Keith Preston: Syjonizm i elita władzy

Od Redakcji: Przedstawiamy Czytelnikom tłumaczenie tekstu amerykańskiego publicysty Keitha Prestona, związanego z portalem Attack The System. Nie podzielamy wszystkich opinii znajdujących się w tej publikacji, nie mniej jednak biorąc pod uwagę niedawną deklarację prezydenta USA Donalda Trumpa oraz wydarzenia w okupowanej Palestynie należy uznać ten tekst za bogaty w informacje i rzucający światło na wiele kwestii. (T. Sz.)

Jakakolwiek dyskusja na temat związku syjonizmu z elitą władzy w krajach Zachodu musi koniecznie rozpocząć się od kwalifikacji pojęć, jako że te terminy były do tej pory używane w celu implikowana różnych pojęć. W celach tej dyskusji pojęcie syjonizmu należy definiować jako pogląd, według którego priorytetem jest obrona oraz promowanie państwa Izrael jako bastionu żydowskiego nacjonalizmu, który to szeroko i bezwarunkowo faworyzuje żydowski etnonacjonalizm obejmuje szerokie spektrum żydowskiej diaspory. Termin „elity władzy” należy używać w sposób, który sugerował socjolog C. Wright Mills. Stworzył on ten termin w celu określenia tych jednostek, które zajmują kluczowe pozycje w najważniejszych instytucjach społeczeństwa, takich jak rząd, biznes, finanse, wojskowość, szkolnictwo, religia i media masowe. Centralnym punktem sporu analizy tego związku jest to w jakim stopniu tendencje syjonistyczne mają wpływ na decyzje polityczne. Dowody wskazują na to, że syjoniści mają znaczący wpływ na proces podejmowania politycznych decyzji w wielu krajach Zachodu, a w szczególności w Stanach Zjednoczonych.

Mearsheimer, Walt i lobby Izraela

W 2006 roku John Mearsheimer, profesor politologii na Uniwersytecie w Chicago wraz z profesorem stosunków międzynarodowych z Kennedy School of Government na Harwardzie Stephenem Waltem, opublikował pracę zatytułowaną „The Israel Lobby”, która definiuje izraelskie lobby jako „luźną grupę osób oraz organizacji, które aktywnie pracują nad przeorientowaniem amerykańskiej polityki zagranicznej w kierunku proizraelskim”. Następnego roku autorzy wydali książkę pod tytułem „The Israel Lobby and U.S. Foreign Policy”, która wywołała burzę. Nie brakowało przewidywalnych oskarżeń o antysemityzm oraz twierdzeń, że autorzy promują przestarzałe bajki o „żydowskim spisku” przypominające „Protokoły mędrców Syjonu”.

Jednocześnie, autorzy konkretnie twierdzą, że „granice izraelskiego lobby nie mogą zostać precyzyjnie określone”, „nie każdy Amerykanin przychylnie nastawiony do Izraela jest częścią lobby”, nie wszyscy amerykańscy Żydzi byli członkami lub sympatykami izraelskiego lobby oraz, że w lobby znajdują się również nie-Żydzi oraz chrześcijańscy syjoniści, których działania pokrywają się z działaniami neokonserwatystów, w szeregach których znajdują się zarówno Żydzi jak i nie-Żydzi. Mearsheimer i Walt podkreślają, że amerykańskie lobby Izraela „posiada rdzeń w postaci organizacji, których zadeklarowanym celem jest zachęcanie amerykańskiego rządu oraz społeczeństwa do zapewnienia Izraelowi pomocy materialnej oraz wspierania działań jego rządu, a także wpływowych osób, dla których te cele są również najwyższym priorytetem.”

James Petras i potęga Izraela w Stanach Zjednoczonych

Inne ważne dzieło analizujące wpływ Izraela na amerykańską politykę zagraniczną również ukazało się w 2006. Książka zatytułowana „The Power of Israel in the United States” została wydana przeze Jamesa Petrasa, profesora socjologii na Uniwersytecie w Binghampton. Podczas gdy Mearsheimer i Walt uważają samych siebie za „realistów” polityki zagranicznej i istnieją w głównym nurcie amerykańskiej nauki o polityce zagranicznej, Petras jest badaczem należącym do radykalnej lewicy i wieloletnim krytykiem amerykańskiego imperializmu. Jest on zdania, że izraelskie lobby wmurowało się w cały zakres amerykańskich instytucji, takich jak rząd, biznes, szkolnictwo, media i zorganizowana religia (w szczególności fanatyczny pro-izraelski chrześcijańsko-syjonistyczny odłam amerykańskich ewangelicznych fundamentalistów protestanckich).

Petras zauważa, że od początku XXI wieku 60% pozyskanych funduszy dla Partii Demokratycznej pochodziło z zorganizowanych lub fundowanych przez Żydów komitetów ds. działań politycznych, a 30% funduszy Partii Republikańskiej również pochodziło z żydowskich źródeł. Petras dowodził również tego, że żadna inna sieć lobbingu w USA nie posiada tak dużych wpływów, nawet w porównaniu do głównych przemysłowych lub biznesowych grup interesów, takich jak przemysł farmaceutyczny, przemysł naftowy, czy firmy rolnicze. Powodem, dla którego pro-izraelskie grupy interesu zdobyły tak dużą władzę jest duża liczba amerykańskich Żydów wśród elit. Podczas gdy Żydzi stanowią jedynie 2% amerykańskiej populacji, między jedną czwartą a jedną trzecią najbogatszych rodzin i pojedynczych osób jest żydowskiego pochodzenia, wliczając w to żydowskich miliarderów, posiadających ogromną władzę i wpływy.

J.J. Goldberg i żydowska siła w Stanach Zjednoczonych

W 1996 roku liberalny żydowski autor J.J. Goldberg, obecnie redaktor „The Forward” opublikował książkę pt. „Jewish Power: Inside the American Jewish Establishment.” W tej pracy Goldberg entuzjastycznie pisze o potędze żydowskich wpływów w Stanach Zjednoczonych. We wstępie do swojej książki, Goldberg otwarcie mówi o roli sił żydowskich w amerykańskiej polityce:

Jeżeli chodzi o konkretne dowody na siłę żydowskich środowisk, to nie jest trudno takie znaleźć. Zacznijmy od tego, że każdego roku do Izraela wysyłana jest pomoc zagraniczna o wartości 3 miliardów dolarów. Cała jedna piąta amerykańskiej pomocy zagranicznej jest przeznaczana narodowi liczącemu zaledwie 5 milionów dusz, jedną dziesiątą jednego procenta całej populacji ludzkiej. Analitycy powszechnie łączą tę nierówność z potęga żydowskiego lobby.

Oprócz pomocy finansowej powszechnie znany jest fakt zagorzałego wspierania Izraela przez Waszyngton w sferze dyplomatycznej, nawet kosztem amerykańskich interesów. Dodatkowo dochodziło do gróźb wymierzonych w tych Waszyngtonie, którzy sprzeciwiali się izraelskiej polityce: senatorzy i reprezentanci spisani zostali na straty, przykładowo Charles Percy i Paul Findley, za opór wobec żydowskiego lobby.

Jednak amerykańsko-żydowska siła nie zaczyna się i kończy wyłącznie na Izraelu. Jeszcze bardziej radykalnym od pomocy zagranicznej wyrazem tego była prawdopodobnie poprawka Jacksona-Vanika. Zatwierdzona przez Kongres w 1974, sprawiła że amerykańsko-sowieckie relacje handlowe były uzależnione od tego jak Sowieci traktowali swoją żydowską mniejszość. Poprawka pozostała uznawana prawnie nawet po rozpadzie Związku Radzieckiego w 1990, w efekcie dając żydowskiej społeczności weto nad amerykańskimi połączeniami handlowymi z Moskwą.

Wpływy żydowskie da się odczuć również w szerokim zakresie na szczeblu krajowym: polityka imigracyjna, prawa cywilne i akcja afirmacyjna, prawa aborcyjne, rozdzielenie państwa i kościoła i wiele innych. Lokalne społeczności żydowskie od Nowego Jorku po Los Angeles stawały się głównymi graczami we własnej dzielnicy, pomagając tworzyć zasady oraz dyktując zasady we wszystkich sprawach, od opieki zdrowotnej do podziału na strefy.

Z końcem dwudziestego wieku amerykańscy Żydzi zostali uznani na całym świecie za poważnych graczy w wielkiej politycznej grze, mając wpływ na różne wydarzenia, definiując i osiągając ważne cele, nagradzając sojuszników i karząc wrogów.

Pewnym jest, że różne grupy politycznych interesów reprezentujące różne stanowiska również odgrywają ważną rolę w amerykańskiej polityce i w tym zawierają również organizacje o orientacji pro-żydowskiej. Nie stanowi to nic złego, jeżeli stanowi to jedynie przykład jak działa współczesna, pluralistyczna i liberalna demokracja. Jednakże, ważną kwestią pozostaje to w jakim stopniu wpływy żydowskie przekładają się na amerykańską politykę urzędową, która jest podyktowana przez zorganizowane cele syjonistyczne.

Media masowe

Kwestia wpływów żydowskich w mediach masowych pozostaje kontrowersyjna, a domniemana kontrola mediów przez Żydów jest argumentem najczęściej wykorzystywanym przez prawdziwych antysemitów, od neonazistów, po islamskich fundamentalistów na zwolennikach teorii spiskowych kończąc. Prawdą natomiast jest to, że obecność Żydów w mediach jest odwrotnie proporcjonalna do ich obecności wśród szerszej publiki i tak było już od dłuższego czasu. Przykładowo, w 1988 roku autor Neal Gabler opublikował książkę pt. „An Empire of Their Own: How the Jews Invented Hollwood”, która dokumentowała rolę żydowskich producentów filmowych i magnatów, którzy w wielu przypadkach byli wschodnioeuropejskimi imigrantami, na kształtowanie amerykańskiego przemysłu filmowego. Odnosząc się do opinii, że „Żydzi kontrolują media” żydowski lewicowy badacz i pro-palestyński aktywista Jeffrey Blankfort twierdzi następująco:

Jeżeli chodzi o mit władzy Żydów nad mediami… ten „mit” ma ręce i nogi. Właściciele Washington Post, Newsweeka, New York Times, Boston Globe, NY Daily News, Los Angeles Times, Chicago Tribune i wielu innych są Żydami, tak samo jak właściciele CBS, ABC i innych głównych hollywoodzkich studiów. Nie wyznają oni tych samych poglądów, ale łączy ich to samo pochodzenie. Jeżeli chodzi o Ruperta Murdocha (właściciela FOX i Wall Street Journal), to uważa się on za honorowego Żyda, jako że otrzymał liczne nagrody będąc przyjacielem Izraela od głównych żydowskich organizacji i wiele razy otwarcie ogłaszał swoje bezwarunkowe poparcie dla polityki rządu Izraela, czego dobrym odzwierciedleniem jest jego Wall Street Journal.

W ten sam sposób żydowski dziennikarz i bloger Philip Weiss zauważa:

Czy Żydzi dominują w mediach? Jest to coś o czym wiem osobiście. Pracowałem w dziennikarstwie przez ponad 30 lat. Pracowałem z wieloma magazynami oraz gazetami i przez pewien czas mój cały krąg znajomych stanowili redaktorzy i publicyści w Nowym Jorku. Mój przykład jest z całą pewnością wypaczony przez fakt, że jestem Żydem i zawsze czułem się komfortowo wśród innych Żydów. Jednak z mojego doświadczenia, Żydzi stanowili większość na ważnych stanowiskach w publikacjach, dla których pracowałem, większość wśród publicystów, których znałem w tych miejscach oraz większość właścicieli, którzy mi płacili. Zgadza się, mój przykład może być wypaczony, ale myślę, że Żydzi stanowią istotną część najważniejszych pozycji w mediach, połowę, jak nie więcej.

Prawdziwy problem jest jednak taki: czy ma to jakiekolwiek znaczenie? Przez większość część swojego życia twierdziłem, że nie. Obecnie twierdzę, że ma to znaczenie, z dwóch powodów: elitarnej kultury establishmentu i Izraela. Jeżeli chodzi o elityzm, to martwię się kiedy jakakolwiek wpływowa grupa posiada władzę i jednocześnie nie ma pojęcia czego doświadcza zwykły człowiek. Wartości, którymi kieruje się moja kohorta wydają się być często bardzo ograniczone: globalizm, dobrobyt, profesjonalizm. W Izraelu wartości są znacznie szersze. Nikt z mojej grupy nie służył w wojsku, wliczając mnie. Wielu z naszych ojców służyło, ale założę się, że z naszych dzieci nikt. Służba wojskowa jest dla frajerów i Izraelitów.

Jesteśmy nad-reprezentowani w klasie wyższej i niereprezentowani w klasach niższych. Nie stanowi to dobrego przepisu na przywództwo, zwłaszcza w czasie wojny.

Natomiast co do Izraela. Wspieranie Izraela stanowi element żydowskich praktyk religijnych i ważną część żydowskiej kultury. Nawet jeżeli jesteś świeckim żydowskim profesjonalistą, którego cnotą jest obiektywizm, istnieje ogromna presja kulturowa, abyś wspierał Izrael lub przynajmniej go nie zdradził. W końcu mówimy tutaj o religii, a naciski, z którymi borykają się Żydzi krytykujący Izrael nie są wcale różne od tego co doświadczają muzułmańskie kobiety, które pragną więcej wolności czy ewangeliczni chrześcijanie, którzy popierają prawa homoseksualistów. Warto również odnotować wielcy żydowscy heretycy w kwestii Izraela są poddawani ostracyzmowi nawet ze strony własnych rodzin. Rozmowy na temat Izraela nawet wśród liberalnych środowisk żydowskich są naładowane emocjonalnie i rezultatem jest to, że ludzie przestają się do siebie odzywać. Straciłem raz swojego bloga w popularnej publikacji, ponieważ redaktor naczelny był Żydem i konserwatystą w sprawie Izraela, tak samo jak nowy właściciel, z kolei wydawca pracował dla AIPAC. Wszyscy z nich określiliby się jako liberalni demokraci.

W wyniku tego Amerykanie nie otrzymują pełnego obrazu konfliktu izraelsko-palestyńskiego.

Weiss zauważa również, że nawet izraelska prasa jest bardziej otwarta w relacjonowaniu okrucieństw popełnionych przez izraelski reżim na okupowanych terytoriach od prasy amerykańskiej wraz z jej nieproporcjonalnymi wpływami syjonistycznymi:

Dlaczego amerykańska prasa zachowuje się inaczej od izraelskiej? Myślę, że odpowiedź stanowi poczucie winy. Grupa Żydów, do której należę w większości zaakceptowała obowiązek wspierania Izraela. Ten obowiązek jest rzadko rewidowany, lecz podświadomie lub też nie, wszyscy wiemy, że amerykańska opinia publiczna i przywództwo jest krytycznie nastawione do politycznej nietykalności Izraela i uważamy, że nikt nie wie co może się wydarzyć jeżeli spróbowalibyśmy zmienić ich zdanie w tym temacie. Jest to wielka odpowiedzialność, lecz nie wykonuje się tego zadania z odpowiednią dbałością. Generalnie, moja grupa nigdy nie była w Izraelu i nie wiedziała Zachodniego Brzegu. Mimo wszystko mają poczucie winy z izraelskimi Żydami oraz (lub przede wszystkim) poczucie winy z powodu Holokaustu i milczenia amerykańskich Żydów podczas gdy to się działo, ich pasywności. Obecnie są oni zdeterminowani, aby nie być obojętnymi wobec niekończących się izraelskich kryzysów egzystencjalnych. Z tego powodu nie rozumieją Izraela i nie udaje im się dostarczyć wartościowych treści czytelnikom.

Wyraźnie widać, że w szeregach amerykańskich mediów masowych znajduje się wielu żydowskich aktywistów (a także duża liczba nie-żydowskich kolaborantów), którzy dostarczają Izraelowi dziennikarskiej przykrywki.

Nasilenie wpływów syjonistycznych w Stanach Zjednoczonych

Siły syjonistyczne w Stanach Zjednoczonych urosły w siłę znacząco i raptownie w ostatnich dekadach. Podczas gdy USA i Anglia odegrały kluczową rolę w uformowaniu się państwa Izrael w 1948, syjonistyczne interesy nie dominowały jeszcze w amerykańskiej polityce zagranicznej wobec Bliskiego Wschodu w kolejnych latach. Przykładowo, podczas kryzysu w Kanale Sueskim w 1956 roku, Stany Zjednoczone stanęły po stronie narodów arabskich, przeciwstawiając się nie tylko Izraelowi, ale też Francji i Anglii. Punktem zwrotnym okazał się być jednak początek wojny sześciodniowej w 1967, która pobudziła do działania pro-syjonistyczne elementy żydowskiej społeczności amerykańskiej, a lobby izraelskie zaczęło mieć co raz większy wpływ na politykę USA w regionie. Wartym odnotowania jest fakt, że Stany Zjednoczone nie podjęły działań odwetowych po zatopieniu przez Izrael amerykańskiego okrętu wojennego USS Liberty tego samego roku. Syjoniści zademonstrowali kolejny raz swoją siłę, kiedy Ameryka stanęła po stronie Izraela podczas Wojny Jom Kippur w 1973 i której skutkiem było nałożenie na USA embargo na ropę naftową przez państwa należące do OPEC.

W tym samym czasie kulturowa otwartość i rewolucja praw obywatelskich w latach 60-tych stworzyły możliwości dla lepszego uczestniczenia wcześniej wykluczonych mniejszości w amerykańskich instytucjach. Te przemiany kulturowy okazały się szczególnie sprzyjające Żydom, którzy już wtedy stanowili dobrze prosperującą, zamożną i wyedukowaną mniejszość. Amerykańscy żydowscy intelektualiści zazwyczaj opowiadali się za lewicą, jednak ta sytuacja zmieniła się w latach 70-tych kiedy wielu syjonistów odchodziło z ruchów Nowej Lewicy, po tym jak te zaczęły poruszać tematykę Izraela i zimnej wojny. Nowa Lewica była pro-palestyńska i uznawała zimną wojnę za konflikt między dwoma rywalizującymi imperializmami. Wielu amerykańskich syjonistów jednak było zdania, że USA stanowi gwarancję bezpieczeństwa dla Izraela. Sprzeciwiali się również ZSRR głównie z powodu rosyjskiego antysemityzmu. Żydowscy intelektualiści oraz dezerterzy z lewicy, tacy jak Irving Kristol czy Norman Podhoretz, mieli wkład w powstanie ruchu neokonserwatywnego. Neokonserwatyści zaczęli tworzyć relacje z amerykańskim ruchem konserwatywnym, który rozpoczął swą działalność w okresie powojennym pod przywództwem takich postaci jak np. William F. Buckley. Odwrócili się również od Partii Demokratycznej i skierowali się ku Partii Republikańskiej.

W tym samym okresie, amerykański ruch chrześcijańskich syjonistów zaczął rosnąć w siłę z powodu odrodzenia się ewangelicznego chrześcijaństwa w latach 70-tych. Podczas gdy nie wszyscy ewangeliczni chrześcijanie są syjonistami, spora liczba amerykańskich ewangelików wyznaje pogląd teologiczny zwany dyspensacjonalizmem, według którego odrodzenie Izraela stanowi spełnienie biblijnego proroctwa oraz jest koniecznym krokiem do Powtórnego Przyjścia Jezusa Chrystusa. Amerykańscy ewangeliczni liderzy wyznające takie poglądy stali się politycznie wpływowi podczas powstania „religijnej prawicy” w późnych latach 70-tych. W czasie tak zwanej „rewolucji Reagana” w latach 80-tych te trzy prądy: powojenny ruch konserwatywny, neokonserwatyści i religijna prawica połączyły się ze zwolennikami używania siły w polityce zagranicznej oraz ekonomicznymi neokonserwatystami w celu uformowania podstaw Partii Republikańskiej oraz całego amerykańskiego ruchu konserwatywnego. Trend ten jest kontynuowany do dzisiaj.

Scott McConnell: Partia Republikańska jest partią syjonizmu

W latach 80-tych i 90-tych dochodziło do spontanicznych napięć między syjonistycznymi partyzantami oraz innymi frakcjami w amerykańskiej koalicji konserwatywnej. Podczas gdy przywództwo prawicowego syjonizmu w USA opowiadało się za Republikanami, szeregowi członkowie syjonistycznych organizacji wciąż głosowali na Demokratów, co jest typowe dla grup mniejszości w USA. Podczas republikańskiej prezydentury Georga H.W. Busha na przełomie lat 80-tych i 90-tych ówczesny sekretarz stanu James Baker III groził wycofaniem amerykańskich pożyczek z Izraela w odpowiedzi na jego kolonizatorskie próby na okupowanych terytoriach. Baker zyskał permanentny gniew ze strony izraelskiego lobby, po tym jak stwierdził podczas prywatnego spotkania „P*****lić Żydów. I tak na nas nie głosują”. Od tamtego czasu Partia Republikańska pozbyła się wszystkich tych, którzy mięli odwagę przeciwstawiać się życzeniom izraelskiego lobby.

Scott McConnell z dwutygodnika „The American Conservative” wyjaśnił proces, w którym Republikanie stali się „partią Izraela” i jak partia ta związała się z najbardziej prawicową frakcją w polityce Izraela, partią Likud. Cytuje on prace różnych badaczy, którzy twierdzą, że źródłem dominacji syjonistycznych interesów w Partii Republikańskiej jest jej rosnąca zależność od bogatych żydowskich donatorów, a także ogromne znaczenie chrześcijańsko-syjonistycznych ewangelików jako głównego elektoratu, postrzeganie Izraela jako najważniejszego sojusznika przeciwko islamskiemu terroryzmowi po atakach z 11 września oraz żarliwe pro-izraelskie i quasi-ewangeliczne poglądy byłego prezydenta George’a W. Busha. McConnell dodaje do tego nasilenie się syjonistycznych wpływów na amerykańskie media, czego przykładem jest powstanie stacji FOX News oraz neokonserwatywnych publikacji, takich jak tygodnik „The Weekly Standard”, neokonserwatywne przejęcie flagowego magazynu ruchu konserwatywnego „The National Review” oraz skuteczny ostracyzm anty-izraelskich postaci w konserwatywnym środowisku, takich jak Patrick Buchanan, a także rozprzestrzenienie się oraz rosnący wpływ zorganizowanych lub fundowanych przez syjonistów think-tanków.

Izraelskie lobby i amerykańska klasa polityczna

Nie należy twierdzić, że izraelskie lobby ma wpływ wyłącznie na Partię Republikańską. Nic nie może być dalsze od prawdy. Partia Republikańska zazwyczaj zajmuje stanowiska, które zbiegają się najbardziej prawicowymi sektorami izraelskiej polityki. Jednakże, najbardziej wpływową pro-izraelską grupą w Stanach Zjednoczonych jest Amerykańsko Izraelski Komitet do Spraw Publicznych (AIPAC), który określa się jako dwupartyjna organizacja. Jest ona silnie zakotwiczona w dwóch głównych partiach politycznych Ameryki. Przykładowo, AIPAC organizuje każdego roku konferencje, w której uczestniczy cały przekrój amerykańskiej elity politycznej. Wśród uczestników i mówców na konferencji znajdowali się prezydenci Bill Clinton i Barrack Obama, sekretarze stanu John Kerry i Hillary Clinton, była była przewodnicząca izby Nancy Pelosi, lider mniejszości Harry Reid i szerokie grupy obecnych i byłych senatorów oraz kongresmenów.

Głównym i stosunkowo mniej wpływowym rywalem AIPAC’u jest „J Street”, bardziej umiarkowana organizacja założona w 2008 roku, która jest fundowana przez multimilionera Georga Sorosa. Podczas gdy AIPAC wspiera partię Likud, „J Street” jest zorientowane na centrową partię Kadima. Główne różnice między dwiema partiami są takie, że Likud stanowi izraelską imperialistyczną siłę, która sprzeciwia się palestyńskiej niezależności, sprzyja dalszej ekspansji izraelskich kolonii na terenach okupowanych i przyjmuje konfrontacyjną politykę wobec Iranu. Kadima jest bardziej umiarkowana jedynie w porównaniu z Likudem, zwłaszcza że popierała ona gorąco byłego premiera Ariela Sharona a jej przywództwo uważa się za bardziej prawicowe od „J Street”. Cała klasa polityczna Ameryki okazuje ogromną wiernopoddańczość izraelskiemu lobby, co dobrze ilustruje sytuacja, kiedy latem 2014 roku Izrael zaatakował Gazę. Senat USA zagłosował jednomyślnie za proponowaną przez AIPAC uchwałą, która udzielała poparcia atakom. Wśród głosujących za uchwałą znaleźli się zarówno ostentacyjni „postępowcy” Elizabeth Warren i Al Franken, „socjalista” Bernie Sanders czy „libertarianin” Rand Paul.

Izraelskie lobby jest silne do pewnego stopnia również poza Stanami Zjednoczonymi. Izraelskie lobby podobne do tego w USA istnieje również w Wielkiej Brytanii, ale jest luźniej zorganizowane i nie tak silne. Izrael posiada również duży wpływ na Unię Europejską, z racji tego, że Izrael i UE są głównymi partnerami handlowymi. Kanada z kolei groziła użyciem swoich praw przeciwko mowie i zbrodniom nienawiści przeciwko organizacjom, które nawołują do bojkotu Izraela.

Losy krytyków Izraela

Dnia 27 maja 2010, 89-letnia dziennikarka Helen Thomas, zasłużona reporterka Białego Domu, podczas zaimprowizowanego wywiadu odniosła się do pytania o komentarz nt. Izraela w następujący sposób: „Powiedzcie im, żeby wynosili się z Palestyny. Pamiętajcie, ten lud jest okupowany i to jest ich ziemia. To nie są Niemcy ani Polska.” dodając jednocześnie, że Izraelici powinni „udać się do Polski, Niemiec lub Ameryki i gdziekolwiek indziej. Dlaczego wyrzuca się stąd ludzi, którzy żyli tu od wieków?”. Uwagi Thomas spotkały się z serią wypowiedzeń umów zatrudnienia oraz wycofaniem wszystkich poprzednio otrzymanych nagród. W wyniku tego zrezygnowała ze swojej pozycji w „Hearst Newspapers”. Mimo wszystko Thomas odmówiła wycofania swoich poprzednich uwag mówiąc „Zapłaciłam wysoką cenę, ale warto jest mówić prawdę. Kongres, Biały Dom, Hollywood oraz Wall Street należą do syjonistów. Bez dwóch zdań, w mojej opinii… po prostu uważam, że ludzi powinno się oświecić na temat tego, kto ma władzę nad opinią w tym kraju.” Stając w obronie Thomas Ralph Nader zaobserwował pewną ironię, mianowicie Thomas atakowano za jej komentarze, ale jednocześnie „ultra-prawicowe radio i telewizyjni szczekacze”, promujące „szowinizm, stereotypy oraz kłamstwa wymierzone przeciwko muzułmanom, w których zawiera się krzykliwy antysemityzm przeciwko Arabom” są wciąż obecne w amerykańskich mediach.

Kariery zrujnowano nie tylko dziennikarzom, ale również politykom i akademikom, którzy mieli odwagę ujawnić lub podważyć wpływy sił syjonistycznych na politykę Stanów Zjednoczonych. Wśród urzędników państwowych, których kariery zostały zrujnowane lub podkopane przez izraelskie lobby znaleźli się tacy ludzie jak Paul Findley, Jim Trafficant, Cynthia McKinney, Pete McCloskey, JamesMoran, Charles Pearcy, Earl Hilliard, William Fulbright, Mike Gravel, Roger Jepson i James Abourezk. Uniwersytet DePaul odmówił piastowania stanowiska wybitnemu żydowskiemu Normanowi Finkelsteinowi, synowi ocalałych z Holocaustu oraz głównemu krytykowi polityki Izraela wobec Palestyńczyków, po tym jak syjonistyczny adwokat Alan Dershowitz zorganizował przeciwko niemu kampanię.

Zwrot akcji?

Zwyczajowo, prawdziwie anty-syjonistyczne, anty-imperialistyczne i pro-palestyńskie są całkowicie nieobecne zarówno w amerykańskich mediach jak i klasie politycznej. Takie głosy pojawiały się jedynie wśród małych grupek amerykańskiej lewicy i prawicy. Niemniej jednak, w marcu 2015 roku doszło do dość niesamowitego zdarzenia. Przywództwo Kongresu Partii Republikańskiej zaprosiło premiera Izraela oraz lidera partii Likud Benjamina Netanjahu w celu wygłoszenia przemowy na Kongresie Stanów Zjednoczonych potępiającą nuklearne negocjacje Barracka Obamy z Iranem oraz podważającą zwyczajne protokoły. Blisko sześćdziesięciu członków Partii Demokratycznej Obamy zemściło się poprzez bojkot przemowy Netanjahu. Najważniejszym pytaniem związanym z tym wydarzeniem jest to, co oznacza to bezprecedensowe podważenie izraelskiego lobby dla przyszłości amerykańskiej polityki.

Podział między dwoma głównymi partiami politycznymi w Stanach Zjednoczonych jest teraz znacznie większy niż kiedykolwiek w ciągu ostatniego wieku i to samo można również powiedzieć o podziałach kulturowych i społeczno-ekonomicznych. Możliwym jest, że te podziały są obecnie tak duże, że prądy syjonistyczne wśród elit coraz bardziej tracą kontrolę nad politycznymi procesami. Gotowość prezydenta Obamy do negocjacji z Iranem oraz unikanie wojny może reprezentować rosnący podział między syjonistycznymi elitami, a istotnymi sektorami szerszej amerykańskiej klasy rządzącej. W rzeczy samej, wyostrzenie podziałów wśród syjonistycznej elity może postępować, czego wyrazem jest pojawienie się organizacji „J Street”. Dowody wskazują na to, że Amerykanie, zarówno Żydzi jak i nie-Żydzi, a zwłaszcza młodzi ludzie, nie żywią sympatii do Izraela, czego przykładem jest powstanie ruchu na rzecz bojkotu, ograniczenia więzi gospodarczych oraz sankcji oraz takich organizacji jak „Jewish Voice for Peace”.

Wojna z Iranem?

Siła Izraela w Stanach Zjednoczonych i w innych krajach sprawiła, że kraje te stały się współwinnymi rzezi jaka dokonuje się na okupowanych terytoriach. Nie da się zanegować faktu, że główni wspólnicy Likudu w Stanach Zjednoczonych, neokonserwatyści, byli główną siłą stojąca za wojną w Iraku, gdzie setki tysięcy umarło, miliony zostały okaleczone, wysiedlone lub zostały zmuszone do poddania się dystopicznej tyranii Państwa Islamskiego, które pojawiło się ostatnimi czasy. W podobnym duchu pułkownik Lawrence Wilkerson, były doradca byłego sekretarza stanu Colina Powella, zauważył ostatnio, że Partia Republikańska, „partia Izraela” jak określa ją Scott McConnel, gorliwie dąży do wojny z Iranem. Wojny, która będzie niosła za sobą jeszcze bardziej tragiczne skutki od wojny w Iraku. Co więcej, syjoniści w Stanach Zjednoczonych wydają się rozpowszechniać fałszywe pobudki w celu rozpętania wojny z Iranem, tak samo jak próbowano zracjonalizować wojnę z Irakiem. Tak jak błędnie stwierdzono, że Irak jest w posiadaniu „broni masowego rażenia” wbrew naleganiom faktycznych ekspertów od międzynarodowego rozbrojenia, tak samo twierdzi się, że Iran produkuje głowice nuklearne wbrew powszechnej opinii badaczy. Jeżeli naciski na wojnę ze strony partii Likud i jej jeszcze bardziej radykalnych działaczy w Stanach Zjednoczonych osiągną sukces, rezultatem będą ogromne pokłady bezsensownej śmierci, zniszczenia i ludzkiego cierpienia.

(z języka angielskiego przełożył Tomasz Szymkowiak)

Źródło: attackthesystem.com

Dodaj komentarz