Konrad Rękas: „Ruskie wprawne…”?

W „Samych swoich” utyskiwania żony, że jeszcze jedna wojna się dobrze nie skończyła – a on już z Kargulem wszczyna następną – Pawlak zbywa stanowczym: „Ruskie wprawne – szybko skończą!”. Zabawne, że minęło tyle lat, a Polakom nadal zostaje liczyć na tę… wprawność Rosjan.

Przecież to jasne: nie po to Stany Zjednoczone wycofują się z Układu o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych pośredniego zasięgu, żeby sobie je następnie stawiać przed Białym Domem. Nie ma wątpliwości, że naturalnym terenem rozlokowania amerykańskiej broni jądrowej na pociskach o zasięgu do 5.500 km – są Polska, Rumunia i kraje bałtyckie. Podobnie jak i oczywistym wydaje się pełnowymiarowe wkroczenie wojsk amerykańskich na Ukrainę, rzecz jasna wyposażonych w taktyczną broń jądrową krótkiego i średniego zasięgu. To scenariusz przygotowywany przez kompleks wojenno-przemysłowy Stanów Zjednoczonych i te kręgi międzynarodowej finansjery, które gotowe są uznać III wojnę światową za nie tylko dopuszczalną, ale nawet korzystną alternatywę dla ostatecznego krachu globalnego systemu spekulacyjnego.

Zbrojenia uratują pokój?

Na szczęście nie oznacza to jednak, że wojna jest nieunikniona, a wobec zagrożenia atomowego nie ma co nawet szczególnie robić na nią zapasów. Przeciwnie, paradoksalnie można powiedzieć, że odejście od INF Treaty może… uratować pokój na świecie (acz niekoniecznie… wszędzie na świecie). Dokument podpisany w 1987 r. przez Ronalda Reagana i Michaiła Gorbaczowa był jednym z kilku aktów symbolicznie kończących Zimną Wojnę, a zatem i rozpoczynających okres jednobiegunowej dominacji amerykańskiej. Po blisko trzech dekadach epoka ta dobiega końca, Waszyngton ewidentnie nie poradził sobie z rolą samotnego demiurga światowej polityki, a dziś musi uznać pozycję co najmniej Federacji Rosyjskiej i Chińskiej Republiki Ludowej, a poniekąd także innych podmiotów geopolitycznych. Charakterystyczne przy tym, że deklaracją o odejściu od INF Donald Trump pośrednio uznał, że kluczowy dla uznania za taki podmiot – jest potencjał militarny. Stany przyznają, że obawiają się Chin – które rozwijają swoją przewagę właśnie na odcinku pocisków pośredniego, średniego i krótkiego zasięgu (ChRL nie była stroną traktatu) i że muszą rozmawiać z Rosją. Podkreślmy – to wyścig zbrojeń ratował pokój na świecie (przez równowagę strachu), a odkąd zaczęło się rozbrojenie i amerykańska monobiegunowość – mamy trzecią dekadę nieustających wojen.

Pole bitwy Europa

Gdzie więc jest haczyk, należy się z końca INF cieszyć czy wprost przeciwnie, śmiertelnie się go obawiać? Cóż, haczyk jest – w każdym razie dla Polski i Europy. Amerykanie proponując Rosji ograniczony wyścig zbrojeń są jak ten gang sugerujący, by nie demolować całego miasta, tylko zorganizować z konkurencyjną bandą ustawkę na jednym, wybranym podwórku. Oczywiście, dla Trumpa podwórkiem tym miałaby być Europa. Jej zachodnia część chcąc nie chcąc wyślizguje się powoli z łap amerykańskich, po prostu musząc dookreślać się wobec trumpowego awanturnictwa międzynarodowego i jego polityki wymuszeń. Waszyngton chce więc zbuntowane prowincje nie tylko obłożyć dodatkowym haraczem na cele wojskowe, ale i wzmocnić swoją obecność militarną przez ponowne skierowanie do baz europejskich taktycznej broni jądrowej (co faktycznie jest powtórką z lat 80-tych i Europy w cieniu Pershingów). Krótko – amerykańskie rakiety nie tyle mają straszyć Rosję (bo ta niestrachliwa) i nie tyle powstrzymywać Chiny (bo te po prostu czekają na swój czas). Ich zadaniem jest sterroryzować Europę.

A jaka w tym rola Polski i sąsiadów? Jak zwykle, przedmiotowa, czysto użytkowa. W końcu przy zabawie bronią zawsze należy brać pod uwagę, że nawet mimowolnie może ona wystrzelić. Zawsze zaś lepiej, gdy rzeczy wywołujące grzyby atomowe, falę uderzeniową i opad radioaktywny wybuchają u kogoś innego. Na przykład u jakichś tam Polaków, Rumunów, Litwinów czy Ukraińców, żyjących gdzieś na krańcach znanego (?) świata. Śmierć tysięcy czy milionów mieszkańców wschodniej Europy to ryzyko, które Stany Zjednoczone bez trudu są w stanie zaakceptować.

a potem przyjdzie Strach

Czy Polacy będą protestować? Dopóki pierwsza rakieta nie trafi do Polski – z całą pewnością nie. I nie jest to cecha wyłącznie polska. W całym świecie zachodnim wiele wysiłku poświęcono by osłabić, a następnie unicestwić ruch pokojowy i na rzecz rozbrojenia oraz nierozprzestrzeniania broni jądrowej. Z wielosettysięcznych manifestacji, które jeszcze w latach 80-tych przechodziły ulicami Londynu czy Kolonii – nie zostało już dziś niemal nic. Bodaj tylko Szkoci twardo i konsekwentnie walczą o usunięcie ze swojego (acz wciąż zarządzanego przez UK) kraju bazy atomowych okrętów podwodnych i systemu TRIDENT. Czego więc można by oczekiwać po Polakach, poddanych od kilku lat intensywnej indoktrynacji w duchu rusofobii i psychozy wojennej? Co gorsza, Polaków pozbawiono zarówno elementów wyobraźni politycznej, jak i zdolności do myślenia w kategoriach wspólnotowych, szerszych niż tylko wąski, partykularny i często opacznie rozumiany interes. Naszemu narodowi energii starcza co najwyżej na krótkotrwałe zrywy i to w sprawach dotykających bezpośrednio, indywidualnie, a co najwyżej po sąsiedzku. Ta słabość może jednak okazać się siłą – bo wyobrazić sobie atomowej zagłady, mimo obejrzenia setek filmów, a może właśnie dlatego, współczesny człowiek chyba nie jest w stanie. Ale co to jest kupa ładunków rozszczepialnych kilka kilometrów od własnego domu – odgadnąć zdołają chyba nawet ci, którzy zawsze z lekcji fizyki uciekali na wagary.

Nie spodziewałbym się więc żadną miarą żadnych masowych protestów przeciw WIZJI broni jądrowej. Przeciwnie, znajdą się nie tylko tłumy polityków i dziennikarzy przyklaskujących takiemu pomysłowi, ale i wielu dyżurnych potakiwaczy, co to w każdym sondażu i telewizyjnej przytakują każdemu pomysłowi rządzących. Jedni będą więc jak zwykle siedzieć cicho – a drudzy całą sprawę również jak zwykle zakrzyczą i zagadają. A potem przyjdzie strach. Strach, który jednych i drugich zacznie mrozić od palców stóp po grdyki, który odbierze mowę najbardziej gadatliwym i podniesie włosy nawet tym pogodnie łysiejącym. Siedzimy na bombach – uświadomią sobie Polacy. I ciekawe co z tą wiedzą zrobią…

Nieważne kto zacznie – ważne kto skończy

Skoro tak zwani obecnie „sojusznicy” niosą Polsce śmiertelne zagrożenie i traktują ją jako wymarzone pole bitwy, a sami Polacy nie umieją zorganizować się w obronie – czy nie ma dla nas żadnej nadziei? Pierwszą, jak wspomniano, jest pewna nieobliczalność Polaków, nasza zdolność do reagowania dopiero w sytuacjach bezpośredniego niebezpieczeństwa (fakt, że nader często nie są to reakcje sensowne, a nie raz wręcz potęgowały one nasze narodowe kłopoty…). Drugą szansą Polaków pozostaje jednak defensywa Federacji Rosyjskiej.

Nie chodzi tylko, że z postaci historycznych – obecny prezydent Rosji przypomina najbardziej Kutuzowa i Wellingtona, czyli tych wodzów, którzy z obrony (a zdaniem krytyków – nieomal kunktatorstwa) uczynili fundament swoich zwycięstw. Niezależnie od tego, czy strategia przetrzymania Zachodu opłaci się samej Rosji – dla Polski i Europy Środkowej oznacza ona szansę w postaci tak zwanej „asymetrycznej odpowiedzi” Federacji, rozwijania przez jej siły zbrojne środków obronnych, przeznaczonych przede wszystkim do paraliżowania wrogich środków przenoszenia, także broni jądrowej. Rosja rozwija swoje siły defensywne (walki radiowo-elektronicznej, mobilne systemy zagłuszania łączności satelitarnej i satelitów wojskowych, pasywnych radarów, pocisków przechwytujących itd.) – ale i udostępnia je zachowującym podmiotowość lub aspirującym do niej państwom. W ten sposób nie wchodząc w formalne sojusze (bo w końcu jedynymi pewnymi sojusznikami Rosji są jej armia i flota…) – Moskwa przędzie jednak sieć pokoju i powstrzymywania, która potencjalnie może wyhamować militaryzm amerykański. A w dodatku, Rosjanie wcale nie muszą czuć się zobowiązani do zabawy w wojnę na podwórku akurat wskazanym przez Amerykanów. Świadczy o tym coraz bardziej globalna aktywność Rosji, w tym jej głośny ostatnio powrót na Kubę. I znowu – jest to, chyba jak najbardziej świadome przywołanie świata do porządku przypomnieniem najgłośniejszego kryzysu prawie-wojennego doby Zimnej Wojny. – Jeśli wycelujecie z bliska w Królewiec, Petersburg, Moskwę, Niżny Nowogród, to nie tylko z Obwodu Kaliningradzkiego wycelujemy w bazę w polskim Redzikowie. Możemy także spod Hawany wymierzyć znów we Florydę… – zdają się mówić Rosjanie. A ponadto przypominają, że nie mają powodów, by zgadzać się na koncepcję „wojny ograniczonej” – bo wroga, który już zacznie należy po prostu unicestwić. I cały czas jest to przecież wezwanie do opamiętania – bo przecież dla wszystkich (w tym zwłaszcza dla Polaków, Ukraińców i innych) lepiej, gdyby jednak niczego nie zaczynano.

To tak, jakby Rosja pokazywała, że nie da się nawet klepnąć zaczepiającemu, ale jeśli ten się nie opamięta – to od razu wybije mu zęby. Być może razem z całą głową. Deklaracja prezydenta Władymira Putina na Klubie Wałdajskim nie pozostawia w tym zakresie złudzeń. Rosyjski przywódca mówi jasno: „Jeśli zaczniecie kolejną wojnę światową – to Rosja znowu ją skończy”.

Konrad Rękas

Rosyjskojęzyczna wersja tekstu ukazała się na portalu https://novorosinform.org/

Dodaj komentarz