Rafał Sawicki: Dzień chwały żołnierza amerykańskiego

To był słoneczny poranek 16 marca 1968 roku. Mieszkańców leżącego w pobliżu wioski Mỹ Lai przysiółka Tu Cung obudził huk eksplozji pocisków wystrzelonych przez cztery 105-milimetrowe haubice. Ich celem było położone kilkaset metrów na zachód pole ryżowe, na którym miało dojść do desantu trzech plutonów kompanii Charlie z pierwszego batalionu 20. pułku piechoty, wchodzącego w skład 23. Dywizji Piechoty US Army. Ukrywający się w chatach wieśniacy nie wiedzieli jeszcze, że dla przytłaczającej większości z nich były to ostatnie chwile w ich życiu. Przecież wojna była dla nich chlebem powszednim. W końcu zamieszkiwali prowincję Quảng Ngãi, która miała bogatą tradycję oporu przeciwko kolejnym najeźdźcom. Jednak to, co miało być standardową operacją typu „znajdź i zniszcz”, przerodziło się w szatańską orgię śmierci, godną stronic Conradowskiego „Jądra ciemności”.

Dla żołnierzy kompanii był to czwarty miesiąc na wojnie, przybyli bowiem do Indochin w grudniu 1967 roku, gdzie przydzielono ich do skleconej naprędce Task Force Barker, której zadaniem było oczyszczenie okolicy z niedobitków po nieudanej ofensywie Tết, którą partyzanci Wietkongu przeprowadzili na przełomie stycznia i lutego. Plutonem, który jako pierwszy wylądował na polu ryżowym, dowodził porucznik William „Rusty” Calley, pochodzący z Miami na Florydzie syn weterana drugiej wojny światowej. Ten 25-letni oficer jeszcze podczas szkolenia na Hawajach osiągał bardzo przeciętne wyniki. Miał nawet problemy z czytaniem mapy. Nie był, delikatnie mówiąc, szanowany przez żołnierzy, którzy podobno planowali przeprowadzić na nim tzw. fragging – celowe zabójstwo pod pozorem śmierci w walce. Określano go jako nerwowego i pozbawionego zdrowego rozsądku człowieka, który za wszelką cenę chciał zgrywać twardziela. Zapewne właśnie ta rysa na jego psychice miała zaowocować tragedią.

Dwa dni wcześniej kompania straciła w zasadzce powszechnie lubianego sierżanta George’a Coxa. Jeszcze tego samego dnia wściekli po utracie kolegi żołnierze postrzelili i skopali na śmierć pracującą na pobliskim polu kobietę. Według informacji pozyskanych przez dowódcę kompanii kapitana Ernesta Medinę, odpowiedzialni za zastawienie pułapki partyzanci Wietkongu mieli ukrywać się właśnie na terenie Mỹ Lai w sile pełnego batalionu. Jednakże przeszukanie domostw nie wykazało obecności żadnych bojowników. Mimo tego faktu żądny zemsty Calley wydał rozkaz wymordowania bezbronnych mieszkańców wsi, w większości starców, kobiet i dzieci. Zresztą już wcześniej podczas okupacji tej zbuntowanej prowincji kierowano się mało wyszukaną zasadą, wedle której „wszystko co nie jest martwe lub białe, jest Wietkongiem”.

Jednakże w Tu Cung żołnierze zabrali się do wcielania w życie tej zasady z wyjątkowym sadyzmem. Kazano mieszkańcom siadać w rowach melioracyjnych, a następnie strzelano do nich z broni automatycznej. Innych dźgano bagnetami, a w większe grupy strzelano z granatników M79. Widziano jednego szeregowca, jak spycha człowieka do studni, a następnie wrzuca do niej granat. Podpalano chaty, by zmusić ukrywających się w środku ludzi do wyjścia na zewnątrz. Wiele osób przed śmiercią poddano torturom, kobiety gwałcono. Nie oszczędzano nawet niemowląt. Szeregowiec Paul Meadlo zeznał później, że podczas zabijania cywilów opróżnił kilka magazynków karabinu M-16. Przed zabiciem grupy dzieci miał częstować je cukierkami. Świadkowie wspominali, że podczas masakry żołnierze zanosili się dzikim śmiechem, jakby wstąpił w nich sam diabeł.

Orgię mordu przerwał dopiero śmigłowiec szturmowy Hiller OH-23 Raven pod dowództwem Hugh Thompsona, który wylądował na polu pomiędzy żołnierzami Calley’a i resztką ocalałych wieśniaków, a następnie zagroził piechurom otwarciem ognia z karabinów maszynowych, jeśli spróbują podejść do cywilów. Chwilę później Thompson zauważył, że coś się rusza w jednym ze stosów trupów. Wysłani przez niego członkowie załogi wydobyli spomiędzy poszarpanych pociskami ciał pokrytą krwią bliskich kilkuletnią dziewczynkę, po czym zabrali przerażone dziecko na pokład helikoptera. Jednocześnie Thompson przekazał drogą radiową informację o wypadkach w Tu Cung do kwatery głównej Task Force Barker. Po wykonaniu misji ratunkowej odleciał do bazy na oparach paliwa, zabierając na pokładzie dziewięcioro ocalałych Wietnamczyków. Choć później został odznaczony za wzorową postawę, fanatycy nie dali mu żyć w spokoju. Wysyłano mu liczne pogróżki, a pod jego dom rzucano martwe zwierzęta. Między innymi wskutek tych doświadczeń zapadł na zespół stresu pourazowego, pogłębiony jeszcze przez alkoholizm. Zmarł na raka w 2006 roku.

Ogółem w masakrze w Tu Cung śmierć poniosło od 357 do 508 osób. Wśród nich były 24 wielopokoleniowe rodziny, które zginęły w komplecie. Od początku próbowano jednak ją zatuszować. Pułkownik Oran Henderson, dowódca brygady, w szeregach której służyli sprawcy masakry, wszczął formalnie śledztwo, jednak przeprowadził je w bardzo niedbały sposób. W sporządzonym raporcie zeznał, że lecąc nad miejscem zbrodni widział najwyżej kilka trupów. Niedługo później Task Force Barker wysłała do kwatery głównej w Sajgonie meldunek z informacją, że pod Mỹ Lai stoczono zwycięską bitwę, w której zlikwidowano 128 bojowników Wietkongu. W procederze wziął udział również major Colin Powell, późniejszy sekretarz stanu w administracji George’a W. Busha. Dopiero rok później, dzięki wysiłkom pochodzącego z Arizony weterana Ronalda Ridenhoura i dziennikarza śledczego Seymoura Hersha, pierwsze szczegóły zbrodni zaczęły wychodzić na światło dzienne. Opublikowany przez tego drugiego w listopadzie 1969 roku na łamach New York Timesa artykuł, wzbogacony o wykonane przez Rona Haeberle’go fotografie z Tu Cung, wstrząsnął opinią publiczną i przyczynił się do spadku społecznego poparcia dla wysiłku wojennego w Wietnamie, które zresztą i tak kurczyło się co najmniej od czasu ofensywy Tết.

Sam Calley został oskarżony we wrześniu 1969 roku o zabójstwo „stu dziewięciu orientalnych istot ludzkich”. W 1971 zapadł wyrok dożywotniego więzienia, jednak wkrótce prezydent Richard Nixon nakazał wypuścić go na wolność. Osadzono go w areszcie domowym w Fort Benning, ale już w 1974 roku został ostatecznie ułaskawiony przez prezydenta Geralda Forda, który niedługo wcześniej zastąpił Nixona, odchodzącego w niesławie z urzędu wskutek afery Watergate. W międzyczasie Calley zdołał wydać autobiografię i zagościć na okładce magazynu dla mężczyzn Esquire, na której uśmiechnięty morderca otoczony jest przez grupę wietnamskich dzieci. Takich samych jak te, które zabijał w Tu Cung. Jak widać, amerykański duch przedsiębiorczości pozwala zarabiać nawet na własnych zbrodniach. Wokół jego postaci roztaczano aurę bohatera narodowego. W 1971 roku gubernator Georgii Jimmy Carter, późniejszy prezydent Stanów Zjednoczonych, określił go jako kozła ofiarnego i ustanowił ku jego czci „dzień chwały żołnierza amerykańskiego”. Komisje wojskowe zagroziły wstrzymaniem rekrutacji do czasu wycofania wyroku skazującego. Sędzia federalny Robert Elliot wskazał na biblijny precedens w postaci historii Jozuego, którego przecież nikt nie postawił przed sądem po masakrze Jerycha.

Masakra w Mỹ Lai stała się początkiem końca amerykańskich starań o pokonanie wietnamskich partyzantów z Wietkongu. Nie była to ani pierwsza, ani ostatnia zbrodnia wojenna, jaką dokonali Amerykanie. Wystarczy tutaj wspomnieć o rzezi Indian pod Wounded Knee. Jednakże tym razem doszło do masowej egzekucji cywilów w epoce massmediów, które w szybkim tempie rozpowszechniły makabryczne zdjęcia ofiar. Dysonans pomiędzy pełną frazesów o wolności i demokracji retoryką a zbrodniczą praktyką był niezaprzeczalny. Leżący u podstaw amerykańskiego ekscepcjonalizmu i doktryny unilateralizmu mit o Ameryce jako promieniującym na cały świat „lśniącym mieście na wzgórzu” stał się zwyczajnym pośmiewiskiem. Wychowane w kulcie nieskazitelnych superbohaterów rodem z komiksów Marvela społeczeństwo musiało przełknąć gorzką pigułkę prawdy o rzeczywistości, która składa się z różnych odcieni szarości. W efekcie tego narastały postawy pacyfistyczne, wcielane w życie przez rodzącą się subkulturę hippisów. Podczas masowych protestów wznoszono w stronę prezydenta Lyndona Johnsona okrzyk „LBJ, LBJ, how many kids did you kill today?” (ang. „LBJ, LBJ, ile dzieci zabiłeś dzisiaj?”). Sprzeciw wobec wojny momentami graniczył ze zdradą. Aktorka Jane Fonda robiła sobie zdjęcia w mundurze Wietkongu, a feministka Susan Sontag nazwała cywilizację białego człowieka „toczącym ludzkość rakiem”.

Nic dziwnego, że w takiej atmosferze polityka oparta na promowaniu amerykańskich wartości musiała ustąpić miejsca nieznanej od czasów Theodore’a Roosevelta realpolitik. Stojący na czele nowej administracji Richard Nixon nakazał rozpoczęcie negocjacji z Moskwą i Hanoi, a w 1972 roku, za namową Henry’ego Kissingera, zawarł wymierzone przeciwko Związkowi Radzieckiemu i Wietnamowi porozumienie z komunistycznymi Chinami. Jednocześnie CIA otworzyła obozy szkoleniowe, w których funkcjonariusze latynoskich reżimów Augusto Pinocheta i Jorge Rafaela Videli uczyli się bestialskich tortur, które później zadawali swoim obywatelom w owianych ponurą sławą katowniach. Miasto na wzgórzu zalśniło krwią ofiar doktryny Monroe. Dopiero w okresie rządów Ronalda Reagana ponownie rozwinięto sztandary liberalnej demokracji i kapitalistycznej wolności, jednak wtedy już mało kto – może poza Polakami – dawał wiarę tej retoryce. Mimo odtrąbionego przeze Francisa Fukuyamę „końca historii”, Ameryka wciąż podpalała mające strategiczne znaczenie dla jej interesów regiony świata, z Bliskim Wschodem na czele. Za sprawą postępu technologicznego poruczników Calley’ów zastąpiły bezzałogowe drony, które z chirurgiczną wręcz precyzją zamieniały jemeńskie wesela w pogrzeby. Tam, gdzie geopolityczny kontekst uniemożliwił jawne zastosowanie tego nowoczesnego sprzętu, zawsze można było udzielić wsparcia amerykańskim proxy w postaci „umiarkowanych terrorystów”, walczących o „demokrację” rodem z kazań tego czy innego salafickiego mułły.

Mija właśnie pięćdziesiąt lat od tego strasznego poranka. Duchy ofiar wciąż snują się nad polami ryżowymi Mỹ Lai, na próżno szukając sprawiedliwości. Zapewne już jej nie znajdą, gdyż amerykański Jozue w spokoju dożywa swych dni w słonecznej Georgii, którą swego czasu obrócił w perzynę inny amerykański bohater narodowy, William Tecumseh Sherman. W opinii sędziego Elliota ten generał z okresu wojny secesyjnej słynął ze swego „wyrachowanego okrucieństwa”, jednakże nie można go za to winić, gdyż zmusiła go do tego natura wojny. Wojna jest przecież piekłem, a żołnierz tylko wykonuje rozkazy. I to właśnie jest źródłem jego chwały.

3 komentarze

  1. Sztorm 68 – Szatański kraj
    cała prawda…

  2. NATO gorsze niż gestapo!

Dodaj komentarz