Michael O’Meara: Europejska rewolucja Pierre’a Drieu La Rochelle

Okres małej polityki przeminął: najbliższe już stulecie przyniesie walkę o panowanie nad światem — przymus do wielkiej polityki” – Nietzsche, Poza dobrem i złem, §207

W nocy 15 marca 1945, pozostając w ukryciu przed nowym, zainstalowanym przez Amerykę w Paryżu reżimem, Pierre Drieu La Rochelle połknął śmiertelną dawkę gardenalu.

Samobójstwo tego genialnego normandzkiego pisarza, który wybrał śmierć ponad porażkę, niczym nie skaziło jego późniejszej reputacji.

Jak pisze hitoryk Pierre Nora we wstępie do Dziennika 1939-1945 Drieu (1992): „Dla pokolenia powojennego stał się romantycznym bohaterem pokroju nietzscheańskiego, legendarnym nonkonformistą, faszystą bez krwi na rękach, intelektualistą, który zapłacił najwyższą cenę za wierność swoim przekonaniom aż do samego końca. Jest postacią rangi mitycznej”.

Postać mityczna – pewnie tak, lecz jest Drieu rewolucyjnym męczennikiem, sprzeciwiającym się prawicowym i lewicowym konwencjom w imię europejskiego przeznaczenia, który bez zwątpienia nadal do nas mówi.

Niewielu pisarzy jego epoki zmagało się z dylematami Europy tak intensywnie i przejrzyście. W swojej autobiograficznej powieści Gilles (1939) napisał, że człowiek istnieje tylko w walce: „Żadna myśl, żaden sentyment nie jest prawdziwy, jeśli nie jest sprawdzony świadectwem śmierci”.

Rewolucyjna europejskość jego myśli nadal na nas wpływa, najwyraźniej, nie po prostu dlatego, że jej niepokoje nadal nękają nasz świat, ale również z powodu bezkompromisowego „świadectwa śmierci” które nadaje jej pewnej ponadczasowości.

Francuzi z pokolenia Drieu – „pokolenia 1914” – byli dręczeni przeświadczeniem, że ich świat umiera, a nowy, niekoniecznie lepszy próbuje się narodzić. „Podważając fundamenty wszystkiego” duchowy kryzys rozpoczęty przez Wielką Wojnę rzucił swój urok na całą epokę międzywojenną (1918-39).

Motyw powracającego żołnierza, który czuje się bezdomnym w swojej własnej ojczyźnie, ponieważ odkrywa, że naród, za który walczył, nie jest już narodem który poprzednio znał, snuje się przez wszystkie dzieła Drieu. Motyw miał swój szczególny oddźwięk we Francji, która nawet przed wojną była ogarnięta poczuciem rozkładu i upadku.

Biorąc pod uwagę to, że Francja była kolebką zarówno średniowiecznej jak i nowożytnej cywilizacji, Francja długi czas dominowała w Europie, nie tylko myślą, gustem i legitymizowaniem modeli dawanych innym europejskim wspólnotom politycznym, ale też militarnie i demograficznie. W ostatnim trzydziestoleciu XIX wieku zjednoczenie Niemiec, połączone ze wzrostem liczby ludności i rozwojem przemysłu przezeń spowodowanym, doprowadziło francuską hegemonię do nagłego i upokarzającego końca.

Stało się to boleśnie oczywiste podczas wojny francusko-pruskiej w 1870 roku, a być może bardziej podczas pierwszej wojny światowej, kiedy Francja była w stanie „pokonać” Niemców (których „mój naród samodzielnie deptał z łatwością przez wieki”) tylko w sojuszu z innymi światowymi potęgami.

W swojej pierwszej politycznej pracy Mesure de France (1922), Drieu przeciwstawił się „dekadencji”, która odpowiadała za zepsucie francuskiego ducha, rozpoczynając zagadnienie, które będzie poruszało wszystkie jego następnie dzieła.

Nie bacząc na fakt, że jego rodacy nie byli już tymi samymi zdobywcami, co w 1800 roku, oskarżył ich, a przede wszystkim elity, o popadnięcie w osłabiające formy, które nadeszły wraz z życiem współczesnym.

„Wszędzie gdzie patrzę” – zaobserwował – „widzę ludzi, którzy stracili poczucie wszystkiego, tego czym jest seks czy polityka, tego czym jest przywódca, człowiek, szutka czy religia”.

Upadek Francji nie był według niego zwyczajnym wynikiem współczesnego kapitalizmu (jak podnosiła lewica) czy demokracji (według prawicy), ale głębokim rozstrojem życia narodowego, widocznym w niekorzystnej demografii. Populacja narodu ledwo w ogóle wzrosła przez XIX wiek, podczas gdy populacja Niemiec zwiększyła się prawie dwukrotnie.

Według Drieu niepłodność narodu była oznaką jego osłabiającej się żywotności – i wszystkiego co za tym idzie, jak strach przed ryzykiem, deprecjacja męskich wartości, fiksacja na punkcie komfortu i bezpieczeństwa, demobilizujący egocentryzm.

Konsekwencje była nieodwołalnie zagrażające życiu: „Człowiek”, pisał, „który słabo uprawia swoją ziemię i zostawia swoją żonę bezpłodną, naraża się na przejęcie swojej własności przez sąsiadów”.

Jednak bardziej niż rozbrojenie Francji w świecie pożądających sąsiadów, to dekadencja wysysająca jej soki życiowe toczyła się przez różne aspekty życia narodowego, podkopując jej siłę, autonomię a nawet zdolność do myślenia o dręczących ją problemach. Początek masowej imigracji w latach 20. był ostatnim, najgroźniejszym wyrazem tego wyniszczenia.

Los Francji, według Drieu, będzie taki jak całej Europy, ponieważ wiek XX obalił nie stare formy cywilizacyjne, lecz przestarzały system westfalski, zapoczątkowując epokę kontynentalnych imperiów, która zmniejszyła znaczenie i suwerenność państw narodowych.

Niemcy mogły przerosnąć Francję, ale nigdy nie osiągną hegemonii nad kontynentem. Nie tylko inne europejskie kraje będą nadal tworzyć koalicję przeciwko nim – ich waga demograficzna i ekonomiczna była znacząca tylko w odniesieniu do małych narodów europejskich. Ostatecznie Niemcy ulegną takiemu samemu upadkowi co Francja – upadkowi, który wpłynąłby nie tyle na ich wydolność na arenie międzynarodowej, co na zdolność do opanowania wewnętrznych kategorii współczesnego życia.

Tak długo jak Europa pozostawała politycznie pęknięta, ryzykowała tym nie tyle kolejne bratobójcze zmiany, jak te w latach 1914 – 1918, ale zdominowanie przez kontynentalne siły amerykańskiego kapitalizmu i rosyjskiego komunizmu (nie wspominając o imperium chińskim i indyjskim, których nadejście w XXI wieku przewidział).

Francja, twierdził, była skazana na stanie się kolejną „Irlandią” wiecznie walczącą przeciwko obcym mocarstwom – albo członkiem Imperium Europejskiego, które będzie rządziło światem dzięki pokojowi i porządkowi.

Francja, Niemcy i inne narody europejskie innymi słowy przetrwają erę mocarstw kontynentalnych, z ich ekonomią korzyści i „tyranią liczb”, tylko poprzez zjednoczenie.

Zjednoczenie jednak nie oznacza likwidacji narodów. W przeciwieństwie do obecnej Komisji Europejskiej, dywagującej o europejskiej odrębności biokulturowej, wyobrażenie Drieu o federacji nie polegało na poddaniu ludności kontynentu prymatowi zasad rynku.

Jego troską było odrodzenie Europy, a nie ekonomiczna destrukcja jej etnosów. Będąc w młodości pod wpływem takich antyliberalnych nacjonalistów jak Maurice Barrès, Charles Maurras i Jacques Bainville, z których każdy z nich wprowadził go w „kult Francji”, jego przywiązanie do „Marianny”, którą kochał „jak piękną kobietę, którą mógł spotkać w nocy na ulicy”, było niezachwiane.

Ale w tym samym czasie widział, że nacjonalizm, „ta XIX-wieczna ideologia”, osiągnął historyczny impas – zarówno  pod względem samodestrukcyjnej rywalizacji, jak i ograniczeń, jakie zaczął narzucać duchowi europejskiemu.

„Wszystkie nacjonalizmy” – pisał w 1928 roku – „które powodowały koniec swoich ojczyzn zamiast ich odrodzenia, odrzucały całą energię i kreatywność zrodzoną w ojczyźnie”. Dla autora L’Europe contre les Patries (1931) nacjonalizm w erze kontynentalnej stał się odpadkiem wywrotowym zarówno wobec Europy jak i samego narodu.

Nie Francja, lecz Europa jako duchowa wspólnota narodów od tej pory będzie wzbudzać jego przywiązanie: „Francja jako polityczny byt musi umrzeć (…) aby mogła osiągnąć swoje prawdziwe duchowe miejsce”.

Federacja, którą przewidywał, opierałaby się na lokalnych tożsamościach i historycznych instytucjach w tradycji monteskiuszowskiej „wspólnoty narodów” – jednocząc Europejczyków na bazie grecko-rzymskiego i łacińsko-chrześcijańskiego dziedzictwa przez nich podzielanego, na wzajemnych zapożyczeniach, jakie znaczyły ich historię oraz na instytucjonalnym dziedzictwie ius publicum europaeum.

Dla jednego z francuskich pisarzy Nowej Prawicy (A. Guyota-Jeannina), Europa Drieu to nie bezkrwawe superpaństwo biurokratów, bankierów i kupców, ale „duchowa, kulturowa, wspólnotowa i zakorzeniona Europa” – ochraniająca swoje bogate i zróżnicowane etnosy i prawdziwa dla przybierającej różne formy duchowości.

Nie był to więc „związek” otwarty na cały świat i niszczący jego specyficzną tożsamość – ale raczej powiększona Szwajcaria, zazdrosna o swoje różne rodziny narodowe. Naród, nawet jeśli nie posiadał żywotności w świecie potęg kontynentalnych, pozostał dla niego istotnym elementem, ponieważ język, dziedzictwo i miejsce są bezpośrednimi składnikami tożsamości jednostki.

Biorąc jednak pod uwagę, że Europa po 1918 r. znajdowała się między dwoma wrogimi, pozaeuropejskimi imperiami, jej podział na dwadzieścia sześć suwerennych państw – z których żadne nie było w stanie zdominować innych lub „reprezentować się z godnością w nieproporcjonalnej konkurencji kontynentalnych imperiów” – postawił ją w sytuacji wyraźnie niekorzystnej wobec swoich rywali, uniemożliwiając jej przyjęcie pozycji politycznej, nie wspominając o duchowej perspektywie, niezbędnej do przezwyciężenia stojących przed nią wyzwań.

„Tylko poprzez federację możemy ożywić martwą duszę Europy i podjąć dziedzictwo XIII-wiecznej chrześcijańskiej Europy albo arystokratycznej i intelektualnej Europy XVIII wieku (…) To nie kosmopolityczny sen, lecz nagląca konieczność, kwestia życia i śmierci. Europa się zjednoczy – pożre sama siebie albo zostanie pożarta.”

W tym celu narody europejskie są odtąd zobowiązane do zmiany wzajemnych stosunków.

„Urodzeni w Europie, muszą wrócić do Europy.”

Od czasu rozpadu imperium Karola Wielkiego, Europejczycy zapoczątkowali tysiącletni ruch różnicowania się, oddzielania się i odróżniania od siebie „tak, jakby była to kwarantanna”. Jednak wraz z nadejściem pierwszej wojny światowej twórcza faza tego ruchu osiągnęła punkt malejących zysków.

Europa nie mogłaby być Europą bez swoich narodów i bez nich by umarła. Drieu utrzymywał, że żywotność narodu byłaby odtąd zależna od Europy.

W ten sposób zachęcił sobie współczesnych, by stali się „dobrymi Europejczykami” Nietzschego – „silnie zobowiązanymi spadkobiercami tysięcy lat europejskiego ducha”. Podobnie jak przezwyciężyli oni swoje religijne różnice w XVII wieku, tak i teraz muszą zdegradować prymat swoich barykadujących tożsamości narodowych, jeśli mają przetrwać XX wiek.

Wobec tego, musieli by porzucić „politykę małego nacjonalizmu” i sztywne formy państwowe, które miały sprowadzić ich i resztę Europy na niższe szczeble przyszłego porządku światowego.

Drieu uznawał, że Europa była czymś w rodzaju „mitu”, ale jego historyczno-cywilizacyjny rezonans, wciąż miał moc wywoływania sił, które mogą rzucić wyzwanie panującej dekadencji.

Jego wizja federacji, owa Europa ojczyzn, dążyła do ożywienia ducha właściwego dla unikalnych i nieporównywalnych z niczym europejskich form życia – by nie dopuścić do rozpuszczenia ich w ultraliberalnym rynku światowym.

Idea europejskiej federacji nie była w żaden sposób obca Drieu.

Po zawieszeniu broni w 1918 r. Europejczycy niemalże każdej klasy i narodu zdali sobie sprawę, że kolejna wojna zrodzona z nacjonalistycznej rywalizacji zniszczy kontynent. W latach dwudziestych XX wieku „idea europejska” przybierała różne formy: traktatu z Locarno, briandyzmu, paneuropeizmu Coudenhove’a-Kalergiego itd.

Drieu nie podzielał żadnej z pacyfistycznych, humanitarnych lub demokratycznych zasad, motywujących w tym okresie jedność (zasad, których liberalne przesłanki uważał za pochodne europejskiej dekadencji), ale patrzył na ruchy, które uruchomili, jako na możliwe narzędzia do wykucia Stanów Zjednoczonych Europy.

W Genève ou Moscou (1928) wyraził nawet nadzieję, że bardziej rozwinięte sektory europejskiego kapitalizmu, wyrastające z rynku krajowego, wykorzystają Ligę Narodów do wspierania najpierw ekonomicznej, a następnie politycznej jedności.

Jego nadzieja na takie reformy nie przetrwała jednak pierwszej powojennej dekady, której kulminacją były największe kryzysy gospodarcze we współczesnej historii.

Sfrustrowany przez bezruch lewicowych i prawicowych partii w obliczu kryzysu, zaczął we wczesnych latach trzydziestych szukać rewolucyjnej alternatywy dla odrodzenia Francji i Europy.

Kiedy podczas gwałtownych antyrządowych demonstracjach ulicznych, które wstrząsnęły III Republiką Francuską w lutym 1934 roku antyliberalni prawicowcy (głównie weterani zorganizowani w skrajnie prawicowe Ligi) i antyliberalni lewicowcy (komuniści) zmusili do odwrócenia wzroku zbrojne siły państwa, pokazując, że w sercach rodaków wciąż żyło coś z pradawnych męskich tradycji Francji – Drieu stwierdził, że wreszcie znalazł rewolucyjną alternatywę w tym, co nazwał Socjalizmem faszystowskim (1934).

Faszyzm, o którym mówił w tym dziele, nie był całkiem ortodoksyjny, tak jak jego zainteresowanie nim było bardziej egzystencjalne niż polityczne.

Bardziej niż drobnomieszczański, antykomunistyczny i skoncentrowany na państwie nacjonalizm – to instynktowna opozycja faszyzmu wobec ustanowionego liberalnego ładu, jego nacisk na młodzież, zdrowie, przywództwo, bunt i mężne działania, a zwłaszcza jego nietzscheańska wola niebezpiecznego życia były tym, co go do niego przyciągało.

Podobnie pozostawał krytyczny wobec ustępstw uczynionych przez niemiecki i włoski faszyzm wobec tego, co Francuzi nazywają juste milieu – to jest liberalnego centryzmu, który odrzuca spór i radykalizm w polityce.

Faszyzm Drieu (jak w przypadku wielu innych faszyzujących intelektualistów) zrodził się ostatecznie z jego identyfikacji z wolą faszyzmu do pokonania dekadencji zrodzonej przez czasy współczesne, i tym samym do urzeczywistnienia wyższej wspólnoty duchowej.

Jak pisał w 1938 roku: „Żyć intensywniej i pełniej – to dziś oznacza być faszystą” (co wyjaśnia, być może, dlaczego po sześciu dekadach antyfaszyzm nadal pozostaje obsesją lewicy).

Socjalizm Drieu, przeciwstawiony nieokiełznanym rynkom, obojętnym na spójność społeczną i wartości duchowe, miał niewiele wspólnego z marksistowskim socjalizmem, z jego żydowskim uniwersalizmem, kolektywizmem i drętwym materializmem. Przeciwnie, to był „socjalizm”, jaki Spengler przypisywał Prusakom – „organiczny” i „autorytarny” socjalizm, który podporządkowywał gospodarkę narodowi i realizował „społeczne” cele, uprzywilejowując rozwój ducha i witalności narodu. To, jak twierdził, był socjalizm serca, a nie żołądka. Przede wszystkim był to socjalizm bardziej europejski niż nacjonalistyczny.

Pogląd Drieu na rewolucję socjalistyczną faszyzmu zdawał się również obejmować możliwość połączenia faszystów i komunistów w antyliberalny sojusz, który mógłby doprowadzić do powstania energicznej, młodej elity, do ponownego zapalenia przygaszonego europejskiego ducha i stworzenia nowego człowieka, którego nieustraszona witalność przekroczyłaby wielość form nowoczesnej dekadencji.

Jednym słowem, jego „faszystowski socjalizm” przeciwstawił się liberalnej nowoczesności w imię alternatywnej – archeofuturystycznej – Europy.

W 1936 roku Drieu dołączył do niedawno założonej Francuskiej Partii Ludowej Jacquesa Doriota, która, jak sądził, mogła posłużyć jako instrument europejskiej rewolucji.

Doriot, prawdopodobnie największy robotnik-rewolucjonista „wyprodukowany” przez Trzecią Międzynarodówkę, został wydalony z Francuskiej Partii Komunistycznej w 1934 roku. Następujące po tym jego przejście na rewolucyjną prawicę otworzyło drogę do utworzenia masowej partii faszystowskiej we Francji (w ciągu kilku miesięcy od założenia liczyła 130 000 członków).

Doriot jednak zawiódł Drieu, który pod koniec 1938 roku niechętnie zrezygnował z członkowstwa w FPL.

Następny okres był dla Drieu jednym z okresów największej rozpaczy, nie tylko z powodu straconych perspektyw na francuską rewolucję faszystowską, ale też ze względu na nadchodzące zagrożenie kolejnej wojny światowej, które budziło jego najgorsze lęki.

Po bitwie o Francję (maj-czerwiec 1940 roku), która potwierdziła jego opinię na temat francuskiego reżimu parlamentarnego i przekonanie, że armia, doświadczając największej klęski w historii narodu, odzwierciedlała sklerotyczną naturę jego burżuazyjnego porządku społecznego – Drieu próbował wykorzystać złą sytuację, zaczynając popierać współpracę z okupacją niemiecką.

Poprzez współpracę miał nadzieję na stworzenie faszystowskiej Francji, zdolnej do wzbudzenia szacunku ze strony narodowosocjalistycznych Niemiec, i w ten sposób uczynienia faszyzmu mniej nacjonalistycznym, a bardziej europejskim i socjalistycznym.

Chociaż będąc rasowo świadomym Europejczykiem, który osobiście identyfikował się z celtycko-germańską Francją i jej nordyckim dziedzictwem, wysoki, niebieskooki, jasnowłosy Drieu nie był germofilem. W rzeczywistości wcześniej sprzeciwiał się idei, że jedność europejską można osiągnąć w ramach hegemonii jednego narodu. Nie pochwalał także krwawej czystki Hitlera na „lewym skrzydle” NSDAP (SA Röhma), a także ustępstw wobec „reakcyjnego” Sztabu Generalnego Wehrmachtu i wielkiego biznesu.

Poddając się faktowi, że Francuzi nie przeprowadzili własnej rewolucji, był teraz skłonny uznać, że musi ona zostać narzucona z zewnątrz. Tak jak stany północne zniewoliły Południe by powstały Stany Zjednoczone, tak według niego niemiecki przymus doprowadzi do powstania Stanów Zjednoczonych Europy.

W tym duchu objął redakcję najbardziej prestiżowego czasopisma francuskiego, Nouvelle Revue française, zajął się pisaniem cotygodniowych artykułów do Révolution nationale Doriota, angażował się w różne działania mające na celu nadanie treści ideałom „kolaboracji” i spoglądał na Hitlera z nadzieją, że zjednoczy on Europę przeprowadzając rewolucję podobną do tej, która odrodziła Niemcy po 1933 roku.

Wierzył, że niemiecki dyktator stanie się Augustem zjednoczonej politycznie Europy.

Ponownie się zawiedzie.

Na początku 1942 roku, ponad rok przed Stalingradem i Kurskiem, zdał sobie sprawę, że Niemcy niedługo przegrają wojnę.

Co gorsza, doszedł do wniosku, że Hitler nigdy nie był w najmniejszym stopniu zainteresowany prawdziwą współpracą ani rewolucją.

Praktycznie w całej okupowanej przez Niemców Europie „ten syn austriackiego urzędnika celnego” wybrał sobie współpracowników spośród konserwatystów i reakcjonistów, podczas gdy faszystowscy rewolucjoniści we Francji, Belgii, na Węgrzech, w Rumunii i gdzie indziej byli albo represjonowani, albo marginalizowani (nieszkodliwy Quisling był jedynie wyjątkiem potwierdzającym regułę).

Niepowodzenie Hitlera w zjednoczeniu Europy i przeprowadzeniu rewolucji socjalistycznej była dla Drieu czymś więcej niż rozczarowaniem: zapowiadało nadchodzącą klęskę. Jak argumentował w Révolution nationale (grudzień 1943), Niemcy będą europejskie albo ich nie będzie – i coraz częściej wydawało się, że ich nie będzie.

Pisma geopolityczne Drieu w latach 1941-1944 były bardziej przenikliwe niż wiele z tego, co pisano o wojnie w USA i Wielkiej Brytanii, ale jego narastająca krytyka konserwatywnego pangermanizmu Hitlera i katastrofalnych skutków, jakie wywierał na Oś, były w dużej mierze zarezerwowane dla jego niepublikowanych dzieł (choć kilka jego krytycznych utworów przeszło przez cenzurę).

W pośmiertnie wydanym Récit secret (1951) wyznawał wprost: „w tym, co powiedziałem i napisałem [w tamym okresie], powstrzymałem się od podkreślania pełnego wyrazu mojej pogardy dla Hitlera, który szkodził Europie tak samo, jak jego wrogowie”.

Z tych opublikowanych i niepublikowanych źródeł wiemy, że Drieu porzucił wszelką nadzieję na utworzenie federacji europejskiej pod niemieckim przewodnictwem. Niemcy, jak stwierdził, byli całkowicie nieświadomi ogromu zadań, z jakim mieli do czynienia: w swoim czasopiśmie pisał, że „widział dość Niemców, by uznać ich za takich samych idiotów jak Francuzów”.

Strategia militarna Niemców była nie tylko błędna, pozwalając siłom brytyjskim i amerykańskim na zajęcie Morza Śródziemnego; była one pozbawione wszelkiego politycznego sensu, traktując innych Europejczyków jak Üntermenschen, nie realizując w okupowanej Europie tej polityki, która przyciągnęła masy do narodowego socjalizmu w Niemczech, i zastępując cele wojskowe imperatywami politycznymi (jak gdyby to pierwsze, pokój Clausewitza, nie było odgałęzieniem tego ostatniego).

Hitler – doszedł do wniosku Drieu – pozostawał nacjonalistą rodem z XIX wieku – nieświadomym zmian dokonanych na świecie po 1914 roku, oraz niebezpieczeństw, jakie teraz stanowiły zagrożenie dla egzystencji Europy – niezdolnym sprostać wyzwaniom XX-wiecznej Europy.

Bardziej konserwatywny niż rewolucyjny, niemiecki faszyzm, jak przypuszczał Drieu, „umierał z bojaźliwości”.

Coraz bardziej wyobcowany od okupantów i z obsesją na punkcie nadchodzącej zagłady Europy, Drieu odmówił zerwania z kolaboracją, tak jak nie chciał szukać schronienia w Szwajcarii czy gdzie indziej, kiedy pojawiła się taka możliwość po 1943 roku. Czuł, że to kwestia honoru.

Najbardziej interesujący w wojennym europeizmie Drieu był jego rosnący podziw dla stalinowskiej Rosji, której waleczność i wola militarna przewyższały potęgę Niemców.

Drieu od dawna miał ambiwalentny stosunek do komunizmu. Odrzucał marksizm jako łatwą ideologię, której uproszczenia mogły zwieść masy, ale były obrazą krytycznego ducha; podobnie jak jego „kult produkcji” był rewersem burżuazyjnego materializmu.

I podobnie jak dzisiaj europejscy przedstawiciele Nowej Prawicy wierzył, że prawdziwe rewolucje zrodziły się z radykalnej transformacji wartości, a nie zmian społeczno-ekonomicznych, które propagowali marksiści. Dlatego Nietzsche był dla niego jedynym rewolucjonistą współczesności.

W porównaniu z Rzymem i Berlinem, Moskwa osiągnęła więcej w przestrzeganiu nietzscheańskich zasad zamiast tych z żydowskiej Nadrenii.

W tym samym czasie Drieu uświadomił sobie, że energiczny, odważny duch antyburżuazyjny, podobny do faszystowskiego ducha, istnieje w komunistycznych szeregach, stanowiąc kolejną możliwą alternatywę dla europejskiej dekadencji.

W związku z tym rosyjski „narodowy komunizm” nie był dla niego żydowskim straszakiem, jaki zrobili z niego niektórzy amerykańscy i europejscy konserwatyści, ale raczej siłą słowiańskiej pewności siebie.

W obliczu zbliżającej się porażki faszyzmu, sowiecka autokracja, jak widział, wkrótce stanie sama przeciwko plutokratycznym demokracjom reprezentującym awangardę nowoczesnej dekadencji.

Ponieważ Anglo-Amerykanie mieli mniejsze zdolności bojowe niż Rosjanie, Drieu omyłkowo przecenił potencjał tych drugich, sądząc, że Armia Czerwona może podbić całą Europę – doprowadzając do zjednoczenia Europy pod znakiem sierpa i młota.

W każdym razie wolał Europę zdominowaną przez Rosję niż Amerykę, ponieważ ta ostatnia (jako pozostałość po zbiegłych skazańcach, kradnących wszystko i ukrywających się (…) [którzy] przeszli bezpośrednio od barbarzyństwa do dekadencji) nie była ani rasą, ani kulturą, ale tłumem mieszańców oburzonym europejskim duchem.

Niestety, gdzieś pod koniec 1944 roku idea rewolucji europejskiej Drieu, ta czerwona nić która plotła się przez wszystkie jego dorosłe zajęcia, pękła.

Kapitalistyczne, faszystowskie i komunistyczne siły, na które kolejno spoglądał, nie potrafiły stworzyć alternatywy wobec panującej dekadencji.

Nie trzeba chyba dodawać, że dzisiejsza Unia Europejska jest tylko karykaturą tego, do czego dążył.

To, że perspektywa życia we Francji i Europie od czasu jego śmierci stawała się coraz gorsza, i że Europa może teraz stać się kolonią afroazjatycką, świadczy zapewne o wiarygodności jego kontynentalnej wizji – i o naglącej wciąż konieczności przeprowadzenia rewolucji w celu wyzwolenia Europa od zepsucia, stagnacji i zniszczenia męskości – od dekadencji niszczącej unikalne formy życia europejskiego.

 

(tłumaczenie: Piotr Pętlicki)

Dodaj komentarz