Ali Mustafa, Ahmad Dżibril czy Najif al-Hawatma (dziś żyją jeszcze tylko dwaj ostatni) – ponieważ walczyli oni za sprawę konkretnego narodu z jego syjonistycznymi i zachodnimi ciemiężcami. Dżihadyści nie reprezentują żadnej wspólnoty, a jedynie abstrakcyjną ideologię, stworzoną przez wykorzenionych dla wykorzenionych. Wyparcie narodowego, antyzachodniego terroryzmu arabskiego przez kosmopolityczny, antychrześcijański terroryzm muzułmański oznacza zdecydowaną zmianę na gorsze.

Rozmaite mądre gremia od dłuższego czasu toczą jałowe dyskusje o tym, jak powstrzymać napływ imigracji i islamskiego terroryzmu z krajów arabskich. Odpowiedź jest prosta: świat potrzebuje odrodzenia arabskiego nacjonalizmu. Państwa arabskie muszą na powrót „zarabizować” swoją politykę zagraniczną. Ich polityka była bowiem dotąd albo zachodnia (czy wprost amerykańska), albo muzułmańska, albo korporacyjno-naftowa, ale nie arabska. Europejczycy muszą wspierać siły nacjonalistyczne w krajach arabskich. Tożsamość narodowa i nacjonalizm w świecie arabskim najlepiej rozwinęły się w tych krajach, które mają świeże (względnie) tradycje zbrojnej walki przeciw kolonizatorom lub okupantom: w Syrii, Iraku, Egipcie, Palestynie, Libanie i Algierii. Europejczycy powinni więc wspierać prądy nacjonalistyczne w pierwszej kolejności w tych krajach. Podkreślam: Europejczycy, a nie Zachód (co znamienne, w chwili, kiedy piszę te słowa, Zachód już otwarcie stara się utrzymać spowodowane wojną rozbicie Syrii i Iraku, a uniemożliwić ich państwową reintegrację). Bo Zachód to struktura polityczna równie wykorzeniona z Europy (i Ameryki), jak dżihadyści są wykorzenieni ze świata arabskiego.

Adam Danek

Flaga panarabska

7 komentarzy

  1. Oskar von Reuenthal

    Trzeba zatem wrócić do dobrych czasów w których sprawa zjednoczonej i sprawiedliwej społecznie Irlandii (wspierana przez Dżamahiriję Libijską) była tożsama ze sprawą Palestyny, a niemieccy bojownicy przeciw USA i narzuconej przez nie niewoli walczyli razem z fedainami. Dziś w Jemenie nacjonaliści jako część rządu rewolucyjnego zadają ciosy saudyjskim wahabitom. To samo dzieje się w Syrii, Iraku, Libanie i części kręgów wojskowych Egiptu. Obrona meczetu al-Aksa i walka Syrii ze szczurami to jedna sprawa.

  2. Nacjonalizm w krajach arabskich ma się dobrze – tak dobrze,że nawet zdołał skonsolidować wszystkie nacjonalizmy wszystkich poszczególnych krajów arabskich w jedno i właśnie pod sztandarem „religii” jaką jest Islam.Dlatego mówimy,że Islam nie jest religią a militarno-politycznym ruchem.Ich marsz na resztę świata jest tylko i wyłącznie spełnieniem marzenia Proroka o Islamie który zapanuje na całym świecie.W/g Islamu,pokój na świecie zapanuje dopiero wtedy kiedy cały świat będzie islamski – ekipa Obamy, usłużnie zapewniła dobry start „spontaniczną” Arabska Wiosną.Nigdy Arabowie nie byli tak arabscy jak właśnie teraz! Jeśli ktoś marzy o wykorzenieniu dżihad’yzmu czyli kwintesencji Islamu to współczuję …

  3. Kamil Kaczmarczyk

    Świetny artykuł!

  4. Skanderbeg

    Ale logika. Widać, że autor chyba nie za bardzo rozumie prosta rzecz. Jeżeli dojdzie do wojny o Katar, to ceny akurat wzrosną.

  5. Tekst w porządku, ale ja nigdy nie rozumiem podniety Saddamem. Praktycznie do okresu inwazji na Kuwejt, Saddam świetnie dogadywał się zAmerykanami. Nie wspominając o tym, że facet pod hasłami panarabizmu wymordował około 300,000-400,000 Kurdów i muzułmanów szyickich (którzy w Iraku przecież są Arabami). To Saddam rozpoczął w latach 90-ych kampanię sunnifikacji kraju i radykalizację uprzednio zsekularyziwanych mas. Budowano i odnowiono szereg meczetów sunnickich, wprowadzono prawo szariatu i obowiązkową naukę o islamie do szkół publicznych. W 2014, ponad 160 dowódców (różnego szczebla) tzw. „Państwa Islamskiego” to byli dawni ludzie Saddama. Pamiętajmy iż demograficznie, szyici stanowią 65% populacji Iraku, sunnici tylko 35%. To Saddam głównie odpowiada za wojnę religijną w kraju, nikt inny.

    • Saddam? Po wkroczeniu do Iraku Amerykanie przez długi czas odmawiali sformowania lokalnej policji. W kraju powstał kontrolowany chaos, ekonomia zamiast się rozwijać – jeszcze bardziej upadała. Nic dziwnego, że dawna bezpieka saddamowska odnalazła się w ISIS. Ludzie chcą z czegoś żyć, a jak grozi im śmierć głodowa, to dają się zwerbować temu kto daje pieniądze. Pieniądze dawał Zachód. To Zachód stworzył ISIS. To pod czujnym okiem USA jacyś „dżihadyści” zaczeli kontrolować drogi i miasta (to partyzantka czy władza?), zdobywać składy uzbrojenia marionetkowej armii irackiej.
      2003 roku Amerykanie bardzo aktywnie działali w szczuciu szyitów i sunnitów, dochodziło nawet do operacji fałszywej flagi (jak oficerowie SAS złapani w Basrze). Saddam nie był święty, był kanalią, w ogóle Irakiem do 2003 rządzili sunnici, ale przecież po 2003 to już tylko Ameryka. Poza tym Saddam nie był muzułmaninem. Pod koniec życia odgrywał takiego.

  6. stały czytelnik

    bardzo słuszna uwaga w ostatnim zdaniu

Dodaj komentarz