Piotr Błaszkowski: „Chińczyki trzymają się mocno?” – ale brakuje 5 milionów dzieci

Profetyczne pytanie, które Stanisław Wyspiański włożył w usta Czepca w „Weselu” (rzecz dotyczyła „powstania bokserów”) można odnieść do gospodarki i polityki globalnej, ale już nie demografii.

Chińskie biuro statystyczne zakładało, że w 2018 r. urodzi się około 20 mln dzieci. A przewiduje się, że będzie poniżej 15 milionów. Jak wskazał He Yafu – demograf i autor wielu publikacji dotyczących chińskiej populacji – „Mimo że nie mamy jeszcze precyzyjnych danych w skali kraju, na podstawie lokalnych informacji możemy oszacować, że spadek liczby urodzin w porównaniu z zeszłym rokiem wynosi ok. 15 proc.” –To kolejne spadek po roku 2017 r. kiedy na świat przyszło 17,3 miliona Chińczyków. Chiński „Kolektywny Cesarz” zaczyna się niepokoić, gdyż plany „Państwa-które-chce-być-Środkiem-świata” mogą napotkać barierę demograficzną. Jak wielki jest to problem, niech świadczy zdarzenie przytoczone przez minister opieki społecznej Elżbietę Rafalską, kiedy jej chiński ministerialny odpowiednik, na spotkaniu bilateralnym przed 2 laty, sam od siebie zaczął dopytywać się o szczegóły programu demograficznego 500+.

Demograficzna katastrofa, którą zafundowali sobie Niemcy od lat 60-tych XX w., a Polacy od lat dziewięćdziesiątych tegoż wieku, w Chinach zaczęła się w 1977 r. O ile w Europie składają się na nią w zasadzie 3 elementy: aborcja, antykoncepcja, dobrobyt (wygoda potencjalnych rodziców), w Chinach władze komunistyczne stosowały te dwa pierwsze, dobrobyt klasy średniej pojawił się dopiero w XXI w.

Według oficjalnych chińskich statystyk współczynnik dzietności (ilość dzieci na kobietę w wieku rozrodczym) spadł z 5,6 (1949) poprzez 2,8 (1978) do 1,62 obecnie (2016). Ilość ludzkich tragedii zna tylko Opatrzność. Liczbę nieurodzonych dzieci szacunek się na ok. 300 milionów, co może pokrywać się z liczbą aborcji. Choć nie dotyczy to obu płci dzieci po równo. Z przyczyn kulturowych abortowano częściej dziewczynki. Po 30 latach „polityki jednego dziecka” (zaprzestano w 2015 r.) wystąpiły wielkie problemy społeczne jak niedobór kobiet czy wogóle ludzi do pracy. Na szczęście dla Chin mimo terroru administracyjnego, dzięki ofiarności rodziców i korupcji lokalnych urzędników urodziły się miliony „nie rejestrowych” dziewczynek, co poprawiło trochę ogólny bilans (podróżujący po Chinach youtuberzy widzą je jako pracujące fizyczne kobiety np. na budowach dróg – będąc poza systemem nie otrzymały wykształcenia). Dziś Chiny znalazły się w demograficznej pułapce. Bogata i zepsuta dobrobytem klasa średnia wschodniego wybrzeża ma 1 dziecko albo wcale. Skalę zepsucia trudno odwrócić środkami administracyjnymi i bodźcami materialnym, o czym już się przekonały imperialne władze Rzymu za Oktawiana Augusta.

Jest jeszcze inna kwestia mało poruszana w publicystyce, a mianowicie kto namówił władze Chin Ludowych na anty natalistyczną politykę? Komu dały się przekonać?

Swego czasu funkcjonowało w obiegu – dziś z powodu poprawności politycznej wycofane – pojęcie żółte niebezpieczeństwo (niem.: Die Gelbe Gefahr przypisuje się cesarzowi Wilhelmowi II, który miał go użyć we wrześniu 1895 roku). W 1898 r. brytyjski pisarz Matthew Phipps Shiel opublikował nowelę The Yellow Danger, opowiadającą o morderstwie dwóch niemieckich misjonarzy w okolicach niemieckiej koncesji w Qingdao. Według najbardziej skrajnej wersji miało ono godzić w podstawy zachodniej cywilizacji. Termin yellow peril uparcie powtarzały amerykańskie gazety należące do koncernu Williama Hearsta więc przenikneło ono do świadomości, podatnej na rasizm, amerykańskiej opinii publicznej. Mało tego, znalazło swoje miejsce w licznych geopolitycznych opracowaniach, pojawiło się w pop-kulturze i nawet dotarło do Polski (Dmowski, Witkiewicz).

„Strongmani” amerykańskiej polityki prezydent Richard Nixon (1969 – 1974) i doradca ds. bezpieczeństwa i później sekretarz stanu Henry Kissinger (łącznie w latach 1969 -1977) wysłali pochodzące z demobilu US Army (z wojny wietnamskiej) ambulanse przerobione na gabinety aborcyjne na ulice Indii i Korei Południowej (za zgodą tamtejszych władz). Co Amerykanie sączyli w umysły „kolektywnego cesarza” za rządów Mao Zedong’a i Zhou Enlai’a ? Analogicznie jak angielski dyplomata i nauczyciel Reginald Fleming Johnston ostatniemu cesarzowi Puyi. Warto podrożyć temat.

Jeśli, jest prawdą, że inspiracja do „polityki jednego dziecka” wyszła ze strony amerykańskiej jako sposób na zmniejszenie „żółtego niebezpieczeństwa”, gniew Chin będzie potężny. Gdyż Chiny mogą nie zostać „Państwem Środka”. Naludniejszemu państwu świata zabraknie… ludzi.

Piotr Błaszkowski

Dodaj komentarz