Adam Danek: Potrzeba utopizmu

 

„System niech sobie będzie dobry, ale my i tak go nie chcemy.”

 Ernst Jünger

 

Ruch nacjonalistyczny w Polsce powoli zbiera doświadczenie. Od pewnego czasu podejmuje próby ustalenia i rozpropagowania detalicznego programu „naprawy Rzeczypospolitej” – rozpisanego w punktach, poddanego pod debatę i pewnie jeszcze przegłosowanego – określającego, co i jak należałoby zmienić w państwie w ramach jego dzisiejszej postaci, na poziomie szczegółów polityki publicznej. Znajdą się tacy, wcale liczni, co będą widzieć w tych próbach przejaw politycznego dojrzewania. W rzeczywistości jest odwrotnie, przynajmniej na chwilę obecną. Na etapie dziejowym, w którym wciąż się znajdujemy, nie potrzeba programów partyjnych, lecz manifestów.

Mimo swych szumnie – i na ogół przesadnie – otrąbianych sukcesów polski ruch nacjonalistyczny ciągle pozostaje siłą, która dopiero przygotowuje się do wkroczenia na arenę wydarzeń. Taki ruch nie powinien brać się za pisanie projektów reform, jakby już sprawował władzę. Potrzebuje natomiast napędu w postaci żrącej i palnej ideologii, która wybucha w zetknięciu z istniejącą rzeczywistością. Inaczej mówiąc, trzeba mu tego, co należy nazwać myśleniem utopijnym.

Określenia tego używam w sensie przyjętym w języku nauki. Jako utopijne definiuje ona wszelkie myślenie polityczne, które nie chce stopniowo przekształcać zastanych realiów, lecz odrzucić je w całości i zastąpić czymś zupełnie innym. Bronisław Łagowski napisał, że każda myśl polityczna powstająca poza kręgiem władzy jest utopią. Odwróćmy tę formułę. Ruch nacjonalistyczny w Polsce od kręgu władzy dzieli daleka droga; ciągle dopiero przygotowuje się on do wkroczenia na scenę wydarzeń politycznych. Powinien więc rozwijać utopijną myśl polityczną, jak najbardziej radykalną, by móc stawiać ją naprzeciw III (i IV) Rzeczypospolitej niczym taran. Nie powinien natomiast ćwiczyć się w myśleniu, które nazbyt liczy się z ograniczeniami istniejącego stanu rzeczy, a w ten sposób uzależnia od niego i zanim jeszcze przejdzie do działania, przygotowuje już jego honorową kapitulację.

Sam pisałem kiedyś o potrzebie „nowego pozytywizmu”, powrotu do etosu społecznikostwa, do idei pracy organicznej, o wartości oddolnych inicjatyw wywołujących cząstkowe zmiany w konkretnych sprawach. Tak, to wszystko jest właściwe – ale dla innych: dla zwykłych dobrych obywateli, którzy przy wszystkich swoich walorach nigdy nie zasilą szeregów awangardy narodowej rewolucji, bo nie chcą lub obiektywnie nie mogą uczynić takiego kroku. Droga lemiesza jest dla nich. My z naszej myśli musimy wykuć nie lemiesz, a miecz. Polityczni żołnierze nie powinni tracić czasu na dyskusje o tym, ile klas ma liczyć szkoła czy gdzie trzeba najpierw odtworzyć lub wytyczyć nitki transportu publicznego, choć na poziomie konkretu są to sprawy ważne. Ich zadaniem jest zaatakować i zniszczyć demoliberalizm. Żadna rewolucja nie dokona się nawet częściowo, jeżeli nie weźmie rozpędu do skoku pod hasłami totalnej zmiany.

Najwybitniejszym myślicielem politycznym włoskiego faszyzmu nie był Benito Mussolini, ani akademicki heglista Giovanni Gentile, ani mało oryginalny Alfredo Rocco, ani orbitujący na uboczu Julius Evola – lecz Sergio Panunzio (1886-1944). Przed I wojną światową, gdy o faszyzmie jeszcze nikt nie słyszał, należał do kręgu rewolucyjnych syndykalistów. Publikował w wydawanym w latach 1913-1914 piśmie „Utopia”, założonym i redagowanym przez Mussoliniego. Pismo odgrywało rolę wewnętrznej opozycji w łonie Partii Socjalistycznej, hołdującej legalnemu, parlamentarnemu marksizmowi. Marksiści od początku usiłowali oprzeć politykę na podstawach naukowych, na empirycznym badaniu świata zastanego. W maju 1914 r. Panunzio ogłosił na łamach „Utopii” artykuł „Strona teoretyczna i strona praktyczna socjalizmu”, w którym dowodził, że na tym właśnie polegał ich błąd. „Socjalizm jest idealizmem niematerialistycznym, socjalizm jest, prawdę mówiąc, utopią i Mussolini dobrze o tym wie, a jako nauka jest fałszem.”* – pisał Panunzio. Właśnie. Socjalizm osiąga sukcesy tylko wtedy, gdy jest utopią: podniosłym mitem politycznym, porywającym do walki ludzkie masy. Należy w całości do sfery ducha, nie do sfery materii, którą w naciągany sposób próbowali mierzyć i rachować Marks i jego naśladowcy. Jeśli socjalizm chce zmienić świat zastany, nie wolno mu uznawać jego przytłaczających ograniczeń. Panunzio przekonywał więc, że Partia Socjalistyczna nie może „czynić swoim kryterium rzeczywistości empirycznej (czyli akceptacji współczesności), co było specjalnością partii konserwatywnych – radykalnych i reformistycznych. I nie powinna być a priori reformistyczna.”*

Niech współcześni polscy nacjonaliści posłuchają rad Panunzia, choć na ogół niestety nie uważają się za socjalistów. Zadaniem dla nich nie jest rozpisywanie niby-profesjonalnie brzmiących pomysłów na poprawienie obecnego samorządu terytorialnego czy korpusu sędziowskiego, lecz tworzenie i szerzenie ideologii, która będzie elektryzować ich ruch, utrzymywać go w rozpędzie, rozpalać żądzą czynu serca jego działaczy, a przerażeniem serca beneficjentów istniejącego ustroju, skłaniając ich do ustępstw. Żadnych kompromisów! Żądajmy niemożliwego! Nasz stosunek do obecnego, liberalnego ładu może być tylko jeden. Negujmy. Podpalajmy widnokrąg. Zabijajmy szyderstwem. Krytykujmy. Odmawiajmy prawa do istnienia. Podburzajmy. Głośmy proroctwa. Zapowiadajmy dzień sądu. Ferujmy wyroki. Ruch nacjonalistyczny powinien wkroczyć do życia politycznego pod sztandarem nie naprawy, a przewrotu. Niech zatem, by przywołać słowa Ernsta Jüngera, „pragnie tylko niszczyć murszejący porządek rzeczy, pragnie przyspieszyć procesy upadku, chce, aby ostateczna pożoga ogarnęła świat, by wreszcie ponad zgliszczami mógł powiać mroźny podmuch Nieznanego”. Niech rozgłasza na rogach ulic, że po wyrzuceniu całej III (i IV) Rzeczypospolitej na śmietnik historii ujrzymy blask utopii spełnionej, czy nada jej imię Wielkiej Polski, czy Narodowego Państwa Pracy, czy inne.

Ideo! Ty nad poziomy wylatuj!

I jeszcze jedno. Piszę tu o ruchu nacjonalistycznym, ponieważ ruch nacjonalistyczny mimo wszystkich swoich słabości istnieje i organizuje się w Polsce dnia dzisiejszego. Tymczasem na przykład ruch konserwatywny w naszym kraju nie istnieje. Ale gdyby istniał, udzieliłbym mu tych samych rad. Jeśli Polska potrzebuje dziś konserwatyzmu, to konserwatyzmu rewolucyjnego.

Adam Danek

* Przeł. Tomasz Wituch.

3 komentarze

  1. Jak długo Lud ma chleb i igrzyska tak długo wszystko to będzie jedynie próżnym gadaniem . Jest takie środowisko w Polsce co tylko ciągle o „politycznych żołnierzach” „trzeciej pozycji” itd , wydaje im się że żyją w latach 30″ XX wieku i traktują pisma swoich protoplastów z przed 80 lat niczym żydzi talmud . I dalej ględzą jakby chcieli a nie mogą koniec końców komentując „dyscyplinę ubioru” swoich odpowiedników z SZA .
    Jałowa droga grzebania w starych kościach .
    Demoliberalizm zapadnie się dopiero pod własnym ciężarem , gdy wyniszczone towarowym rolnictwem pola nie dadzą już plonów do przerobienia na marketową paszę , pozbawione gazu i węgla elektrownie nie zasilą już telewizorów i srajfonów a transportowy krwiobieg globalizmu stanie bez dostaw ropy . Co przy przykazaniu kapitalizmu „Stany magazynowe będziesz ciął ! Just-in-time is you way !” momentalnie wywoła reakcje łańcuchową .

    A nie wiadomo czy stanie się to za 3 lata czy 33 .

    Nawet bez importu „taniej siły roboczej” chcącej tylko zemsty za kolonializm i krwi niewiernych dla Allaha .

    Może od grzebania w próchnie przyszło oświecenie że Polsce romantycy i ich zrywy nic nie przynieśli . Korzyść byłą dla zewnętrznych sił które ich rozgrywały .
    Lemiesz i młot dadzą siłę by kiedy przyjdzie pora pewnie chwycić miecz .

  2. I jeszcze jedna uwaga: sądzę iż nie ma sensu gadać o tradycjonalizmie/konserwatyzmie i nacjonalizmie jako odrębnych światach ideowych. Po prostu nacjonalizm powinien być oparty na tradycjonalizmie, prawdziwie rewolucyjny nacjonalizm musi mieć treść tradycjonalistyczną. Innymi słowy: nacjonalizm jest formą, za którą mogą kryć się różne treści. Może to być treść liberalna (i dziś tak niestety przeważnie jest z współczesnymi „nacjonalizmami”) ale również może, i więcej, powinna to być treść tradycjonalistyczna, takiegom jest zdania.

  3. Mam do dodania 3 zdania: 1. Tekst jest słuszny. 2. Nie uważam, by w obecnych warunkach konserwatyzm/tradycjonalizm mógł być samodzielną siłą polityczną (kulturową – tj. np intelektualną – owszem, ale nie polityczną). Jego jedyna szansa to połączenie go z nacjonalizmem. Dowodzi zresztą tego sam przykład „rewolucyjnego konserwatyzmu”, którego trzon w takich Niemczech tworzyli narodowi rewolucjoniści i konserwatywni nacjonaliści. To był zdrowy rdzeń, trzon, obok tego mieliśmy jeszcze chorobliwie zapatrzonych w stare, dobre czasy królów i książąt legitymistycznych smutasów chcących restaurować nierestaurowalne i volkistowskich tzw. oszołomów, he he he xD . 3. Miałbym jeszcze jedną uwagę natury terminologicznej: to co autor nazywa tu utopią czy myśleniem utopijnym, ja bym nazwał po prostu rewolucją, czy myśleniem rewolucyjnym w opozycji do ewolucji i myślenia ewolucyjnego. Shalom.

Dodaj komentarz