Aleksandra Raido: Cherubowy wędrowiec. Człowiek na grzbiecie orła

Spójrz, gdzie nie widzisz nic, gdzie ci braknie dróg, Słuchaj, gdzie cisza brzmi, bo tam przemawia Bóg” Angelus Silesius

 

Cyrk Schizofreników

Jednym z przejawów fragmentacji i pustki w życiu ponowoczesnego człowieka jest fakt, że większość jednostek formalnie i fizycznie wrzuconych w dorosłość nigdy nie wykracza poza ukształtowanie wydmuszki ego, umożliwiającej powierzchowną adaptację społeczną, zbyt kruchej jednak, aby pomieścić wartości kulturowo-ideologiczne. W efekcie wyrosły nam w Polsce już co najmniej dwa całkowicie pozbawione tożsamości i politycznie indolentne pokolenia, które – pod silną presją współczesnego imperatywu rozwojowego połączonego z nagromadzeniem (dez)informacji – nastawione na progres, konsumpcję i pozory bezpieczeństwa, rozbite pozostają pomiędzy wizją osobistego materialno-zawodowego sukcesu, a rzeczywistością. W dalszej konsekwencji, wartości życia zbiorowego, zbiorowej kultury i archetypów u jej podłoża nie tylko nie są przyswajane, ale w ogóle nie są kultywowane, a kolektywny wymiar zarówno duchowy, jak i intelektualny, ma głębię przydrożnej kałuży. Trudno się więc dziwić, że w opinii publicznej i w polityce naszego kraju dominują produkty dziecięcej wyobraźni i życzeniowego myślenia, wdrażane w praktykę przez histeryków na stanowiskach ministrów, klaunów w mediach, plac zabaw w sejmie i premiera, który przed sztabem dziennikarskich hien z bliskowschodniej odnogi USA poci się i jąka jak maturzysta na ustnej (choć możliwe, że to ostatnie jest celowym uwstecznieniem w ramach odgórnego rozkazu). Brak wspólnej podpory w postaci żywej Tradycji jest zarówno przyczyną, jak i skutkiem tego, że w ponowoczesnym społeczeństwie skrajna polaryzacja poglądów dotyczących pierdół i jedność tam, gdzie wszelkiego rodzaju liberałowie – prawicowi, lewicowi i apolityczni – stanowią miękkie tworzywo wszelkiej manipulacji, sprowadza debatę publiczną do poziomu bitwy na śnieżki. Ponowoczesny człowiek także i na polu osobistym jest więc pozbawionym wszelkiej integralności schizofrenikiem, pod dyktatem generowanych przez światowy rynek i kultywowanych przez rozleniwione społeczeństwo pseudo-potrzeb próbującym zmieścić w sobie dziesiątki małych „ja”: ja-student, ja-pracownik, ja-małżonek, ja-rodzic, ja-konsument, ja-otwarty-umysł, ja-realista, ja-ideolog, ja-cynik (nade wszystko „ja-cynik”). Jakkolwiek dobrze nie udawałoby się pogodzić tych „ja” i łączyć pasji, czy nawet misji, jeśli ktoś takową posiada, z funkcją biologiczno-społeczną i ekonomicznym przetrwaniem oraz chłodnym okiem relatywisty (w społeczeństwie spektaklu wszyscy, chcąc nie chcąc, jesteśmy do pewnego stopnia relatywistami), zawsze prowadzi to do „amputacji” części siebie lub do kompromisów, jeśli nie hipokryzji, oraz do sytuacji, w której – gdy trzeba nam bezkompromisowej emanacji woli pod jednym zdecydowanym „ja-tu-oto” – załamujemy się jak Raskolnikov. Wśród schizofreników, człowiek integralny jest wariatem, zwłaszcza gdy daje upust swojej woli w ramach konkretnego działania. Aby uniknąć metki „wariata”, a nade wszystko poprzez to, co Kierkegaard i Heidegger nazywali wewnętrzną trwogą (angst), a Sartre mdłością, obrzydzeniem (nausée) w obliczu przekleństwa i błogosławieństwa wolnej woli, wycofujemy się więc w dziesiątki własnych awatarów i popadamy w wieczne „jeszcze nie teraz”. Używając dalej języka egzystencjalistów, „ja”, którym jesteśmy, jest wiecznie uzależnione od „ja”, którym mamy, bądź możemy, się stać i vice versa. Dlatego też każda namiastka heideggerowskiego ereignis, czyli wydarzenia, które – w ramach przyrodzonej nam, jako istotom obdarzonym wolną wolą, troski o podejmowane działania – unaoczniłoby, wyciągnęło na światło dzienne naturę istot integralnych lub pretendujących do integralności ­– nie jest ani dojrzała, ani pełna. W konsekwencji, żaden ruch społeczny nie jest dojrzały, ani pełen. W niektórych wypadkach może to i lepiej. Nikt, zdawałoby się, nie potraktuje poważnie chordy przebranych na czarno kobiet, którym identyfikacja z fetyszami ponowoczesnej pseudo-polityki i trwożliwa wyobraźnia nakazują wypisywać postulaty typu „prawa kobiet to prawa człowieka” (no shit!), kuriozalne oksymorony, jak „prawa reprodukcyjne to prawa człowieka […] żądamy ochrony zdrowia w ciąży (z prawem jej przerwania)” i buntownicze skróty myślowe o wydźwięku wręcz marketingowym w rodzaju „dostępna i tania antykoncepcja – zgodna z Twoim sumieniem, A NIE KSIĘDZA, CZY LEKARZA” (można byłoby się zastanawiać ile jest w narodzie tych indywidualnych sumień i jakie mogą przybrać formy). Po każdym postulacie wykrzyknik. To, co uderza w widoku takich roszczeń i przyklaskującego im zbiorowiska, to fakt, że – bez względu na zasadność lub bezzasadność postulatów –  większość z tych kobiet jest żywym paradoksem, wymachującym chorągiewką oznaczoną „wolność”, w swoim poczuciu zaszczucia nie zdając sobie sprawy, że same w sobie – w połączeniu z gospodarczym batem korporacji, którego nie zauważają, a którego obecność wspierają poprzez utwardzanie statusu kobiety jako bezdzietnej wyrobnicy wyjętej spod płaszcza odpowiedzialności społecznej – są zagrożeniem dla prawdziwej Wolności, a ich cel sprzeczny jest z przyrodzoną, naturalną rolą kobiety. Coś więc poszło nie tak. Połączenie młodości i płodności z hasłami wojującego trans-humanizmu, to jak widok łąki zaśmieconej do tego stopnia, że nie widać kwiatów.  W oczy rzucają się dwa rodzaje postulowanej pseudo-wolności: wolność „od” i wolność „do”, czyli typowa wypadkowa atomizmu i materializmu, a więc kolejna z kalek zachowań społeczeństwa liberalnego. Feministki, jako zbiór jednostek, chcą (chcą, chcą chcą!!!) być wolne od przynależności płciowej, moralności społecznej, a także – w wielu wypadkach – wyjęte spod prawa w ramach tzw. „wolnego wyboru” (co już samo w sobie jest błędem logicznym: wolny wybór istnieje zanim dojdzie do poczęcia; wszystko potem nie jest już wolnym wyborem, a co najwyżej przywilejem cywilizacyjnym, umożliwionym poprzez rozwój medycyny w konkretnym kierunku w konkretnej formie, a więc nie jest wolne od społecznych dylematów moralnych i, bez względu na ostateczny werdykt, pozostaje kwestią zbiorowej odpowiedzialności). Każde ich małe „ja” krzyczy więc o to, aby zostać oderwane od jakiejkolwiek podstawy, czy to biologicznej, czy kulturowej, co w konsekwencji prowadzi także i do wewnętrznego rozpadu. Dostojewski nazywał to „rozpaczą, która karmi się brakiem upojenia”[i]. I rzeczywiście na taką rozpacz najbardziej podatne są kobiety; kiedyś nazywano to obłąkaniem i zalecano modlitwę, a kiedy dogmat nauki zwyciężył nad religią, zaczęto nazywać „histerią”, modlitwę zastępując takim cudem kobiecej emancypacji jak wibrator. Kolejny żart kabaretu ponowoczesnej groteski, który ludzie wzięli na serio i przeszli nad nim do porządku dziennego. To jest właśnie prawdziwa twarz tego, co w oderwaniu od Tradycji uznano za naukę – zbiór domysłów i dogmatów, zbiór skrótowych rozwiązań, oparty na widzi-mi-się „wybitnych” przedsiębiorczych jednostek, dla którego to widzi-mi-się brak społecznej podszewki moralno-duchowej i poklask dla wspartej chciwością „oryginalności” są jak kółka, skrzypki i piszczałka dla wędrownego cyrku.

Jam tej siły cząstka mała…

W jednym z wydań zbioru Cherubowy Wędrowiec, katolicki mistyk Johannes Scheffler, szerzej znany jako Anioł Ślązak, umieścił rycinę przedstawiającą człowieka na grzbiecie orła. Z rozpostartymi ramionami, człowiek spogląda w stronę oświetlającego go słońca, na którym widnieje symbol Trójcy Świętej w postaci trzech płomieni, u góry widzimy zaś wstęgę z napisem Cherubinischer  Wandersmann[ii]. Orzeł, niosący człowieka, to uraniczno-telluryczny symbol bożej wszechwładzy i woli, długowieczności, odrodzenia, światła, wiatru, ciepła, burzy, pioruna – w naszej kulturze występuje jako symbol Chrystusa lub też inaczej manifestowanych aspektów Boga Najwyższego, czyli nie tylko Chrystusa-Swarożyca-Słońca, ale także Peruna, który z kolei utożsamiany jest ze św. Eliaszem, św. Jerzym, św. Michałem oraz, sięgając nieco dalej w obręb kultur indoaryjskiej i staro-europejskiej, z wedyjskim Indrą, skandynawskim Thorem i innymi wojownikami, posługującymi się mieczem, młotem, toporem bądź piorunem, walczącymi ze smokiem/wężem. Orzeł to też wykonawca kary za nieudane heroiczne czyny (Zeus wysyła orła, aby wydziobywał Prometeuszowi wątrobę), a w Biblii głosiciel końca świata (I usłyszałem głos orła lecącego środkiem nieba, wołającego donośnie: Biada mieszkańcom ziemi. Apokalipsa 8:13). W ramach panującego w naszej kulturze pryzmatu uranicznego, człowiek powinien więc, w ramach podróży ku zrozumieniu swojego Bycia – wykraczać spojrzeniem poza horyzont ziemski i patrzeć w górę, skąd pochodzi jego siła: ku niebu, ku Bogu Najwyższemu, aby bezwarunkowo podporządkować się jego prawom i żyć na jego podobieństwo. To męski logos pozytywnej tytaniczności, heroizmu i porządku, który składa się właśnie na znienawidzony i płyciutko rozumiany przez feministki „patriarchat”. Walczyć z dyskryminacją pracowniczą lub – w granicach absurdu – walczyć ze zbrodnią gwałtu na podwałach „walki o prawo do”, „walki o prawo od” i „walki z patriarchatem” to ślepota związków przyczynowo skutkowych, droga na skróty dla leniwych i zdesperowanych, prowadząca donikąd.

Do zrozumienia tego, gdzie leży rzeczywista krzywda dzisiejszego społeczeństwa, co stało się z naszą podszewką moralno-duchową i dlaczego wolność w jej dzisiejszym pojęciu – słowami J. Evoli – ma pustkę u podstawy[iii], nie doprowadzi zaś żadna droga na skróty. Dlatego też, przeciwnie do tych, którymi targa życzeniowe myślenie i pośpiech, Tradycjonalista bierze sobie za zadanie karczowanie dawno zarośniętych ścieżek w poszukiwaniu prawdziwego kwiatu paproci: zagubionej Tradycji. Jak pisał Leopold Staff (nieprzypadkowo zresztą, tłumacz Nietzschego) w wierszu Falanga Tragiczna:

[…] dla żagli nie stworzona przystań, lecz żegluga […]  Idziem na nieodpłatny i na śmierciodajny szał walki […] ku prawdzie tajnej. Bezkorzystni, jak szczyty i jak błyskawice, oddamy za nią śmierci ziemską ciał ulepę, choć wiemy, że i orły prosto w słońca lice, patrzeć mogą dopiero gdy stare – i ślepe.

Do starości i ślepoty wrócimy, uprzednio koncentrując się na samej ideologicznej podróży i jej tragicznym rozbiciu. W filozofii Nietzschego, w jego dążeniu ku „brzegowi przeciwnemu”, napotykamy symboliczne odwołanie do antyku, w postawach apollińskiej i dionizyjskiej[iv], który to temat rozwinięty był potem przez Evolę, a wśród nam współczesnych: przez A. Dugina w jego zbiorze Ноомахия. Postawa, bądź też logos, apolliński to afirmacja tego, co jasne, solarne, niebiańskie, uporządkowane, heroiczne, suche, przejrzyste, logiczne, pozytywnie tytaniczne, prawoskrętne, widoczne – w naszej oraz innych kulturach, w których na przestrzeni czasów historycznych przeważył apollinizm, uznawane za zamknięte, jako forma doskonała. Postawa dionizyjska zaś obejmuje to, co ciemne, lunarno-chtoniczne, chaotyczne, wilgotne, nierzadko radosne, ale też destrukcyjne w swojej przewrotności, lewoskrętne, bezgraniczne, pozbawione stałej formy, a często fizycznie oślepione i kładące nacisk na inne zmysły, niż wzrok. Obie te postawy obecne są we wszystkich kulturach świata, choć w różnych proporcjach – im starsza kultura, tym większej można doszukać się harmonii pomiędzy nimi.[v] Często widać to w zestawieniu bóstw jednorękich i jednookich, kalectwo i ślepota bowiem od zarania dziejów stanowią symbol ofiary i kontaktu z Bogiem. Według Dumézila[vi], skandynawski jednoręki Tyr i jednooki Wotan (Odyn) wyrażali właśnie tę pozorną dychotomię – jeden z nich heroiczny, jasny (uważany za boga nieba), odpowiedzialny za władzę militarną, drugi mroczny, utożsamiany z władzą kapłańską[vii]. Podobnie w wierzeniach indoirańskich, funkcjonuje Mitra/Ahura Mazda/Ormuzd, kojarzony ze spokojem, rozumem, światłem i opiekuńczością oraz gwałtowny, „ciemny” Waruna/Aryman, a na Słowiańszczyźnie – z jednej strony solarny, niebiański Swarog wraz z jego świetlistymi „synami” Swarożycem i Perunem, z drugiej utożsamiany ze skandynawskim Odynem jednooki Weles. W Pieśniach Rygwedy Mitra i Waruna współpracują ze sobą przy stworzeniu świata i razem sprawują nad nim pieczę. Podobnie, w mitologii i folklorze Słowiańszczyzny, funkcjonuje mit kosmogoniczny, w którym Bóg powołuje do życia swojego pomocnika, którego interwencja z kolei doprowadza do uporządkowania świata (np. Świętowit, w postaci łabędzia pływający po przedwiecznym oceanie, zauważa weń swoje ciemne odbicie i nadaje mu imię Weles, sam przybierając postać niebiańskiego Swaroga). Jak piszą Joanna i Ryszard Tomiccy w Drzewie Życia, w folklorze chrześcijańskim „odejście” Boga do nieba i wtrącenie Diabła do podziemia, powoduje powstanie struktury bipolarnej, czyniącej świat miejscem ścierania się sił tych dwojga. Dalej w micie kosmogonicznym, w zależności od wersji: Bóg/Swarog kładzie się ku wschodowi, a Diabeł/Weles ku zachodowi, bądź też Diabeł, próbując utopić Boga, nosi go w cztery strony świata, powodując rozrastanie się lądu. Nietrudno zauważyć, że, tym samym, naznacza stworzoną ziemię znakiem krzyża.[viii] Rola ludzkiego angst w ramach darowanej wolnej woli, w środowisku ścierania się dwóch sił i narastających wraz z rozrostem cywilizacji dylematów moralnych, a także rosnącego rozwarstwienia niegdyś współdziałających aspektów, jest oczywista. W tellurycznej strefie kosmosu, czyli np. w świecie ludzi, te przeciwstawne siły utożsamiane są przez węże/diabły/smoki ze strony chtonicznej/dionizyjskiej i przez Żmija/Peruna/św.Eliasza/św.Jerzego/św.Michała ze strony apollińskiej/niebiańskiej. Dugin w swojej interpretacji podąża dość daleko, twierdzi bowiem, że – skoro apolliński element jest „odgórny”, autorytarny, a element dionizyjski jest dialektyczny – to w Chrześcijaństwie zawarte są oba w postaci nie tyle Boga i Diabła, co transcendentalnego Boga Najwyższego i  immanentnego Chrystusa (Chrystusa, jako człowieka)[ix]. Nietzsche, rzecz jasna, uważał dionizyjskość właśnie za tę cenną witalną, twórczą i potężną siłę, którą utraciliśmy zarówno jako jednostki, jak i jako cywilizacje, utykając przez to w stagnacji, prowadzącej do powolnego „usychania” i umierania naszej kultury, a w końcu także i do symbolicznej „śmierci Boga”. Evola zaś krytykował Nietzschego za to, że w swojej filozofii wiecznego ruchu, wiecznego tańca i stawania się dążył co prawda do odrodzenia aspektu dionizyjskiego, lecz czynił to w ramach filozofii człowieczej woli mocy, ziemskiej ambicji. Zdaniem Evoli, brak postawy transcendentalnej i pełnego zrozumienia saṅsāry, w przypadku Nietzschego doprowadził do nagromadzenia angst i do ostatecznego załamania nerwowego.[x]

 

Dionizyjski Apollinizm

 

Jakiekolwiek nie byłyby powody załamania Nietzschego, to trudno nie zgodzić się z tym, że pozbawiony swojego „mrocznego odbicia” logos apolliński, zwłaszcza w jego późnej formie, kreuje coś w rodzaju chłodnego krytycznego dystansu w stosunku do tego, co ziemskie i, przede wszystkim, tego, co ukryte, pozbawiając człowieka bezpośredniego kontaktu z jego głębokim „ja”: nawet w istotach apollińskich istnieje wszak druga natura, którą możemy nazwać dionizyjską. W którymś momencie budowania cywilizacji niemalże całkowicie zatraciliśmy tę dionizyjską część na poziomie kultury (choć trzeba tutaj, w ślad za Nietzschem, zauważyć, że to nie „Apollo” jest temu winien). Po tym, jak aspekt dionizyjski został wypaczony, a w dalszej konsekwencji wyrzucony w błoto wraz z „bałwanami” późnego politeizmu, przed śmiercią uratowała go chłopska strzecha, pod którą – w postaci elementów wierzeń ludowych – przetrwały pomniejsze elementy aspektu chtonicznego: rusałki, nocą myjące księżyc w jeziorach, wiły i topielice, które wciągały mężczyzn do podwodnego świata rzek i jezior, a także wszelkie mary, zmory, kikimory (związane z chaosem koszmarów sennych). Nie tylko więc w folklorze część Tradycji została oderwana i sprowadzona do przypowiastek, „straszaków” i zwyczaju, ale – w dalszej konsekwencji – cywilizacja została zagoniona w kozi róg. Z jednej strony bowiem: nasza jasna apollińska tytaniczność, pozbawiona dionizyjskiej intuicji, a z drugiej to, co prof. Dugin nazywa mrocznym logosem Kybele, który coraz silniej panuje w (wspa)kulturze Zachodu[xi] i przełazi do nas wraz z tamtejszą „misją cywilizacyjną”. Logos ten, w którym Kybele, tak jak i w przypadku apollińskości i dionizyjskości, jest traktowana jako symbol, nie jako dosłowne odwołanie do konkretnego bóstwa, to logos ponowoczesności, liberalizmu, materializmu, atomizmu, wiecznego nienasycenia, ciemiężenia, wyzysku. Kybele to kastrująca i pożerająca mężczyzn tytanka, przerośnięta i dręcząca swoje dzieci matka. Nie należy więc utożsamiać logosu Kybele z pierwotnymi wodami (Danu, Tiamat) ani z czystą Matką Ziemią (np. Mokosz, czy Marzanna). W wyobrażeniu Dugina, Kybele, jako tytanka i jako duch ponowoczesności wyrosły na odpadach chaosu ludzkiej cywilizacji, nie wpisuje się w harmonię przyrody i cechuje się krwiożerczością, nadmierną aktywnością i ambicją parcia wciąż przed siebie, a nade wszystko: nienawiścią do mężczyzn, do wartości logosu apollińskiego i patriarchatu. Już Evola zauważał, że tym, co może pomóc nam ujeżdżać, a kiedyś być może i zajechać, tygrysa ponowoczesnej cywilizacji, lub – używając duginowskiej analogii – wtrącić się w walkę dwóch tytanów i ostatecznie pokonać Kybele – jest dionizyjski apollinizm: zachowanie tego, co łączy nas z Niebem, a jednocześnie spojrzenie w dół, ku chtonicznej sferze tajemnic. Inaczej może skończyć się, jak w wierszu Byrona: In `pride of place’ here last the eagle flew, Then tore with bloody talon the rent plain, ambition’s life and labours all were vain; He wears the shatter’d links of the world’s broken chain[xii]. I choć wersy Byrona (niestety) traktują o Napoleonie, to dobrze obrazują, co dzieje się z orłami, w których nie ma dionizyjskości – z tytanami, w których nie ma intuicji i refleksji. Wpadają w ręce Kybele, zmuszone są by nosić strzaskane ogniwa złamanego łańcucha dziejów: czy to w ramach błędnej kalkulacji szans i militarnej porażki, czy w ramach wewnętrznej porażki ducha, zaślepienia poprzez ego i ambicję.

Tutaj jednak trzeba rozróżnić co najmniej trzy aspekty chtonicznej sfery, często pomijane przez autorów zainteresowanych Tradycją, a obecne w pełnej krasie u Dostojewskiego. „Orzeł”, chrystusowy bohater powieści Idiota, Lew Nikołajewicz Myszkin, na wzór ludzi przytłoczonych nowoczesnością załamujący się w poetyckim szale, gdy przychodzi mu dać upust swojemu spójnemu „ja” w rozmowie z liberałami (w środowisku zbudowanym na warunkach ich złamanego jestestwa), znajduje swój duchowy „dom” w miłości do dwóch kobiet i nie może zaznać spokoju, dopóki one dwie nie zostaną pogodzone, a jego integralność w miłości do obu zrozumiana. Mamy więc chaotyczny, niepohamowany potencjał przedwiecznego oceanu (Danu, Tiamat), u Dostojewskiego spersonifikowany jako straszna i piękna Nastazja Filipowna, ale także delikatność górskich źródeł, bądź też blask gwiazdy zarannej, symbolizowany przez Agłaję (grec. Aglaja = promienna). Przez pryzmat kultur apollińskich być może ta druga wydaje się przyjemniejsza, ma to jednak większy związek ze zwyczajem, a nawet z przyzwyczajeniem, niż z Tradycją. Gwiazda zaranna – choć zwiastuje nadejście Słońca, tak jak utożsamiana z Jutrzenką Maryja zwiastuje nadejście Chrystusa (u Dostojewskiego to właśnie Agłaja „wprowadza” chrystusowego Myszkina w cywilizowany, „ziemski” świat) – to nie ma wyboru: musi świecić w kierunku ziemi, tak samo jak woda musi w nią wsiąkać. Ziemia natomiast – kolejna „twarz” aspektu chtonicznego, jest matką bogatą w rozmaite dobra: niektóre materialne (dominujące w ponowoczesnej świadomości), niektóre niematerialne i niedostępne dla nowoczesnego człowieka, który w znacznej mierze stracił kontakt ze świętą rolą gór, jaskiń itd. Jak nietrudno się domyślić, Dostojewski spersonifikował również i ten aspekt sfery chtonicznej. Wybrakowane i zranione macierzyństwo, zatruta odpadami cywilizacji Matka Ziemia, to Lizawieta Prokofiewna, która jest zarówno kochającą opiekunką swojej rodziny, jak i jej ciemiężycielką, łatwo wpadającą w złość – jak Kybele, mroczna matka, dająca życie, ale również je odbierająca; kastrująca mężczyzn i pożerająca swoje dzieci. To, co razi u Dostojewskiego to absolutny brak silnych męskich postaci – ich ciągła bezradność, pożądliwość i chciwość, występujące jako jeden ze zwiastunów Apokalipsy. Myszkin, jako jurodiwy, „chrystusowy idiota” wyśmiewany jest przez materialistów i liberałów, czyli prawdziwych ciemiężycieli kobiet, kapitalistów, biznesmenów, chutliwych kombinatorów, których z pojęciem „patriarchatu” w appolińskim rozumieniu łączy, co najwyżej, fizyczna płeć i jakieś strzępy ziemskiej ambicji, która przybiera formy niczego innego, jak darwinizmu społecznego szkodliwego dla obojga płci, dla kultury i dla wszelkiego życia. To, czego brakuje zarówno Nastazji, jak i Agłai, to silny, mądry mężczyzna, obie bowiem pozbawione są silnego, mądrego ojca. W obliczu rozbicia aspektu chtonicznego/dionizyjskiego (1. napiętnowana przez społeczeństwo Nastazja, 2. ubezwłasnowolniona przez cywilizację i status quo Agłaja, 3. matka-ciemiężycielka Lizawieta) i w obliczu mordowania przez nowoczesność prawdziwych męskich wzorców, apollińska kultura cierpi do tego stopnia, że to, co Dugin nazywa Kybele, a Dostojewski po prostu Gwiazdą Piołunową (patrz: Apokalipsa) doprowadza do upadku cywilizacji do piekła. Stąd pociąg Nastazji, Agłai i Myszkina do siebie nawzajem oraz ich zagubienie w „cywilizowanym” świecie.

To, czego potrzebuje świat pozbawiony słonecznego męskiego pierwiastka i prawdziwej kobiecości we wszystkich jej odsłonach (Przedwieczny Chaos, Jutrzenka, Ziemia – analogicznie wiedźma, niewiasta, matka), to – uwaga, uwaga – nie wyskrobywanie dzieci z macic (uczcijmy to spostrzeżenie minutą ciszy…), a prawdziwy patriarchat, który rozumie swoje współdziałanie z dionizyjskością, przedwiecznym oceanem archetypów, „kobiecością”. Tylko w jego ramach Agłaja nabrałaby pełnego potencjału najjaśniej świecącej na nocnym niebie Jutrzenki/Wenus (w alchemii nie bez powodu symbolizowanej przez rtęć: wodę życia, ale także truciznę, potężną dionizyjską siłę witalną, która zbliża człowieka do kamienia filozoficznego/Boga tylko jeśli wsparta jest obecnością korespondującego z nią męskiego pierwiastka), chaos Nastazji straciłby autodestruktywne formy, a Lew Myszkin byłby postrzegany tak, jak widziały go Nastazja i Agłaja: jako zbawiciel. Niezrozumiani, kończą w objęciach prozaicznego chaosu ziemskiej cywilizacji, choroby, wyzysku i śmierci. Spada na nich Gwiazda Piołunowa. Pożera ich logos Kybele.

Chrystus, Odyn, Dziad Wędrowny: wieszcza siła mężczyzn

 

Jednym z elementów aspektu dionizyjskiego jest ogromna rola wszelkich wróżb, wieszczb, podwodnych studni kryjących wiedzę i tajemnice, objawień mistycznych. Rola ta, zwyczajowo podejmowana przez kobiety, którym bliższe są aspekty chtoniczno-lunarne, do perfekcji zostaje doprowadzona przez mężczyzn. Spośród kobiet-uzdrowicielek, tylko Odyn potrafi złożyć złamaną nogę konia, należącego Baldra[xiii](Baldr, swoją drogą, jest zapowiedzią nowego poranka ludzkości); podobne moce uzdrawiające posiada Chrystus. W mitologii słowiańskiej przyroda odradza się na wiosnę, gdy mroczną podziemną krainę opuszcza brat Marzanny, Jaryło, na białym koniu. To Odyn przebija się włócznią by wisieć na jesionie przez 9 dni, sięgnąć do podziemnego źródła pamięci i dać ludziom wiedzę o runach (wyśmiewany zresztą przez bardziej „apollińskich” bogów). W zamian za wiedzę, w ramach typowych praktyk inicjacyjnych wyrażających rytualną śmierć i zmartwychwstanie, okalecza się i oddaje lewe oko, tym samym na wieki otwierając je na tajemnice podziemi, snów, poezji i magii. Yggdrasil tożsamy jest z axis mundi – osią świata, czyli z drzewem życia i z krzyżem, na którym Chrystus w podobny sposób poświęca się, przebity włócznią, aby zmartwychwstać i zbawić ludzkość. W obu przypadkach, Odyna i Chrystusa, ewidentny jest motyw podróży w zaświaty lub do podziemi (Odyn – do źródła Mimira; Chrystus – „zstępuje do piekieł”) oraz podróży pomiędzy domeną śmierci/nocy, a niebem. I choć w dzisiejszych interpretacjach z punktu widzenia logosu apollińskiego, za głównego boga skandynawskich wierzeń uważa się często „niebiańskiego” Tyra, to Tacyt uznawał Wotana (Odyna) za głównego boga Skandynawów[xiv]. Zdaniem P. Słupeckiego, dominacja Wotana, jako najważniejszego z bogów i wodza Asów, mogła mieć miejsce wśród wyższych warstw społecznych: starszyzny, arystokracji i poetów, również zwyczajowo powiązanych z wiedzą tajemną. Sam Odyn zasiadał na kamiennym tronie Hlidskjalf z otworem, służącym do oglądania innych światów; występował też w roli wędrownego poety-żebraka: to on wykradł  miód poezji; to on w szaroniebieskim płaszczu i szerokim kapeluszu, pozbawiony oka, siwobrody poszukiwał wiedzy i odwiedzał ludzkie domostwa jako Gangleri (wędrowiec), czy po prostu Gestr (gość). Mistycyzm dziadów wędrownych jest obecny także i w polskiej, i słowiańskiej ogółem, kulturze, czego elementy pozostają do dziś obecne podczas czasu przejścia na poziomie kosmicznym i społecznym, a więc postu wielkanocnego i przede wszystkim okresu bożonarodzeniowego, czyli np. w tradycji kolędniczej, w pochodach Dziadów Żywieckich, a także zwyczaju pozostawiania jednego dodatkowego miejsca przy wigilijnym stole. Do tego dochodzi ogromna rola dziadów w świętach zadusznych (kiedy proszono ich o wspominanie dusz przodków), czy zapraszanie na tzw. „obiad dziadowski” po stypie w celu sprawowania pieczy nad bezpiecznym odejściem duszy w zaświaty. Na terenach dzisiejszej Polski, Ukrainy, Białorusi, czy Rosji, dziad wędrowny był też często śpiewakiem, a więc poetą, do niedawna jeszcze spotykanym pod kościołami, a także obchodzącym wszystkie domy we wsi. Jak pisze Katja Michajłowa[xv], w odróżnieniu od kolędników, dziad wędrowny, wchodząc do domu, nie ulegał zmianie z „obcego” na „swojego”, a pozostawał na granicy dwóch światów. Podczas gdy kolędnicy odbywają rytualną drogę z chaosu do kosmosu i są aktywni w ramach społecznej aktywności etnosu, dziad wędrowny pozostaje stałym, biernym obserwatorem, nosicielem odwiecznych boskich prawd i pamięci przodków (s. 214). Chłopiec-kolędnik jest więc elementem apollińskiego, męskiego, wojowniczego heroizmu i przezwycięża przeszkody wędrując przez ciemne noce i błotne drogi, dziad jest zaś statycznym nosicielem tajemnej wiedzy. Sam święty Mikołaj – jeden z głównych bohaterów pieśni dziadowskich – odwiedzający domostwa, bezinteresownie obdarowując dzieci, wpisuje się w ten schemat (zwłaszcza, że utożsamiany bywa z Welesem, słowiańskim odpowiednikiem Wotana, a jego pastorał – z wołosożarami, bronią Welesa, czyli pasem Oriona, a także – prozaicznie – z kijem dziada wędrowca). Mikołaj nie bez powodu pojawia się w czasie Bożego Narodzenia, zimowego stania Słońca. Gdy Słońce/Chrystus schodzi do podziemi, aby walczyć z demonami (Jezus jako czerwony wojownik bogato opisany w hermetycznych tekstach Evoli), ze wszystkich czterech stron świata nadchodzą strażnicy, kolędnicy, w maskach, wyrażających nie coś „zewnętrznego”, a raczej ukryte dionizyjskie „ja”, które w czasie najdłuższej ciemności apolliński heros może wykorzystać, paradoksalnie, do odrodzenia światła. Analogicznie, Wotan występuje pod wielością imion i wielością postaci, a w zwrotach Grimnismal jego „nazywam się ja…” nosi szczególną wagę. Starożytne misteria tańca i śpiewu (obecne do dziś np. w postaci łotewskich tańców „swastycznych”, a w Polsce: w formie wspomnianych już Dziadów Żywieckich, kolędowania itd.), którym towarzyszyły maski i przebrania – czyli prototyp tego, co w wypaczonej wersji stało się teatrem – to naśladowanie bóstw, naśladowanie kosmogonii, życie na boże podobieństwo: to jest właśnie wejrzenie w Słońce z jednym okiem starym i ślepym, jak pisał Staff. Samo zejście do podziemi obecne jest, jako motyw, we wszystkich kulturach świata. Za kolejny z wielu przykładów może służyć mit o Demeter i Persefonie, czy ich słowiańskich odpowiednikach: Marzannie i Jaryle. Co ciekawe, u Eurypidesa, w micie o Penteuszu (interpretowanym jako prezentacja konfliktu pomiędzy dwoma siłami determinującymi ludzką egzystencję[xvi]), król tebański więzi Dionizosa, podważając jego boskość. Dionizos uwalnia się i doprowadza do śmierci oprawcy z rąk ogarniętych szałem kobiet. Choć logos dionizyjski jest kategorią filozoficzną i nie odnosi się bezpośrednio do bóstwa-Dionizosa, to trudno uniknąć tutaj analogii do sytuacji, w której uniesieni apollińską świętą dumą współcześni Tradycjonaliści, wyrzucając w błoto swoją dionizyjskość i traktując ją jako coś „zewnętrznego” patrząc z pryzmatu historycznych wypaczeń, skazują się na karę z rąk oszalałych kobiet.

Ofiara i Heroiczna Przyjemność

 

Na grobowcach koptyjskich, orzeł przedstawiany jest u stóp krzyża (w alchemii dół krzyża symbolizuje sferę chtoniczną), z symbolem ankh w dziobie. Wedle dionizyjskiej interpretacji kultury to, co uraniczne i to, co chtoniczne, koresponduje ze sobą i stanowi dwie strony tego samego, jak w chińskim symbolu ying i yang: jako w niebie, tak i na ziemi (w Chrześcijaństwie) i „jako w górze, tak na dole” (w hermetyzmie i alchemii) nabiera z tej perspektywy głębszego wymiaru. W przyrodzie nie ma życia bez światła słońca i wilgoci ziemi. Prawdziwe zrozumienie Tradycji i prawdziwa Wolność, jak pisał Jaspers, a za nim Evola, pojawia się tam, gdzie wszystkie pozornie „bezpieczne” pozycje zostają obnażone jako ułuda, a przed nami rozpościerają się możliwości dostrzeżenia tego, co leży głębiej – to, co wydawało się pustką, manifestowane jest jako miejsce, z którego przemawia do nas najbardziej autentyczne Bycie. W stanie dionizyjskim, jak pisał Evola, duch (!) odkrywa siebie od nowa aż do głębi swoich zmysłów, podczas gdy zmysły odkrywają siebie na nowo wewnątrz ducha[xvii]. Przy czym pamiętać trzeba, że używane przez Evolę słowo „spirit” to „duch”, a nie ludzka „dusza”; duch jest tym, co łączy duszę i materię, tym, co przenika każdy element Bycia, podobnie jak prana/żywia/eter. Apollińskość w dionizyjskości sprawia, że zmysły i instynkty łączą się z głęboką duchowością: obiekty pasywnej przyjemności stają się nieistotne, umożliwione jest czyste działanie zgodne z własną wolą, emanacja integralnego „ja”, które JEST Tradycją. Jak mówią słowa Bhagavad Gity, ātman można poznać i zrozumieć tylko poprzez ātman, czyli poprzez głębię siebie i przekroczenie ego. Jeśli połączone jest to z apollińską umysłową analizą, logiką, to osiągamy głębię archetypu. Wtedy pojawia się to, co Evola nazywał heroiczną przyjemnością, a każdy zmysł nabiera wymiarów transcendentalnych.

Heroiczna przyjemność pojawia się tam, gdzie „zatraca się siebie”, często poprzez ofiarę. W odłamie islamu szyickiego, tzw. siedmiowcy, czyli członkowie ugrupowania isma’ilitów, uznającego linię siedmiu imamów, w swojej doktrynie odwołujący się do Platonizmu i do platońskiego porządku społecznego, wyznawali maksymę „wszystko jest dozwolone” (przywołującą na myśl do what thou wilt z prawa thelemy), stawała się ona jednak udziałem tych członków ugrupowania, którzy przeszli przez cztery stopnie bezwarunkowego posłuszeństwa. Analogicznie, Raskolnikov odczuwa spokój dopiero po zatraceniu siebie poprzez katorgę na Syberii, świętej i czystej (mong. siber – piękny, czysty; tatar. sibir – śpiąca kraina), ale też bezwzględnej wobec ludzkiej słabości – krainie snu, szamanizmu i duchowej starości. W Braciach Karamazov Dostojewski pisze: Starzec to ten, który waszą duszę i waszą wolę poddaje swojej duszy i swojej woli. Wybierając sobie starca człowiek wyrzeka się własnej woli i jemu ją oddaje we władanie […]. Na tę zaś próbę, na tę straszną szkołę życia człowiek skazuje się dobrowolnie, w nadziei, że po długiej próbie sam nad sobą odniesie zwycięstwo, zapanuje nad sobą tak dalece, iż zdoła wreszcie osiągnąć, przez całe życie ćwicząc się w posłuszeństwie, doskonałą już wolność [i] uniknie losu tych, co całe życie przeżyli, a siebie w sobie nie odnaleźli.

 

Heidegger pisał, że gdy ludzkość pogrąży się w mroku najgłębszej nocy, do tego stopnia, że zapomni już, czym jest, pojawi się Ereignis – wydarzenie – czyli nagły powrót Bycia i jego wewnętrzne unaocznienie, zrozumienie. Namiastką Ereignis są momenty, które można kategoryzować jako porażająco piękne (ang. „sublime”) lub, na poziomie cywilizacyjnym, jako dionizyjskie. Stojąc na szczycie góry, jak Lew Myszkin obserwując „wielki nieskończony błękit” i złożoność obu sfer: ziemskiej i niebiańskiej, podczas modlitwy, a nawet kontaktu z gołą skałą, czy drzewem (osią, korzeniami sięgającą w dionizyjskość, a koroną w apollińskość). I nie ma to nic wspólnego z popkulturowym wyobrażeniem „przytulania drzew” jako hipisowsko-„rodzimowierczej” fanaberii, ani z wyobrażeniem dawnych Słowian „przytulających drzewa” po tym, jak magicznie wyskoczyli z Prypeci w 6 wieku. Jak, w ślad za Mirceą Eliade, piszą państwo Tomiccy, drzewa nigdy nie były przedmiotem czci jako takie – były to symbole sił nadprzyrodzonych, obiekty ujawniające sacrum. Na Słowiańszczyźnie szczególnym szacunkiem otaczano dęby. W Macedonii pod dębem składano ofiary ze zwierząt – nieprzypadkowo w dzień św. Jerzego, utożsamianego także ze św. Eliaszem. I znowu, dąb – św. Jerzy – św. Eliasz – Piorun – Słońce – Wschód to domena apolliczna, męska. Sferę żeńską natomiast  wyrażała lipa – w której, wedle wierzeń ludowych, mieszkała Matka Boska. W wierzeniach ludowych Matka Boska jest opiekunką rodzących kobiet, stąd pod lipą modlono się o płodność i urodzaj, a jej motyw pozostał obecny w muzyce ludowej.

Objawienia mistyczne, czy to w momencie narodzin pierwszego dziecka, czy modlitwy, czy w ramach kontaktu z majestatem przyrody, sprawiają, że wskazówka zegara zaczyna kręcić się w tył, a my zapadamy w głąb siebie, by sięgnąć po integralne JA. Integralne ja, tak jak i integralny tradycjonalizm, są dostępne w równym stopniu dla doktora filozofii i dla hodowcy kóz. Książki to dodatek, ciekawostka, drogowskaz, czasem nawet zboczenie, tak samo jak dogmat i każdy przejaw spekulatywnego mistycyzmu. Jak pisał Anioł Ślązak, „choćby Bóg się tysiąc razy zrodził w betlejemskim żłobie, biada ci, człowieku, jeśli nie zrodził się w tobie”. Obiekty spekulatywnego mistycyzmu nabierają heroicznej wartości dopiero, gdy stają się transcendentalne. Jeśli, analogicznie, polityka miałaby się stać skuteczną, wartościową i heroiczną, to również musi stać się transcendentalna. Jak pisał Dostojewski, „państwo musi stać się Kościołem” – urosnąć do formy wyższej, niż zbiór jednostek wewnątrz umownych granic połączonych wspólną świadomością historyczną (jeśli kogoś razi „Kościół”, niech pomyśli o świątyni zbudowanej na kościach i na wiedzy przodków). Wtedy postrzeganie siebie jako indywiduum, wyłączenie się z przynależności klasowej, etnicznej, moralnej, religijnej, a w konsekwencji – pasywna polityka i brak ciągu przyczynowo skutkowego w kwestiach obyczajowych – byłyby obnażone jako akty nieorganicznej agresji wobec wspólnego „ciała”, wspólnego dobra, wobec własnej esencji i prawdziwej Wolności. Przede wszystkim, obnażone zostałyby idiotyzmy społeczeństwa spektaklu, w którym walka z gwałtem polega na wypisywaniu sobie „nie” na piersi albo na zamykaniu gwałcicieli w więzieniu na dwa lata – pierwszy przykład to życzeniowe myślenie histeryczek, którym wydaje się, że do psychopatów można przemówić sztuczną pewnością siebie, drugie to, jak pisze Dostojewski, odcinanie kończyny (właściwie to nakłuwanie kończyny, bo odcięcie równałoby się karze śmierci), zamiast leczyć cały organizm. Aby uleczyć organizm trzeba znaleźć przyczynę choroby. Aby uleczyć chorobę trzeba postrzegać organizm holistycznie. A więc, w najbardziej prozaicznej interpretacji: stworzyć społeczeństwo, wychowujące mężczyzn na przyszłych ojców i odpowiedzialnych opiekunów rodziny. Doprowadzić do odrodzenia męskich zawodów (w dziedzinie rolnictwa i przemysłu) aby mężczyzna mógł znów zacząć tworzyć i otaczać swoją rodzinę opieką „od zewnątrz”, tak jak robili to mężczyźni przez tysiąclecia (podczas gdy kobiety piastują ogień domowy) oraz zapewnić odpowiednie warunki dla rozwoju rodziny, co oznacza np. produkcję rodzimej, organicznej żywności zamiast importu trucizny z zagranicy i sprzedaży ziemi obcym korporacjom. Tym samym, odfeminizować mężczyzn i uczynić ich znów odpowiedzialnymi. Dalej, wychowywać kobiety na przyszłe matki, nie wmawiać dziewczynkom niemalże odkąd zaczną mówić, że celem ich życia jest bycie niezależną (niezależną od swojego męża, ale zależną od pracodawcy, od rynku i od banku, w którym się zapożycza np. otwierając tak popularyzowany wśród kobiet „własny biznes”). Promować kobiece zawody, np. w oświacie, czy służbie zdrowia (wzrost wynagrodzenia dla pielęgniarek, na przykład), promować regulowany czas pracy, tak aby kobiety mogły znów przekazywać wiedzę i uzdrawiać, przeciwko wirtualnym zajęciom i przerzucaniu papierów w służbie obcego kapitału. Zastanawiające jest to, że wśród feministycznych postulatów tyle jest krzyku o możliwości wyskrobania niemowlęcia z łona wedle własnego widzi-mi-się, nie ma natomiast niemalże NIC o pomocy samotnym matkom, o dostosowaniu prawa pracy do potrzeb matek, o rozszerzeniu urlopów macierzyńskich i wychowawczych, o dodatkach socjalnych, czy ulgach podatkowych dla rodzin wielodzietnych lub wychowujących chore dzieci. Nie ma też poważnych propozycji i działań w celu zaostrzenia kar dla przestępców seksualnych. Obnaża to tożsamość i motywacje samych feministek i nieco tłumaczy bezradność normalnych ludzi wobec oszalałych kobiet. Jakkolwiek brutalnie by to nie brzmiało, to tam, gdzie opieka, troska, miłość i macierzyństwo traktowane są jako symbole zniewolenia, nie pomoże ani modlitwa ani wibrator.

Nie wystarczy pisać o Tradycjonalizmie, uczyć się o Tradycjonalizmie i dowodzić jego integralności. To człowiek musi stać się integralny z Tradycjonalizmem. Zaczynając od siebie. Ci, którzy wolą iść na skróty, ludzie pożądliwi – bo zawsze kieruje nimi jakiś rodzaj pożądliwości, czy to materialnej, czy niematerialnej – pozostaną sami z sobą, zeżarci przez Kybele. Jak pisał Schiller, Radość w łonie wre Przyrody […] Wino dała nam i tkliwość, Przyjaciela w złej potrzebie, Owadowi – pożądliwość, Cherubowi – Boga w niebie.

 

Aleksandra Raido

 

[i] Dostojewski, F. [Pomorski, A.] Bracia Karamazow. ZNAK. Kraków 2004 [1880]

[ii] Wierzbicka, K. Sam Pismem Bądź. Pamiętnik Literacki. 2004

[iii] Evola, J. Ride the tiger. Inner Traditions Bear and Company. 2003 [1961]

[iv] Nietzsche, F. [Sowiński, G.] Narodziny Tragedii. Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. 2011 [1872]

[v] Dugin, A. Introduction to NOOMAHIA. https://youtu.be/D90G1Efx950. [20.03.2018]

[vi] Słupecki, P. L. Mitologia Skandynawska w Epoce Wikingów. Zakład Wydawniczy NOMOS. Kraków 2006

[vii] Zielina, J. Wierzenia Prasłowian. Wydawnictwo PETRUS. Kraków 2014

[viii] Tomiccy, J. i R. Drzewo Życia: ludowa wizja świata i człowieka. Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza. 1975

[ix] Dugin, A. j.w. [20.03.2018]

[x] Evola, J. j.w.

[xi] Dugin, A. j.w. [20.03.2018]

[xii] Byron , G.G. Childe Harold’s Pilgrimage. Feather Trail Press. 2009 [1812]. (Canto III, 160)

[xiii] Słupecki, P. Kraków 2006

[xiv] Tacyt, P.K. Germania. Wydawnictwo Naukowe UAM. 2015

[xv] Michajłowa, K. [Karpińska, H.] Dziad wędrowny w kulturze ludowej Słowian. OFICYNA NAUKOWA. Warszawa 2010

[xvi] Eurypides: Tragedie [Łanowski, J.]. T. IV. Warszawa: Prószyński i S-ka. 2007

[xvii] Evola, J. j.w.

4 komentarze

  1. Aleksandra R.

    Panie MacGregor. Związek św. Eliasza z burzą można znaleźć w Starym Testamencie (2 Księga Królewska), a św. Jerzy i Archanioł Michał są powiązani przez walkę ze smokiem, pokonanie węża/szatana (stąd powiązanie z Perunem). Węże i smoki są tożsame w badaniach wierzeń ludowych, a gromowładny smokobójca z mieczem, młotem lub toporem to stały element. Nie jest to moje widzi-mi-się. Odsyłam np. do Eliadego (który idzie dalej, utożsamiając ten konkretny rodzaj oręża z męską naturą meteorytów) i Tomickich (którzy opisują to konkretnie z perspektywy długoletnich badań kultury ludowej), ale też do Biblii, Rygwedy, Awesty, żeby zobaczyć, że podział Świętych i innych bóstw na grupy solarne/lunarne, czy – głównie od czasów Eliadego – na chtoniczne, uraniczne i telluryczne to przypadkowe pierdoły, a coś, co – nie dość, że ma podłoże w zachowanych źródłach, to zostało dawno uznane, omówione i opisane.
    Pozdrawiam.

  2. „ale także Peruna, który z kolei utożsamiany jest ze św. Eliaszem, św. Jerzym, św. Michałem” – kto i od kiedy utożsamia Peruna ze św. Eliaszem, Jerzym i Michałem? Logorea …

  3. ArisheKampfer

    Bardzo jakościowy tekst. Chętnie przeczytam następne autorstwa Pana Aleksandra Raido

Dodaj komentarz