Corneliu Zelea Codreanu: Wielkanoc za kratami

Wilgoć przenika moje kości.

Wdycham więzienne powietrze i czuję, jak mgła przeszywa moje płuca.

Kładę się na przyczy. Kości bolą. Pięć minut leżę na jednym boku, pięć minut na drugim.

Obracam się w lewo i słucham, jak bije moje serce. Czy jest to krew?

Życie ucieka mi z osłabionego ciała.

Kraju! Tak wynagradzasz swoich synów!

 Myślę o matce.

Boję się, że mogło jej się coś stać.

Mój ojciec, który przyjechał do stolicy, by odebrać swoje wynagrodzenie świąteczne, nie wrócił. Został zatrzymany i przewieziony do nieznanego miejsca. Nikt nie wie nic o jego losie. Matka czeka na nas wszystkich na Święta. Tak mało radości zna stara matka, która tak rzadko widzi rodzinę razem.

U nas na Wielkanoc będzie pusto. Ani duszy przy matce. Wszyscy omijają ją i się boją przekroczyć próg jej domu.

Jej strapione serce bije i szuka nas w więzieniach. Chcę o nas zadbać, chce nas przytulić do serca.

Ale gdzie ma nas szukać? Nikt jej tego nie powie, nie dostaje żadnych listów.

Matko, samotnie płacząca w kącie naszego domu, wiedz, że każdy z nas w swojej celi tęskni za tobą tej Wielkanocy.

*

Wczoraj, w sobotę, poprosiłem przysłać do mnie fryzjera. Od tygodnia na moich oblodzonych policzkach rośne rozczochrana broda. Przyszedł fryzjer więzienny, ubogi Cygan skazany na śmierć. Ogolił mnie i po raz pierwszy w tym tygodniu mogłem sobie umyć oczy.

Czekam na Zmartwychwstanie Pańskie.

Poproszę wachmistrza o świeczkę. Niczego nie mogę tu kupić, ale być może on ma jakąś u siebie.

Przyszło dwóch śledczych. W pomieszczeniu, do którego przeprowadzono mnie wczoraj, nie da się zapalić światła.

Kiepski znak. Po raz pierwszy w życiu Zmartwychwstanie bez światła, w ciemności i samotności.

Ale po wielu próbach oficerom i wachmistrzowi udaje się zapalić światło.

Przynieśli mi małą woskową świeczkę, na znak swojej dobrej woli.

W krótkie chwile swojej regulaminowej inspekcji, dwa czy trzy razy dziennie, nie mówią mi ani słowa. Nie mają mi nic do powiedzenia, z resztą, o nic ich nie pytam. Jedyne ich słowa to: „Potrzebujesz czegoś?”, a ja zawsze odpowiadam: „Nie”.

Ale w ich oczach widzę zrozumienie mojej tragedii. Zdają sobie sprawę z ciążącej na mnie odpowiedzialności za ruch, liczący ponad milion dusz i dźwigającego na swoich barkach przyszłość kraju, rozumieją moje zmartwienie o moją rodziną i o setki i tysiące legionistów, którzy w tym samym czasie znoszą takie same tortury.

Rozumieją upokorzenie, któremu zostałem poddany, i nie chodzi tylko o pozbawienie wolności. W tym miejscu panuje upokorzenie, pogłębia się degradacja istoty ludzkiej.

Jedynie nie rozumieją diabelskich planów i działań by zniszczyć mnie i Legion.

Za wszelką cenę szukają dla nas najsurowszego wyroku. Skazać z rozkazu nie jest trudno, ale nasze poświęcenie wzniesie się do nieba i Bóg, najwyższy sędzia, nas wysłucha.

Znowu kładę się na przyczy. Czekam na godzinę 23, kiedy ludzie zwykle idą do cerkwi. Owijam się w swój płaszcz. Nie mogę leżeć długo na plecach, bo czuję straszliwy ból, nie wiem, czy boli mnie kręgosłup, czy nerki.

Z cementowej podłogi chłód przenika przez deski i materac. Obracam się w prawo i przyciągam kolana. Lędźwie bolą, wydaje mi się, że ropieją. Tylko przez pięć minut mogę leżeć na jednym boku, drugi bok boli tak samo.

Pewnie już 23. Wstaję, umywam się i zakładam płaszcz. Potem siadam na kraju pryczy i patrzę dookoła.

Jestem sam.

Przypominam sobie, już dwa razy w życiu spędziłem Wielkanoc w więzieniu, w 1925 i 1928. Ale nigdy nie było mi tak smutno, nigdy nie napełniały mnie takie strapienia, nigdy nie padałem pod ciężarem tylu trosk.

Biorę modlitewnik i zaczynam się modlić. Modlę się do Boga o wszystkich: za moją biedną żonę, za moją matkę, która została brutalnie potraktowana przez policjantów, za mojego ojca, który spędza tę noc w jakiejś marnej celi, za swoich braci.

Potem modlę się za legionistów, młodych i starych, męczenników wiary legionowej, wrzuconych w ciemne więzienia, Bóg wie gdze.

Ileż smutków i łez dziś przeżywają ich rodziny.

Potem modlę się za umarłych i widzę ich wszystkich przed sobą. Na ich czele rozpoznaję, niczym na obrazie, starca mającego tysiące lat, wielkiego króla naszej historii. Modlę się też za niego, w tylu walkach przychodził mi z pomocą.

Widzę generałów na granicach, tych legendarnych bohaterów i męczenników wojny o krzyż.

Moța, drogi bracie Moța, gdy Ciebie widzę, straszny smutek ściska mi serce. Byliśmy dziećmi, gdy w wieku 15 lat staliśmy na drogę tej walki. Widzę twoje zdeterminowanie i odwagę. Widzę Cię ubogiego w kraju, w którym nie znalazło się dla Ciebie kawałku chleba. Widzę Cię rozpaczliwie pracującego. Widzę jak niesiesz swoje błyszczące zdobycze na uniwersytet, do gazet, przed sąd, do katedr. Widzę, jak jesteś bity i upokorzany w więzieniach. Widzę, jak dążysz do złożenia ofiary z siebie, by dać temu narodowi najwyższe świadectwo, wyzwolić nas swoją śmiercią, swoją przestrzeloną piersią wytorować drogę zwycięstwa dla naszego pokolenia.

Dorgi Moța, popatrz teraz na nas. Tu, na tych łóżkach leżę, niczym pies. Kości mnie bolą, a kolana trzęsą się z zimna. A nasi, kwiat naszego narodu gnije w niewiadomo jakich więzieniach.

Panie, błagam Cię tej nocy Zmartwychwstania, przyjmij moją ofiarę. Zabierz mi życie. Nasz kraj odrzucił naszą pomoc, chce naszej śmierci.

Pewnie już po północy, chyba minęła jeszcze godzina.

Już nie słychać dzwonów.

Gaszę świeczkę i  mówię: „Chrystus zmartwychwstał”.

Teraz ludzie wracają do domów, do miast i wsi, niosąc płonące świece.

 Ale nasze rodziny płaczą tej nocy.

24 kwietnia 1938

 

__________________________________

Tłumaczenie z niemieckiego: Eugeniusz Onufryjuk.

Dodaj komentarz