Konrad Rękas: Ofiary przez wielkie O!

Istnieje formacja intelektualno-ideologiczna, która nawet w roli kata – przyjmuje postawę ukrzywdzonej ofiary.

Mowa o kręgu, który perwersyjnie będzie eksploatować mit Narutowicza, ale nie zniesie mitu żydokomuny. Który do ostatniego centa wyżeruje mit holocaustu – ale nie przyjmie ani jednej informacji o ludobójczych praktykach w dzisiejszej Palestynie itd.

Czy to genetyczna pamięć o pogromach, czy tylko cynizm – ale archetypiczny pokaz takiej postawy mieliśmy też w Polsce w latach 90-tych. W okresie tym formacja, o której mowa, panowała niepodzielnie – nie tylko nad rozdzielaną między siebie gospodarką, nie tylko ponad partiami nad polityką, ale nad całą metasferą, w której rządząc i niszcząc – nieodmiennie opowiadała jak bardzo jest zaszczuta i prześladowana. Słowem – władał Michnik, ale to tylko dlatego, że strasznie go uciskał polski ciemniak z księdzem i widłami.

W ostatnich latach dostrzegalny był pewien dyskomfort tego środowiska, zgodny z opisanym schematem – jako wieczne ofiary ludzie z tego kręgu nie mogli przecież znieść obciążania ich za fatalny stan Polski. To nie ich wina, nic nigdy nie jest ich winą – oni są Ofiarami, zapamiętaj wreszcie, polski chamie!

Na szczęście, wreszcie coś się wydarzyło. Mają nowego Narutowicza! Mordują ich! Prześladują! Boże Abrahama, Izaaka i Jakuba, jak cudownie! Znów mogą być OFIARAMI…

Szlachetna nienawiść

W przełożeniu na bieżące interesy polityczne mamy zresztą do czynienia z hipokryzją wielokrotną. Środowiska (słusznie, jak się wydawało) domagające się wygaszenia histerii smoleńskiej na rzecz normalnej żałoby, a następnie tylko poważnej refleksji – okazują się być równie kłamliwe i sięgające po oręż histerii, jak krytykowani dotąd rywale. Ci sami, którzy nie mogli znieść obciążania (współ)odpowiedzialnością za wypadek prezydenckiego samolotu, wołając „ciszej nad trumnami!” – dziś niemal radośnie szermują obwinianiem innych używając innej trumny jako politycznego tarana. To wciąż ten sam, twórczo adaptowany mechanizm – zapłakanego kata, rzewnie użalającego się nad swym biednym losem i ogromem zagrożeń, przed którymi musi bronić się – tylko bronić! – miażdżąc, okradając i wyzyskując innych. Dla jednych to normalna metoda utrzymywania władzy, dla innych próba wyporu, alibi moralne zapewniające widać lepszy sen. Sens pozostaje jednak ten sam – kat udaje Ofiarę, a prawdziwa ofiara nie tylko jest winna swego losu, ale i moralnie niższa, odczłowieczona, godna wyłącznie nienawiści i pogardy – bo skoro są to nienawiść i pogarda odczuwane przez kręgi z definicji moralnie wyższe, to przecież mowa o uczuciach i emocjach niemal… szlachetnych!

Z takiego sprzężenia nie ma dobrego wyjścia, tej psychozy, kompleksu ofiary nie da się usunąć jakąś zbiorową psychoterapią – tak bardzo wydaje się immanentna dla wspomnianych tu kręgów i środowisk. Oczywiście, demaskacja fałszów i przekłamań może teoretycznie pomóc otrząsnąć się tym wciąganym z zewnątrz, też traktowanym przecież wyłącznie użytkowo przez „Ofiary” przez wielkie O. Tylko czy ktoś naprawdę chce się obudzić? Czy nie przyjemniejszy jest ten perwersyjny dreszczyk strachu „nienawidzą mnie, bo jestem lepszy od nich”? Czy nie w ten sposób spora część Polaków, w istocie równie zagubiona jak reszta (do czego jednak nigdy nie zechce się przyznać) aspiruje do bycia „prawdziwą elitą” – nie rozumiejąc, że pozycja ta w Polsce już dawno została zastrzeżona dla wiecznych „Ofiar”?

Parodia Pasji

Na płaszczyźnie eschatologicznej wreszcie mamy do czynienia po prostu z bluźnierstwem, z nieustającym parodiowaniem Pasji, Ofiary prawdziwej i absolutnej przez nieustanne wywyższanie mniej lub bardziej urojonych krzywd doznanych przez następców tych, którzy i wtedy byli przecież… katami. To właśnie pokaz niewyobrażalnej, poza tym pychy, ale i ciągłości, kiedy antyteza towarzyszy Zasadzie przez stulecia, cały czas starając się Ją umniejszyć i zastąpić. Na ślad tego odwiecznego sporu natykamy się stale, odczytując go w zdarzeniach będących wszak tylko epizodami historii. Fałszywe ofiary w miejsce Ofiary ostatecznej, imprinting psychologii winy – by tym skuteczniej krzywdzić samemu, „szlachetna nienawiść” łże-elit – przeciwstawiana chaotycznemu, często rozpaczliwemu oporowi „tych gorszych”. Nic nowego na naszym świecie nie wymyślono, to wciąż te same, sprawdzone mechanizmy i te same cele samozwańczych „Ofiar”. Tych przez wielkie O…

W tej sytuacji otwartym pozostaje tylko pytanie czy faktycznie jedyną obroną przed nimi pozostaje miłość – co jest odpowiedzią chrześcijańską, umocnioną i ustanowioną przez Ofiarę prawdziwą – czy też po ziemsku i pragmatycznie koniecznym stanie się przejście do porządku i uznanie, że jeśli ktoś tak bardzo chce być traktowany jak wieczna „Ofiara” – to może należy mu to umożliwić, a słowo niech stanie się ciałem?

Konrad Rękas

Jeden komentarz

  1. NarodowyRadykał

    Artykuł jest po prostu fantastycznie fenomenalny!!!Napisany niezwykle błyskotliwie:krótko,mądrze i na temat;z bardzo dobrze dobranymi opisami naszych wspólnych wrogów;jest on niesamowicie ostry acz i tak stonowany wobec żydostwa bo wszyscy i tak doskonale wiemy o kogo chodzi).Autorowi należą się ogromne brawa za tak przepięknie napisany,zwięzły acz zarazem jakże błyskotliwie napisany artykuł.Chwała Wielkiej Polsce i Romanowi Wielkiemu Dmowskiemu!

Dodaj komentarz