Marcin Skalski: A na drzewach zamiast liści muszą wisieć atlantyści!

Atlantyzm, czyli bezwarunkowe ukierunkowanie polskiej polityki zagranicznej na kurs pro-amerykański i postrzeganie Polski wyłącznie jako „flanki” uzależnionej od obcych stolic, już dawno powinien stać się głównym wrogiem dla każdego, komu prawdziwa suwerenność Ojczyzny leży na sercu. Narodowy radykalizm ma sens tylko wtedy, jeśli jest wypełniony realną treścią i rzeczywistą alternatywą wobec zastanej rzeczywistości społeczno-politycznej. Pod względem definiowania pozycji Rzeczypospolitej w otoczeniu międzynarodowym oraz proponowanych symboli, narodowy radykalizm czeka więc poważny wysiłek intelektualny.

Nie jest dobrą alternatywą, proponowanie społeczeństwu polskiemu, a szczególnie młodzieży, odgrzanego antykomunizmu i wynoszenie go do rangi idei wiodącej na barykady. Dzieje się tak z kilku istotnych przyczyn.

Po pierwsze, antykomunizm w kraju, gdzie wyrokiem historii „komuna” została osądzona, a jego sztandar zdecydowali się wyprowadzić sami „czerwoni” na ostatnim zjeździe PZPR – i gdzie mit założycielski obecnego państwa zasadza się mimo wszystko na opowieści o narodzie, który masowo zmobilizował się przeciwko komunistom – w żaden sposób nie może w roku 2016 mobilizować do niczego twórczego. Powszechna jest w Polsce wiedza o zbrodni katyńskiej. O jej rzeczywistych sprawcach wiadomo było jeszcze w PRL-u. Zbrodniczy charakter władzy „ludowej”, narzuconej z zewnątrz i tak też postrzeganej przez społeczeństwo polskie, nie są na ogół podważane. Praksis antykomunizmu polegać musiałaby na walce z marginesem reprezentowanym przez ugrupowania w rodzaju Komunistycznej Młodzieży Polski czy inną stalinowską skamielinę. Od monitorowania, czy dochodzi do łamania prawa i propagowania zakazanych symboli, idei i zachowań, są odpowiednie służby. Innej realnej „komuny” w Polsce po prostu nie ma.

Po drugie, narodowy radykalizm, który wziąłby na sztandary rozliczanie PRL-u w sensie instytucjonalnym oraz pociągania do odpowiedzialności konkretnych osób, dublowałby się z PiS-em, a więc nie byłby tak naprawdę nikomu do niczego potrzebny. Żadna organizacja narodowa nie przelicytuje PiS-u jako partii „antykomunistycznej” i anty-PRL-owskiej. Co więcej, sam Jarosław Kaczyński mobilizuje swój elektorat hasłami rozliczenia osób, które dorobiły się majątków w sposób nieuczciwy, wykorzystując posiadane koneksje z czasów PRL-u. Jednym ze społecznych oczekiwań jest rozbicie sitwy sędziowsko-prokuratorskiej, której spokój o wpływy pozostaje od 1989 niezmącony. Trudno jednak, by hasła antykomunistyczne („Raz sierpem, raz młotem…” itp.) wskazywały ludziom problemy związane z patologiami w sądownictwie czy służbach specjalnych, jeszcze trudniej dotrzymać pod tym względem kroku liderowi PiS, który swoje uczestnictwo w polityce uzasadnia koniecznością „walki z układem”. Jarosław Kaczyński jest po prostu żołnierzem innej wojny. Wojny, która trwała jeszcze wtedy, gdy wielu z nas nie było nawet na świecie. W tej wojnie ma on słuszność, ale i na nim przede wszystkim spoczywa zadanie zrobienia tego, do czego się zobowiązywał przed wyborcami. Nowe pokolenie ma po prostu przed sobą inne wyzwania.

Po trzecie, walka z „komuną” w roku 2016 oznaczać może wszystko i nic. Z „komuną” walczy KOD przeciwko PiS-owi i PiS przeciwko KOD-owi. „Komuną” jest blokowanie inicjatyw liberalnej opozycji przez obecną większość parlamentarną, jak i może nią być podważanie wyroku wyborców, którego według PiS-u dopuszcza się PO i Nowoczesna. Spór o to, kto jest dalej od praktyk słusznie minionego ustroju, jest jałowy i groteskowy – pewnie dlatego też polski parlament ma tak niskie notowania w społeczeństwie w rankingach zaufania. „Uwaga, małpy rzucają odchodami” – taką tabliczkę, znaną z niejednego zoo, należałoby wywiesić na klatce z „antykomunistami” roku 2016, z wiadomych powodów samemu trzymając się odeń z daleka.

W imię antykomunizmu można więc uzasadnić każdą działalność w polityce. Ponieważ komunizm jest złem absolutnym, to antykomunizm jest domyślnie czymś dobrym. Wystarczy zatem określić mianem „komuny” zjawisko bądź ludzi dla siebie niewygodnych, by zyskać legitymizację własnych poczynań w przestrzeni publicznej. Pół żartem, pół serio, można zaryzykować postawienie tezy, że nie od rzeczy byłoby wprowadzenie ustawowego zakazu odwoływania się przez polityków do komunizmu i antykomunizmu, chyba że wyjadą na Kubę bądź do Korei Północnej. W Polsce A.D. 2016 taki podział nie ma najmniejszego sensu. Ten, kto się do niego odwołuje, nie ma najwyraźniej nic do zaoferowania własnemu społeczeństwu bądź jest zwykłym demagogiem.

Po czwarte, z opozycji antykomunistycznej wywodzi się niemała liczba kanalii uczestniczących do dziś w polskim życiu publicznym, choć oczywiście również i one dosłużyły się u oponentów miana reprezentantów „komuny”. Niemniej, gdyby antykomunizm przed 1989 rokiem miał być jedynym kryterium oceny danej postaci już po 1989, to musielibyśmy uznać, że nie spotkało nas nic lepszego niż rządy Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego. Nieudolność antykomunistów zarejestrowało polskie społeczeństwo już w 1993 – niecałe cztery lata po upadku PRL-u wybory wygrali postkomuniści z Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Z kolei w roku 2001, po klęsce solidarnościowców, premierem został były członek KC PZPR, Leszek Miller. Gdyby po roku 1989 hasło „Precz z komuną!” miało wydźwięk inny niż symboliczny, było czymś innym niż zamkniętym już rachunkiem historycznym, to post-komuniści nigdy by wyborów nie wygrali. Zastanówmy się również – czy PZPR-owski rodowód polityków lewicy rzeczywiście uczynił ich w jakikolwiek sposób ludźmi bardziej podatnymi na korupcję czy afery, niż miało to miejsce w przypadku post-solidarnościowców? Czy byli to ludzie jakościowo lepsi?

Jak widać, antykomunizm sprzed 1989 w niczym nie pomógł ludziom „Solidarności” w uniknięciu pokus związanych ze sprawowaniem władzy. Rządy sitw i aferzystów nie są więc domeną tych, których pod względem historycznego rodowodu można by naprawdę nazywać „komuną”. W tej dziedzinie trwała wręcz licytacja między „komuną” i „antykomuną”, kto bardziej bezczelnie okrada własny naród.

„Oni wszyscy są tacy sami” – takie zdanie o politykach III RP miało polskie społeczeństwo, co miało odzwierciedlenie w coraz niższej frekwencji w wyborach parlamentarnych. W konkursie piękności zaś, jakim są wybory prezydenckie, historyczny lider „Solidarności” Lech Wałęsa przegrał z aparatczykiem Kwaśniewskim w roku 1995 – głosami tego samego społeczeństwa, które mobilizowało się przeciwko PRL-owi przed rokiem 1989.

Po piąte wreszcie, walka z „komuną” to trwonienie energii na stawianie czoła zagrożeniom, które nie są pierwszorzędnymi. Polsce nie zagraża ani komunizm, ani inwazja Związku Radzieckiego, ani nawet – choć to sprawa wysoce bulwersująca – wielotysięczne emerytury dla esbecji. Jednak równie dobrze w Polsce można by dziś urządzać demonstracje pod hasłem „Precz z Hitlerem” – tylko po co, skoro zarówno nazizm, jak i komunizm, wylądowały jako ideologie na śmietniku historii. Czym innym jest celebrowanie pamięci o ofiarach komunizmu, o walce zbrojnej z władzą komunistyczną, a czym innym jest czynienie z tego argumentu na rzecz aktualności własnych diagnoz dotyczących rzeczywistości społeczno-politycznej. Tak jak nie czcimy Powstania Warszawskiego za to, że było antynazistowskie („antyfaszystowskie”), tak cześć i chwała oddawane bohaterom walki zbrojnej po roku 1944 (czyli po wkroczeniu Armii Czerwonej na ziemie polskie) nie mogą wynikać bezpośrednio z antykomunizmu. Powstańcy warszawscy walczyli po prostu z Niemcami, a Żołnierze Niezłomni – z Sowietami, jednak w tym samym celu, czyli o niepodległość Rzeczypospolitej i jej integralność terytorialną sprzed roku 1939. Ideologia, jaka stała za jednym i drugim okupantem, była doprawdy kwestią drugorzędną.

Zauważmy, że wyłączając renegatów z KOD-u, którzy komunistami bynajmniej nie są, pogrzeby „Inki” i „Zagończyka”, a wcześniej majora Łupaszki, były wydarzeniami o charakterze ogólnonarodowym. Pod dokonaniami polskiego podziemia niepodległościowego po roku 1944 chętnie podpisałby się każdy lub prawie każdy. Ich bohaterstwo staje się czymś powszechnie uznanym.

Powyższe, nie zmienia jednak faktu, że dziś zagrożenie dla bytu narodowego ma zupełnie inny charakter niż wtedy, gdy Żołnierze Niezłomni walczyli z bronią w ręku. Dyktatura relatywizmu, nihilizm, demokracja liberalna, rządy prawa stanowionego (w miejsce prawa naturalnego), pokusa lekkiego, łatwego i przyjemnego życia bez wyrzeczeń – zjawiska te zabijają nie tylko biologiczną tkankę narodu, ale i jego duszę. Parafrazując Józefa Mackiewicza – komunizm zrobił z nas bohaterów, a demoliberalizm robi z nas gówno (w oryginale: „Okupacja niemiecka robi z nas bohaterów, a sowiecka robi z nas gówno”).

W wymiarze międzynarodowym powyższe zjawiska obsługuje opcja atlantycka, a szerzej: euro-atlantycka. To właśnie ona umożliwia kolonizację naszej Ojczyzny, zarówno ekonomiczną, jak i tą znacznie gorszą – ideologiczną. Korporacjonizm, globalizm, a wraz z nimi ideologiczna urawniłowka (ujednolicenie) skazują Polskę na rolę peryferii, której rzeczywiście nie należy się inne określenie niż „wschodnia flanka”. Żołnierze poprzednich wojen, rekrutujący się z jak najbardziej szczerych antykomunistów ze stażem jeszcze sprzed 1989, nie zauważają, że świat zdążył się od tego czasu radykalnie zmienić, zmieniły się wraz z nim także zagrożenia i zmienił się kolonizator. Dzisiaj atlantyzm to nic innego jak wpychanie Rzeczypospolitej w objęcia tych prądów, które rzeczywiście pełnią aktualnie rolę, jaką odgrywał niegdyś komunizm. Nie ma znaczenia, czy suwerenność i substancja narodowa jest wypłukiwana przez Wschód czy Zachód, skoro skutek jest finalnie taki sam.

Powyższe nie ulega też zmianie nawet w najbardziej patriotycznym i „antykomunistycznym” opakowaniu. Dla obecnej ekipy rządzącej synonimem suwerenności jest obecność wojsk USA w Polsce, więc zupełnie nie będzie dziwić, jeśli wkrótce dowiemy się, iż Żołnierze Wyklęci walczyli o stałe bazy NATO w naszym kraju.

„Antykomunizm”, nie dość, że stał się nieaktualny, to jeszcze został spłycony i upowszechniony w taki sposób, iż można nim uzasadnić wybory geopolityczne równające się brakowi niepodległości. I problem ten pozostanie niezauważony, jeśli z chóru „antykomunistów” w końcu ktoś się nie wyłamie i nie zacznie wyśpiewywać innej melodii.

Przy jednoznacznie negatywnej ocenie komunizmu warto sobie zadać pytanie, czy dziś rzeczywiście cokolwiek wnosi do życia publicznego postulat wieszania komunistów na drzewach. O ile jest on słuszny, to nie wprowadza żadnej nowej jakości ani nie sufluje żadnych diagnoz aktualnych dla otaczającej nas rzeczywistości. Jeśli chcemy zapewnić suwerenność Ojczyźnie, to szykujmy suche gałęzie atlantystom, których chorych wyobrażeń zakładnikiem staje się polska racja stanu i polski naród.

Marcin Skalski

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu Kierunki.info.pl, przedruk za zgodą Autora.


Dodaj komentarz