Roch Witczak: Yitqedes simike

Rama Ponnambalam Coomaraswamy znany jest przede wszystkim jako autor dwóch książek, które przez wielu postrzegane są jako część kanonu publicystyki krytycznej wobec reform ogłoszonych w czasie II Soboru Watykańskiego, a później wprowadzanych w życie przez kolejne dekady.

Te dwie książki to The Destruction of the Christian Tradition[2] oraz The Problems with the New Mass[3]. Obszerne ich fragmenty przetłumaczono na język polski. Podobnie rzecz się ma z kilkunastoma artykułami, głównie tymi o tematyce wewnątrzkatolickiej. Trzeba bowiem wiedzieć, że oprócz tego doktor Coomaraswamy napisał pewną liczbę tekstów religioznawczych czy też odnoszących się do uniwersalnej symboliki i metafizyki.

Tak czy inaczej, nie jest specjalnie istotne to, czy dane teksty naszego autora są dostępne po polsku czy nie. W dzisiejszych czasach większość z nas radzi sobie (lepiej lub gorzej) z angielskim, a przecież większość prac Ramy Coomaraswamy dostępnych jest w internecie lub w wydaniach papierowych. Prac tych nie ma zresztą aż tak wiele: Rama nie był autorem aż tak płodnym jak jego ojciec. To nie dziwi: bądź co bądź syn przez większą część życia zajmował się wyczerpującą pracą, która z publicystyką religijną i religioznawczą nie miała zbyt wiele wspólnego, przynajmniej bezpośrednio. Był mianowicie lekarzem – najpierw praktykującym chirurgię serca, później psychiatrię. Ogłosił zresztą kilka tekstów, w których analizował problemy psychiatrii i psychoanalizy z perspektywy religijnej i tradycyjnej.

Książka, o której będziemy mówić, nie jest właściwie autorstwa doktora Ramy, choć to jego nazwisko zdobi okładkę. Coomaraswamy napisał jedynie artykuł wstępny, liczący circa 50 stron, a także krótkie introdukcje do większości rozdziałów. Całość to kompilacja czy też antologia: nosi tytuł The Invocation of the Name of Jesus As Practiced in the Western Church i została wydana w roku 1999 przez wydawnictwo Fons Vitae, specjalizujące się w publikacjach o tematyce religijnej, zwłaszcza związanej z sufizmem.

Jak sam tytuł wskazuje, mamy do czynienia z próbą podsumowania tematyki inwokacji Imienia w Kościele Rzymskim, a ściślej: w zachodniej, łacińskiej jego gałęzi[4]. Dr Coomaraswamy uznał, że istnieje potrzeba opracowania tego typu zestawienia, a to z powodu rosnącej popularności hezychazmu na Zachodzie. Wiążą się z nią przynajmniej trzy kontrowersje. Po pierwsze, entuzjaści tej praktyki czasami podejmują ją bez dostatecznego umocowania w tradycyjnych formach, niejako na własną rękę, traktując inwokację Imienia czy ćwiczenia oddechowe jako kolejny gadżet w szerokiej puli ‚technik medytacyjnych’ czy ‚ascetycznych’, tuż obok hatha yogi czy praktyki zen. To podejście jest popularne w kręgach New Age, gdzie zwraca się uwagę głównie na psychofizyczne pożytki z tego rodzaju modlitwy, nie troszcząc się np. o doktrynę.

Po drugie, propagatorzy hezychazmu sądzą niekiedy, że Zachód nie zna inwokacji Imienia, nigdy jej nie praktykował lub szybko ją zatracił. Że nie jest to prawdą, o tym świadczy cała recenzowana książka. Po trzecie, niektórzy katolicy podchodzą do wschodniej inwokacji nieufnie, doszukując się w niej elementów niebezpiecznych, związanych głównie z repetycyjnością modlitwy[5] i kontrolą oddechu.

Kompilator publikacji, czyli dr Coomaraswamy, wprowadza nas najpierw w tematykę Imienia w eseju On the name of Jesus[6]. Jest to bardzo ciekawe omówienie problematyki imion Jezusa i Maryi – ich symboliki, znaczenia, wreszcie ich siły. Autor pisze także o plejadzie wielkich postaci Kościoła, które praktykowały inwokację, poza tym podkreśla rolę właściwej intencji oraz osadzenia adepta w odpowiednich, tradycyjnych formach, których zewnętrznym wyrazem jest przynależność do Kościoła – akceptacja jego dyscypliny i doktryny. Coomaraswamy używa tu pojęcia traditional framework. Jak pisze: Akceptacja dyscypliny Kościoła ćwiczy wolę; akceptacja sformułowań doktrynalnych ćwiczy intelekt. Zwraca także uwagę na pożytek płynący z posiadania kierownika duchowego.

Dalsza część książki to wyjątki z dzieł kilkunastu wielkich postaci Kościoła, głównie świętych i błogosławionych. Są to kolejno: św. Bernardyn ze Sieny, św. Jan Eudes, św. Patryk, Ryszard Rolle, św. Bonawentura, św. Tomasz z Akwinu, bł. Tomasz a Kempis, bł. Henryk Suzo, św. Jan Chryzostom, św. Bernard, św. Antoni z Padwy, św. Piotr Kanizjusz – i na koniec Alban Butler. Ten ostatni to angielski autor katolicki z XVIII wieku. Układ nie jest chronologiczny, ale zapewne autor miał jakiś cel w takim, a nie innym układzie materiałów.

Kolejna rzecz to Uwagi na temat ‚Zdrowaś Mario’, zaczerpnięte z książki The Devotion of the Rosary and Five Scapulars ks. Michała Mullera, wydanej w roku 1878. Ostatni rodział to dodatek wschodni: praca The Hezychaste Prayer in the Orthodox Church autorstwa archimandryty Placyda Deseille, współczesnego duchownego prawosławnego z Francji, znanego z wielu książek o modlitwie i mistyce.

Jak widać, całość to rzeczywiście kompilacja, a nie systematyczny wykład. Naturalnie w niczym nie umniejsza to jej wartości. Intencją autora było zresztą zasygnalizowanie, że koncepcja inwokacji Imienia (czy też Imion, bo mowa również o Maryi) ma swoje wyraźne miejsce w tradycji Zachodu – nawet jeśli konkretne formy są inne niż na Wschodzie.

Postać kompilatora skłoni być może część czytelników do zadania dwóch pytań (z nadzieją lub obawą). Odpowiedzmy na nie wyprzedzająco. Otóż nie jest to książka sedewakantystyczna, nawet esej wstępny nie porusza tego zagadnienia, choć oczywiście nietrudno zauważyć, że jest pisany z pozycji katolickiego tradycjonalisty. Co zaś się tyczy nawiązań do innych religii, w szczególności takich jak buddyzm, hinduizm czy islam[7], to pojawiają się one raptem kilka razy na zupełnym marginesie (tylko w eseju rozpoczynającym antologię). Autor zaznacza zresztą w przypisie, że tego rodzaju porównania nie powinny być interpretowane jako głoszenie jakiegokolwiek fałszywego ekumenizmu – a służą jedynie lepszemu naświetleniu zasad katolickich.

Rama Coomaraswamy, The Invocation of the Name of Jesus As Practiced in Western Church, Fons Vitae 1999.

[1]Te słowa znaczą „Święć się imię Twoje” i pochodzą z modlitwy „Ojcze Nasz” zapisanej w języku geez, tj. w języku liturgicznym obrządków etiopskich.

[2]The Destruction of the Christian Tradition, Updated and Revised. Bloomington, IN: World Wisdom, 2006.

[3]The Problems With the New Mass: A Brief Overview of the Major Theological Difficulties Inherent in the Novus Ordo Missae. Rockford, IL: Tan Books, 1990.

[4]Nie twierdzimy przy tym, że to prawosławie jest wschodnią gałęzią tegoż Kościoła. Po prostu książka nie odnosi się do zjednoczonych z Rzymem obrządków wschodnich (a niemal każdy ryt wschodni posiada swój odłam „papistyczny”, jak określiliby to protestanci, czy też „unicki”).

[5]Wypada tu zauważyć, że np. modlitwa różańcowa jest niemal równie repetycyjna, rytmiczna i monotonna jak hezychazm. Z drugiej strony, teoria i praktyka hezychazmu nie była wcale bezkrytycznie przyjmowana w prawosławiu, a w swoim czasie napotykała nawet silną opozycję.

[6]Pierwotna, krótsza wersja tego tekstu ukazała się w Studies in Comparative Religion, Vol. 10, No. 4 (jesień 1976): http://www.studiesincomparativereligion.com/public/articles/On_the_Name_of_Jesus-by_Rama_Coomaraswamy.aspx

[7]Wszystkie te trzy religie mają swoje formy repetycyjnej, inwokacyjnej modlitwy, wspomaganej sznurami modlitewnymi. Na przykład w islamskim sufizmie jest to praktyka dhikr, zaś w buddyzmie recytacja Nembutsu, tj. imienia Buddy Amitabhy.

Dodaj komentarz