Konrad Rękas: Unia Europejska czy amerykańska?

Parlament Europejski czy Amerykański?

Dlaczego wybory do Parlamentu Europejskiego są ważne? Bo instytucja ta zajmuje się samymi ważnymi sprawami! Na przykład: „Parlament chce bronić europejskie demokracje przed zagranicznymi podmiotami rozpowszechniającymi błędne informacje lub manipulującymi danymi osobowymi wyborców” [pisownia oryginału – KR]. Prawda, że godne to zajęcie dla politycznej reprezentacji pięćsetmilionowej rzeszy Europejczyków?

Pytania bez odpowiedzi

Nadto, ostatnim posiedzeniu „posłowie głosowali nad rezolucją, w której podsumowano ostatnie wysiłki UE na rzecz przeciwdziałania wrogiej propagandzie ze strony zagranicznych podmiotów oraz promowania nowych technologii w celu radzenia sobie z propagandą i fałszywymi kontami w mediach społecznościowych. Rezolucja zdecydowanie potępia również coraz bardziej agresywne próby Rosji, Chin, Iranu i Korei Północnej, mające na celu podważenie „normatywnych podstaw i zasad demokracji europejskich oraz suwerenności wszystkich krajów Partnerstwa Wschodniego”, które wpływają na wybory polityczne i wspierają ruchy ekstremistyczne[i]. Jednak nie dajmy się zmylić. Udawanie idiotów – to znana metoda szczególnie szkodliwych cwaniaków. Tym bardziej więc nie mogą zostać sami, nawet w takim żałosnym cyrku, który robią z PE.

Końcówka VIII kadencji PE upływa pod znakiem takich właśnie, jałowych, ideologicznych i propagandowych deklaracji, które deputowanym pozwalają zabić czas i dają alibi dla niezajmowania się sprawami takimi jak:

  • systemowy kryzys demograficzno-imigracyjny,

  • coraz wyraźniejsze rozjeżdżanie się „dwóch prędkości” Unii Europejskiej,

 

  • niemożność uzgodnienia właściwie żadnego wspólnego stanowiska w kwestii przyszłości Wspólnoty, w sprawach energetyki, bezpieczeństwa, polityki finansowej, dalszej integracji i/lub rozszerzania, stosunku do Rosji, Chin, Iranu i całej reszty świata.

Doszliśmy zatem do punktu, w którym nie wiadomo ani czym Unia jest, ani czym stać się może i powinna. To skutek, po pierwsze, doprowadzonej do absurdu alienacji brukselskich elit. Po drugie zaś – rosnącego nacisku Stanów Zjednoczonych na swoich tak zwanych sojuszników. Razem tworzy to więc nierozwiązywalną sprzeczność. Kilka ostatnich dekad nauczyło europejską klasę polityczną bezwzględnego posłuszeństwa wobec Ameryki. Jednocześnie jednak interes własny tejże klasy coraz wyraźniej staje w konflikcie z oczekiwaniami i żądaniami amerykańskimi. To systemowe zapętlenie, w połączeniu z emocjami i tak cały czas pulsującymi w obrębie bardzo tylko schematycznych i powierzchownych struktur europejskich – szukać musi rozwiązania i ujścia. Nawet w tak z gruntu mało sensowny sposób, jak wybory do Parlamentu Europejskiego.

O amerykańską V Kolumnę

Nietypowo, ale sama ta instytucja opublikowała niedawno sondaże[ii], które można uznać tak za prognozę wyników majowych wyborów, jak i za projekcję oczekiwań co do składu PE kadencji dziewiątej. Oczekiwań będących w znacznej mierze wypadkową nadziei eurokratów i wspomnianych żądań i bezpośrednich ingerencji amerykańskich. Oczywistym jest już bowiem, że frakcje następnego Europarlamentu mogą znacząco różnić się od obecnych, a co więcej nawet szacunki eurokratów wskazują, że matematyczne połączenie dzisiejszych frakcji: Europe of Freedom and Direct Democracy (m.in. UKIP-u i Ruch 5 Gwiazd Luigiego Di Maio) oraz Europe od Nations and Freedom (Marine Le Pen), nawet bez brytyjskich eurosceptyków – dałoby trzecią co do wielkości grupę parlamentarną, wyprzedzającą liberałów. A gdyby kooperować chcieli także europosłowie marnujący się obecnie jako „Reformatorzy i Konserwatyści” (czyli np. Bracia Włosi Giorgi Meloni) – wówczas można by myśleć nawet o przeskoczeniu socjaldemokratów. I można być też dziwnie spokojnym, że do tego nie dojdzie. Nie po to istnieje Unia Europejska, żeby do skutecznego głosu w PE dochodzili jej krytycy. Wystarczy właśnie spojrzeć jak rozproszeni są europosłowie eurorealistyczni, nie różniący się przecież między sobą w poglądach na temat euro-biurokracji – by zrozumieć, że do ich realnej integracji znów może nie dojść. Oznaczać by ona mogła bowiem dokończenie procesu zapoczątkowanego Traktatami Rzymskimi, a przerwanego i zakłóconego w Maastricht, Kopenhadze i Lizbonie. A przecież nie chodzi o to, by Unia Europejska była… europejska. Może być tylko brukselska/biurokratyczna albo amerykańska.

Widać już pierwsze zwiastuny nowych podziałów i przegrupowań służących tylko dwom celom: by wszystko pozostało po staremu, biernie i nieskutecznie i by Stany Zjednoczone miały w strukturach europejskich jak najefektywniejszą V Kolumnę. Atlantyści muszą przegrupować się przede wszystkim w związku z wycofaniem do innych zadań Zjednoczonego Królestwa. W najbardziej żenującym z możliwych stylu, w nieskończenie żałosnym i oszukańczym procesie BREXITU – lądowy lotniskowiec Ameryki, USS Britania odbija od Kontynentu, jednak desant złożony z politycznych G.I., wychowanków nowo-angielskich stypendiów wciąż pozostaje aktywny.

Paradoks polega na tym, że nową (?) siłą Ameryki mają stać się ci, którym dotąd przypinano łatkę agentury… rosyjskiej, a także – co już bliższe rzeczywistości – zamiar całkowitej dezintegracji UE. W istocie zresztą, formacje takie, jak Zjednoczenie Narodowe Marine Le Pen, Alternatywa dla Niemiec, czy włoska La Lega opowiadają się co najwyżej za reformą Wspólnot, a ponadto, obok (nader łagodnego) akcentowania własnych interesów narodowych – łączy je odwoływanie się do wartości europejskich, nawiązujących przynajmniej do ciągłości historycznej i cywilizacyjnej Kontynentu, a także jego geopolitycznej jedności, szerszej niż tylko struktury przeszłych i obecnych bloków militarnych. Jednocześnie jednak, zwłaszcza będąca motorem nowej integracji eurosceptyków La Lega i jej lider, Matteo Salvini – wydają się przechodzić przyspieszoną ewolucję, zgodnie z zasadą, że nie można wojować przeciw wszystkim w tym samym czasie. Włoski wicepremier na liście przeciwników pozostawił sobie ostatnio niemal wyłącznie brukselski establishment, kontynuując politykę konfrontacji z nim zwłaszcza w kwestii imigracji. Jednocześnie jednak Salvini wyhamował inne przejawy dążenia do niezależności czy to Włoch, czy całej Europy. Charakterystyczne stało się niespodziewane wystąpienie lidera Ligi przeciw „chińskiej kolonizacji”, udziałowi chińskich firm we wdrażaniu technologii 5G i projektowi Nowego Jedwabnego Szlaku (co pokrywa się ze stanowiskiem np. nominalnie chadeckiej Forza Italia). I nie był to pojedynczy wyskok, obliczony na ugłaskanie Amerykanów. W ramach koalicji rządzącej Włochami to Salvini był zwolennikiem kolejnego pro-amerykańskiego gestu, o jeszcze większym ciężarze gatunkowym – a mianowicie uznania nominowanego przez Waszyngton „prezydenta Wenezueli”, Juan Guaidó i dopiero opór 5 Gwiazd Di Maio doprowadził do pata, w którym Włochy nie uznały ani amerykańskiego mianowańca, ani legalnego prezydenta, Nicolasa Maduro. A przecież, jeszcze przed włoskimi wyborami w marcu 2018 r., to właśnie świeżo ucywilizowane, wbite w garnitury Gwiazdy wydawały się spacyfikowane przez Amerykanów, wycofując z wcześniejszych deklaracji NATO-sceptycznych i niechętnych wobec obecności USArmy w Italii. To pokazuje od jak dawna amerykańscy pacyfikatorzy są czynni na części europejskiej sceny politycznej uznawanej dotąd za bardziej niezależną.

Efekt ten może zostać tylko spotęgowany przez fakt, że w ten róg szachownicy przesuwane są pionki już wcześniej również ucharakteryzowane na „Europejczyków prawdziwych wartości”. Nieprzypadkowo potencjalnymi sojusznikami Ligi mieliby stać się wierni lokaje Waszyngtonu z polskiego Prawa i Sprawiedliwości i neokoni z hiszpańskiego VOX. O ile jednak Polacy, ze względu na swoją spodziewaną reprezentację w PE – mają tylko zapewniać masę i (jak zwykle) odwalać najbrudniejszą robotę zlecaną przez Amerykanów, o tyle ważniejsza rola ma zapewne przypaść znacznie sprytniejszym i bardziej elastycznym Węgrom premiera Victora Orbana z jego FIDESZ-u. Udało im się właśnie sprowokować zawieszenie tego ugrupowania w ramach Europejskiej Partii Ludowej, co otwiera drogę do skonsumowania nowego dużego bloku pan-europejskiego, o charakterze tak anty-brukselskim, jak i z wyraźną sylwetką Donalda Trumpa w tle całej organizacji. Zeszłoroczna misja Steve’a Bannona wydaje się więc przynosić spodziewane efekty.

Fałszywy sojusznik

Na europejskim przebudzeniu chcą też jednak zyskać inni. W drugim szeregu czają się już „czyści populiści” Di Maio, wspierani przez mniejsze ruchy z Polski (KUKIZ’15), Chorwacji (Zivi Zid), Grecji (AKKEL), Finlandii (Liike Nyt), a także interesujący, acz pozbawiony już początkowego impetu DiEM25 – Europejska Wiosna Yanisa Varoufakisa. Ten imponujący nazwiskami patronów (Julian Assange, Noam Chomsky, James K. Galbraith) ruch pozycjonuje się wprawdzie poza establishmentem korporacyjno-politycznym UE, ale jednocześnie jako formuła wręcz… integralnie europejska, w zamyśle oddolniej i autentyczniej od obecnej, chadecko-socjaldemokratycznej Komisji Europejskiej. I tu dochodzimy do kluczowego, być może dla przyszłości Kontynentu paradoksu – z jednej strony, jeśli w Europie pozostało jeszcze choć odrobinę tożsamości i witalności, to cechy te zachowały narodowe ruchy identarystyczne, niechętne obecnemu kształtowi UE, ale z związku z tym i podważające często sam sens integracji europejskiej. Jednocześnie jednak Europa podzielona według na nowo rozbudzonych partykularyzmów – jest skazana na los równie marny, jak pozostając kierowana przez eurokratów, uparcie próbujących wyprodukować „nowy naród europejski”, w oparciu o wykorzenionych imigrantów polanych nihilizmem i liberalizmem schyłkowego Zachodu.

I konsekwentnie – obecne zaplecze Komisji Europejskiej nie może wygenerować siły i tożsamości alternatywnej dla amerykanizmu nie tylko ze względu na uzależnienie finansowe, środowiskowe i bezpośrednią infiltrację Waszyngtonu. Decyduje to, że cały język zachodniego świata – jest dziś tylko kalką treści geopolitycznych i ideologicznych Ameryki. Ruchy opozycyjno-narodowe wydają się być na nie w pewnej mierze uodpornione, choć marząc o przebiciu się do establishmentu same coraz silniej ulegają dyktatowi politycznej poprawności (co widać szczególnie na przykładzie francuskim). Przede wszystkim jednak zagrożeniem pozostaje podsuwana „prawdziwej Europie” wizja USA jako taktycznego sojusznika przeciw eurokratom. I tak krąg się zamyka – która frakcja nie zdobyłaby przewagi w europejskim niedowładzie, i tak korzyści z tego miałby wyciągnąć blok amerykański, czy to w swej odmianie liberalno-finansowej, czy siłowo-zachowawczej.

Trzecia Europa

Niestety, ale na horyzoncie nie widać jeszcze Trzeciej Europy, a więc siły/myśli, która łączyłaby w jedną całość odruchy obronne narodów kontynentalnych ze zrozumieniem ich wspólnej roli cywilizacyjnej, być może już ostatniej w obliczu zmieniającego się świata. Europa nie eurokratyczna (a więc i nie ulegająca globalizacji i wykorzenieniu), ale i nie amerykańska, czyli nie podatna na manipulacje sektora wojenno-przemysłowego – wydaje się być i bliżej, i zarazem dalej niż kiedykolwiek. Z jednej bowiem strony widać wprawdzie symptomy pewnej odmiany, z drugiej jednak wydają się one od razu skażone starymi zarazkami. O ile jednak oczywistym jest, że w obecnym kształcie Stary Kontynent skazany jest na zagładę – o tyle nawet cząstkowa zmiana może okazać się być początkiem realnej odnowy. Odnowy, która zauważy wreszcie, że półwysep europejski nie musi być ani kolonią amerykańską, ani nieudanym eksperymentem ideologiczno-etnokreatywnym w służbie globalizmu, ani tylko muzeum dawnej chwały. Trzecia Europa musi przypomnieć sobie co to znaczy być wolnym, wspólnotowym, integralnym Kontynentem, nie tylko wracając do źródeł cywilizacji i tożsamości, ale także stawiając nowe pytania o ich rolę, zadania i przyszłość w Czasie Przemiany.

Konrad Rękas

Angielskojęzyczna wersja tekstu ukazała się na portalu https://uwidata.com/

 

[i] Rezolucja Parlamentu Europejskiego z dnia 12 marca 2019 r. w sprawie stanu stosunków politycznych między UE a Rosją:

http://www.europarl.europa.eu/sides/getDoc.do?pubRef=-//EP//TEXT+TA+P8-TA-2019-0157+0+DOC+XML+V0//PL

[ii] Nowe prognozy podziału miejsc w Parlamencie Europejskim po wyborach:

http://www.europarl.europa.eu/news/pl/press-room/20190228IPR29246/nowe-prognozy-podzialu-miejsc-w-parlamencie-europejskim-po-wyborach

2 komentarze

  1. Konrad Rękas

    Widzi Pan, sęk w tym, że konstatacja „już po ptokach…”, aczkolwiek poznawczo być może poprawna, a nawet ubogacająca – słabo nadaje się na program działania…

  2. Piger Henricus

    Pytanie jak przeprowadzić postulowaną przez autora ”oddolną integrację” europejską, by nie skończyło się na ustanowieniu kolejnego biurwokratycznego nowotworu quasi-państwowego jako narzędzia kompletnie wyalienowanych elit, cóż z tego, że tym razem ”samoistnych” bo dla poddanych jego władzy co za różnica czy okrada ich ”swój” lub obcy – ? Na pewno jednak, i tu pełna zgoda, nie udźwigną tego projektu np. flamandzcy narodowcy skoro nie potrafią dogadać się nawet z Wallonami, i vice versa, pozostaje więc w praktyce stara imperialna idea osi Paryż-Berlin-Moskwa, tylko że jeśli powstanie nawet taki kontynentalny sojusz z Niemcami jako zwornikiem tegoż układu, będzie to unia politycznych i cywilizacyjnych bankrutów trawionych chronicznymi problemami o jak wszystko na to wskazuje nieodwracalnym charakterze, przede wszystkim demograficznymi, ale i kulturowymi oraz ekonomicznymi także [ ostatnie tyczy nawet Niemców w dłuższej perspektywie, ze względu na stały odpływ najwartościowszych kadr i upadek systemu edukacji ]. Rad bym się też dowiedzieć co to niby miałoby zmienić w naszym pół-kolonialnym statusie jako jednej wielkiej montowni, rezerwuaru taniej siły roboczej i rynku zbytu dla naszego zachodniego sąsiada, bo obawiam się a wręcz jestem pewien, że Niemcy pozbawione amerykańskiej kurateli tylko docisnęłyby nas jeszcze i to do spodu już [ co rzecz jasna nie oznacza, iż łudzę się jakoby USA w jakikolwiek sposób nas przed tym neo-prusackim wyzyskiem ratowały ]. Jeśli zaś ktoś sądzi, że Francja penalizująca nawet skromną krytykę Izraela, czy Rosja z jej potężnym, wpływowym lobby żydowskich oligarchów powiązanych rozlicznymi interesami z państwem okupującym Palestynę, uchronią nas przed [u]roszczeniami Koszer Nostry, powinien się taką razą mocno czymś walnąć w łeb i ponawiać tę czynność aż do skutku, aczkolwiek nawet tak radykalne środki mogą nie dać rady jego zakutemu ”goisze kop”. Z mojej perspektywy jest już po wszystkim i to od dawna – przypomnę, bo autor zdaje się uporczywie ignorować ten fakt, że ostatnią szansą dla naszego kontynentu miał być neoimperialny, wykraczający daleko poza niemiecki nacjonalizm aczkolwiek bazujący na nim, projekt III Rzeszy i wiadomo czym się to skończyło dosłownie, słusznie zresztą i poniekąd na własne życzenie – deska ratunku okazała się wiekiem od trumny, dobre pół wieku ponad jak żyjemy od tego czasu na gigantycznym gruzowisku i żadne tam późniejsze ”budownictwa socjalistyczno-kapitalistyczne” tego nie zmieniły a wręcz jako narzucone z zewnątrz przez zwycięskich rywali w walce o hegemoniczne panowanie nad światem oba modele jednako potwierdzają dobitnie niepodmiotowy odtąd status Europy. Generalny problem z Niemcami polega na tym, że choć przez samo położenie w sercu naszej cywilizacji, i posiadane wciąż zasoby kulturowe i materialne są wręcz predestynowani do przywództwa żałośnie nie dorastają do swojej ”misji dziejowej”, spersonifikowana Germania mogłaby robić za modelowy wręcz przykład bubka co to ”wyżej sr… niż d… ma” – owszem, Prusacy dostali mocno po łbie od anglosaskich ”talassokracji” za mrzonki o konkurencyjnym, eurazjatyckim imperium, ale powiedzmy sobie szczerze, iż sami też schrzanili sprawę i to koncertowo, w swoim pompatycznym, operowym stylu, a ”willkommen politik” jest zaledwie podzwonnym ich najbardziej poronionych konceptów. Nie udźwignie tego tym bardziej tradycyjna rosyjska bezwolność i chaos, któremu jako taką formę musieli nadawać kolejni najeźdźcy jak nie z Zachodu to Wschodu, tym bardziej teraz, gdy kraj ten choć nadal groźny jest cieniem swej dawnej potęgi, i nie dysponuje żadną istotną alternatywą polityczną, bo na pewno nie jest taką skorumpowana putinowska ”suwerenna demokracja” ani nawet atrakcyjna ideowo całkiem przyznaję ”czwarta teoria” Dugina, którą wprawdzie dobrze nosi się na koszulkach, ale nic ponad to [ o śmiesznym masońskim państewku ze stolicą w Paryżewie nie ma co nawet gadać ]. Prawda moim zdaniem wygląda tak, że właściwie nie ma alternatywy [ bo co to za wybór ”chcesz dostać w gębę czy brzuch ?” ], a na luksus postawy ”moja chata z kraja” wyglądającej najbardziej rozsądnie w tej sytuacji niestety nie możemy sobie pozwolić, pozostaje więc tylko bezsensowne miotanie się w kaftanie bezpieczeństwa o czym świadczy popiskiwanie obecnych ”przywódców europejskich” pożal się – dochodzę do wniosku, że wbrew pozorom najinteligentniejszym z nich jest wiecznie nachlany Juncker, faktycznie zamiast łamać sobie głowę dylematami na których rozwiązanie i tak nie mamy wpływu z dwojga złego lepiej już pić na umór i do spodu, popuszczenia zwieraczy nawet byle tylko nie myśleć i znieczulić się na parszywą rzeczywistość, której możliwości kształtowania zostaliśmy pozbawieni z takich czy innych względów.

Dodaj komentarz