Marcin Skalski: Pjongjang, Warszawa – wspólna sprawa?

Ormianie, Albańczycy, Żydzi, Turcy, Grecy, Chińczycy i Koreańczycy – wszystkie te rozrzucone po świecie i tak odmienne niekiedy od siebie narody łączy jeden wspólny mianownik. Otóż, każda z wymienionych nacji dysponuje na swój sposób  dwoma państwami. Przyczyny tego stanu rzeczy są w każdym z przypadków różne, choć niekiedy odznaczają się wartymi przeanalizowania podobieństwami.

Aspekty dualizmu państwowego

Teoretycznie najwięcej wspólnego mają ze sobą Ormianie, Albańczycy, Turcy i Grecy. Obok Republiki Armenii na części sąsiedniego terytorium Azerbejdżanu funkcjonuje nieuznawana Republika Górskiego Karabachu, utworzona przez dominującą tam większość ormiańską, nieuznawana jednak nawet przez samą Armenię, lecz polegająca na jej wsparciu politycznym i militarnym. Zarazem to właśnie utrzymywanie fikcji przynależności regionu do Azerbejdżanu czyni ten konflikt względnie zamrożonym. Azerski prezydent Ilham Alijew zapowiedział bowiem, że w przypadku uznania przez Armenię niepodległości Górskiego Karabachu dojdzie do regularnej wojny międzypaństwowej. Jednak w rzeczywistości faktycznie istnieją obok siebie dwa państwa ormiańskie.

Podobnie rzecz ma się z Albańczykami, którzy obok Republiki Albanii dysponują również Republiką Kosowa. Jak wiadomo, nie istnieje naród kosowarski, Kosowo to po prostu drugie państwo albańskie (semi-albańskim państwem jest też poniekąd od listopada 2017 roku Macedonia), wykrojone z Serbii w wyniku agresji NATO na Jugosławię w 1999 roku. Republika Kosowa utrzymuje jednak, w przeciwieństwie do Karabachu, stosunki dyplomatyczne z szeregiem uznających je państw, swoją ambasadę posiada ono między innymi w Stanach Zjednoczonych. W kwietniu 2017 rząd Serbii zagroził z kolei wojną w przypadku oficjalnego przyłączenia Kosowa do Albanii, tym samym dając do zrozumienia, że zniesienie prowizorium w postaci dotychczasowego funkcjonowania państwa ze stolicą w Prisztinie w formie zbuntowanej prowincji oznaczać będzie konflikt zbrojny. W ten sposób widzimy, iż ograniczenie się do secesji Kosowa utrzymuje względny pokój, który jest uznawany przez Belgrad pod warunkiem zaniechania oficjalnej aneksji Kosowa przez Albanię. Jest to swego rodzaju konsekwencja, której wyraźnie brakuje Ukrainie, twierdzącej, że Krym i Donbas okupowane są przez Rosję, przy czym działania zbrojne toczą się jedynie w tym drugim regionie, mimo że okupant jest według Kijowa ten sam. Tymczasem, przyłączenie Krymu nie rodzi żadnych skutków prawnych w stosunkach Ukrainy z Federacją Rosyjską, co z kolei jest gwarancją pokoju między tymi państwami. Działania zbrojne toczą się jedynie w Donbasie i to tylko dlatego, że jest to wojna z byłymi obywatelami Ukrainy zorganizowanymi w lokalne republiki ludowe, nie zaś z regularnymi siłami zbrojnymi państwa rosyjskiego. W efekcie fikcją staje się „integralność terytorialna Ukrainy”, która to fikcja jest ceną za pokój między Ukrainą a Rosją. Kijów zatem sam nie może poważnie traktować swojego postulatu reintegracji terytorium, gdyż musiałby wypowiedzieć Rosji wojnę. Moskwa bowiem przyłączyła Krym zupełnie oficjalnie, ustami szefa MSZ, Siergieja Ławowa, grożąc zastosowaniem siły zbrojnej każdemu, kto spróbuje jej półwysep odebrać, zarazem stawiając w ten sposób Kijów na straconej pozycji, zmuszonego szukać „rosyjskiej agresji” tam, gdzie jej w rzeczywistości nie ma (Donbas).

Tymczasem, Turcy i Grecy, prócz państw narodowych: Republiki Grecji i Republiki Tureckiej, powołali na Cyprze dwa kolejne organizmy państwowe. Z jednej strony Grecy, natchnieni swoją Megali Idea, usiłowali włączyć cały Cypr do swojego państwa, z drugiej zaś naprzeciw siebie wciąż mają Turków, stanowiących znaczący odsetek ludności wyspy, obecnie zdecydowanie dominujący na jej północy. Powstała tam uznawana jedynie przez Turcję Turecka Republika Cypru Północnego, utworzona w wyniku interwencji zbrojnej Ankary, będącej z kolei reakcją na plany przyłączenia Cypru do Grecji (enosis). I tak, gdy mówimy o Górskim Karabachu czy Kosowie, to rozpatrujemy przypadki separatyzmu danej prowincji od jednego państwa celem stworzenia własnej struktury, funkcjonującej obok kraju-macierzy (Karabach oddzielony od Azerbejdżanu w sąsiedztwie Armenii, Kosowo oddzielone od Serbii w sąsiedztwie Albanii). Z kolei Grecy i Turcy odseparowali się od siebie wzajemnie na tym samym terytorium, funkcjonując wraz z państwami macierzystymi – Grecy na południu Cypru, a Turcy na północy rzeczonej wyspy. Cypryjczykami można zatem nazwać zarówno miejscowych Greków, jak i Turków. Niemniej, Republika Cypru dołączając w 2004 roku do Unii Europejskiej, została uznana za członka przez Wspólnotę jako państwo obejmujące także północ wyspy, przy czym na obszarze tym obowiązywanie prawa unijnego zostało „zawieszone”. Jest to kolejny przypadek, który unaocznia, że prawo międzynarodowe funkcjonuje tylko dlatego, iż jest fikcyjne – wielu je łamie, ale zarazem wszyscy twierdzą, że go przestrzegają. Zarazem tworzenie prowizoriów, takich jak przynależność północnego Cypru do UE, także wymaga osłony w ramach międzynarodowego prawa, tworzenia sztucznych konstrukcji itp. Paradoksalnie to właśnie te wewnętrzne sprzeczności pozwalają na rzeczywiste funkcjonowanie prawa międzynarodowego jako narzędzia sankcjonowania wielopiętrowej hipokryzji uprawianej za sprawą podmiotów stosunków międzynarodowych czy też – kolejny paradoks – jako narzędzia utrwalania (trwałego uprawomocniania) stanu tymczasowości. Tak właśnie jest w przypadku teoretycznej przynależności całego Cypru do UE.

Na Dalekim Wschodzie mamy z kolei do czynienia z dwoma państwami oficjalnie mieniącymi się przedstawicielami całych Chin. Co bardziej interesujące, Republika Chińska, potocznie zwana z racji położenia geograficznego Tajwanem, rości sobie pretensje do jeszcze większego obszaru, niż tzw. Chiny kontynentalne, oficjalnie zwące się Chińską Republiką Ludową.  Przynajmniej do niedawna Republika Chińska – powstała na Tajwanie i okolicznych wyspach w wyniku przegranej przez nacjonalistyczny Kuomintang Czang Kaj-szeka wojny domowej w roku 1949 – uważała za własne terytorium między innymi całą Mongolię, roszczenia wysuwane są również wobec takich krajów jak Tadżykistan, Indie czy Rosja. Można też z całą pewnością stwierdzić, że podobny byłby los Tybetu, gdyby Chiny kontynentalne zostały opanowane nie przez komunistów Mao Tse-tsunga, lecz właśnie przez nacjonalistów.

Republika Chińska nie zadeklarowała jednak niepodległości, a więc nadal utrzymywane są pozory konfliktu wewnątrzchińskiego między ChRL a państwem położonym na Tajwanie. Również w przypadku ogłoszenia przez Republikę Chińską niepodległości, a więc definitywnego zarzucenia ambicji tworzenia jednego państwa wraz z Chinami kontynentalnymi, Pekin zgodnie ze swoimi zapowiedziami wszcząłby akcję zbrojną w celu włączenia Tajwanu do ChRL. Stwierdzenie stanu niepodległości oznaczałoby, że na Tajwanie nie funkcjonowałoby już państwo chińskie, lecz państwo nominalnie tajwańskie. Póki co jednak, Chińczyków z kontynentu i Chińczyków-wyspiarzy dzielą jedynie systemy polityczne, ale już nie poczucie przynależności do innych jakoby narodów. Nie istnieje naród tajwański, Tajwańczyk to określenie jedynie regionalne, nie wyznaczające przy tym poczucia narodowego. Nie mówimy tu, rzecz jasna, o tajwańskich Aborygenach, wobec których Kuomintang prowadził zresztą politykę kulturowej anihilacji. O to samo skądinąd oskarżane są władze ChRL w stosunku do Tybetu, co stanowi interesującą zbieżność w polityce utrwalania supremacji narodu chińskiego, prowadzonej zarówno przez chińskich nacjonalistów, jak i chińskich komunistów.

Dwa różne systemy polityczne zagospodarowały również Półwysep Koreański, co tworzy liczne paralele między istnieniem dualizmu państwowości chińskiej i koreańskiej. Zarówno Republika Korei (Południe), jak i Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna (Północ) deklarują chęć zjednoczenia półwyspu w jedno narodowe państwo koreańskie. Jest to zagadnienie o tyle ciekawe, że ideologiczne pryncypia przyjęte przez Koreę Północną są wraz z upływem czasu coraz bardziej specyficznie lokalne, o czym świadczy usunięcie odwołań do komunizmu w konstytucji KRLD na rzecz lokalnej suwerennościowej doktryny Dżucze, a więc autarkii czy też – jak kto woli – samowystarczalności. Socjalizm w Korei Północnej jest i ma być socjalizmem koreańskim (vide odwołanie Kim Dzong Una do pojęcia socjalistycznej ojczyzny podczas obchodów 66. rocznicy powstania Związku Dzieci Koreańskich w czerwcu 2012 roku i wiele innych). Jakkolwiek też będziemy oceniać kult jednostki w KRLD czy też zaawansowany kolektywizm w kulturze politycznej i organizacji społeczeństwa północnokoreańskiego, to uczciwie trzeba przyznać, że nie są one z ducha czymś zupełnie obcym tradycyjnej mentalności koreańskiej, a nawet wschodnioazjatyckiej, występując także u Chińczyków czy Japończyków. Do dziś zresztą po obu stronach linii demarkacyjnej na podzielonym półwyspie panuje przekonanie o wyjątkowości rasy koreańskiej, co świadczy o głębokim i przekraczającym systemy polityczne utrwaleniu tej autoidentyfikacji u Koreańczyków. Profesor Robert Kelly z Narodowego Uniwersytetu w Pusan (Korea Południowa) przytacza między innymi teorię Briana Myersa, autora książki „Najczystsza rasa. Jak północni Koreańczycy widzą siebie samych i dlaczego ma to znaczenie” (‘The Cleanest Race: How North Koreans See Themselves and Why It Matters’), przekonującego o rasistowskim wręcz charakterze tożsamości narodowej Koreańczyków (odwołanie do pojęcia minjok). Interesujące jest również przeprowadzone na zlecenie BBC badanie, którego wyniki opublikowano w kwietniu 2016 roku. Podlegającą badaniom społecznością, która najczęściej wskazywała kryterium rasy lub kultury jako wiodącego pod względem autoidentyfikacji narodowej, byli południowi Koreańczycy – 23% z nich wskazało właśnie ten czynnik. Na drugim miejscu pod względem częstotliwości wskazywania tej opcji znaleźli się Chińczycy – 15%, średnia dla wszystkich badanych krajów wynosiła 8%. Z kolei w maju 2014 roku państwowa Koreańska Centralna Agencja Prasowa w Pjongjangu porównała ówczesnego prezydenta USA Baracka Obamę do małpy, która powinna żyć w afrykańskim zoo, „karmiona okruchami chleba przez zwiedzających”, odmawiając mu człowieczeństwa w wyjątkowo wymyślny i pogardliwy sposób.

Żydowska wyjątkowość. O ogonie machającym psem

Ostatnim omawianym przypadkiem posiadania dwóch państw przez jeden naród są Żydzi. Jest to casus o tyle interesujący, że nie mieszczący się w zaproponowanej powyżej klasyfikacji, w ramach której rozmaite przykłady można uporządkować na podstawie kilku kryteriów. Poza żydowskim bez wątpienia państwem „Izrael” – samozwańczym nowotworem państwowym, który niczym rak toczy Bliski Wschód – za Wielką Wodą izraelską agendę realizują Stany Zjednoczone Ameryki, pełniące w stosunkach bilateralnych z tworem syjonistycznym funkcję psa podporządkowanego swojemu izraelskiemu ogonowi. Że nie jest to twierdzenie aprioryczne i nieweryfikowalne, niech zaświadczy sam fakt podjęcia decyzji politycznej o przeniesieniu amerykańskiej ambasady w „Izraelu” do Jerozolimy, który likwiduje nawet pozory bezstronności Waszyngtonu w „procesie pokojowym” na Bliskim Wschodzie. Głębokie uzasadnienie amerykańskiego zaangażowania na rzecz „Izraela” znajduje ponadto szeroki posłuch na podstawie przesłanek quasi-religijnych, na czele z fenomenem „chrześcijańskiego syjonizmu”, jego dążeniem do odbudowy Trzeciej Świątyni Jerozolimskiej, a w efekcie zniszczenia znajdującej się na Wzgórzu Świątynnym świętej dla muzułmanów Kopuły na Skale. Ten apokaliptyczny scenariusz jego autorzy przyjmują zresztą z aprobatą należną głoszonym przez nich teoriom millenarystycznym. Jego realizacja kosztuje Stany Zjednoczone nie tylko miliardy dolarów przeznaczane na wojny wydane wrogom żydowskiej państwowości w Palestynie, ale też życia tysięcy nie mających nic wspólnego z Bliskim Wschodem amerykańskich żołnierzy. Ze świecą szukać amerykańskiego polityka w mainstreamie, który nie byłby prosyjonistyczny, z całą pewnością można zatem wykazać, że USA są wehikułem interesów izraelskich i pełnią funkcję drugiego – po okupacyjnym reżimie w Palestynie – państwa żydowskiego. Wuj Sam to światowy motor napędowy tak religii, jak i przedsiębiorstwa holokaust.

 

Ostateczne rozwiązanie kwestii polskiej

Fakty te mają znaczenie także i dla Polski, szczególnie w momencie całkowitego zawalenia się koncepcji polegania na Stanach Zjednoczonych jako gwarancie suwerenności Rzeczypospolitej. „Prawicowi” publicyści i politycy nad Wisłą, z typowym dla siebie pro-izraelskim safandulstwem, są na przemian „zdumieni” i „zasmuceni” tym, że Żydzi okazali się Żydami (Żyd jako stan ducha, a nie stricte pochodzenie) i nie życzą sobie wzmianek o cierpieniach innych narodów podczas II wojny światowej. W tej rasistowskiej de facto koncepcji, wartościującej ofiary III Rzeszy, narodowość mają jedynie Polacy-współsprawcy ludobójstwa na Żydach, ale już nie „naziści”.

W sprzeciwie wobec nowelizacji polskiej ustawy o IPN „Izrael” wspierany jest przez Departament Stanu USA, jednocześnie procedowany w amerykańskim Senacie akt nr 447 został przegłosowany jednogłośnie, skąd trafił do Izby Reprezentantów. Rabunek mienia pozostawionego w formie bezspadkowej przez obywateli RP narodowości żydowskiej będzie w przypadku przyjęcia tego prawa jednym z celów amerykańskiej dyplomacji, niewątpliwa jest tu aprobata „Izraela”, który oficjalnie zgłosił ustami swojej „ambasador” w Warszawie zastrzeżenia do polskiej ustawy reprywatyzacyjnej. W ten sposób USA, zamiast być „gwarantem” bezpieczeństwa Polski – jak roili sobie nadwiślańscy neokonserwatyści (będący co do jednego pro-izraelskimi, na dodatek się z tym publicznie i bezwstydnie obnosząc) – stają się na życzenie Żydów jej grabarzem.

 

Wróg mojego wroga

Tym samym Polakom pozostało upatrywanie nadziei we wrogach Stanów Zjednoczonych bądź – uściślając – w państwach uznawanych przez USA za wrogów. Prócz oczywistej od dawna dla polskich suwerennościowców życzliwości dla Islamskiej Republiki Iranu, ruchów narodowowyzwoleńczych w Palestynie czy – zerkając na drugą półkulę – udanych prób podnoszenia głowy przez lud Boliwii w dziele jego wyzwolenia społecznego, warto przyjrzeć się bliżej Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej.

Należy zastrzec, że nawet dla tych, którzy dostrzegają absurdalność stawiania znaku równości między polskością a tzw. antykomunizmem i dla których sama walka z „komuną” w roku 2018 jest groteskowa, w Korei Północnej mimo wszystko jest coś nie tak. Nie będziemy tu jednak afirmować bądź krytykować panujących tam porządków politycznych, interesuje nas zagadnienie suwerenności państwowej KRLD. Rzeczą oczywistą jest, iż zaniechanie ambicji kształtowania stosunków wewnętrznych w północnej Korei jest warunkiem prowadzenia suwerennej polityki przez samą Koreańską Republikę Ludowo-Demokratyczną. A ta, siłą rzeczy, o ile chce zachować swój ustrój i samo istnienie, jest skazana na konfrontację ze Stanami Zjednoczonymi, spędzając sen z powiek decydentom w Waszyngtonie. Jest to dla Polski wiadomość z kategorii tych dobrych.

Jakkolwiek niezrozumiale wyglądają dla nas obyczaje panujące w Korei Północnej i jakkolwiek są one Polakom obce, to mamy jako naród podstawy do liczenia na Koreańczyków, polegając na ich dążeniu do podważenia amerykańskiej hegemonii w newralgicznym regionie Dalekiego Wschodu. W skrajnie niekorzystnych warunkach KRLD odnotowuje względne sukcesy nie tylko na polu militarnym, bezwzględnie realizując doktrynę Songun, stawiającą na pierwszym miejscu wśród priorytetów armię. Wedle danych południowokoreańskiego Banku Centralnego w 2016 roku PKB Korei Północnej wzrósł o 3,9%, odnotowując skok najwyższy od 1999 roku – wówczas wzrost wyniósł 6,1%. Po raz pierwszy od kryzysu finansowego w 2008 roku wzrost gospodarczy w KRLD był wyższy niż na Południu, gdzie sięgnął on wysokości 2,8%.

Z kolei według eksperta Departamentu Statystyki Ekonomicznej południowokoreańskiego Banku Centralnego, Szin Sin Czola, Północ odnotowała wzrost gospodarczy właśnie dzięki inwestycjom w produkcję na potrzeby programu rakietowo-jądrowego. Choć szacunki dotyczące dalszego wzrostu północnokoreańskiego PKB wymagają daleko idącej ostrożności, to uprawniony jest umiarkowany optymizm. Dotyczy on także doli przeciętnych obywateli KRLD, którzy doświadczyli w 2016 roku wzrostu zakresu usług komunalnych aż o 22,3%, czyli najwięcej od 1991 roku.

Co więcej, zwykli Koreańczycy wytwarzać mogą poza obrotem państwowym nawet 2/3 wartości dóbr i usług produkowanych w kraju, jak wynika z danych przytaczanych przez dyrektora Centrum Strategii Azjatyckiej Rosji w Rosyjskiej Akademii Nauk, Gieorgija Tolopai. Analityk podkreśla również znaczenie pragmatycznego podejścia Kim Dzong Una, który dopuścił obrót rynkowy w zakresie prowadzenia działalności gospodarczej przez obywateli KRLD. Zjawisko to dostrzegalne jest w relacjach osób odwiedzających Koreę Północną, które odnotowują nie tylko stragany funkcjonujące przy drogach, ale też kioski czy drobne sklepy na ulicach stołecznego Pjongjangu. Gospodarka sterowana centralnie funkcjonuje zaś przede wszystkim w obszarze sektora wojskowego. Ponadto, Korea Północna odnotowuje wzrost produkcji w sektorze przemysłu górniczego – od spadku na poziomie 2,6% w 2015 roku do wzrostu o 8,4% w roku 2016.

Koreańska Agencja Rozwoju Handlu i Inwestycji (południowokoreańska) szacuje natomiast, że w 2016 roku wartość eksportu KRLD wzrosła w stosunku do 2015 roku o 6,5 miliarda dolarów, czyli o 4,6%. Aż o 74% wzrósł eksport towarów pochodzenia roślinnego, a o 8,9% – minerałów. Korea Północna importowała w 2016 roku dobra o wartości 3,73 mld dolarów, odnotowując wzrost o 4,8% w stosunku do poprzedniego roku. Jak mówi profesor Lim Un Czul z Instytutu Problemów Dalekiego Wschodu Uniwersytetu Kionnam w Korei Południowej, na Północy aktywnie rozwija się budownictwo i przemysł, stymulując w ten sposób popyt wewnętrzny. Symbolem swego rodzaju boomu budowlanego stała się ulica Rjomjong w Pjongjangu, której wysokiej zabudowy i rozmachu nie powstydziliby się także na Południu. Wzrosła także wartość inwestycji spoza sektora państwowego. Wspomniany południowokoreański naukowiec szacuje, że w 2016 roku wzrost PKB Korei Północnej mógł przekroczyć 5%.

Rzecz jasna, północnokoreańska gospodarka ma słabe punkty, szczególnie jest to narażone na susze rolnictwo. W połowie 2017 można było mówić o zagrożeniu zaopatrzenia ludności w żywność, trudno jednak zarazem cały czas dawać wiarę opowieściom o żywiących się korą drzew i trawą wygłodniałych Koreańczykach. Obraz KRLD z czasów klęski głodu w latach ’90 do dziś jednak daje o sobie znać, przedstawiając w krzywym zwierciadle wizerunek tego kraju. Przytaczany wcześniej Gieorgij Topolia wskazuje również na możliwe problemy północnokoreańskiej gospodarki w związku z ograniczonymi perspektywami nakręcania popytu wewnętrznego oraz nieuniknioną potrzebę uzyskania dostępu do zagranicznych technologii w gospodarce. Także Szin Sin Czol z południowokoreańskiego Banku Centralnego podkreśla wrażliwość gospodarki KRLD na rozmaite czynniki, mogące osłabić ekonomikę KRLD. Przy tych wszystkich niewiadomych pewne jest jednak, że Korea Północna z sukcesem rzuciła rękawicę USA i kosztem licznych wyrzeczeń rozwija swój program atomowy.

Yankee Go Home

Zarazem KRLD nie zasypia gruszek w popiele i przystępuje do polityki odwilży z Południem. Na zimowe Igrzyska Olimpijskie w południowokoreańskim Pjongczangu  Północ nie tylko wysyła swoich sportowców, ale też zaprezentuje ich światu wraz z reprezentantami Południa pod wspólną flagą zjednoczenia podczas ceremonii rozpoczęcia imprezy. Wspólną reprezentację obie Koree wystawią ponadto w hokeju na lodzie kobiet. W noworocznym wystąpieniu północnokoreański przywódca Kim Dzong Un zdecydował się na nadanie zbliżającym się igrzyskom w południowokoreańskim Pjongczangu wymiaru ogólnonarodowego, podobne gesty – choć ze strony dużo niższych wówczas rangą przedstawicieli władz KRLD – wykonywano też przed piłkarskim mundialem organizowanym przez Koreę Południową wespół z Japonią w 2002 roku. Zarazem w tej samej mowie przywódca KRLD uprzedził USA, że guzik atomowy jest jedną z opcji, która znajduje się na jego biurku, co z kolei sprowokowało Donalda Trumpa do dołożenia kolejnego wpisu do jego bogatej kolekcji wygłupów na Twitterze oraz infantylnych przechwałek pod adresem północnokoreańskiego lidera.

Warto zaznaczyć, iż przytaczane w styczniu 2011 roku przez singapurski anglojęzyczny „The Straits Times” badania społeczne wykazały, że w potencjalnym meczu piłkarskim Korei Północnej z USA 70% Koreańczyków z Południa kibicowałaby swoim rodakom, a nie „sojusznikom” zza Pacyfiku.

Z kolei badania przeprowadzone w październiku 2013 roku przez Asan Institute for Policy Studies wykazały już, że 51,2% Koreańczyków z Południa w meczu KRLD-USA kibicowałoby Amerykanom, zaś 43,5% – rodakom z Północy. Ci ostatni mogliby natomiast liczyć na wsparcie 77,7% rodaków z Republiki Korei w meczu z Japonią, co nie może dziwić ze względu na silny resentyment antyjapoński spowodowany okupacją Półwyspu Koreańskiego przez Cesarstwo w latach 1910-45, wciąż żywy po obu stronach linii demarkacyjnej. W omawianych przypadkach największy odsetek potencjalnych kibiców reprezentacji KRLD na Południu występował w grupie ówczesnych 30- i 40-latków, najmniejszy – w pokoleniu 20-latków i 60+. Z kolei 15 listopada 2011 roku podczas meczu Korea Północna-Japonia w stołecznym Pjongjangu nie tylko wybuczany został przez kibiców hymn Kraju Kwitnącej Wiśni, dokazywali również sami koreańscy gracze, którzy zachowywali się wyjątkowo agresywnie i prowokacyjnie. Ostatecznie Korea wygrała 1:0, a gola strzelił Pak Nam-chol, który wedle ścieku dezinformacyjnego powinien być już wtedy po rzekomej egzekucji za klęskę reprezentacji KRLD na mundialu w RPA rok wcześniej. Dodajmy, że Koreańczycy zdają sobie sprawę, iż przegrali wtedy 1:2 z Brazylią, 0:7 z Portugalią, 0:3 z Wybrzeżem Kości Słoniowej, gdyż chociażby w centrum Pjongjangu mecze można było obejrzeć na telebimie. Między bajki można też włożyć opowieści o tym, iż rządowe media w KRLD rozpowszechniały informacje o zdobyciu mistrzostwa przez tamtejszą reprezentację.  Przed mundialem gwiazda drużyny południowokoreańskiej, która również wzięła udział w turnieju, Park Ji-sung, powiedział że będzie oglądał występy reprezentacji Północy. „Północna i Południowa Korea mówią tym samym językiem i wciąż jesteśmy tym samym krajem” – podkreślał piłkarz Manchesteru United. Wypowiedź miała miejsce 2 miesiące po zatopieniu korwety Cheonan przez Koreańczyków z Północy, w wyniku której śmierć poniosło 46 marynarzy Południa.

Jednakowoż, wedle wspomnianego Asan Institute for Policy Studies, w 2010 roku zainteresowanie zjednoczeniem wykazało 52,6% Koreańczyków z Południa, w 2011 – 70%, w 2012 – 83,9%, w 2013 – 81,5%, a w 2014 – 82,6%. Pod względem wieku dane wyglądały w kolejnych latach 2010-2014 następująco:

Źródło: http://en.asaninst.org/contents/south-korean-attitudes-toward-north-korea-and-reunification/

Z kolei poparcie dla zjednoczenia z pobudek odczuwania jedności etnicznej Koreańczyków wyglądało następująco dla poszczególnych grup wiekowych w latach 2007, 2010-14:

Źródło: http://en.asaninst.org/contents/south-korean-attitudes-toward-north-korea-and-reunification/

Warte uwagi są również badania przeprowadzone przez Uniwersytet Koreański pod kierunkiem profesora Lee Nae Younga (Wydział Polityki i Dyplomacji) oraz Yoon In Jina (Wydział Socjologii), opublikowane przez Instytut Wschodnioazjatycki oraz Azjatycki Instytut Badawczy w Uniwersytecie Koreańskim w ramach opracowania „Tożsamość południowokoreańska: zmiana i kontynuacja, 2005-2015”. W rozdziale drugim pt. „Perspektywy wieloaspektowej tożsamości koreańskiej i państwo wielokulturowe: kto myśli o wielokulturowym kraju”, którego autorem jest Hwang Cheong Mi, możemy przeczytać, iż szczególnie w pokoleniu koreańskich 20-latków w Republice Korei mamy do czynienia ze wzrostem poczucia ekskluzywizmu południowokoreańskiego. Jest to zarazem grupa najmniej entuzjastycznie nastawiona do zjednoczenia. Dla odmiany pokolenie 60+, pamiętające niekiedy czasy sprzed wojny koreańskiej lub tuż po niej, posiada największą świadomość jedności narodu koreańskiego, czego deficyt można odnotować w pokoleniu najmłodszym. Jedną z interpretacji zachowania i umocnienia specyficznie południowokoreańskiej tożsamości opartej na etniczności jest niepewność i niestabilność wywołane globalizacją w jej najbardziej ekspansywnej, neo-liberalnej formie, a w związku z tym poszukiwanie trwałych fundamentów życia zbiorowego i jednostkowego.

Możemy jednocześnie przyjrzeć się sposobom postrzegania rodaków z Północy przez Koreańczyków z Południa, które zaprezentował Lee Nae-young w rozdziale ósmym opracowania, noszącym tytuł „Zmiany w postawach w stosunku do Koreańczyków z Północy oraz do zjednoczenia: 2005-2015”.

23,4% Koreańczyków z Południa uznało rodaków z Północy za „jednych z nas”, co oznaczało spadek z poziomu 30,5% w roku 2005. 21% respondentów określiło w badaniu z 2015 Koreańczyków z Północy jako „sąsiadów”, 20,9% jako „braci”, 16,1% jako „wrogów”, 13,5% w inny sposób. Największy odsetek respondentów uznał Koreę Północną za wroga w grupie 20-latków oraz pokoleniu 60+ (odpowiednio: 19,3% i 19,8%).

W 2015 roku łączny odsetek południowych Koreańczyków popierających zjednoczenie („tak szybko, jak to możliwe” lub „w sprzyjających warunkach”) wynosił 55,6%. W stosunku do 2005 roku, gdy odsetek ten wynosił 72%, nastąpił znaczny spadek popierających zjednoczenie. Najmniejszy entuzjazm dla zjednoczenia przejawiają przedstawiciele pokolenia 20-latków.

Z kolei przeprowadzone w 2017 badania przez Instytut Studiów nad Pokojem i Zjednoczeniem w Narodowym Uniwersytecie w Seulu wykazały, iż 53,8% Koreańczyków z Południa uważa, iż zjednoczenie Korei jest konieczne. Zarazem blisko połowa respondentów zadeklarowała, że w razie zjednoczenia Korea Południowa powinna zachować swój system polityczny, 37,7% poparłaby formę przejściową między systemami KRLD i Republiki Korei, a 13,5% optowałaby za funkcjonowaniem w ramach formuły dwóch systemów w jednym kraju.

Badania z 2017 roku przeprowadzone przez rządowy Koreański Instytut Zjednoczenia Narodu w Seulu wykazały zaś, że odsetek popierających zjednoczenie wynosi 57,8%, co oznacza spadek z poziomu 63,% w stosunku do badań sprzed 4 lat. W pokoleniu 20-latków sprzeciw wobec zjednoczenia wynosić ma natomiast 71,2%. Głównym powodem negatywnego nastawienia do Korei Północnej i zjednoczenia z nią są przede wszystkim wydarzenia z listopada 2010 roku, gdy jednostki marynarki wojennej KRLD ostrzelały południowokoreańską wyspę Yeonpyeong i zatopiły korwetę Cheonan sił zbrojnych Południa. Jak twierdzi Kim Ji-joon z Asan Institute for Policy Studies w Seulu, ponad połowa 20-latków uważa Koreę Północną za zdecydowanego wroga. „Dla młodych Koreańczyków z Południa Korea Północna jest czymś, z czym nie chcą mieć nic wspólnego” – mówi analityk. Zarazem 72% Koreańczyków z Południa oponuje wobec pomysłu wspólnej reprezentacji w hokeju na ludzie kobiet, przyczyn jednak należy upatrywać w rozczarowaniu, jakim jest ewentualny brak miejsca dla reprezentantek Południa, zmuszonych ustąpić zawodniczkom Północy we wspólnej reprezentacji.

W badaniach z połowy roku 2014, przeprowadzonych przez „Chosun Ilbo” i Centrum Studiów Zjednoczenia Kulturowego na próbie 100 północnokoreańskich pracowników, przebywających za pozwoleniem rządu KRLD w chińskim Dandongu oraz Yanji, 97 ankietowanych zadeklarowało, że zjednoczenie pozytywnie wpłynęłoby na ich życie. Co ciekawe, respondenci stwierdzili również, że nawet jeśli Kim Dzong Un oponowałby przeciwko połączeniu Korei, to trudno byłoby mu zapobiec temu procesowi. 95 respondentów uznało zjednoczenie za „bardzo istotne”, 48 z nich uznało kwestie gospodarcze za kluczowy czynnik przesądzający taką konieczność, 24  wskazało na wagę zjednoczenia narodu koreańskiego, 16 uznało, że byłaby to szansa na poprawę warunków życia, zaś 6 stwierdziło, że zjednoczenie zakończy ból rozdzielonych rodzin koreańskich. Nadmieńmy, że spośród ankietowanych 4 przybyło do Chin w 2012 roku, 53 w 2013, zaś 43 w roku 2014.

Nie można przy tym odmówić logiki stanowisku Pjongjangu, że zjednoczenie Korei nie może się odbyć pod parasolem USA. Dość dodać, że gdyby to Północ wygrała wojnę koreańską, to zapewne taka Korea prędzej podążyłaby drogą chińską, nie musząc się mobilizować wewnętrznie przeciwko stałemu zagrożeniu ze strony USA, co bardzo długo wymagało egzekwowania od społeczeństwa zwierania szeregów i wprowadzenia „uszczelnionego” systemu politycznego. Charakter regime’u, którego najprawdopodobniej sami nie chcielibyśmy doświadczać we własnym kraju, był poniekąd reakcją na ambicje zjednoczenia półwyspu drogą zniszczenia KRLD. Wyeliminowanie USA z polityki koreańskiej, a szczerzej: dalekowschodniej, musi być więc wstępnym warunkiem tak odległego przecież zjednoczenia. I, o dziwo, KRLD jest w tym dziele nieprzejednanie konsekwentna.

Warto również zastanowić się, ile z tego, co specyficznie koreańskie, zostało zachowanego na Północy, a ile na Południu. Na łamach poczytnego „The Washington Post” ukazał się na początku 2016 roku artykuł, w którym opisano zagubienie 20- i 30-latków z Południa, nazywających swój kraj „piekłem”. Młodzi Koreańczycy nie radzą sobie bowiem z morderczym wyścigiem szczurów i patologiami tworzonymi przez współzawodnictwo w kapitalistycznej gospodarce, tracąc wiarę między innymi w takie wartości jak rodzina. Jak podaje Koreański Instytut Pracy, dwie trzecie zatrudnionych młodych Koreańczyków w 2015 roku pracowało w warunkach niesprzyjających ustatkowaniu się (‘irregular workers’). Ponadto, stykają się oni z problemem przepracowania, co stymuluje z kolei zjawisko samobójstw. Dla porównania – uciekinierzy z Korei Północnej podkreślają panującą tam życzliwość międzyludzką, brak wykańczającego współzawodnictwa, kooperację. Ta charakterystyka stosunków społecznych w KRLD często przewija się w opowieściach uciekinierów z Północy, nierzadko samemu będącymi przytłoczonymi dehumanizacją jednostek, skazanych na rolę trybików w korpo-gospodarce Południa. Zasadne jest wobec tego pytanie, czy aby na pewno narodowi koreańskiemu opłaci się zjednoczenie wyłącznie na zasadach przyjęcia z Południa patologii społecznych przez Północ.

Bez wątpienia kwestia poparcia dla zjednoczenia czy innych form kooperacji z Północą jest zależna od koniunktury politycznej jak mało która, co nie może dziwić. Nawet najczęściej odczuwający więź etniczną z rodakami z Północy przedstawiciele najstarszego pokolenia najwyraźniej częściej widzą w KRLD wrogi reżim, niż po prostu państwo zamieszkane przez Koreańczyków, niechętnie kibicują oni nawet północnokoreańskim sportowcom. Jednakowoż, konflikt między obiema Koreami ma największą szansę zejść z pola widzenia przede wszystkim podczas imprez sportowych, gdy w zawodnikach Północy obywatele Republiki Korei mogą dostrzec podobieństwa uświadamiające wspólnotę pochodzenia (rasy) i t. p. Wyobraźmy sobie na przykład, że podczas konkursu Eurowizji „Republikę Litewską” reprezentuje Polka lub Polak z Wilna i to jeszcze śpiewający po polsku. Czy życzylibyśmy jej/jemu klęski, bo reprezentuje wrogie państwo czy też sukcesu z uwagi na narodowe spowinowacenie? Odpowiedź powinna być oczywista.

To właśnie wykluczenie aktorów zewnętrznych i uczynienie uregulowania sytuacji politycznej na Półwyspie Koreańskim wyłączną sprawą Pjongjangu i Seulu wydaje się warunkiem nadania pojęciu zjednoczenia jakiejkolwiek treści. Samej Korei Południowej opłacałoby się osiągnąć obniżenie temperatury w stosunkach z sąsiadem poprzez uzyskanie suwerennej gwarancji wzajemnego zniszczenia – a więc posiadania niezależnej od USA broni jądrowej.

Wreszcie – aby zjednoczenie nie stało się abstraktem dla samych Koreańczyków, zasadne mogłoby być po prostu wzajemne uznanie się dwóch Korei, oswojenie z myślą, że sąsiad na Południu czy Północy to również podmiot reprezentujący Koreańczyków. Jedynie porzucenie ambicji narzucenia drugiej stronie swojego ustroju i uznanie istniejących realiów może w dalekiej perspektywie zbliżyć do siebie państwa koreańskie. Porzucenie prowizorium w postaci utrzymywania iluzji, iż jedna z Korei jest w stanie zaprowadzić u drugiej strony swoje porządki, to warunek sine qua non zniesienia między nimi stanu wojny. Koreańczykom jak mało komu potrzebne jest uprawomocnienie stanu faktycznego, a więc istnienia obok siebie dwóch państw. Byłoby wówczas prawdopodobne, iż zastosowanie miałaby teoria konwergencji – tym bardziej, że Koreańczyków z Północy i Południa nie dzieli przecież aż tak wiele, jak wydaje się na pierwszy rzut oka. Nie może być to proces łatwy, sami wszak doświadczamy tego typu dylematów, gdy rozpatrujemy miejsce i rolę przedstawicieli komuny w polskiej historii, często widząc w danej postaci najpierw czerwonego, a dopiero potem ewentualnie Polaka, zamiast dyskutować nad stopniem zaangażowania tejże jednostki w słusznie miniony ustrój i dopiero wówczas wyciągać należyte wnioski. Podkreślmy, że na tzw. prawicy w Polsce często normą jest odmawianie ludziom polskości jedynie na podstawie służby w siłach zbrojnych Polski Ludowej (casus Birczy) bądź członkostwa w lokalnej komórce PZPR, przy jednoczesnej afirmacji takich zjawisk jak „antykomunistyczne” braterstwo broni z UPA. Co dopiero mówić o tym, jak w Korei Południowej oficjalna wrogość wobec KRLD ma prawo przysłaniać fakt egzystencji przedstawicieli tego samego przecież narodu na północ od
38. równoleżnika.

Jednocześnie czas ucieka i młode pokolenie Koreańczyków z Południa zaczyna w sposób niebezpieczny dla perspektywy zjednoczenia odwoływać się do szczególnych związków z rodakami mieszkającymi wyłącznie w Republice Korei, zamiast widzieć swoją przyszłość w zjednoczonym państwie wszystkich Koreańczyków. Paradoksalnie więc to przede wszystkim Północ podtrzymuje ideę zjednoczenia, czynnie przeciwstawiając się gwarantowi podziału Półwyspu, czyli USA.

Polak, Koreańczyk – dwa bratanki

Wracając jednak do kwestii polskiej, to w obliczu amerykańsko-żydowskiego zagrożenia wiszącego nad Warszawą, nie możemy nie przyglądać się z życzliwością faktowi podjęcia przez KRLD wyzwania rzuconego Pjongjangowi przez USA. Zresztą, Korea Północna nie omieszkała skrytykować na forum ONZ – jak podawał w grudniu 2017 roku oficjalny organ prasowy Komitetu Centralnego Koreańskiej Partii Pracy „Rodong Sinmun” – zapowiedzi przeniesienia ambasady amerykańskiej do Jerozolimy (co ciekawe, podkreślając związki miasta z Palestyną poprzez wymienienie go w anglojęzycznym komunikacie pod arabską nazwą al-Quds). Wobec tego, także KRLD nie przepuszcza okazji, by zaatakować amerykańskie działania, nawet jeśli mają miejsce w odległych punktach na mapie. Koreańczycy dobrze rozumieją, że każda możliwość, by podważyć hegemonię USA, jest warta wykorzystania. Nie pozostaje nam nic innego, jak brać od nich naukę.

 

Marcin Skalski

Dodaj komentarz