Adam Danek: Jakobicka epopeja

„Apolityczna” literatura to rzadkie zjawisko. Większość wybitnych dzieł literackich XIX i XX wieku ma dość wyraźnie określone przesłanie ideowe. W dużej części z nich autorzy wykorzystali sprawność pióra do propagowania poglądów lewicowych – od liberalnych po komunistyczne – lub, co na jedno wychodzi, atakowania, wyśmiewania i na wszelkie sposoby obrzucania błotem porządku rzeczy zakorzenionego w tradycji. Fakt ten jest od dawna przedmiotem uzasadnionych zmartwień konserwatystów. Lewica intelektualna, która szybciej od nich zdała sobie sprawę ze znaczenia literatury i sztuki jako pola bitwy o rząd dusz (i wyciągnęła z tego praktyczne konsekwencje), zdołała wręcz wylansować przekonanie, że wybitny pisarz po prostu musi być lewakiem (a do tego jeszcze rozpustnikiem lub zboczeńcem), ponieważ tradycyjny światopogląd, z jego wizją świata i zasadami moralnymi, uniemożliwia zrealizowanie tkwiącego w ludzkim wnętrzu twórczego potencjału i skazuje kulturę na stagnację, dlatego prawdziwy artysta musi go nie tylko odrzucić, ale również zwalczać w swoich dziełach.

W tę bzdurę uwierzyło i wierzy niemało osób nawet o zachowawczych, czy zupełnie zwyczajnych poglądach. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat po obu stronach barykady panowało zatem przekonanie, iż prawica przegrywa z lewicą walkę o kulturę, utrwalane przy akompaniamencie tryumfalnych ryków i rzygów tzw. „pokolenia 68”. Tymczasem sekret sukcesu lewicowców w sporej części tkwi w umiejętnym nagłośnieniu faktu, że znani pisarze o poglądach lewicowych takie właśnie poglądy wyznawali oraz starannym przemilczaniu lub pomijaniu konserwatywnych, nacjonalistycznych i w ogóle prawicowych poglądów innych znanych pisarzy – a takich bynajmniej nie brakowało wśród najwybitniejszych przedstawicieli literatury dwóch ostatnich stuleci. W pierwszym przypadku poglądy polityczne autora przedstawia się jako integralną część nie tylko konkretnego utworu, ale również całej jego twórczości i postawy artystycznej. W drugim przypadku sztucznie wyłącza się z dzieła jego przesłanie ideowe, powtarzając, że poglądy polityczne pisarza to jego prywatna sprawa i nie należy ich łączyć z jego twórczością, że jego książek nie należy „upolityczniać” (sic!), bo przecież wielka literatura jest własnością wszystkich ludzi bez względu na przekonania. Jedną z najważniejszych imprez kulturalnych w dzisiejszej Polsce jest organizowany co roku Conrad Festival, ale czy ktoś przy jego okazji przypomina poglądy polityczne Josepha Conrada? (Wyjątek stanowią krytycy czy historycy literatury, którzy pod hasłem modnego na Zachodzie „postkolonializmu” oskarżają Conrada o „rasizm”.). Albo fakt, że Korzeniowski w młodości wspierał sprawę walczących w Hiszpanii karlistów i z narażeniem życia przemycał dla nich dostawy broni? (1). Lewicowcy z satysfakcją, a konserwatyści z przygnębieniem podkreślają, iż przez ostatnie kilka dekad literacką nagrodę Nobla rozdawano lewackim degeneratom i pornografom, ale na ogół milczy się o tym, że przez poprzednie kilkadziesiąt lat zdobywali ją pisarze wyznający zupełnie inne wartości (Henryk Sienkiewicz, Giosuè Carducci, Rudyard Kipling, Verner von Heidenstam, Knut Hamsun, George Bernard Shaw, Thomas Mann, Johannes Jensen, Thomas Stearns Eliot, Winston Churchill, Aleksandr Sołżenicyn). W kilku przypadkach jednak lewicy nie udało się ani zapobiec popularności książki o konserwatywnym wydźwięku, ani ukryć czy zepchnąć na margines jej przesłania („Władca pierścieni”, „Opowieści z Narnii”).

Próby kontrofensywy podejmowane przez prawicę na polu literatury wypadają na ogół słabo. Dzisiejsze prawicowe powieści, pisane jako odpowiedź na dyktat lewicy w popkulturze, po pierwsze nie osiągają rangi prawdziwych dzieł literackich, pozostając na poziomie marnych czytadeł. Po drugie, nagminnie są pisane według wzorców stworzonych przez przeciwnika, czyli mówiąc wprost, są równie wulgarne, napakowane pornografią i moralnie zagnojone, co książki lewicowe. Wreszcie, konserwatyści pozwalają, by znakomite, kontrrewolucyjne powieści, zapisane w historii światowej czy polskiej literatury, pozostawały w zapomnieniu, zamiast reklamować je, gdzie tylko się da. Nie wiem, jak teraz, ale – przepraszam za wyrażenie – za moich czasów chyba każdy młody człowiek miał styczność z odrażającą moralnie książką cynicznego skandalisty Alexandre’a Dumasa „Trzej muszkieterowie” (1844). (2). Znikoma natomiast jest znajomość osadzonej w tych samych realiach historycznych (Francja za panowania Ludwika XIII i rządów kardynała Richelieu), konserwatywnej i katolickiej powieści „Cinq-Mars” (1826) Alfreda de Vigny, mimo, że wznawiano ją nawet współcześnie (3). Niedawno w Polsce na prawicy pojawiły się pomysły usunięcia Napoleona z tekstu hymnu państwowego, ale ta sama prawica nie pamięta – również wznawianej współcześnie – genialnej ukonserwatywnej powieści Ignacego Chodźki „Pamiętniki kwestarza” (1844), która przedstawia Napoleona z jego „wielką armią” jako zgraję wolteriańskich, rewolucyjnych bandytów dokonujących nieproszonego najścia na świat pobożnych dworków i klasztorów – i w ten sposób jako jedno z nielicznych arcydzieł naszej literatury przeciwstawia się utrwalonej w niej legendzie napoleońskiej (4). Wymagać od dzisiejszej prawicy intelektualnej, by zaczęła tworzyć literaturę z prawdziwego znaczenia, to stawiać bardzo ambitny program, aczkolwiek uważam, że na dłuższą metę jest to nieuniknione, jeśli na poważnie chce ona walczyć o rząd dusz. Zupełnie osiągalny w obecnych warunkach wydaje się natomiast postulat ponownego wprowadzenia w obieg kontrrewolucyjnych czy konserwatywnych dzieł literackich, które powstały w przeszłości. I tu pojawia się kulawy Szkot nazwiskiem… Scott.

Pierwszym bodaj dziełem Waltera Scotta – w swoim czasie najpoczytniejszego autora powieści przygodowych w Europie – jakie odniosło duży sukces komercyjny, był „Waverley” (1814). Historycy myśli politycznej jednoznacznie zaliczają dziś tego pisarza do obozu konserwatywnego. Jego konserwatyzm wykazał przy tym siłę sprawczą: to właśnie lektura awanturniczych powieści Scotta natchnęła Karolinę księżnę de Berry do podjęcia w 1832 r. wspaniałej (tak, będę się upierał, że wspaniałej, quand même) próby wzniecenia we Francji legitymistycznej rebelii i odzyskania tronu dla swojego syna Henryka V z rąk uzurpatora (skądinąd też mocno zachowawczego) Ludwika Filipa. Może to paradoks, bo sam Scott był konserwatystą raczej miękkim, niż twardym. Ale na kartach tej książki ożywił i uwiecznił legendę konserwatyzmu prawdziwego, radykalnego: jakobityzm. Bo jest to rzecz o ostatnim powstaniu jakobitów przeciw stworzonej przez wigów, kupiecko-parlamentarnej monarchii domu hanowerskiego, które wybuchło niespodziewanie w roku 1745 i zgasło w roku następnym.

Za mną! Wraz z tytułowym bohaterem, Edwardem Waverley’em, którego ojciec zdradził jakobickie tradycje swojego rodu, porzucimy beztroskie, puste życie zamożnego ziemianina, a potem jałową rutynę obozowego życia w armii, by wyruszyć w podróż wiodącą coraz dalej na północ, w góry Szkocji, w świat klanów i naczelników, starożytnej gaelickiej mowy i świętej katolickiej wiary, świat bardów i duchów. I razem z nim przemierzymy tę samą drogę jeszcze raz, schodząc na niziny z wojskiem księcia Karola Edwarda Stuarta, Kawalera, by przywrócić panowanie jego ojcu, Jakubowi III, „królowi za wodą”, prawowitemu władcy. Tak dojdziemy na pola bitew pod Preston i Clifton.

Książę Karol Edward Stuart witany w 1745 r. na sali balowej w Holyrood, pałacu królów szkockich w Edynburgu. Obraz Johna Pettie (1834-1893)

Sam Scott, choć przyznaje, że wychował się wśród żyjących jeszcze jakobitów, na kartach „Waverley’a” łagodnie dystansuje się od ich sprawy. Ten kronikarski gest nie przysłania jednak politycznej warstwy powieści. Główny bohater przed opuszczeniem rodzinnego domu słyszy od stryja napomnienie: „nie wdawaj się w towarzystwo z rozpustnikami, graczami i wigami” (5), w innym zaś miejscu spotykamy się z przodkami Elżbiety II jako „hanowerskimi szczurami” (6). Edward Waverley wysłuchuje rodzinnego przekazu z czasów angielskiej wojny domowej, kiedy to na jeden dzień schronił się w dworze jego pradziadów ścigany przez wojska parlamentu Karol I. Następnie, „gdy oddział kawalerii nadchodził, by przeszukać zamek”, jego gospodyni „wysłała swego najmłodszego syna z garstką domowników, polecając, by życie dali za godzinę zwłoki, ażeby król miał czas uciekać”. Jej syna przyniesiono potem posieczonego, by umarł u nóg matki, ale w ostatniej chwili życia zdążył się dowiedzieć, „że cel jego rozpaczliwej obrony został osiągnięty” (7). Ślady jego krwi pozostały już w korytarzach, którymi go nieśli i Edward Waverley mógł je sam oglądać. Narzeczona obrońcy króla po jego śmierci nigdy nie wyszła za mąż, „chociaż to była najpiękniejsza i najbogatsza panna w okolicy; cały świat się o nią ubiegał, ale ona przez całe życie nosiła wdowie szaty” (8). A my, słuchając tej opowieści wraz z głównym bohaterem i poznając wpływ, jaki wywarła na jego własną drogę, przekonujemy się, jakie znaczenie dla rodu – jako instytucji – miało istnienie rodowego podania. „Rodzinna tradycja i historia genealogiczna”, uczy nas stryj Edwarda Waverley’a, „służą (…) do przekazania przyszłości wielu rzadkich i cennych rysów starodawnego obyczaju” (9). Stary dżentelmen wypowiada się też sceptycznie na temat skutków „zniesienia zależności ludu od jego panów” (10), zaś już w bezpośrednich komentarzach narratora znajdujemy m.in. krytykę nowoczesnych metod nauczania przez „zabawę” i „rozrywkę”, skutkujących banalizacją i spłyceniem nauczanych treści (11).

Warto czytać i warto rozważać. A tymczasem wraz z jednym z bohaterów powieści wznieśmy „toast na cześć tego malutkiego pana w czarnym aksamicie, który oddał usługę w roku 1702” (12).

(Wyjaśniam dla niewtajemniczonych: Wilhelm Orański, który w latach 1688-1689 do spółki z parlamentarną, kupiecką oligarchią wigów obalił dynastię Stuartów i przejął władzę w Anglii, zmarł w 1702 r. wskutek obrażeń doznanych po tym, jak jego koń potknął się na kopczyku kreta i zrzucił jeźdźca. Od tamtej pory hasłem jakobitów były toasty wznoszone „za malutkiego pana w czarnym aksamicie”.).

Adam Danek

1. Do wydarzeń tych nawiązuje jego oparta na wątkach autobiograficznych powieść „Złota strzała” (1919). Zob. Joseph Conrad, Złota strzała, przeł. Jadwiga Korniłowiczowa, Aniela Zagórska, Warszawa 1958.

2. Rzadko się pamięta, że za swojego życia Dumas miał opinię pornografa i biorąc pod uwagę obyczajowe ekscesy jego bohaterów, była ona zupełnie uzasadniona.

3. Alfred de Vigny, Cinq-Mars albo Sprzysiężenie za Ludwika XIII, przeł. Witold Łaszczyński, Warszawa 2009.

4. Ignacy Chodźko, Pamiętniki kwestarza, Kraków 2003. Jako ciekawostkę odnotujmy, że Chodźko był masonem, podobnie jak niejeden pisarz o konserwatywnych poglądach, na przykład – z wymienionych w tym artykule – Walter Scott, Rudyard Kipling i Winston Churchill, nie wspominając o Josephie de Maistre.

5. Walter Scott, Waverley albo lat temu sześćdziesiąt, przeł. Teresa Świderska, Warszawa 2005, s. 40. Książka ukazała się w serii „Biblioteka Gazety Wyborczej” (sic).

6. Tamże, s. 73.

7. Tamże, s. 29.

8. Tamże.

9. Tamże, s. 28.

10. Tamże, s. 41.

11. Tamże, s. 24.

12. Tamże, s. 72.

3 komentarze

  1. Purytańska hipokryzja to tylko drugie ostrze modernistycznych nożyc . Polecam „Radykalni – Terror” Piotrowskiego , „Drogę” Cormac,a McCarthy,ego i „Sekundę za późno” Forstchen,a . Z klasyki oczywiście „Jądro ciemności” Conrada , „Egzekutor” Dąbskiego czy „Wspomnienia żołnierza AK i BCh” Michała Basy .

  2. [co do wstępu]

    W dużym jednak stopniu zmartwienie Autora tekstu da się po prostu wytłumaczyć tym że nazwijmy to 100% reakcyjno-legitymistyczny monarchizm był już XIX wieku raczej marginesem. A pisarze są tak czy inaczej (co Autor słusznie zauważa!) związani z różnymi nurtami ideowymi obecnymi w danej rzeczywistości politycznej.

    ____

    Zresztą:
    XIX wieczne podziały lewica prawica (inna sprawa że dla mnie jako radykalnego „centrysty” nieinteresujące w znaczeniu słowa „podziały”) to w mojej opinii nie jest łatwy podział na linii Dobro-Zło. Ruch robotniczy miał rację, kapitalizm nawet nie w sensie ekonomicznym co duchowym niósł śmierć ludzi. I niesie dalej bo każda mechaniczna praca ogłupia (nie teoretyzuję, pracuję fizycznie)

    Jedna rzecz XIX wieczny socjalista druga jakieś gówno typu „Lubiewo”

    Więc ja na pewno nie odrzucam pisarzy utożsamiających się z pojęciem „socjalizmu”.
    Tak jak nie odrzucam zdeklarowanych „prawicowców” i chrześcijan których wśród najwybitniejszych twórców, literatury nie brakuje

    (weźmy naszych polskich Wieszczów: Mickiewicz, Słowacki, Krasiński, Norwid, Wyspiański)

    ____

    Ogólnie rzecz biorąc
    Może i Evola miał rację mówiąc o kastach. Tego nie wiem. Rzecz w tym że nawet jeśli tak jest to żyjemy w epoce w której kasty się przemieszały. Wśród burżujów zdecydowaną większość stanowią duchowi pariasi. Wśród robotników może zdarzyć się zawsze duchowy arystokrata (jakiś nazwijmy go jakiś Martin Eden). Choć większość jednej drugiej klasy to to samo pragnienie bogactwa i wulgarna rozrywka.

    Jak zrobimy Rewolucję i zrównamy wszystko (choćby z głowami ) to się wszystko wyjaśni.

    • Rozumiem, że „ruch robotniczy” to synonim ruchu socjalistycznego. A ilu robotników stało na czele tego ruchu? W XIX wieku? I w kolejnych mutacjach w ciągu owego wieku? CHya nie byli to jednak robotnicy. Oni byli mieli być tylko mięsem armatnim dla różnych ideologów i pisarczyków, którzy nigdy nie „splamili” się fizyczną pracą.

Dodaj komentarz