Aleksandra Raido: U podnóża Har-Magedon – rewolucja jawnobycia

 

Ja jestem smakiem wody, blaskiem słońca i księżyca, jestem świętą sylabą OM we wszystkich Wedach, dźwiękiem w eterze i człowieczeństwem w człowieku. Ja jestem czystą wonią ziemi, żarem ognia, życiem wszystkich istot i wyrzeczeniem ascetów, […] rozumem rozumnych i męstwem mężnych. Jestem niezniszczalnym czasem i stwórcą o twarzach zwróconych we wszystkich kierunkach.

Bhagavadgītā

 

Klęska prometejskich czynów

Obserwując Polskę dwudziestego pierwszego wieku nie sposób nie zauważyć, że każda rewolucja o zdroworozsądkowych aspiracjach geopolitycznych skazana jest albo na klęskę, albo na krótki żywot zaprowadzonego w jej skutek stanu rzeczy. Nasza, przypominająca syndrom sztokholmski, relacja z Wujkiem Samem i jego poplecznikami, którzy nie pozwolą Polakom odczepić się od swojej niszczycielskiej nogi i w najlepszym wypadku będą nas „upokarzać na arenie międzynarodowej”, a w najgorszym zaczną do nas strzelać lub potraktują zubożonym uranem, stanowi tylko następstwo tego, co leży u głębi problemu. Jak bowiem pisał René Guénon w „Kryzysie Nowoczesnego Świata”[i], zbiorowość, w oderwaniu od podstawy, nie jest zdolna do jedności, nie wspominając już o wątpliwej trwałości jakichkolwiek przedsięwzięć, które mogłyby z owej jedności wypływać. Zakładając więc nawet, że hipotetycznemu tradycjonaliście o wielobiegunowej wizji świata udałoby się najpierw – w społeczeństwie otumanionym popkulturą, zdolnością kredytową i teatrem lalek z Wiejskiej – zyskać posłuch i dojść do pozycji podejmowania decyzji na szerszą skalę, zakładając, że udałoby się mu uniknąć losu seryjnych samobójców i medialnych „wrogów demokracji”, zakładając nawet, że udałoby się zmienić kierunek polityki zagranicznej, wymiksować się z masochistycznych stosunków gospodarczych i wygonić zarówno okupanta, jak i lobbystów ogłupiających opinię publiczną tanimi obyczajówkami, to – prędzej, czy później – pojawiłby się finansowany z zagranicy „swojak”, który, dokonując populistycznego banału w stylu skakania przez płot, burzenia murów albo machania białą różą, pomógłby zniweczyć wszystkie te osiągnięcia w imię bliżej niesprecyzowanej „wolności”, wrzucając nas prosto w ramiona nowego lub starego pana, a pomogłyby mu w tym ramię w ramię weekendowe aborcjonistki, aspirujący „przedsiębiorcy” w patriotycznych majtkach i zagraniczne banki. Prawda jest taka, że, bez rewolucji kulturowej i przywrócenia tożsamości, nie uda się oswobodzić Polski gospodarczo i militarnie, ani trwale uczynić jej spójnym od wewnątrz i silnym od zewnątrz podmiotem politycznym. Uwolnić z więzów kogoś, kto jest spętany, to zabójstwo, jeśli spętanemu brak gruntu pod nogami. Trzeba więc czynu iście prometejskiego i to na skalę zbiorową: trzeba przywrócić nam grunt pod nogami. Parafrazując Juliusa Evolę, klęska prometejskich czynów spowodowana jest nie wadliwością czynu i nie pychą aspiracji, a brakiem odpowiednich atrybutów u tego, kto dokonuje próby[ii]. Według Guénona zaś, niemożliwym jest budowanie podstawy wspólnych działań i dotarcie do źródła tradycji, dopóki przeszłość rozpatrywana jest w kategoriach historycznych, które cofają nas najdalej do piątego/szóstego wieku przed naszą erą, kiedy to, dla przykładu, w Chinach dokonał się podział na Taoizm i Konfucjanizm, w Indiach powstał Buddyzm, Rzym rozpoczął swój okres „historyczny”, Grecja swój okres „klasyczny’, hebrajczycy, rzekomo w okresie kilku dziesięcioleci tzw. niewoli babilońskiej stracili swój dorobek kulturowo-administracyjny… a Słowianie – do wyboru do koloru – albo siedzieli na drzewach i obrzucali się gównem albo byli imperium latających na wimanach Aniołów w ciałach delfinów. Tak więc to, co stanowi najdalsze zakątki materialnie dostępnej nam przeszłości, nie dość, że jest umiarkowanie dostępne, to jeszcze nie sięga nawet do połowy Kali Yugi. Jak mówi A. Dugin[iii], to, co powinno być pojmowane przestrzennie i cyklicznie, dzisiejszy człowiek w swoim wyobrażeniu prostuje i zmienia w strzałkę, która prowadzi nas jednostronnie w przepaść.

Jawnobycie w drodze do Raju

Nowoczesny człowiek i człowiek tradycji żyjący w nowoczesnych czasach należą do innych przestrzeni ontologicznych. Łączenie tych wymiarów za pomocą linii zakończonej strzałką nigdy nie przyniesie rezultatów, tak samo, jak nie przynosi rezultatów stawianie strzałki między prehistorią, historycznie pojmowaną przeszłością i teraźniejszością: to jest sposób myślenia postępowców. Żyjemy pod dyktaturą złudzenia linearnego czasu, co sprawia, że brak nam miejsca na głęboką analizę egzystencjalną, której głównym podmiotem jest to, co można nazwać heideggerowskim dasein – transcedentalne jestestwo, jawnobycie, czyli byt świadomy zasady swojego bycia, a więc – w konsekwencji – świadomy tego, co jest absolutną podstawą jego procesów myślowych, napędem bicia serca, wiatrem w żaglach woli i głównym budulcem kultury; bycie-w-świecie poddane temu, co Heidegger nazywał radykalizacją przed-ontologicznego rozumienia i destrukcją zawartości dotychczasowej analizy egzystencjalnej na rzecz dotarcia do źródłowych, pierwotnych doświadczeń jestestwa. Jawnobycie nigdy nie ginie[iv]: jest ziarnem rozchodzącym się w miliony promieni, a nie strzałką, która gdzieś się zaczyna i gdzieś się kończy. Dasein symbolizują wszelkie mandale, rozety i gwiazdy heksapentalne (jak np. dobrze nam znana rozeta podhalańska). Dla nas, w praktyce, oznacza to, że jestestwo – świadome kontekstu i zasad swojego istnienia w świecie, a więc – w dalszym rozumieniu – swojego tu i teraz, ale także etnosu, z którego się wywodzi i który tworzy – nie może iść na kompromis narzucany mu przez materializm nowoczesnego świata, w którego realiach trzeba dać się zagonić w coś, co niewiele różni się od egzystencji nażartej owcy lub, przeciwnie, drapieżnika, który w poszukiwaniu ofiary lub panicznej ucieczce przed cywilizacją musi ciągle biec wprzód lub w tył. Linearne postrzeganie zasad działania czy człowieka, czy świata, to pułapka, w którą duchowy materializm „łapie” jawnobycie, sprawiając, że nasze czyny stają się „fenomenem” w jego wypaczonym znaczeniu: zamiast stanowić zjawisko samo w sobie, stanowią jedynie przejaw tej czy innej ideologii, tego, czy innego procesu dziejowego, co wykorzystywane jest przez hieny, żerujące na dezinformacji i resentymentach, i prowadzi albo do zepchnięcia tradycji w niszę, albo do kompromisów. Dasein, jako upragniony podmiot ontologiczny i polityczny, jest tymczasem zbyt głębokie, aby wyświechtanym pędzlem życzeniowego myślenia nakładać je na stare i tysiąckroć oplute już kalki historii. Nasz upadek w przepaść transhumanizmu jest zneutralizowany właśnie poprzez próżność i jednocześnie kompromisowość nakładania tradycji na swoje ulubione kalki, co prowadzi do zachwianego i nieefektywnego mesjanizmu. Nic nie powinno ograniczać studni, z której czerpie świadomy tradycjonalista, nic nie ogranicza archaicznych wartości, które mogą znaleźć swoje miejsce w odrodzonym świecie tradycji, którego wzorem nie jest (broń Boże) okres tzw. Oświecenia, nie jest nim też okres Renesansu, Średniowiecza, czy Antyku, który w pewnym momencie z tego, co historyczne, zmienia się w to, co „legendarne” (a między nimi ściana). Tradycja to studnia bez dna, nie można więc ograniczać czerpania z niej ani cynizmem, czy ateizmem (ten jest oczywistą duchową posuchą), ani – jak określał to Evola w Ride the Tiger – „dewocjonalnym” dogmatyzmem monoteizmu (czy politeizmu!), który to dogmatyzm stanowi dezintegrację świata tradycji i prowadzi do tego, że Bóg (czy Bogowie) stają się bytem zewnętrznym, a człowiek oddala się od niego[v], pozbywając się integralności z podstawą bytu, jak i odpowiedzialności za egzekwowanie swojej woli. Gdy przybierze się taki punkt widzenia i nieograniczoność w poznawaniu zarówno kosmogonii w mitach świata, jak i samego świata, jasnym staje się henoteizm rzekomo „politeistycznych” religii i harmonia pomiędzy odwiecznymi dążeniami jawnobycia do Raju w różnych manifestacjach owych dążeń, który to Raj – jak pisze Dugin [vi]– jest najdalej „starożytnym” celem, jaki możemy sobie wyobrazić. Nie chodzi więc o to, aby przejść z Chrześcijaństwa w zwątpienie, odrzucając tak integralne części przedwiecznej tradycji, jak wyłonienie się Słowa z Chaosu, czy narodziny Chrystusa z niepokalanego poczęcia i w wyniku tego upaść w ateizm lub w orgie Bachanaliów – to jest linearna interpretacja, według której można poruszać się tylko w przód albo w tył, w górę albo w dół, zahaczając o wszelkie wypaczenia i potworności. Chodzi o to, aby przekroczyć granice linearnej interpretacji. Autostrady do nieba istnieją tylko w piosenkach. Droga społeczeństwa do Raju nie jest linią, a przestrzenią, która sięga wysoko w kosmos i nisko, do grot i do studni w całej rozciągłości obu sfer: wszystko to w obrębie naszego logosu, a poza logosem jest jeszcze pierwotny Chaos, z którego ów logos się zrodził: tradycjonalista nie obawia się Chaosu, bo potrafi odróżnić potencjał przedwiecznej ciemności od stworzonej przez postępowego człowieka otchłani wypełnionej bagnem niedociągnięć i zniekształceń.

W głowach większości tymczasem wprost nie mieści się to, że rewolucja nie może opierać się na „izmach”, że nie wymaga składania kwiatów pod pomnikami, śpiewania hymnów i przyzywania dziesiątek „jedynych słusznych” tzw. faktów historycznych, o które można żreć się latami, bazuje za to na ideach, która wydają się fantastyczne, podczas gdy są niewiele więcej, niźli bezkompromisowe i holistyczne – w przeciwieństwie do kompromisowych i mechanistycznych. Nie znaczy to, że pomniki, hymny i historyczne fakty powinny zostać wyeliminowane (wręcz przeciwnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę wandalskie zapędy co poniektórych, które są przejawem ciężkiej paranoi kogoś, kto do dziś nie może przeboleć,  że „pod ruskim butem” musiał stać w kolejkach po papier toaletowy, na półkach „tylko ocet i dżem”, coca-cola jawiła się niedostępnym nektarem bogów, a para Levis’ów boskim ornatem). Chodzi jednak o to, że dopóki podstawia się elementy historii pod podwały rewolucji, dopóty rewolucja skazana jest na los wielu materialistycznych ideologii dwudziestego wieku: spowolnienie degradacji świata, zamiast skierowanie jego losów w innym kierunku; zrobienie kilku kroków w tył, zamiast decydującego, drastycznego przeskoku przez przepaść, na drugi brzeg. Oczywiście, będąc częścią boskiego porządku, logos, będąc przedmiotem kosmosu, a nie Chaosu, jesteśmy skazani na pewne ramy działania, co wyrażone jest np. w Bhagavadgīcie[vii]. Na świecie bowiem, jak tłumaczy bezgrzesznemu wojownikowi Kryszna (Chrystus) w księdze piątej, są dwie drogi: droga rozumowego pojmowania prawdy i droga działania w oddaniu. Ten dylemat widać w pracach największych poszukiwaczy tradycji żyjących w naszych czasach: te dwie drogi właśnie są głównym obiektem (pozornej) rozbieżności między filozofią Juliusa Evoli i Rene Guénona.

Czerwony wojownik

Wedle Guénona[viii], kilkukrotnie na przestrzeni czasów, które uważamy za „historyczne”, człowiek stracił kontakt z Inteligencją, pojmowaną jako integralne zrozumienie Boga i świata, w wyniku czego zabrnął głęboko w to, co Guénon nazywa świecką, bądź też bluźnierczą, nauką i filozofią, która zachowuje to, co egzoteryczne, a pomija to, co ezoteryczne, prowadząc do absurdów. Przykładem w świecie nowożytnym jest „odkrycie” Ameryki, a także wyrzeczenie się kreacjonizmu na rzecz „teorii”, z których żadna nie urosła do rangi faktu. Na przestrzeni religijno-metafizycznej, Guénon ubolewał nad tym, że starożytne święte doktryny zostały zdegenerowane w ich zewnętrzne manifestacje, tracąc swoją podstawę, a świat zdominowany został przez Kszatrija (władzę doczesną/ciągły ruch), podczas gdy powinien być rządzony przez Brahminów (władzę duchową/stałość). Kszatrija to wojownicy, którym w alchemii przypisuje się kolor czerwony, stanowiący cel i perfekcję. Alchemia, przez Guénona traktowana po macoszemu, zakłada jednak, że prawdziwy wojownik to nie ten, który pogrążony jest w ciągłej walce, a ten, który przetrwał, nawet gdy, jak w micie o cykliczności, światy, ludzie i Bogowie idą na dno (Evola, Hermetic Tradition). Czerwony stan jest więc uważany za ponadkosmiczny – czerwony wojownik dopiero wtedy osiąga perfekcję, gdy zrozumie swoje jawnobycie, a więc gdy – na swojej alchemicznej drodze – dokona tzw. białej pracy i stanie się filozofem świadomym podstawy swojego działania. Evola nie tylko więc przyznawał, że ogień zwiększa cnotę w światłych i podsyca upodlenie upadłych (co w historii świata widać jak na dłoni), ale także, iż czerwień – choć stojąca najwyżej w pracy alchemicznej – nie ma prawa istnieć bez poprzednich stanów: czarnego i białego. Biel symbolizuje zwycięstwo nad śmiercią (Chrystus w bieli = Chrystus zmartwychwstały) i demiurgiczny akt połączenia ziemi i nieba. U człowieka oznacza to osiągnięcie zrozumienia zasad egzystencji swojego bytu (a więc jawnobycie). W kwestii czerni zaś, Guénon i Evola wypowiadali się jasno, tak jak i zresztą wszystkie święte pisma wszechczasów: to w niej umierają i naradzają się cykle, to z niej wystrzela promień istnienia, pierwsze Słowo, logos. Czym jest jednak czerwony wojownik, który nie doświadczył narodzin w czerni i oczyszczenia w bieli? Jest tym, czym małpa dla człowieka i człowiek dla nadczłowieka: wstydem i sromem bolesnym, jak powiedziałby Nietzsche, a bardziej praktycznie: współczesnym żołdakiem, którego można wysłać na drugi koniec świata, aby mordował niewinnych z poczuciem świętej misji lub zajmował się konsumowaniem jedzenia, kobiet i przestrzeni na okupowanych ziemiach, którym to przykładem świecą nasi umiłowani sojusznicy.

Jak dziewica ujeżdża tygrysa

Działanie jest więc wpisane w naszą egzystencję i, jak mówi Bhagavadgītā, zarówno wyrzeczenie się czynu, jak i joga czynu prowadzą do wyzwolenia, jednak z tych dwóch dróg, joga czynu jest lepsza od porzucenia działania (V, 2.), choć jej podstawą zawsze musi być oczyszczenie – tylko wtedy można działać zgodnie z przyrodzonym celem. Podczas gdy brahmini-filozofowie-mędrcy charakteryzują się stałością, kszatrija-wojownik jest ruchomy, a więc i zmienny, dlatego rezultaty jego walki często odseparowane zostają od podstawy. Rozsądnie jest założyć, że w momencie, gdy człowiek stanie się świadom swojego jawnobycia, lub raczej, gdy człowiek dokona alchemicznej „białej pracy” i stanie się jawnobyciem, podmiot wiedzy zleje się w całość z samą wiedzą, a walka będzie z nimi idealnie sprzężona. Czy stanie się to zanim tygrys-cywilizacja skończy swój szaleńczy bieg? Czy stanie się to w momencie, gdy tygrys będzie tak zmęczony, że można będzie zacząć zajeżdżać go na śmierć? To zależy zarówno od cywilizacji, jak i od tradycjonalistów-wojowników, na których barkach leży właściwe wypełnienie swojej roli jako kszatrija, co u Polaków, znanych z gorącej krwi, jest o tyle trudne, że – jak pokazuje historia powstań i udziału we wszelkich konfliktach – jesteśmy ruchliwi, porywczy i łatwo nas tak rozkochać, jak i wkurwić, a z drugiej strony: ugłaskać pochwałami, co zademonstrował ostatnio pewien wyfryzowany amerykański przedsiębiorca (ówcześnie znany z robienia polskich pracowników w chuja, z paranoi w stosunku do Meksykanów i z zamierzenia uczynienia ludobójczej tytanki, która go zrodziła, „znowu wielką”) na placu Krasińskich. Nie bez powodu przypowieści, baśnie i legendy, leżące u podnóża naszej kultury, uczą nas, że bohater – zanim będzie mógł wspiąć się na szczyt góry, uratować dziewicę lub przynieść ludziom ogień – musi przezwyciężyć lęki i przekroczyć własne bariery, a przede wszystkim zniszczyć ego, częstokroć będąc sadzanym samotnie w zimnej celi, żeby godzinami oddzielać mak od piasku. Banał? Banał. A jednak, targani gniewem i szlachetnymi pobudkami, w nowoczesnym świecie podlegającym iluzji linearnego czasu, pragniemy jak najszybciej przeskoczyć w przyszłość, rozdrabniając swoją teraźniejszość na miliony małych ruchów, podczas gdy każdemu trzeba wykonać ruch tak wolny, jak i fundamentalny, i to niekoniecznie wprzód. I niekoniecznie w tył. A raczej w głąb. Trzeba stworzyć nową przestrzeń, ale kszatrija nie mogą zrobić tego bez wyciszenia, oczyszczenia i inspiracji; a wyciszeniem, oczyszczeniem i inspiracją powinny być kobiety, do nich bowiem należy sfera wody i ziemi, jaskiń i studni.

W rosyjskiej baśni o Mądrej Wasylisie, matka głównej bohaterki umiera, pozostawiając córkę z lalką, symbolizującą Intuicję (przez wielkie „I”, na równi z guénonowską Inteligencją). Matka, w ostatnich słowach, radzi Wasylisie, aby pozwoliła lalce prowadzić się przez życie i aby karmiła ją, gdy zajdzie taka potrzeba. Gdy zła macocha – przesiąknięta materializmem, indywidualizmem i strachem – wysyła Wasylisę do chatki wiedźmy, aby przyniosła zeń ogień, dziewczyna karmi lalkę okruszkami, idąc przez ciemny las i w końcu odnajduje drogę. Aby zdobyć ogień, musi wykonać szereg prac domowych, w tym oddzielić mak od piasku i ugotować wiedźmie posiłek. We wszystkim Wasylisie pomaga lalka, oczekując w zamian jedynie okruchów, a wiedźma obserwuje, jak dziewczyna nie tylko ze wszystkim sobie radzi, ale nie traci przy tym wigoru i urody. Lalka-Intuicja nieprzypadkowo ubrana jest w biel, czerwień i czerń, jak i sama Wasylisa (nieprzypadkowo Wasylisa napotyka też w okolicach chatki trzech jeźdźców: czarnego – noc/Chaos, czerwonego – dzień/działanie i białego – zrozumienie/świt). Piach to nadruki, cywilizacyjne kalki, życzeniowe myślenie, strach. Mak zmieszany z piaskiem to kompromisy, bierność. Sam mak natomiast to ukryta wieszcza siła, nieokiełznany potencjał Chaosu. Chodzi o Intuicję nieprzytłoczoną poprzez materializm i pośpiech, niestłamszoną poprzez to lub inne status quo, chodzi o dzikość, która nie ma nic wspólnego z wyuzdaniem. W momencie, gdy Wasylisa pojmuje nie tylko siłę swojej Intuicji, ale także fakt, że ogień, po który przyszła nie ma nic wspólnego z ziemskim ogniem i zaspokojeniem materialnych potrzeb swojej macochy, gdy rozumie, że ogień ma moc tylko wtedy, gdy zrodzi się z czerni i oczyszczony zostanie przez światło świtu, wiedźma puszcza ją wolno i daje jej to, po co przybyła. Wasylisa musi nieść płomień w czaszce na kiju, prowadzącej ją ku macosze i złym przybranym siostrom – fałszywym sojuszniczkom – które nasza bohaterka spala na bryły węgla. Tym sposobem Wasylisa, w swojej dziewiczej niewinności, morduje materializm, morduje strach i kompromisowość, ujeżdża tygrysa. Pomaga jej w tym wiedza przodków, symbolizowana przez czaszkę. I nie są to „przodkowie” rozumiani jako Słowianie konkretnie z 10 wieku naszej ery, ubrani w kabłączki skroniowe i tuniki o określonych haftach, ślący peany do tego, czy tamtego, ani nie są to też „przodkowie” rozumiani koniecznie jako pokolenie naszych rodziców i dziadków, które przyczyniło się do takiej sytuacji obyczajowo-politycznej, jaką mamy. To „przodkowie” z przestrzeni egzystencjalnej tradycjonalistów, stanowiących zawsze i nieodmiennie jedną grupę, odseparowaną od ludzi nowoczesnych, od postępowców, którzy istnieli od zarania historii. I tradycjonaliści także istnieli od zarania historii: w najgłębszych grotach i na szczytach gór, z szamańskim szałem, pieśnią i modlitwą na ustach lub w duszy, bosi i bezimienni, wśród wiatru i wycia wilków, w blasku słońca i pod gwiazdami, zawsze patrzący w dół, patrząc w górę i patrzący w górę, patrząc w dół, a jednocześnie świadomi całości przestrzeni wokół i wewnątrz siebie; uosobienia axis mundi i drzewa życia, zawsze wypatrujący nowego świtu w świetle Jutrzenki, dla większości ludzi niewidocznej, choć jest pierwszą i ostatnią gwiazdą na niebie (nie jest przypadkiem, że rola Maryi w zbawieniu świata u postępowców, nawet tych religijnych, jest pomijana).

U podnóża Har-Magedon

Intuicja jest wehikułem kobiecej podróży[ix], ale, aby mieć do niej dostęp kobieta musi postępować przeciwnie do nowoczesnych kobiet. W większości dzisiejszych kobiet mieszka przerośnięty animus – męskie alter-ego, które, zadowolone stłamszoną siłą kobiecych atrybutów, pęcznieje tak bardzo, że wypiera kobiecość i zastępuje ją hermafrodytycznym sfrustrowanym stworzeniem, któremu łatwo jest wmówić wszelki rodzaj lęków, poczynając od lęku przed rodzeniem dzieci (wyrażone w popkulturze i przeintelektualizowanej pseudopsychologii poprzez wieczne „czy jestem gotowa na dziecko”). Kobiety są szczute i ograniczane, ale w zupełnie inny sposób, niż ukazują to dzisiejsze feministki. Są (wspa)kulturowym i ekonomicznym przymusem wrzucane za kasy i między sklepowe półki, gdzie dźwigają tony zbytków dla bezmyślnych konsumentów, są wrzucane do biur i sadzane przy biurkach, gdzie, psując sobie oczy i plecy, usługują korporacjom, są karmione paszą, która nigdy nie syci i zniekształca ich ciała, choć wmawia się im, że to rodzenie dzieci zniekształca ciało. Przymus jest tym gorszy, że – parafrazując Huxleya – dokonuje się, paradoksalnie, przy złudzeniu całkowitej dobrowolności, gdzie środki psychologiczne i farmakologiczne połączone są z ekonomicznym batem (tym silniejszym im bardziej infantylizuje się mężczyzn). Kobiety wykorzystywane są przez wspakulturę i polityków, składane w ofierze, sadzane na płowym koniu i wysyłane w otchłań transhumanizmu. Im więcej kobiet spada w przepaść, tym mniejsza szansa na to, że kszatrija – czerwony wojownik – narodzi się z czerni i zostanie oczyszczony w bieli. Aby nie zmarnować swojego potencjału i nie spalić się w ogniu pasji, w ciągłym działaniu, ciągłej walce, kszatrija od kobiety musi nauczyć się Intuicji, w której może zostać oczyszczony jak w świętych wodach. Przedwieczne wody to jeden z dwóch rodzajów chaosu: ten przez wielkie „C”. Ten drugi, to nagromadzony przez wieku brud ludzkiego upadku. Ten pierwszy Chaos jest czernią i początkiem świata, z którego rodzi się logos/Słowo. Czym jednak jest logos pojmowany w kategoriach klasycznej greckiej cywilizacji? Czy boże Słowo może podlegać kategoryzacji ludzkiej historii, ziemskiej filozofii? Jak pisze Dugin w drugim załączniku do angielskiej wersji Czwartej Teorii Politycznej, „tworzenie się logocentrycznej kultury ontologicznie anihilowało biegunowe przeciwieństwa samego logosu – żeński Chaos […] Odwołanie się do Chaosu to jedyny sposób, aby uratować logos”. Logiczną konkluzją jest więc to, że w ramach prawdziwej i bezkompromisowej tradycjonalistycznej rewolucji, dokonać trzeba nie tylko odtworzenia klasycznego męskiego logosu, ale również pokonać jego bariery i stworzyć przestrzeń, w której zostanie oczyszczony. Każdy jurodiwy potrzebuje swojej Nastazji Filipowny i każdy czerwony wojownik musi mieć swoją dziką kobietę. To oni, jaspisowi i czerwoni, wyrwą grudy ziemi spod góry Har-Magedon i wrócą nam grunt pod stopami. I nie jest to – jak zarzuciliby cynicy – bardziej „fantastyczny” punkt wyjścia, niż wieczna ułuda, że uda się dokonać prawdziwej i trwałej zmiany w sposób narzucony przez tych, którzy nienawidzą prawdy i trwałości. Każdą rewolucję trzeba rozpoczynać od rewolucji ducha, co wcale nie wyklucza równoczesnego działania w ramach narzuconych przez dzisiejszy świat: wzmacnia je jednak i daje szansę, że – gdy przyjdzie czas – uda się zbudować coś trwałego.

Tekst: Aleksandra R.

[i] Guénon, R. Tł. Sophia Parennis. The Crisis of the Modern World. Hillsdale NY 2001

[ii] Evola, J. Hermetic Tradition. Inner Traditions International. Rochester, Vermont. 1971

[iii] Dugin, A. Новый год – праздник свободы https://www.youtube.com/watch?v=BQoT0m0szYY

[iv] Heidegger, M. Bycie i czas. Wydawnictwo Naukowe PWN 2013

[v] Evola, J. Ride the tiger. Inner Traditions Bear and Company. 2003

[vi] Dugin, A. Четвертая политическая теория, 2009

[vii] Bhagavadgita, tłum. Artur Stadnik, Warszawa 2009

[viii] Guenon, R. Hillsdale NY 2001

[ix] Estés, C. Biegnąca z wilkami. Archetyp Dzikiej Kobiety w mitach i legendach

6 komentarzy

  1. Bardzo dobry tekst. Jak na kobietę.

  2. Wedyjski Rama to nikt inny jak Lucyfer. A to „Jestem niezniszczalnym czasem i stwórcą o twarzach zwróconych we wszystkich kierunkach.” nieprzyjemnie mi się kojarzy z rzeczonym „kierowcą autobusu kolektywnej ludzkiej iluzji” (w tym iluzji czasu) i „obrotowymi” – „wszystkowidzącymi” oczami zmiennokształtnych jaszczurów.

  3. Aleksandra R.

    Porównania do varn przedstawiłam tu w kontekście dzieł Evoli i Guenona, ale wiedzę o gunach czerpię ze Śrimad Bhagavatam i absolutnie nie utożsamiałabym „stałości” Brahminów z „tamas”. „Tamas” to bierność w ignorancji, apatia, destrukcyjna siła stanu niewiedzy. Brahmini oczywiście powinni być utożsamiani z sattwą – tak, jak piszesz, z jasnością, ujawnianiem, przejrzystością, ale także z innymi cechami sattwy: stałością-balansem-harmonią (w której oczywiście także zawarta jest pewna pozytywna aktywność, ale tylko jeśli wpisana jest w uniwersalną harmonię wszechrzeczy, której Brahmini są uosobieniem). Oczywiście, że tamas zmieszana z sattwą prowadzi do umiłowania w mocy, w ziemskim panowaniu – pełna zgoda.
    Również pozdrawiam.

    • Dzięki za odpowiedź.
      „Stałość-balans-harmonia jako cechy sattwy”. Tak, to bardzo ciekawe. Chętnie bym podyskutował, lecz tu chyba nie miejsce.
      Można też rozumieć „stałość” jako stały stan ustania biegu świadomości (sthiti), czyli pełne powściągnięcie zjawisk świadomościowych, co jest celem ćwiczeń jogina.
      Znalazłem na to cytat trochę korespondujący z Twoim ujęciem:
      „Sattwa intuicyjnej świadomości jest przejrzysta na podobieństwo przestrzeni, więc przez udoskonalenie się w stałym stanie (sthiti) na ośrodku naszej aktualnej świadomości przeżycie (proces psychiczny) przekształca się w postać jasności słońca, księżyca, gwiazdy lub klejnotu. W ten sposób świadomość popada w stan „jestem”, staje się nieruchoma jak wielki ocean i jest samą tylko świadomością „jestem” (asmita), cichą i bezkresną”. (Por. Ibidem, s. 177).
      Pozdrawiam,
      AW

  4. Adam E. Wrzosek

    Świetny tekst, szczególnie we fragmentach odnoszących się do naszego „nieszczęśliwego Kraju”.
    Wątpliwość moją budzą jednak (zaczerpnięte zapewnie z prac R. Guenona) porównania do poszczególnych Varn (Bramin, Kszatrija). Ontologia, która stoi za tym starożytnym społecznym podziałem odwołuje się do odwiecznych pierwiastków rzeczywistości – gun, tj. sattwy, radżasu i tamasu. O ile oczywiście aktywność i zmienność (radżas) jest atrybutem Kszatriji, to nie można mówić, iż stałość (tamas) jest atrybutem najwyższej kasty braminów (tu: władzy duchowej, filozofów jak u Platona). Stan ten charakteryzuje sattwa, czyli jasność, ujawnianie, przejrzystość.
    „Gdy sattwa świadomości, która – jak wiadomo – ma naturę ujawniania (przejrzystości), jest zmieszana z radżasem i tamasem, to lubuje się w mocy (panowaniu) i w przedmiocie. Gdy przenika ją obficie tamas, lgnie do nieprawości, niewiedzy, pragnienia i niemocy” (Zob. L. Cyboran „Jogasutry, Jogabhaszja”, PWN, Warszawa 2014, s. 139).
    Pozdrawiam,
    Adam E. Wrzosek

Dodaj komentarz