Adam Danek: Podzwonne dla Conducătora

W Europie i Ameryce Północnej na temat rządów dyktatorskich, autorytarnych czy autokratycznych wypowiadają się politolodzy, historycy, dziennikarze i publicyści o poglądach niemal bez wyjątku demoliberalnych. W rezultacie z tysięcy stron ich pisaniny rzadko da się wycisnąć coś więcej, niż wielce odkrywczą tezę: dyktatury są złe. Orientacja polityczna „reżimu” raczej nie wpływa na tę zasadniczą ocenę: dyktatorscy przywódcy z dawnego bloku wschodniego, zwanego umownie „komunistycznym”, są z definicji złoczyńcami tak samo, jak Franco i Salazar na drugim końcu kontynentu. Ale niektórzy dyktatorzy opisywani są jako jeszcze gorsi od pozostałych. W odniesieniu do bloku wschodniego dotyczy to zwłaszcza jednej postaci – Ceauşescu. Odkąd sięgam pamięcią, mówi się o nim: wyjątkowy tyran, nawet jak na komunistę. Ale z jakiego powodu? Czym właściwie wyróżnił się rumuński gensek na tle polityków zajmujących to samo stanowisko w innych państwach socjalistycznych?

Odpowiedzi w dużej mierze udziela wydana w Polsce przed kilkoma laty monografia „Stalinizm na każdą okazję. Polityczna historia rumuńskiego komunizmu” autorstwa Vladimira Tismăneanu. Książka ukazała się w prowadzonej przez wydawnictwo Universitas serii „Poleca Adam Michnik”. Tak, tak, została nawet opatrzona utrzymaną w entuzjastycznym tonie recenzją pióra najbardziej znanego polskiego jąkały. Sądzę, że w tym zachwalaniu Michnika kryje się coś więcej, niż tylko chwyt reklamowy zamówiony przez wydawcę. Przypomnijmy autoprezentację, jakiej przyszły redaktor „Gazety Wyborczej” dokonał na łamach pisma „Powściągliwość i Praca” w 1988 r.: „Jak na pewno wiecie, środowiskiem, z którego pochodzę jest liberalna żydokomuna. To jest żydokomuna w sensie ścisłym, bo moi rodzice wywodzili się ze środowisk żydowskich i byli przed wojną komunistami.” Tismăneanu mógłby wiernie powtórzyć te słowa. Jego ojcem był Leonid Tisminetsky, który dopiero w 1948 r. na prośbę partii zmienił nazwisko na rumuńskojęzyczne Leonte Tismăneanu. Matka nazywała się Hermina Marcusohn. Oboje rodzice w okresie międzywojennym działali w nielegalnej partii komunistycznej i brali udział w wojnie domowej w Hiszpanii w szeregach Brygad Międzynarodowych. Do rządów Gheorghiu-Deja, poprzednika Ceauşescu, zniechęcili się grubo po II wojnie światowej. Entuzjazm Michnika dla narracji Tismăneanu wynika więc stąd, że obaj panowie prezentują – uwarunkowane wspólnotą środowiska ich pochodzenia i formacji – podobne spojrzenie na dzieje i upadek wschodnioeuropejskich państw socjalistycznych, czy nawet szerzej, na całą historię Europy Środkowo-Wschodniej w XX wieku. Przyglądając się ich karierom, nietrudno też zauważyć, że każdy z nich pod względem rodzinnym i towarzyskim wywodzi się z komunistycznego establishmentu, a zarazem demonstracyjnie obnosi aureolę „dysydenta” i „demokratycznego opozycjonisty” i z obu tych okoliczności umiał we właściwym czasie wyciągnąć korzyści.

A skoro już mowa o karierach, warto przyjrzeć się losom samego autora książki. Po odmowie powrotu do kraju z wycieczki za granicę pracował na amerykańskich uczelniach, a także w Radiu Wolna Europa i Głosie Ameryki – propagandowych instytucjach założonych i nadzorowanych przez tamtejsze służby wywiadowcze. Jest członkiem National Endowment for Democracy, jednej z ważniejszych amerykańskich „organizacji pseudo-pozarządowych” (quangos, od quasi-NGO), wykorzystywanej przez Waszyngton do budowania agentury wpływu w wybranych państwach. Michnik, z pewną dozą szczerości, pisze o nim: „znakomity historyk i analityk rumuńsko-amerykański”. Wspominam o tych faktach, bo czytając jego książkę, trzeba pamiętać, że Tismăneanu jest rumuńskim historykiem w takim stopniu, w jakim Richard Pipes jest polskim historykiem, Zbigniew Brzeziński był polskim politologiem, a Parag Khanna jest indyjskim dziennikarzem. Waszyngtońskie instytucje hodują na pęczki takich zamerykanizowanych cudzoziemców, zadaniowanych do promowania i uwiarygodniania amerykańskiej wizji świata, historii i polityki międzynarodowej. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych werbowały szczególnie wielu przybyszów z Europy Środkowo-Wschodniej, takich jak choćby inny rumuński „dysydent”, Vladimir Socor, kolega Tismăneanu (który zresztą powołuje się na niego w książce) z Radia Wolna Europa, a potem długoletni pracownik Jamestown Foundation, kolejnej amerykańskiej quango założonej pod auspicjami służb wywiadowczych. Sam pamiętam, jak w 2009 r. Socor brał w Krakowie udział w konferencji „ekspertów” ściągniętych ponoć z całego obszaru NATO… jako jeden z panelistów reprezentujących stronę amerykańską.

Ale to nie wszystko. Po powrocie do kraju Tismăneanu był przewodniczącym prezydenckiej Komisji Badań nad Dyktaturą Komunistyczną (2006-2009), zwanej potocznie Komisją Tismăneanu. W pierwszych latach jego istnienia (2009-2012) kierował też Instytutem Badania Zbrodni Dyktatury Komunistycznej w Rumunii, czyli miejscowym IPN-em. Wiadomo zaś, że wszystkie IPN-y, niemiecki, polski czy rumuński, choć powoływane do naukowego badania historii swoich krajów w okresie socjalistycznym, w praktyce ustawiają się na pozycji strony sporu i działają jak instytucje polityczne. Przyjmują bowiem punkt widzenia „demokratycznej opozycji”, która w mniejszym lub większym stopniu zawsze domaga się „rozliczeń”, czyli zemsty za swoje dawne krzywdy i niepowodzenia. Przytoczone tu fakty nie są bez znaczenia, bo dopiero dostrzeżenie w narracji Tismăneanu tych komponentów – pisania historii w optyce „dysydenckiej” i po cudzoziemsku, pod amerykańskie dyktando – pozwala dostrzec właściwe powody demonizacji Ceauşescu.

I tak pisze autor o systemie socjalistycznym, iż jego „wariant rumuński zaczyna ewoluować w kierunku coraz bardziej konserwatywnej (można nawet powiedzieć, że reakcyjnej) opozycji w stosunku do wartości, symboli oraz instytucji popieranych przez zwolenników »socjalizmu z ludzką twarzą« – od Imre Nagy’ego, przez Alexandra Dubčeka po Michaiła Gorbaczowa” (s. 35)*. Z upływem czasu pozostałe państwa bloku wschodniego, oprócz Korei Północnej i Albanii, modernizowały i liberalizowały się, nawet jeśli bardzo powoli. Rumunia pod rządami Ceauşescu podążała drogą alternatywną wobec modernizacji i liberalizacji. Dokonaną przez niego rewizję oficjalnej ideologii państwowej trudno nazwać tradycjonalizmem, skoro miała ona miejsce w ramach ustroju socjalistycznego (aczkolwiek Tismăneanu takiego określenia używa). Był to jednak z pewnością historyzm – podkreślanie ciągłości historycznej między Socjalistyczną Republiką Rumunii a wcześniejszymi dziejami kraju. Z tego i tylko z tego powodu Ceauşescu jako jedyny w całym bloku wschodnim przemianował rządzącą partię z powrotem na partię komunistyczną. W państwach, które znalazły się w sowieckiej strefie wpływów dopiero w latach czterdziestych, Stalin początkowo nakazał kamuflować w pewnym stopniu charakter i ideologię nowych rządów, aby ułatwić im umocnienie władzy w okresie przejściowym i zachować pozory przed światem. Strategia ta przejawiała się między innymi w starannym unikaniu słowa „komunizm” w nazwach nowo tworzonych partii rządzących i powiązanych z nimi organizacji. Przedwojenne Komunistyczną Partię Korei, Komunistyczną Partię Niemiec, Komunistyczną Partię Polski i Komunistyczną Partię Rumunii po II wojnie światowej lub w jej trakcie zastąpiły Partia Pracy Korei, Niemiecka Socjalistyczna Partia Jedności, Polska (Zjednoczona) Partia Robotnicza i Rumuńska Partia Robotnicza. Jedną z pierwszych decyzji Ceauşescu po objęciu przywództwa w 1965 r. była zmiana nazwy na Rumuńską Partię Komunistyczną, połączona z odpowiednią zmianą numeracji partyjnych Zjazdów. Ceauşescu podkreślił w ten sposób, że partią rządząca jest bezpośrednią kontynuatorką partii działającej w kraju jeszcze przed wojną i nie jest prawdą, jakoby przybyła ona z zewnątrz, na sowieckich czołgach, jako ciało obce, dopiero w 1944 r.

Nawiązania historyczne wprowadzone przez Ceauşescu odsyłały przy tym nie tylko do dziejów miejscowego ruchu komunistycznego. Nowy prezydent tytułowany był przez propagandę Conducătorem – tak samo, jak podczas wojny marszałek Ion Antonescu. Ukazywała ona teraz korzenie narodu sięgające czasów starożytnych. Jako przodków Rumunów przywoływała antycznych Traków i Daków, a jako wzór przywództwa – ich władców, którzy przeciwstawiali się imperium rzymskiemu, na przykład dackiego wodza Burebistę, a także postacie średniowiecznych rumuńskich książąt. Conducător miał kontynuować ich dzieło. Przykuwającym wzrok symbolem powrotu do tradycji było prezydenckie berło, po raz pierwszy użyte przez Ceauşescu 28 marca 1974 r. Może najgłośniejszym za granicą elementem nowej polityki historycznej stał się tzw. rumuński protochronizm, czyli nakaz eksponowania wielkich osiągnięć Rumunów w wybranych dziedzinach kultury i nauki, jakie poczynili oni wcześniej, niż ludy Europy Zachodniej. W ten sposób Ceauşescu konsekwentnie budował polityczny mit wielkości narodu, czyniąc jego przeszłość obiektem zbiorowej dumy.

Drugim bowiem obok historyzmu zasadniczym elementem nowej rumuńskiej formuły politycznej był dobrze widoczny etniczny nacjonalizm. Ujawnił go przyjęty w 1974 r. „Program Rumuńskiej Partii Komunistycznej”, w którym – co nietypowe w tego rodzaju dokumencie – skodyfikowano oficjalną wersję historii. Opierała się ona na dwóch głównych tezach: o jedności narodu rumuńskiego oraz o ciągłości terytorialnej Rumunii od czasów antycznych do XX wieku (s. 225/226). Już wcześniej jednak integralność terytorialna państwa i jego narodowy charakter, tworzące nierozerwalny związek, wysunęły się na plan pierwszy w polityce historycznej Conducătora. Krótko po przejęciu władzy zaczął on krytykować przedwojenną Komunistyczną Partię Rumunii za jej poparcie dla autonomistycznych i separatystycznych dążeń mniejszości narodowych, które zgodnie z ówczesną strategią Kominternu stanowiły użyteczne narzędzie destabilizacji państw „burżuazyjnych”, przygotowującej grunt pod przyszłą rewolucję i komunizację. W maju 1966 r. Ceauşescu mówił na ten temat: „Uwzględnienie w dokumentach partyjnych sloganu o autonomii z możliwością proklamowania niepodległości [oraz] nakaz walki o oderwanie od Rumunii terytoriów zamieszkanych w olbrzymiej większości przez Rumunów było przejawem zaślepienia w kwestii rzeczywistego statusu Rumunii. Te całkowicie błędne dyrektywy miały w zamierzeniu doprowadzić do rozczłonkowania państwa narodowego oraz unicestwienia narodu rumuńskiego. Nauki marksistowsko-leninowskie potwierdzają prawo narodów do samostanowienia, lecz ich celem nie jest niszczenie państw narodowych, a emancypacja wyzyskiwanych narodów i umożliwienie im tworzenia bytów państwowych zgodnie z wolą mas” (s. 60-61). Przedmiotem krytyki Conducătora stał się nie tylko stosunek przedwojennej partii do państwa rumuńskiego, ale również jej obcy skład etniczny. W istocie bowiem, jak szczegółowo opisuje Tismăneanu, w Komunistycznej Partii Rumunii dominowali Żydzi z całej Europy Wschodniej, Węgrzy, Ukraińcy, Bułgarzy, a nawet wschodnioeuropejscy Niemcy – posługujący się rumuńskimi pseudonimami lub nie, często pełniący jednocześnie funkcje w zagranicznych partiach komunistycznych. W cytowanym już przemówieniu, wygłoszonym podczas obchodów czterdziestej piątej  rocznicy założenia partii, Ceauşescu przedstawił te fakty jako godne pożałowania, jednoznacznie obwiniając za nie sowieckie władze Kominternu: „Ponadto należy wziąć pod uwagę negatywne skutki kominternowskiej praktyki dobierania liderów partyjnych – w tym sekretarza generalnego – z grupy aktywistów przebywających poza granicami kraju, nieświadomych rzeczywistych problemów narodu rumuńskiego. Starzy członkowie RPK pamiętają jeszcze, że w czasie IV i V zjazdu funkcję sekretarza generalnego sprawowali dwaj działacze partii zagranicznych. Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, iż pozostali członkowie kierownictwa również wywodzili się z kręgów pozarumuńskich i nie rozumieli społeczno-politycznej specyfiki Rumunii, można dojść do wniosku, że tego rodzaju praktyki znacząco zaszkodziły sprawie rumuńskiego komunizmu” (s. 80).

Tak oto Conducător stopniowo uczynił formułą ideową obowiązującą w Rumunii „skrajny nacjonalizm ze szczątkowymi elementami ideologii marksistowskiej” (s. 14). W polityce zagranicznej nacjonalizm ów przybierał postać suwerenizmu – twardej obrony niezależności własnego państwa przed hegemonicznymi zapędami Związku Sowieckiego. Faktyczną samodzielność względem Moskwy wywalczył wprawdzie jeszcze Gheorghe Gheorghiu-Dej, poprzednik Ceauşescu. W 1958 r. udało mu się uzyskać wyprowadzenie wojsk sowieckich z Rumunii. W 1964 r. Rumuńska Partia Robotnicza na jego polecenie opublikowała deklarację, w której odrzuciła kierowniczą rolę partii sowieckiej i wezwała do tego samego partie rządzące w pozostałych państwach socjalistycznych. „Nie ma i nie może być partii »macierzystych« i »potomnych«; partii »nadrzędnych« i »podporządkowanych« – istnieje jedynie wielka rodzina równoprawnych ugrupowań komunistycznych i robotniczych. (…). Żadna partia nie może zajmować uprzywilejowanej pozycji i narzucać swojej woli bądź opinii innym partiom.” – głosił tekst deklaracji (s. 200). Czy podobny dokument mogłaby przyjąć PZPR kierowana przez Gierka czy Jaruzelskiego, albo nawet przez Gomułkę? Ceauşescu poszedł o krok dalej, niż Gheorghiu-Dej: zaczął otwarcie sprzeciwiać się Związkowi Sowieckiemu. Po wojnie sześciodniowej Moskwa zerwała stosunki dyplomatyczne z Izraelem i poleciła uczynić to samo wszystkim państwom socjalistycznym. Nie podporządkowała się tylko Rumunia i od 1967 r. Bukareszt był jedyną stolicą w bloku wschodnim, gdzie funkcjonowała izraelska ambasada. Skądinąd nie przeszkadzało to rumuńskim władzom kolportować antyżydowskie broszury, które pisał partyjny ideolog Corneliu Vadim Tudor, po 1989 r. przywódca skrajnie prawicowej Partii Wielkiej Rumunii. Gdy Związek Sowiecki mobilizował swoich satelitów do „bratniej interwencji” przeciw rewizjonistom z Pragi, Ceauşescu nie tylko nie zgodził się na udział rumuńskiej armii w tej operacji, ale w samym dniu 21 sierpnia 1968 r., kilka godzin po wkroczeniu wojsk Układu Warszawskiego na terytorium Czechosłowacji, w obecności stu tysięcy rodaków wygłosił z balkonu gmachu Komitetu Centralnego RPK przemówienie (nazwane potem „sceną balkonową”), w którym ostro zaatakował Breżniewa za gwałt na zaprzyjaźnionym państwie (s. 218-221). Dalej posunął się jedynie albański przywódca Enver Hodża: w proteście przeciw interwencji wyprowadził swoje państwo z Układu. Innym krokiem Conducătora rozluźniającym więzi z blokiem wschodnim był udział delegacji Rumunii w charakterze obserwatora w konferencji Ruchu Państw Niezaangażowanych w 1976 r. (s. 225). Tismăneanu przyznaje niechętnie, że antyradziecka linia Ceauşescu cieszyła się autentycznym poparciem społecznym (s. 15-16, 221). W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych również prasa zachodnia składała hołd jego „nacjonalistycznej polityce”, jak określił ją cytowany przez Tismăneanu amerykański komentator z tamtej epoki (s. 204-205).

Jednym z haseł „korporacyjno-etnocentrycznej »rumuńskiej ideologii«” (s. 118) rozwijanej przez Ceauşescu była samodzielność ekonomiczna kraju, słusznie postrzegana jako warunek suwerenności państwa. Rumunia pod rządami Conducătora obrała kurs na autarkię. Już w 1965 r., zaraz po objęciu władzy, do priorytetów politycznych zaliczył on rozwój gospodarczy oparty w jak największym stopniu na rodzimych zasobach naturalnych (s. 215). Nastąpiła militaryzacja gospodarki (s. 348). Władza „utożsamiała rozwój społeczny z operacją wojskową – stąd nawiązania do »frontów«, »kampanii«, »flanek«, »awangardy« oraz »zaplecza«” (s. 235). Ceauşescu wytrącił z rąk światowym potęgom podstawowy instrument pozbawiania mniejszych państw ich politycznej niezależności w drugiej połowie XX wieku: w latach osiemdziesiątych zarządził drastyczną mobilizację środków finansowych i w całości spłacił rumuńskie zadłużenie za granicą (s. 206). W roku 1989, kiedy rządy i życie Conducătora dobiegły końca, Rumunia nie miała długu zagranicznego. Ceauşescu nie tylko uwolnił przyszłe pokolenia Rumunów z pęt międzynarodowych lichwiarzy, ale również stanął w obronie samego ich życia, zaprowadzając „drakońskie prawo antyaborcyjne” (s. 208).

Tismăneanu przyznaje, że ani w grudniu 1989 r., kiedy rumuński przywódca padł ofiarą zamachu, ani wcześniej nie działała w kraju żadna „opozycja demokratyczna” (s. 252). Nie szczędzi zresztą z tego powodu swoim rodakom moralizatorskich wymówek (s. 243-244). Wyjaśnia to po części przyczyny demonizacji Conducătora przez demoliberałów. Historia pisana przez rozmaitych Michników to opowieść snuta z punktu widzenia „demokratycznej opozycji”. W tej optyce dyktatorów pokazuje się jako złoczyńców, ponieważ śmieli zwalczać „demokratyczną opozycję”. Dlatego jedynym dyktatorem przedstawianym pozytywnie jest tu Jaruzelski, który „demokratycznej opozycji” oddał władzę. A Ceauşescu był najgorszym z dyktatorów, bo pod jego rządami „demokratyczna opozycja” w ogóle nie powstała.

Kto zatem tak naprawdę obalił Conducătora? Wiadomo tylko tyle, że po wybuchu w Bukareszcie zamieszek, które przerodziły się w walki uliczne z siłami bezpieczeństwa, kierownictwo wojska i Securitate zwróciło się przeciw głowie państwa i nakazało szturm na pałac prezydencki. Ceauşescu został pojmany wraz z żoną. Obojgu urządzono kilkugodzinny „proces”, nie dbając nawet o uwiarygodnienie pozorów, po czym pospiesznie ich zastrzelono. Miało to miejsce w dniu Bożego Narodzenia. Nagranie z egzekucji zostało upublicznione. Skład „sądu”, który wydał wyrok, do dziś jest właściwie nieznany, podobnie jak udział poszczególnych rumuńskich polityków w spisku przeciw prezydentowi.

Sam Conducător przed śmiercią dawał do zrozumienia, że dybie na niego zagranica. W roku 1989, na tle rozpadającego i liberalizującego się bloku wschodniego, Rumunia pozostawała bastionem konserwatyzmu. Ceauşescu stawał się solą w oku nie tylko Zachodu, ale również zabiegających o dobre stosunki z Waszyngtonem gospodarzy Kremla, którym zarzucał zdradę. Moskwa miała z nim zresztą stare porachunki za wyprowadzenie Rumunii spod jarzma sowieckiej hegemonii. On sam po spotkaniu Gorbaczowa i George’a Busha na Malcie (2-3 XII 1989) mówił o „pakcie maltańskim”, czyli potajemnym układzie obu supermocarstw w celu obalenia jego rządów (s. 353). Czy otrzymał na ten temat sygnały od służb wywiadowczych? Nie wiadomo. Być może zatem przewrót pałacowy w Bukareszcie został zorganizowany po dyskretnym porozumieniu części nomenklatury i generalicji z zagranicą. Faktem jest, że po zabiciu Conducătora nowy rumuński rząd Frontu Ocalenia Narodowego, złożony z jego byłych podwładnych, nie był naciskany przez Stany Zjednoczone w taki sposób, jak rząd sowiecki czy rząd PRL w latach 1981-1989, choć nie dokonywał żadnych „rozliczeń z komunizmem” i wcale nie spieszył się z „reformami demokratycznymi”. Obalenie rumuńskiego przywódcy mogło więc być pierwszą, prototypową „kolorową rewolucją” inspirowaną przez Zachód na obszarze postsowieckim.

Tak czy owak, bezmyślna wiara w czarną legendę Ceauşescu jest błędem. Książka Tismăneanu ukazuje właściwe powody jej powstania. W oczach „liberalnej żydokomuny” zbrodniarzem czyni Conducătora jego nacjonalizm i etnocentryzm, w oczach „dysydentów” i zagranicznych „demokratycznych opozycji” – jego autorytaryzm, w oczach amerykańskiej agentury wpływu – jego konsekwentna obrona suwerenności państwowej i paraliżowanie możliwości przeciągnięcia Rumunii do bloku zachodniego. Ceauşescu był kimś lepszym, a nie gorszym niż inni socjalistyczni przywódcy. I właśnie dlatego demoliberalne muchy paskudzą na jego grób.

Adam Danek

* Wszystkie odwołania do: Vladimir Tismăneanu, Stalinizm na każdą okazję. Polityczna historia rumuńskiego komunizmu, przeł. Piotr Nowakowski, wyd. Universitas, Kraków 2010.

 

Dodaj komentarz