Konrad Rękas: Twierdza Łukaszenko

Problem z postrzeganiem Białorusi w Polsce sprowadza się do następującego ciągu:

  1. Znający Białoruś tłumaczą, że jest to kraj prawdziwie suwerenny, idący ścieżką wzmacniania samodzielności politycznej i gospodarczej, także od Rosji – Reakcja Wiedzących z Netu: „Gadajta se zdrowi, je**ne trole Putina, wiadomo, że to ruska kolonia!„.

  1. Prezydent Łukaszenko wykonuje kolejny krok potwierdzający, że jest niezależny również od Kremla – Reakcja Wiedzących z Netu: „No i co, je**ne trole Putina, urwał się wam nawet wasz Łukaszenko!”

Jak to się mówiło w czasach mojego dzieciństwa – po prostu, gdy ktoś głupi to aż miło…

Sukces białoruskiej drogi

Polski kompleks Białorusi, wyjątkowo intensywne (nawet jak na standardy polskich mediów) ukrywanie prawdy o warunkach życia i geopolitycznej pozycji Białorusi – wszystko to ma swoje uzasadnienie. W istocie bowiem ze wszystkich stolic środkowoeuropejskich – to Mińsk wykazał się najwyższym poziomem samouświadomienia, najsprawniej wyciągał wnioski, słowem – najlepiej spożytkował ostatnie trzy dekady. Z politycznymi, ekonomicznymi i społecznymi sukcesami prezydenta Łukaszenki nie może się równać ani polska pułapka średniego wzrostu, ani depopulacja republik bałtyckich, ani nawet bolesne losy Rosji, która do obecnego powodzenia musiała przejść przez straszny czas jelcynowskiej smuty i oligarchię.

Na marginesie zresztą, nie tylko w kontekście zróżnicowania postaw Mińska i Moskwy wobec wojny handlowej z Zachodem i wojny na Ukrainie – można wskazać podstawową różnicę polityczną między Białorusią a Rosją. Otóż na Białorusi najważniejsza jest decyzja prawitielstwa, a w Rosji – papier (ewentualnie, ale niekoniecznie jakąś decyzję poświadczający). Mówiąc obrazowo, Białorusini, czyli „Niemcy Słowiańszczyzny” kochają porządek, nie tylko na ulicach – ale i rozumiany jako ład polityczny. Liczy się więc czego władza naprawdę chce. To czego chce – zostanie uzyskane, a przeciwności zostaną pokonane, stąd istotna jest elastyczność, kreatywność i osiągania zakładanych celów. Wbrew pozorom nie kłóci się z tym znana postawa, że kluczowy jest „telefon do przyjaciela”, czyli zasięgnięcie opinii przełożonych odnośnie niekiedy najdrobniejszych ustaleń. Dla Białorusina liczy się wola cara, niekoniecznie jej formalny wyraz.

W Rosji inaczej. Tam car w zasadzie powinien mieć pisemne zaświadczenie, że jest carem (koniecznie z numerem identyfikacyjnym, bez takiego numeru nawet prezydent Federacji jest osobą co najmniej podejrzaną!). Inaczej car mógłby sobie wyjść z Kremla i napytać wielu problemów już przy samym spacerze do odległego o 200 metrów GUM-u. Rządzi papier. Bumaga z pieczatią jest ważniejsza od tego, co jest na niej napisane, co zaświadcza i do czego teoretycznie powinna służyć.

Czego dowodzi odnotowana przyczynkarsko różnica? Pewnego elementu konstytuującego obie państwowości, a poniekąd i obie nacje słowiańskie. Białoruś wzięła sobie z przekazanego via Bizancjum dziedzictwa rzymskiego czynnik władzy, autorytetu, teleologii polityki. Ich emanacją jest Przywódca – dziś uosobiony w Aleksandrze Łukaszence. Rosja (może jako nieco starszy ethnos?) zachowała dla siebie formę, procedurę – i rządy biurokracji, paraliżującej przebudzenie tego imperium. Jego szansą pozostaje więc odmłodzenie, białorutenizacja. W istocie więc to w interesie Rosji, zwłaszcza po zakończeniu (oby jak najdłuższej!) kadencji Władymira Putina byłoby… przyłączenie do Białorusi, a nie odwrotnie. Jasne, jeszcze wyraźniejsze, a nawet realne było to, gdy wszyscy mieli dość jelcynowskiej smuty – jednak Białoruś pozostaje przykładem dla nas wszystkich: Rosjan, Ukraińców i Polaków co można i należało robić, jeszcze od lat 90-tych.

Zazdrościmy Białorusinom Łukaszenki

Białoruska droga pozostaje też niezrealizowaną szansą dla Polski – tak można było uratować własny przemysł, osłonić rolnictwo, wzmocnić i ochronić rynek wewnętrzny, utrzymać geopolityczną niezależność. Niestety, niczego z tego, co dla Białorusinów zrobił prezydent Łukaszenko – w Polsce nie zrobiono. To złości, drażni, zawstydza, choć oczywiście zwykłym Polakom wmawia się rzekomą „białoruską biedę”, choć miliony Polaków chciałyby takich szans i możliwości, jakie mają Białorusini. Takie państwo, taki żywy wyrzut sumienia nie może więc istnieć – bo zagraża kłamliwym, fałszywym podstawom III RP i całej środkowo-europejskiej transformacji. Stąd właśnie szczucie na prezydenta Łukaszenkę, stąd kłamliwa propaganda Bielsatu, granie fikcyjnym „związkiem Polaków na Białorusi”, a nawet próby wpływania na polskie, narodowe ruchy niezależne by prowokować je przeciw mniejszości białoruskiej w Polsce. To wojna na śmierć i życie – bo to wojna między kłamstwem, na którym zbudowano współczesną Polskę, a prawdą, jaką białoruski sukces.

Dodajmy też stabilizującą geopolityczną rolę współczesnej Białorusi. Technicznie państwo prezydenta Łukaszenki pełni dziś rolę… Wielkiego Księstwa Litewskiego, zdrowego pnia Europy Środkowej. Dla Polaków mieszkających na terenach byłego ZSSR wyjątkowo źle się stało, że podczas rozgraniczeń z czasów jego rozpadu w granicach niepodległej Białorusi nie znalazła się choćby Wileńszczyzna i tamtejsze zwarte skupiska mniejszości polskiej. Wystarczy porównać swobodę kulturalną, społeczną i polityczną jaką cieszą się nasi rodacy na Grodzieńszczyźnie z szykanami, jakie spotykają naszych na Ziemi Wileńskiej.

Oczywiście, przykład białoruski nie jest bynajmniej łatwy. Gdy ścieżką Łukaszenki chciał pójść ukraiński prezydent Wiktor Janukowycz – ledwo uszedł z życiem, przy biernej, dodajmy, postawie Rosji, której wcale nie marzył się kolejny niezależny przywódca u własnych granic – w wyniku czego stracono niemal całą Ukrainę. To też ważna lekcja dla wszystkich zainteresowanych białoruską lekcją.

Łukaszenko to nie Janukowycz, jego się nie obali w paręset osób na placu, pieniądze z czekolady i paru pokrzykujących zachodnich ministrów. Nie dadzą mu też rady histerycy i nacjonalisto-demokraci z nadawanej z Polski telewizji. W przeciwieństwie do (anty)polskich elit aż piszczących o Fort Trump – Białoruś nie potrzebuje Fortu Putin. Nie potrzebuje, bo sama jest twierdzą: narodową, słowiańską, chrześcijańską, socjalną. To Twierdza Łukaszenko.

Konrad Rękas

 

2 komentarze

  1. Janukowycz jak się okazało miał za sobą tylko 4 tys. funkcjonariuszy Berkutu, przegrał bo zdradziły resorty siłowe a ludność w większości pozostała bierna. Sam też okazał się być słabego charakteru, nawet po wyjeździe z Kijowa mógł organizować kontrnatarcie z Dniepropietrowska, Charkowa, Donbasu czy Krymu. Jeszcze niektóre jednostki siłowe były za nim. Często jest tak, że ci którzy unikają „wojny” dostają „wojnę i hańbę”.

  2. Pamiętam jak zaganiali Polskę do eurosodomy pod hasłem „jeśli nie unia to Białoruś”…

Dodaj komentarz