Ronald Lasecki: Prawdziwe oblicze neoliberalnej utopii. O książce Janusza Szewczaka „Koniec świata starych elit”

W tytule najnowszej książki Janusza Szewczaka diagnozuje się „upadek” – odnoszony zarówno do „starych elit”, jak i do stworzonego przez nie „świata”. Ważne jest, by dostrzegać tę podwójną treść pesymistycznej diagnozy Autora, bo też swojej krytyki nie formułuje on bynajmniej wyłącznie pod adresem rządzącej dziś światem demoliberalnej oligarchii, ale pod adresem całej naszej cywilizacji – współczesnego Zachodu, który miast oddawać cześć należną Bogu, uprawia kult Złotego Cielca i dogadza swoim najniższym instynktom.

Autor obnaża pustotę i nicość wszystkich fałszywych bożków postmodernistycznego kapitalizmu; poprawności politycznej, fałszywie rozumianej tolerancji, kłamstwa postępu, utopijnego egalitaryzmu, kosmopolityzmu i globalizacji, permisywizmu i hedonizmu, materializmu i konsumpcjonizmu. Huraganowy ogień swojej krytyki kieruje przeciw tak różnym a zarazem tak charakterystycznym produktom „rozwiniętego kapitalizmu” jak żywność modyfikowana genetycznie, „pochodne instrumenty finansowe”, karmiący się skandalami przemysł rozrywkowy i plotkarska prasa oraz portale. Precyzyjnymi publicystycznymi ciosami powala Szewczak na ziemię, jeden po drugim, podpierające się kłamstwem autorytety współczesności.

Ostrze jego krytyki zwraca się przeciw współczesnym elitom – tym wyrosłym z obyczajowej i politycznej rewolucji Maja ’68. W następnych dziesięcioleciach osiągnęły one supremację w domenach artystycznej, akademickiej, politycznej, informacyjnej, również jednak – pomimo swoich lewackich inklinacji – wywierają dziś duży wpływ na i bez tego z natury kosmopolityczną międzynarodową finansjerę. Tyrania tych elit – ja sam wolę używać precyzyjniejszego, moim zdaniem, określenia „oligarchia” – stworzyła świat taki, jaki dziś mamy: z wmuszaniem krajom europejskim imigrantów, bankokracją, permanentną walką z religią, wyśmiewaniem dzietności i rodziny.

Obrazem nędzy tego „nowego wspaniałego świata” liberalnej demokracji, wolnorynkowego kapitalizmu i uwalniającej od tożsamości i norm globalizacji są jego elity: po sam czubek głowy zanurzone w skandalach korupcyjnych i obyczajowych, zdemoralizowane, gotowe dla zysku i sławy kawałek po kawałku wyprzedawać swoje kraje, narody, dziedzictwo przodków, a wreszcie nawet swoją intymność. Szewczak przypomina nam wszystkie ważniejsze afery ostatnich lat: włoską „bunga-bunga”, brazylijską Petrobrasu, kłopoty z fiskusem hiszpańskiego dworu i tamtejszej klasy politycznej, wyczyny izraelskiego premiera Mosze Kacawa, włoskiego Silvio Berlusconiego, brytyjskiego Edwarda Heatha, kolejnych przywódców Francji, byłego prezesa Międzynarodowego Funduszu Walutowego, zamieszanych w skandale pedofilskie biskupów…

Oburzających przykładów jest w książce o wiele więcej, my zaś widzimy czytając ją, że rządzą nami dewianci, złodzieje, zboczeńcy, sprzedawczyki, ale przede wszystkim żałosne i budzące politowanie kreatury, dla śmiesznych i pozbawionych rzeczywistej wartości błahostek zdolne do największych podłości i do podeptania dosłownie wszystkiego i wszystkich – włącznie z samymi sobą oraz z nami, którzy na nasze nieszczęście podlegamy ich władzy. Wniosek nasuwa się sam i obecnie rozgrywające się wydarzenia w Paryżu (ale też wspomnienie podobnej rewolucji w Budapeszcie w 2006 r.) dostarczają aż nadto wyraźnego wzorca przecięcia tego nabrzmiałego demoliberalnego wrzodu. Wkrótce wybory do Parlamentu Europejskiego, za rok zaś w naszym kraju wybory parlamentarne. Przy lekturze książki Szewczaka wizja polskich „żółtych kamizelek” oczyszczających nasz kraj z JP Morgan, Goldman Sachs, jankeskich baz wojskowych, Fundacji Sorosa, a także ich krajowych pachołków nasuwa się sama. Jak powiedział w swoim ostatnim wywiadzie prof. Jan Baszkiewicz, „mamy jeszcze wiele Bastylii do zdobycia”.

Dla mnie jednak bardziej niż krytyka demoliberalnej i globalistycznej oligarchii inspirująca była krytyka stworzonej przez nią neoliberalnej i postmodernistycznej dystopii: świata, gdzie drogą do bogactwa stał się ekshibicjonizm, bluźnierstwo i wpędzanie ludzi w zadłużenie oraz wciskanie im niepotrzebnych gadżetów, nie zaś rzetelna praca na swoim. Świata, gdzie do rangi cnót moralnych już całkiem otwarcie podnosi się chciwość i egoizm, wyśmiewa zaś uczciwość, rzetelność, samodyscyplinę, metodyczność, silne więzy społeczne, moralność – te wszystkie cechy, które jako fundament dobrze funkcjonującej gospodarki wskazywali choćby Benjamin Franklin, czy Max Weber.

Alternatywy dla tej cywilizacyjnej degrengolady Zachodu Szewczak upatruje w chrześcijaństwie i jego duchu formacyjnym i umoralniającym. Swoją pracę inkrustuje co chwila cytatami z Biblii, z pism papieży, wypowiedzi biskupów i myślicieli chrześcijańskich. Bliskie wydaje mu się stanowisko dystrybucjonistów o gospodarce opartej na rodzinie i mającej być współpracą dla dobra wspólnego, a nie wyścigiem szczurów za kapitalistycznymi świecidełkami. Odpowiedzią Szewczaka na neoliberalizm i globalizację jest zatem chrześcijaństwo i życie wedle cnót chrześcijańskich.

Propozycja w ogólnym zarysie jest słuszna, wydaje się jednak niewystarczająca. Kapitalistycznego demona wypuszczonego z butelki przez liberałów trzeba z powrotem siłą zagnać skąd wyszedł, na koniec nie zapominając szczelnie zatkać korkiem szyjki. Z demonem kapitalizmu uporamy się tylko przy pomocy siły: władzy politycznej, regulacji prawnych i instytucjonalnych. Przecież nawet w dystrybucjonizmie, który kilkakrotnie przywołuje i którym w widoczny sposób inspiruje się Szewczak, centralna władza państwowa (w rodzinnym kraju twórców dystrybucjonizmu spleciona z wielkim kapitałem finansowym) miała być słaba, miejsce po niej wypełniać jednak miała silna władza samorządów, korporacji, parafii, Kościołów, normy moralne, religijne i kulturowe zapisane w tradycji i zwyczajach oraz organizujące życie codzienne ludu.

Dziś nic się nie zmieniło, i również stoimy przed dylematem: władza polityczna, czy tyrania bezosobowego kapitału. Słowo „polityka”, jak wiadomo, ma swoje korzenie w greckim „polis”, tak więc terminie określającym wspólnotę polityczną porządkującą swoje życie zbiorowe wedle swej naturalnej konstytucji; historycznie wykształconej wokół metafizycznej osi praw boskich i nawarstwiającej się przez wieki mądrości ludu. „Polityka” to zatem prymat tego co obiektywne, nad tym co subiektywne, wartości wyższych nad wartościami niższymi, dobra wspólnego nad egoizmem. Liberalizm niszczy tę naturalną hierarchię postulując wyłączenie kwestii gospodarczych spod władzy wspólnoty politycznej (polis). W powstałym dzięki realizacji tego postulatu kapitalizmie dokonuje się zaś perwersyjne odwrócenie hierarchii, i to polityka staje się igraszką kapitału. Naszym pierwszym zadaniem będzie zatem przywrócenie pierwszeństwa polityki przed kapitałem.

Warunkiem odbudowania naturalnej hierarchii jest – i tego wniosku mi u Szewczaka zabrakło – rozdzielenie sfery politycznej i ekonomicznej. Realizacją skrajnej wersji kapitalizmu byłaby plutokracja – władza najbogatszych, tak więc zupełne wchłonięcie polityki przez kapitał. Jego przeciwieństwem jest władza elity politycznej nad kapitałem. Taka elita – nie bójmy się tego powiedzieć – powinna mieć charakter arystokratyczny. Przeznaczeniem arystokracji nie jest zaś bogactwo, lecz panowanie nad bogactwem. W państwie idealnym zaprojektowanym przez Platona, którego nazwisko Szewczak wielokrotnie przywołuje, arystokracja miała być wręcz pozbawiona własności osobistej. „Zbrukany”własnością i interesownością stan trzeci miał być zaś oddzielany od władzy politycznej przez kastę „czystych” strażników.

Jaki stąd wniosek na dziś i jaka konkluzja powinna wieńczyć rozważania Szewczaka? Ano trzeba, po pierwsze, rozerwać patologiczny związek klasy politycznej (ale także artystów, kapłanów, pisarzy, uczonych etc.) z kapitałem, po drugie zaś, przywrócić regulacyjną funkcję tak „oczyszczonego”państwa w gospodarce. Problem skorumpowanych elit politycznych i degeneracji elit artystycznych, intelektualistów, sportowców itd. w „celebrytów” oferujących „wszystko na sprzedaż” rozwiąże się, gdy ludzie ci nie będą mogli niczego sprzedawać, ani nie będą mogli uprawiać rozbuchanej konsumpcji.

W tradycyjnym społeczeństwie chrześcijańskim elity intelektualne i artystyczne zorganizowane były w zakonach, których członkowie zobowiązywali się żyć w ubóstwie. Od czasów starożytnych służbę wspólnocie politycznej rozumiano jako zajęcie niedochodowe. Politykę jako „powołanie” rozumiał też jeden z jej najbardziej przenikliwych badaczy; fundator nowoczesnej socjologii Max Weber. Polityka jest służbą wspólnocie, podobnie jak sztuka i wiedza są służbą Prawdzie. Osoba czująca powołanie do takiej służby powinna mieć oczywiście zabezpieczone materialne podstawy do życia i swobodnego działania we własnej domenie, przywileje stanu trzeciego – prawo do indywidualnej własności i bogacenia się, powinny być jednak dla niej niedostępne. Jeśli dla kogoś jest to zbyt duży ciężar, to znaczy że brak mu prawdziwego powołania.

Tak odnowiona i oczyszczona elita – nie bójmy się jej tak nazwać – arystokracja, powinna mieć oczywiście władzę nad stanem trzecim, tak więc również nad kapitałem: jego przepływami, możliwością kumulowania i użytkowania. Nie chodzi tu o żaden „komunistyczny zamordyzm” ale oczywistą dla każdego wolnego od liberalnych przesądów funkcję porządkującą, organizatorską i arbitrażową państwa. W sprawiedliwej wspólnocie politycznej państwo (kusi mnie by napisać: „monarcha”, wówczas jednak w dalszej części zdania zamiast „odgrywa rolę” musiałoby stać „jest”) odgrywa rolę gospodarza swojej domeny politycznej i ojca narodu, chroniąc swoje gospodarstwo i swój lud również przed szkodliwym wpływem kapitału i samowolą jego dysponentów. Tak więc po ukróceniu korumpujących wpływów kapitału na elity, tak odnowione elity powinny uporządkować gospodarstwo narodowe ukracając ekscesy kapitału, co możliwe byłoby w warunkach przywrócenia zwierzchniej funkcji państwa i polityki wobec ekonomii.

Autor „Końca świata starych elit” nie stawia w swojej pracy kropki nad „i”, poprzestając na odwołaniu do wartości chrześcijańskich. Pamiętajmy jednak, że gdy nasza europejska cywilizacja była jeszcze chrześcijańska, jej gospodarka nie była bynajmniej leseferystyczna. I nieprzypadkowo chrześcijaństwo i leseferyzm pozostają wobec siebie historycznie w zależności odwrotnie proporcjonalnej: to pierwsze więdło wraz z rozkwitem tego drugiego, choć w ostatecznym rachunku to drugie żywiło się tym pierwszym, jak zauważył już choćby przywoływany wyżej M. Weber. Szewczak obrazowo i sugestywnie unaocznia nam to w swojej książce. Jak każda dobra i warta przeczytania książka, pobudza nas ona do własnych refleksji idących dalej, niż te przedstawione przez Autora.

Ronald Lasecki

Janusz Szewczak, Koniec świata starych elit, Wydawnictwo „Wektory”, Wrocław 2018.

Jeden komentarz

  1. Kolejna niebezpieczna utopia…

Dodaj komentarz