Ronald Lasecki: Kanon lektur i wychowanie patriotyczne

Jak zawsze w takich przypadkach, wiele komentarzy wywołało ogłoszenie przez Ministerstwo Edukacji Narodowej nowej podstawy programowej do nauczania języka polskiego, wraz ze zmienionym kanonem lektur szkolnych. W obecnej wersji, z kanonu zniknęli między innymi Sofokles, Bruno Schulz, Miguel de Cervantes, Joseph Conrad, Michaił Bułchakow i Tadeusz Różewicz, pojawiło się natomiast wiele pozycji z literatury staropolskiej, ale też „poeta smoleński” Wojciech Wencel.

Wiele osób komentuje wprowadzone zmiany, dodając od siebie o jakie pozycje i autorów kanon należałoby uzupełnić, jakie zaś z niego usunąć. Nie jest to pierwsza taka dyskusja, bo już kilka lat temu swoją propozycję kanonu lektur szkolnych ogłosił między innymi prof. Jacek Bartyzel. Gdy czyta się te wszystkie komentarze, nie można jednak uwolnić się od myśli, że autorzy wyrażają w nich swoje własne sympatie polityczne i ideologiczne. Podobna jest chyba siła napędowa układających kolejne rządowe podstawy programowe.

Oświata jako indoktrynacja w systemie demoliberalnym

Kanon lektur ma odzwierciedlać panowanie ideologiczne i polityczne określonej opcji. Literatura ma być oceniana i dobierana pod kątem słuszności ideologicznej, politycznej i światopoglądowej. Lekcje języka polskiego mają służyć uformowaniu określonego typu tożsamości ideowej i politycznej uczącej się młodzieży. Oświata staje się polityką uprawianą innymi środkami. Króluje przekonanie, że czyja władza, tego literatura. Lekcje języka polskiego, tak samo jak lekcje historii, stają się celem i zarazem polem rozgrywek ideologicznych i politycznych. Sprawujący władzę, chcą określać świadomość ideologiczną, utożsamiając ją najwyraźniej z wrażliwością literacką.

Ideologizacja i polityzacja historii i literatury w rzeczywistości zabija jednak świadomość historyczną i literacką. Stają się one ofiarami ideologicznego zacietrzewienia i politycznych resentymentów, czego ostatnim przykładem było usunięcie z podstawy programowej nauczania o myśli i zasługach Romana Dmowskiego. Niezależnie tymczasem jaki ma ktoś stosunek do tradycji endeckiej (niżej podpisany, nie będąc ani demokratą, ani narodowcem, ma stosunek raczej niechętny), nie sposób zaprzeczyć, że Dmowski był jednym z najwybitniejszych nauczycieli myślenia politycznego w Polsce, z pewnością zaś najbardziej w naszym kraju wpływowym. Trudno sobie wręcz wyobrazić, by dojrzały i wykształcony Polak nie wiedział nic o zasługach Dmowskiego, ani nie znał jego prac.

PiS i pozostałe partie demoliberalnego kartelu mają mentalność sekciarską, a państwo traktują jako osobisty łup ideologiczny. Celem ich działania nie jest dobro wspólne, tylko skok na władzę i zawłaszczenie dobra publicznego dla celów partykularnych. Państwo ma stać się narzędziem polityki sekciarskiej i służyć ideologii. Oświata jest narzędziem indoktrynacji młodzieży przez rządzącą oligarchię. Prawzoru takiej polityki dostarcza III Republika Francuska, gdzie powszechna i obowiązkowa państwowa szkoła podstawowa była ważnym instrumentem hegemonii ideologicznej rządzącego kartelu demoliberalnego. Nauczyciele ówczesnej francuskiej szkoły to – jak barwnie określił ich katolicki pisarz Charles Péguy (1873-1914) – „czarni huzarzy Republiki”, a podręczniki i programy nauczania to majstersztyk laickiej i republikańskiej indoktrynacji.

Oświata jako kształcenie umysłu i cnót w tradycji europejskiej

Zupełnie inny był ideał edukacji klasycznej zasadzającej się kształceniu w sztukach wyzwolonych (artes liberales). Miała ona zaszczepić uczniom umiłowanie prawdy i nauczyć ich sztuki jej poszukiwania. Tradycyjna europejska edukacja miała dostarczyć studentom narzędzi, umożliwiających im samodzielne dotarcie do prawdy. Jej zadaniem było uczenie ludzi myślenia, nie zaś nakładanie im ideologicznych klapek na oczy.

Amerykański konserwatysta Russel Kirk (1918-1994) zauważał, że cele tradycyjnej edukacji nie miały charakteru użytkowego, lecz że ludzki intelekt zostaje w jej toku „wdrożony do pewnej dyscypliny, przy czym jej cel związany jest z nim samym, z intelektem jako takim, z percepcją jego właściwego przedmiotu, z jego najwyższą kulturą”. Jak zatem widać, celem tradycyjnej europejskiej edukacji jest ćwiczenie intelektu, nie nakładanie mu ideologicznego wędzidła. „Adept nauk wyzwolonych uczy się czytać, pisać, mówić, słuchać, rozumieć i myśleć”, jak zauważał inny amerykański konserwatysta, Robert M. Hutchins.

Kwestia kanonu literackiego

Spostrzeżenia te mają zastosowanie również do nauczania języka polskiego w szkołach średnich, która nie ma służyć wychowaniu pobożnych katolików ani wyborców konkretnej partii politycznej, lecz celom bardziej prozaicznym, mianowicie:

1. temu, by uczeń nauczył się poprawnie mówić w języku polskim;

2. temu, by uczeń nauczył się czytać ze zrozumieniem w języku polskim;

3. temu, by uczeń nauczył się poprawnie pisać w języku polskim;

4. temu, by uczeń poznał historię języka i literatury polskiej.

Wynikają stąd wnioski dotyczące doboru lektur mających tworzyć kanon szkolny, tak więc zestaw dzieł literackich które każdy maturzysta powinien znać. W kanonie tym zatem powinny się znaleźć utwory:

1. reprezentujące na odpowiednio wysokim poziomie literackim najbardziej typowe zjawiska i tendencje w literaturze i języku polskim w różnych ich wariantach i okresach historycznych;

2. wybitne osiągnięcia literackiej polszczyzny.

Przy spełnieniu tych dwóch warunków dobierania pozycji do szkolnego kanonu lektur, szkoła, zgodnie z ideałem tradycyjnej edukacji europejskiej, dawałaby uczniom warunki do:

1. zdobycia wiedzy na temat ewolucji języka polskiego i literatury polskiej;

2. rozumienia tekstów nie tylko we współczesnej postaci literackiej polszczyzny, lecz też także w jej odmiennych formach, jak na przykład język staropolski lub stylizacja młodopolska;

3. wyrobienia wrażliwości literackiej oraz gustu literackiego i nabycia sprawności w posługiwaniu się językiem polskim.

Kryteria przy doborze lektur do kanonu nie powinny być zatem ideologiczne, polityczne ani światopoglądowe, lecz krytycznoliterackie i historycznoliterackie. W odróżnieniu od wielu domorosłych komentatorów, nie czuję się kompetentny w żadnej z tych dziedzin, nie wskażę zatem własnej propozycji kanonu. Nawet jednak nie będąc literaturoznawcą, nie trudno nie zauważyć, że usunięty z obecnej wersji kanonu Tadeusz Różewicz, czy choćby taki nieobecny w nim poeta jak Andrzej Trzebiński, bardziej zasługują na włączenie do kanonu, niż dodani najpewniej z powodów politycznych Jarosław Marek Rymkiewicz i Wojciech Wencel.

Kwestia kanonu historycznego

Korzystając z okazji, należałoby dodać, że w doktrynie tożsamościowej, obok normalizacji nauczania języka polskiego, powinno się także podnieść pokrewne zagadnienie ulepszenia nauczania historii. Dla potrzeb szkolnej dydaktyki tego przedmiotu również należałoby opracować kanon lektur obowiązkowych, w którym powinny się znaleźć:

1. teksty same w sobie będące ważnymi faktami historycznymi (np. Artykuły henrykowskie);

2. teksty reprezentatywne dla ważnych dla historii Polski nurtów myśli (np. wybrane pisma Romana Dmowskiego);

3. teksty ilustrujące rozwój istotnych dla historii Polski nurtów społecznych i intelektualnych (np. „Rodowody niepokornych” Bohdana Cywińskiego).

Tak jak bowiem zadaniem szkolnej dydaktyki języka polskiego nie jest wychowanie katolickie i patriotyczne uczniów ale poznanie przez nich języka polskiego i wykształcenie umiejętności sprawnego się nim posługiwania oraz wrażliwości literackiej, tak też sensem szkolnej dydaktyki historii nie jest wychowanie wyborcy głosującego w dorosłym życiu na PiS, lecz poznanie przez ucznia faktów historycznych i wykształcenie w nim umiejętności dostrzegania pomiędzy nimi zależności i wnioskowania na ich podstawie.

Kwestia kanonu patriotycznego

Nie znaczy to, że szkoła powinna uchylić się od swojej powinności wychowawczej. Państwo zawsze jest obciążone taką powinnością, współcześnie zaś jest ona szczególnie paląca wobec nabrzmiałych problemów społecznych jakimi stały się powszechna demoralizacja społeczeństwa, rozkład rodziny i kryzys rodzicielstwa – szczególnie w jego wychowawczym wymiarze. Państwo tożsamościowe będzie musiało odbudować w Polsce patriotyzm, katolicyzm i ład moralny. Państwo tożsamościowe stanie się ośrodkiem krystalizacji nowego porządku społecznego, wychowując do niego również za pośrednictwem szkoły.

W Polsce tożsamościowej program szkolny zostanie zatem poszerzony o lekcje wychowania patriotycznego. W ich formule będzie jednak musiała urzeczywistniać się tradycyjna europejska idea edukacji metodą kształcenia w sztukach wyzwolonych, której celem jest ćwiczenie umysłu i formowanie osobowej podmiotowości człowieka. Edukacja patriotyczna musi zatem kształcić w uczniach cnotę miłości do ojczyzny, nie zamykając zarazem ich umysłów w ciasnych formułkach ideologicznych. Uczeń musi dojść do patriotyzmu samodzielnie, zrozumieć go i zinternalizować, rozpoznając w sobie patriotyczną powinność i patriotyczny instynkt.

Program szkolnych lekcji patriotyzmu powinien zatem być oparty na formule badania tego, jak w różnych epokach w Polsce rozumiano patriotyzm. Powinno się skonfrontować patriotyzm Bolesława Śmiałego i patriotyzm biskupa Stanisława, patriotyzm polskiej Reformacji i patriotyzm polskiej kontrreformacji, patriotyzm Kuźnicy Kołłątajowskiej i patriotyzm Konfederacji Barskiej, patriotyzm lojalistów i patriotyzm insurekcjonistów, patriotyzm endeków i patriotyzm socjalistów, patriotyzm konserwatystów i patriotyzm ludowców, patriotyzm Piłsudskiego i patriotyzm Dmowskiego, patriotyzm Bolesława Piaseckiego i patriotyzm „Żołnierzy Wyklętych”, patriotyzm Emigracji i patriotyzm Gomułki, patriotyzm „Solidarności” i patriotyzm Jaruzelskiego.

Każdy z tych nurtów patriotyzmu powinno się analizować na lekcjach wychowania patriotycznego wskazując wszystkie ich „za” i „przeciw”, fakty i argumenty przemawiające na ich poparcie, jak i przeciw nim. Pracę powinno się prowadzić w oparciu o teksty źródłowe, lub przynajmniej o uznane i rzetelne opracowania. Taka metoda nauczania pozwoliłaby wykształcić polskich patriotów, którzy świadomie wybieraliby najbliższy im wariant patriotyzmu. Byliby również w stanie rzeczowo, a nie tylko emocjonalnie, uzasadnić swój wybór i wskazać słabości innych wariantów. Mogliby wreszcie czerpać z różnych nurtów patriotyzmu, łączyć to co ich zdaniem w nich najbardziej wartościowe, dystansować się zaś od elementów błędnych lub zdezaktualizowanych.

Celem państwa tożsamościowego powinno być zatem wychowanie i wykształcenie do patriotyzmu rozumnego, dojrzałego i (samo)krytycznego. Tylko taki patriotyzm ma sens, w odróżnieniu od zideologizowanego i bezmyślnego patriotyzmu promowanego współcześnie przez główne siły kojarzone dziś w Polsce jako patriotyczne. Celem nie jest ideologiczna indoktrynacja i tworzenie politycznej sekty zmanipulowanych fanatyków, tylko wychowanie świadomych i intelektualnie dojrzałych członków polskiej wspólnoty politycznej, którzy byliby ugruntowani w swej patriotycznej samoświadomości i silni swą miłością ojczyzny.

Tylko wsparcie się na takim personalistycznym i tradycyjnym fundamencie stworzy wspólnotę polityczną silną siłą swych członków, w odróżnieniu od atrapy wspólnoty spajanej manipulacją, ogłupieniem i kłamstwem. Chcąc wzmocnić całość w postaci wspólnoty, wzmocnić należy moralnie i intelektualnie tworzące ją elementy, to znaczy poszczególne osoby. Temu właśnie będzie służyła oświata w Polsce tożsamościowej.

Ronald Lasecki

24 komentarze

  1. Kamil Kaczmarczyk

    Mam jeszcze jedną małą uwagę. Ciekawy wydaje się pomysł autora dotyczący skonfrontowania różnych form patriotyzmu na zasadzie dialektycznej. Ale szkoda, że autor zatrzymał się na 1989 roku, natomiast nie dotarł do tego, co mamy po „upadku komuny” i po „końcu histoii”, w tzw. „wolnej Polsce” – do historii jeszcze nowszej niż historia najnowsza. Proponuję zatem wypełnienie tej luki przez skonfrontowanie patriotyzmu pipi-prawicy i patriotyzmu neofaszystów 🙂

  2. Kamil Kaczmarczyk

    Bardzo dobry artykuł, z tym, że podzielam zastrzeżenia Samotnego Jeźdźca. Pluralistyczne pomysły autora wydają mi się nazbyt dobroduszne i naiwne. Co do mnie to uważam, że nie ma potrzeby sztucznego wymyślania nowego przedmiotu w rodzaju wychowania patriotycznego, gdyż to właśnie lekcje historii (ściślej: historii politycznej) i języka polskiego, a raczej literatury i (szerzej) kultury polskiej powinny wychowywać właśnie w duchu patriotycznym, a zatem jednym z ich celem powinno być wychowywanie do patriotyzmu. Co do literatury, powiem tyle, że będąc „od zawsze” rozmiłowany w dziejach militarnych i politycznych, lekcji języka polskiego zawsze z całego serca nienawidziłem, a to głównie dlatego, że tworzone przez mafijne demoliberalne kliki „kanony” to większości cuchnące bluźnierstwem, pornografią, wulgarnością, odmóżdżające i demoralizujące szambo, niczym nie różniące się jakościowo się od zgnilizny zachodniackiej popkultury, szambo, które należy jak najszybciej zlikwidować (A teraz dochodzą jeszcze te lektury smoleńskie – żal ściska serce na myśl o uczniowskiej katordze). To, że w takim GWnianym „kanonie” jest jeszcze miejsce dla wartościowych pisarzy (vide Jan Kochanowski, Mikołaj Sęp Szarzyński, Henryk Sienkiewicz czy Zbigniew Herbert – by wymienić tylko polskich) jest doprawdy niewiarygodne. Co do historii, to sądzę, że powinna pełnić 3 funkcje: 1. tożsamościotwórczą (mówi człekowi skąd jest, a zatem również kim jest i dokąd winien zmierzać) 2. etyczną: (wskazywać wzorce osobowościowe godne do naśladowania, i takie, których należy się wystrzegać) 3. polityczną (to jest dostarczać człowiekowi znajomości mechanizmów politycznych i… – tu wygłoszę swą heretycką myśl – być narzędziem w walce politycznym). Co do tego trzeciego punktu nadmienię tylko, że wbrew pobożnym życzeniom autora, historia zawsze była, jest i będzie orężem w walce politycznej (ładnie o tym pisał to tu, to tam choćby taki Tomasz Gabiś). Historia służyła, służy i będzie służyć obozom politycznym do delegitymizowania wrogich obozów politycznych i legitymizowania swojego obozu politycznego – w przypadku państwowej oświaty zatem służy nieuchronnie legitymizacji panującego systemu i delegitymizacji jego przeciwników. Nie ma w tym nic nienormalnego – każdy system dąży do wychowania posłusznych mu systemowców i eliminowania elementów antysystemowch. Także system tożsamościowy, który jako patrioci chcemy wprowadzić 🙂 Dlatego celem patriotów nie powinno być udawanie zatroskanych o pluralizm, który ginie w demoliberalizmie, tylko o wypracowanie własnych kanonów lektur, własnej myśli historycznej czy historiozofii, by delegitymizować demoliberalny reżim, i legitymizować cele i środki swego obozu politycznego.

    • Kamil Kaczmarczyk

      Pozostając przy wartościowych autorach polskich (skoro tematem tekstu jest patriotyzm), dla których jakimś cudem jest (jeszcze?) miejsce w demoliberalnym „kanonie” literackim mógłbym wymienić jeszcze chyba tylko Norwida i Krasińskiego, których z rozpędu pominąłem. Ale konia z rzędem temu kto mi wymieni jeszcze choćby jednego wartościowego polskiego pisarza, który w owym „kanonie” się zmieścił.

      • Lawrence z Chazarii

        Gall Anonim, Wacław Potocki, Stanisław Staszic, Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Aleksander Świętochowski, Stefan Żeromski, Stanisław Wyspiański, Jan Kasprowicz, Władysław Reymont, Jan Lechoń, by wymienić tylko autorów polskich. Za moich czasów wszyscy byli w demoliberalnym kanonie lektur szkolnych. Czekam na mojego konia z rzędem.

        • Kamil Kaczmarczyk

          Połowa z autorów z wymienionych przez ciebie autorów to zgniłe demoliberałki 🙂

          • Lawrence z Chazarii

            Dajcie mi tlenu… Z edukacją szkolną faktycznie nie jest dobrze skoro po jej ukończeniu można wypisywać takie kwiatki. Po pierwsze o miejscu autora na liście lektur decydują wartości zawarte w jego dziełach a nie cechy jego osoby. Po drugie żaden „demoliberałem” nie był. No bo niby który, mędrcze?

            • Kamil Kaczmarczyk

              Po pierwsze: żle postawiłeś pytanie, które winno brzmieć: „którzy?”. Odpowiadam: co najmniej połowa z nich, chcesz się dowiedzieć, którzy konkretnie, to sięgnij do jakiejś syntezy dziejów polskiej myśli politycznej (fajną wydał np. całkiem niedawno, parę lat temu niejaki Grzegorz Kucharczyk), tam znajdziesz odpowiedź na dręczące cię egzystencjalne pytania. Po drugie: powiem wprost, że na literaturze się nie znam i właściwie to nie interesuje mnie ona, więc nie zamierzam się z tobą dalej wykłócać. Powiem jedynie tyle, że w liceum miałem profil humanistyczny z rozszerzonym polskim i jako taki wyrażam tylko swoją SUBIEKTYWNĄ opinię, że większość z książek i wierszy, które kazano mi czytać, zarówno spośród autorów polskich jak i obcych, to totalny chłam, którego miejsce nie jest w literackim kanonie, tylko na indeksach ksiąg zakazanych – i to zarówno kościelnych jak i państwowych, a w razie ich wydrukowania – na stosach. That’s all.

              • Kamil Kaczmarczyk

                Aha, no i jeszcze palące zagadnienie „wartości”. Pytam: czy ktoś kto jest demoliberałkiem, może napisać coś wartościowego?

              • Lawrence z Chazarii

                „powiem wprost, że na literaturze się nie znam i właściwie to nie interesuje mnie ona” – to widać; ale skoro człowiek nie interesuje się czymś i wie że się na tym nie zna to nie powinien się o tym wypowiadać autorytatywnym tonem. Chociaż polską chorobą narodową jest działanie odwrotne – „nie znam się więc się wypowiem”.
                Zresztą od systemu szkolnego nie oczekujemy że każdy absolwent szkoły będzie miał wiedzę znawcy tylko że będzie miał określony korpus wiedzy o narodowej historii i narodowej literaturze. Te dwie są kluczowymi składnikami tożsamości narodowej której rozwijaniu/umacnianiu/pogłębianiu służyć ma odpowiednia lista lektur szkolnych – o tym właśnie jest powyższy artykuł. W nieco starszych (niż te dzisiejsze) podręcznikach do polskiego (w których było więcej stron a mniej obrazków) były nie tylko króciutkie gotowe interpretacje utworu, ale również szersze informacje o życiu autora, zarys całej jego twórczości, historyczne tło powstania dzieła i informacje o jego późniejszym znaczeniu. No i gdyby edukacja szkolna była zorganizowana jak należy to uczniowie by się o tym wszystkim uczyli. I wtedy może np. patriotycznych polskich pisarzy nie wyzywaliby od „demoliberałów” młodzianowie czerpiący wiedzę o literaturze narodowej z „rozmów” ze znajomymi na facebooku.

              • Lawrence z Chazarii

                Powtarzam pytanie: którzy to niby z wymienionych pisarzy byli demoliberałami? Proszę po nazwiskach, z uzasadnieniem. Jak w ogóle można pisać coś takiego skoro prawie żaden z nich nie dożył czasów pojawienia się demoliberalizmu, w sensie – i terminu, i samego zjawiska. Jedynym który dożył był Lechoń ale on też nie był demoliberałem. Słowo „demoliberał” znacznie bardziej pasowało by za to do wymienionego tu gdzieś przez kolegę Zbigniewa Herberta ponieważ Herbert brał udział w działaniach „opozycji demokratycznej” w PRL i później też był za demokracją. Tak więc rozumiem że skoro „ktoś kto jest demoliberałkiem, nie może napisać nic wartościowego” to wiersze i eseje Herberta należy spalić na stosie i umieścić „na indeksach ksiąg zakazanych – i to zarówno kościelnych jak i państwowych”, oczywiście układanych przez ekspertów po „nowej maturze” zdanej na 31%… 😉

            • Kamil Kaczmarczyk

              To jest odpowiedź na twoje ostatnie 2 wpisy. Pomijam osobiste złośliwości, na które nie będę odpowiadał. „Żaden z nich nie dożył czasów pojawienia się demoliberalizmu” – ha ha ha, ale jaja 🙂 . Demoliberalizm pojawił się wraz z rewolucją antyfrancuską, cały wiek XIX to nieustanne rewolucje demoliberalne, ergo, z wyjątkiem dwóch pierwszych, wszyscy wymienieni przez ciebie autorzy zjawiska dożyli i musieli się wobec niego ustosunkować. Co do Herberta – sprawa jest prosta, był patriotą i antykomunistą, a ponieważ jak to zgrabnie ujął Cejrowski, „za komuny myślało się na skróty” przeto znalazł się również w „opozycji demokratycznej” (był w niej również przykładowo niejaki Jacek Bartyzel – czyżbym bezwiednie chciał spalić i jego dzieła?). Nie miało to żadnego wpływu na twórczość Herberta, apologizującej wartości heroiczne i arystokratyczne – zatem jaskrawo nie pasującą do zgniłkowatych standardów „nowoczesnej demokracji”. Dziś byłby w tożsamościowej opozycji wobec demoliberalizmu – nie mam co tego żadnych wątpliwości.

              • Lawrence z Chazarii

                O, to kolega musi być z Ruchu Narodowego bo to w tamtejszych kręgach często spotyka się taki poziom refleksji o historii połączony z takim poziomem… wiedzy o historii. No bo jeśli Mirabeau, Robespierre, Saint-Just, Marat itd. (o ile koledze coś mówią te nazwiska) byli demoliberałami to ja jestem Rysiek Petru. Demoliberalizm to liberalna demokracja oraz ideologia która popiera takie rozwiązania ustrojowe. Demoliberalizm jako rzeczywistość polityczna pojawił się we Francji na początku XX wieku, w USA po I wojnie światowej, w państwach Europy Zachodniej dopiero po II wojnie światowej. Jak gdzieś nie było liberalnej demokracji lub chociaż chęci jej wprowadzenia to nie było demoliberalizmu. Demoliberalizm to wynalazek XX wieku. Żadna z wcześniejszych znanych rewolucji (1789, 1830, 1848, 1870/71, 1905) nie była „demoliberalna”. To były rewolucje demokratyczne (w intencjach) ale nie demoliberalne.
                > No i pytam się po raz trzeci – którzy z wymienionych pisarzy byli niby „demoliberałami” i dlaczego? Bo na razie klucz selekcji widzę taki: ‚Herberta lubię więc na pewno nie był demoliberałem a kogośtam nie lubię/nie znam/nie czytałem/nigdy o nim nie słyszałem więc pewnie był demoliberałem’.
                I proszę mi tu autorytatywnie nie twierdzić co dzisiaj myślałby Herbert bo facet od dawna nie żyje. Znając jego życiorys i poglądy (przypominam – demokrację pookrągłostołową popierał) można spekulować że dzisiaj mógłby być takim „tożsamościowcem” jak Jarosław Gowin czy Kazimierz Michał Ujazdowski albo wspomniany w artykule Wojciech Wencel.

            • Kamil Kaczmarczyk

              1.) Rewolucje 1789, 1830, 1848, 1870/71, 1905 nie były demoliberalne? Co za kosmiczne brednie. Liberalizm = sekularyzm (rozdział państwa od religii) + prawoczłowieczyzm (na czele z wolnością słowa, prasy, zebrań, stowarzyszeń itd.). Demokracja = suwerenność ludu, realizowana z reguły poprzez rządy przedstawicielskie – parlamentaryzm. WSZYSTKIE te rewolucje były zatem (przynajmniej programowo) demoliberalne. WSZYSTKIE miały na sztandarach sekularyzm, prawoczłowieczyzm i demokrację. Przy czym wśród rewolucjonistów byli demoliberałowie, ale i umiarkowani liberałowie, którzy nie byli demokratami, a także skrajni demokraci, którzy nie byli liberałami 2.) Mickiewicz – demoliberał (słyszałeś może o Legionie Mickiewicza ?!), Słowacki – demoliberał, Świętochowski – demoliberał, Żeromski – demoliberał. Poczytaj sobie trochę o nich, a potem się wymądrzaj na portalach politycznych. 3.) Problem tkwi w terminologii. Ściśle rzec ujmując WIĘKSZOŚĆ spośród ludzi uważających się dziś za „prawicowców”, „konserwatystów”, „narodowców”, „tożsamościowców”, „antysystemowców” itd., jest liberałami lub demokratami lub demoliberałami i do demoliberalnych „wartości” („świeckie państwo” „wolność słowa”, „demokracja”, „prawa kobiet” etc.) się odwołuje. Ale są przeciw demoliberalnej oligarchii, której ideologią jest kulturowy marksizm – której 3 najistotniejszymi częściami składowymi są: a) imigracjonizm i multikulturalizm b) szeroko pojęta „cywilizacja śmierci” – niszcząca życie (zwł. nienarodzone), rodzinę, tożsamość płciową mężczyzn i kobiet, czy wreszcie zdrowie fizyczne szerokich mas ludności, przez wszechobecny kult wszelkiego rodzaju używek i rozrywek etc. c) tzw. pedagogika wstydu rozbrajająca narody moralnie, połączana z ideologią pacyfizmu rozbrajająca narody fizycznie. MAM NADZIEJĘ, ŻE W KOŃCU ODPOWIEDZIAŁEM WYCZERPUJĄCO 🙂 🙂 🙂

              • Lawrence z Chazarii

                Ad. 1. Nie, nie były. Nie każdy sekularyzm jest liberalizmem. Socjalizm/komunizm/nacjonalizm/faszyzm też może domagać się zeświecczenia państwa i nie czyni go to liberalizmem. Doktryna suwerenności ludu nie jest liberalna ani z pochodzenia ani w swojej treści. Odwrotnie – do XX wieku liberalizm i demokracja postrzegano jako sprzeczności, dopiero w XX wieku zaczęły powstawać teorie które starały się je pogodzić. Jak kolega nie wierzy to niech kolega zapyta Jacka Bartyzela. Albo przeczyta jego książkę „W gąszczu liberalizmów”. Żadna z wymienionych rewolucji nie miała w swoim programie budowy liberalnej demokracji (bo do XX wieku nie było takiej idei), zresztą część z nich w ogóle nie miała jasnego programu a była tylko protestem przeciw ówczesnej władzy (np 1830, 1905).
                Ad. 2. Aha, więc „demoliberałem” miał być Mickiewicz który w wykładach paryskich mówił że dla Polski właściwym ustrojem jest monarchia polegająca na rządach natchnionych charyzmatycznych władców w których wciela się duch narodu. Mickiewicz którego za swojego mentora uznawali polscy socjal-nacjonaliści z międzywojnia i nawet określali swoje poglądy jako ‚mickiewiczyzm polityczny’.
                „Demoliberałem” miał być Słowacki – mesjanista narodowy który najpierw uzasadniał potrzebę despotycznych rządów jednostki w Polsce poematem „Król-Duch”, a ileś ostatnich lat swojego życia pracował nad wizją ustroju spełniającego Królestwo Boże na ziemi którego jedną z form miała być monarchia.
                „Demoliberałem” miał być Świętochowski – autor nietzscheańskiego dramatu ‚Aureli Wiszar’ (o, to powinna być lektura szkolna) który pod zaborami popierał reformy społeczne zaprowadzane w Polsce ciężką ręką przez carską administrację, po I wojnie światowej przeszedł na pozycje „antysemickie” i poparł obóz narodowy a w ostatnich latach życia był stałym felietonistą narodowo-radykalnego pisma ‚Prosto z Mostu’ i ONR-owcy uznawali go za swojego nauczyciela.
                „Demoliberałem” miał być Żeromski o którym było nawet coś na xportalu: http://xportal.pl/?p=6456
                Niga, pliz. :E
                Ja czytałem ich wszystkich.

            • Kamil Kaczmarczyk

              Znowuż wykłócasz się waść o idiotyczne kwestie terminologiczne. W mojej ocenie demokratyzm, który wg ciebie jest sprzeczny z liberalizmem, to nic innego jak skrajny liberalizm – i tyle, tak samo też traktuję marksizm czy neomarksizm i mam głęboko gdzieś dalsze wytłumaczenia. O literatów nie będę się dalej wykłócał, gdyż obchodzą mnie oni dokładnie tyle co zeszłowieczny śnieg. Uczepiłeś się mnie waść jak rzep psiego ogona, niech to będzie moja ostatnia odpowiedź na twoje dziwne zaczepki

              • Lawrence z Chazarii

                O tak, Stalin był liberałem – bo jak wiadomo był marksistą. Komunizm to liberalizm i faszyzm to też liberalizm bo jak wiadomo oba uważały lud za źródło władzy. Jak głosi tytuł wiersza Adama Asnyka (dawniej był na liście lektur szkolnych, nie wiem jak teraz) – „Mów do mnie jeszcze” :>
                A w prawdziwym świecie było tak że np. Monteskiusz czy Beniamin Constant jako filozofowie liberalni byli przeciwnikami demokracji a Rousseau jako filozof demokratyczny był przeciwnikiem liberalizmu, głosił wszechwładzę woli ludu której każda jednostka ma być totalnie podporządkowana.
                „O literatów nie będę się dalej wykłócał, gdyż obchodzą mnie oni dokładnie tyle co zeszłowieczny śnieg.” – widzę. Ale to błąd bo znajomość narodowej literatury to jeden z najważniejszych składników tożsamości narodowej. O tym właśnie jest powyższy artykuł.
                Stare hasło mówi ‚Libro e moschetto – fascista perfetto’. Jak się chce być fascista perfetto to trzeba najpierw trochę poczytać tych libri.
                Musi się kolega jeszcze wiele nauczyć. To żaden powód do wstydu.

              • Lawrence z Chazarii

                P.S. Nawiasem pisząc to liberalizm wcale nie musi chcieć sekularyzacji państwa. Ustrój liberalny albo nieliberalny nie zależy od tego czy państwo jest wyznaniowe czy nie. To są dwie różne rzeczy. Wielka Brytania czy Izrael są państwami liberalnymi chociaż do dziś mają religię państwową. Wcześniej podobnie było z Belgią, Norwegią, Szwecją i innymi.

            • Kamil Kaczmarczyk

              Zgadzam się CAŁKOWICIE z dwoma ostatnimi twoimi komentarzami. Po prostu zastosowałem terminologiczny skrót myślowy, ale już więcej tego błędu postaram się nie popełniać. Z tym sekularyzmem, to faktycznie rzuciłeś mnie na łopatki, bo tak jest istotnie, jak żeś napisał. Liberalizm – to indywidualizm (kulturowy, polityczny, ekonomiczny itd. – maksymalna autonomia jednostki) najlepiej wyrażony w ideologii tzw. „praw” człowieka, może być antyreligijny, areligijny lub even (quasi)religijny, może być demokratyczny lub niedemokratyczny, tak istotnie jest, jak żeś napisał. Chylę czoła, bo widzę, że masz pewien zasób wiedzy w dyskutowanych kwestiach i przyznaję ci zupełną rację. Cieszę się z nieoczekiwanego konsensusu i serdecznie pozdrawiam.

  3. Samotny Jeździec

    Fajny, rzeczowy artykuł. On jest na tym samym „meta” poziomie co przemyślenia intelektualistów lewicowych na ten temat. Tylko, że oni chcą formować nowego człowieka, który będzie przejawiał postawy egalitarne, a Ronald chce uformować nowego człowieka z postawami elitarnymi.

    Jednakże czy we współczesnym świecie te odwrócenie marksizmu kulturowego jest możliwe? Czy lewica nie ma większej ilości narzędzi do formowania ludzi na ich modłę? Na „wolnym rynku idei” lewica ma cały przemysł medialny i popkulturowy oraz konsumpcjonizm i hedonistyczny „wyzwolony” sposób życia, bardzo atrakcyjny dla ludzi socjalizowanych w takim środowisku. Dlatego uważam, że lewicowe pokusy szatana, sprowadzania młodych z dobrej rycerskiej drogi, są zbyt wielkie, by pozostawiać im „wolny wybór” i by silić się na pluralizm.

    Dlatego w interesie młodych jest to, by edukacja odbywała się twardą ręką, by państwo niszczyło wszelkie przejawy egalitaryzmu i marksizmu kulturowego oraz popkultury. Nie wolno więc dopuścić do „wolnego wyboru” bo wygrają na nim najwięksi cynicy i szarlatani.

  4. Jak to się ma do obrony wartości CYWILIZACJI ŁACIŃSKIE,czytaj GRECKO-RZYMSKIEJ wobec oryginalnego podziału na CYWILIZACJE jakiego dokonał polski badacz Feliks Koneczny?!
    Za KORUPCJĄ KOŚCIELNO-DUCHOWĄ może iść ŚWIECKA,czego doświadczyłem po tragicznej śmierci mojego brata Janusza.

Dodaj komentarz