Konrad Rękas: Żenada, czyli po co obrażać chrześcijan

Oto skrócona wersja typowego dialogu na temat tolerancji i poszanowania innych:

 

CHRZEŚCIJANIE: Przepraszamy, ale to co robicie jest dla nas przykre. Czy moglibyście tego nie robić?

 

SZURIA: A ch… nas to obchodzi, właśnie dlatego macie to znosić, jeb…e faszysty!

 

Kluczowe jest to, że obrażenie chrześcijan jest CELEM, a nie mimowolnym skutkiem większości tego typu prowokacji, czegokolwiek by potem nie udawali ich twórcy i popularyzatorzy. Banałem jest przypominanie, że czy to ze względów komercyjnych (dla zysku i/czy popularności), czy z powodu osobistej obsesji są ludzie i całe środowiska, których cała działalność sprowadza się do prób wywołania negatywnej reakcji wierzących chrześcijan.

 

Oczywiście, często pojawiają się różne zasłony dymne, że to o wolność słowa, artystycznego wyrazu czy wspomnianą tolerancję chodzi, jednak przecież nie wierzą w to chyba ani kreatorzy, ani popularyzatorzy takich zdarzeń. Chodzi o to, żeby „dojebać wierzącym, bo oni się tak fajnie złoszczą”. Ot, heroizm na poziomie obrzucania dziecka odchodami w nadziei, że się rozpłacze albo wścieknie. I latają za tym poważni podobno ludzie…!

 

Żenujące.

 

Po co obrażać drogiego człowieka?

 

Wbrew bowiem próbom przeniesienia całej dyskusji na platformę prawną wyłącznie – przeanalizować należy jeden, zupełnie nieistotny aspekt: czy warto w ogóle obrażać drugiego człowieka? Nie przekonywać go potem, że nie ma prawa czuć się dotknięty. Powtórzę pytanie: Po co obrażać innych? Znowu jest też, że coś się dzieje na złość PiS. A ja uparcie proszę o zostanie przy jednej kwestii: Czemu zainteresowani nie chcą zdobyć się na tak rzadkie ludzkie cechy, jak empatia i wrażliwość? I nie, nie odpowiadajcie, że „a bo chrześcijanie to…!”. To przecież ciągle to samo przedszkole: ­­- Dlaczego włożyłeś Krzysiowi kupkę do zupki?Bo on wcześniej miał ładniejsze klocki!

 

A przecież jeśli na imprezie pojawi się cham, który głośno beka, puszcza wiatry, wulgarnie zaczepia gości – to ktoś mu w końcu zwraca uwagę, bo może nie jest stuknięty, tylko po prostu źle wychowany i nie rozumie, że innym sprawia przykrość i dyskomfort. Ciekawe, że w życiu publicznym ma to być niedopuszczalne, a potępiony ma być właśnie ów zwracający uwagę?

 

Rozumiem też, że są koledzy ateiści, politeiści, agnostycy itd. Czy więc biegam naokoło wrzeszcząc „ateizm to gówno, Światowid to frędzel!„? To może chociaż niektórzy też umieliby się zachować z kulturką i bez pierdolca, skoro tylu innym się udaje powstrzymywać?

 

Co zaś się tyczy rzekomych działań artystycznych, to dzielą się one z grubsza na:

 

  • na chama: podrzeć Biblię, nasrać na wizerunek religijny, obsikać Kościół (że kaprofilia i obscena? No, ale to przykłady z życia, takie formy „twórcy” wybierają),

 

  • udawać głupiego: wsadzić banana, pokazać ch… a potem wołać „hahaha, to było lewe ucho” czy właśnie nieszczęsne zabawy z tęczą, która tylko zostaje zauważona od razu przestaje być Symbolem Wiadomo Czego, „no co wy, to wam się tak kojarzy, świntuchy jedne, hihi haha” .

 

Mamy więc do czynienia z pierdolcem agresywnym albo dziecinnym. O, gdybyż osoby nimi dotknięte choćby entą część okazywanego zaangażowania przeniosły na jakiekolwiek pożyteczne zajęcie!

 

Polska nie jest państwem chrześcijańskim. Ale powinna być

 

Obecny dysonans wynika z faktu, że nasze państwo nie jest bynajmniej chrześcijańskie, nie jest tak zorganizowane i nie odstaje od reszty świata bez Boga. Stąd właśnie przepisy o ochronie uczuć religijnych pozostają realnie martwe, a ich przywoływanie bez szerszego kontekstu, bez przynajmniej odwołania się do tzw. moralności publicznej – nie ma więc innego sensu niż ubłocenie w bieżących gierkach politycznych, ze szkodą dla pozycji wiary i religii w ramach państwa, a zwłaszcza społeczeństwa.

 

To trochę jak z cenzurą: byłaby naturalnym instrumentem państwa idealnego, lecz w państwie niedoskonałym i wręcz szkodliwym pozostaje jedynie kolejnym narzędziem destrukcji i zepsucia. Demoliberałom, nawet upozowanym na ludzi zasad – należałoby odebrać zabawki spoza ich świata, zanim doszczętnie je zepsują.

 

Oczywiście też, takie sprawy mogłyby być sądzone z powództw prywatnych. Sęk w tym, że sądy III RP nie są do tego mentalnie przygotowane i mało byłoby sędziów uznających interes prawny wiernego obrażonego kolejnym gównianym happeningiem. Niestety, to kwestia praktyki. Sąd III RP łatwiej uwierzy, że czyjąś matkę obraziło powiedzenie do niej „ty kurwo!” niż że kogoś innego uraziło wsadzenie krucyfiksu w mocz. W rzekomo opresyjnym katolicko kraju organy państwa wcale nie traktują chrześcijaństwa jako czegoś realnie odczuwanego. To właśnie źródło innego paradoksu, docierającego już do Polski z Zachodu – sędziom, policjantom, prokuratorom łatwiej uwierzyć, że obrażono muzułmanina czy hinduistę „bo oni wierzą naprawdę„, niż że naprawdę urażony został chrześcijanin. Przecież chrześcijaństwo to nie jest taka prawdziwa wiara, tylko zwyczaj, prawda, który w sumie należałoby już zmienić, nie?

 

Pozostaje więc odwołanie się do wspomnianej empatii. Szur subiektywnie nie obraża przecież Boga, w którego nie wierzy, choć Go przeważnie jednocześnie nienawidzi. Sprawia ból drugiemu człowiekowi, przeważnie nieznajomemu. A to jest zwyczajnie sprzeczne z zasadami funkcjonowania jednego gatunku, nie mówiąc o jednym narodzie i społeczeństwie. Stąd prosimy grzecznie: nie róbcie tego.

 

Konrad Rękas

5 komentarzy

  1. Leszek Szczepaniak

    ireneusz50@

    „Chrześcijańscy bogowie” – człowieku nie bredź!

  2. Konrad Rękas

    Jak napisałem w innym miejscu:

    Mogłoby się wydawać, że ostatnie awantury w Polsce potwierdzają ostrzeżenia dla Kościoła o niebezpieczeństwach związanych z choćby powierzchownym utożsamieniem z polityką PiS-u.

    I faktycznie, przynajmniej część ochoczo powtarzających antyklerykalne hasła czy biorących udział w antykatolickich happeningach – robi to ewidentnie przeciw partii rządzącej, zgadzając się, że ona i katolicyzm to jedno i żadne tłumaczenia czy sprzeciwy tego przekonania zapewne by nie zmieniły.

    Jednocześnie jednak należy zauważyć, że od dłuższego już czasu, jeśli coś stało się immanentną cechą Kościoła w Polsce – to raczej bierność, brak wyrazu, niezajmowanie wyraźnego stanowiska w niemal żadnej istotnej sprawie społecznej. Katolicyzm wciąż wywołuje ogromne emocje u swych wrogów, jednak od dawna nie pobudza swojego naturalnego zaplecza. Biskupi, czy każdy z osobna czy – zwłaszcza – wszyscy razem, nie tylko nie mają wiele do powiedzenia o sprawach społecznych czy politycznych, co tak często im się zarzuca, ale tak samo bierna, letnia i odtwórcza jest ich postawa w kwestiach już ewidentnie religijnych i moralnych. W efekcie, wbrew przekonaniu o swej wszechpotędze i sięgających mackach – katolicyzm w Polsce zamknął się wśród swoich, trwa, ale bez wizji, słowem może jeszcze nie umiera, lecz zamarł na pewno.

    Przyczynę tego stanu rzeczy można by widzieć w przykładzie idącym z góry, skoro zaś polska hierarchia nie widzi możliwości naśladowania happeningów papieskich, to przynajmniej płynie sobie biernie za nimi. Oczywiście, jakiś wpływ może mieć także intensywne skupienie na zabezpieczaniu zaplecza materialnego, konsumowanie znacznych środków przypadających Kościołowi z puli nazywanej unijną – pytanie, czy na pewno mądrze zabezpieczanych na czasy mogące okazać się naprawdę trudniejszą próbą?

    Pytanie zresztą co właściwie Kościół miałby i mógłby zrobić? Ani wierzących w jego szatańską wszechmoc i szkodliwość, ani nawet tych utożsamiających katolicyzm z PiS-em – żadną miarą przecież nie przekona. Spraw ponad bieżące przepychanki partyjne, rozmów o tożsamości, sytuacji cywilizacyjnej czy choćby odniesienia do spraw tak aktualnych i perspektywicznych, jak migracje, geopolityka, przemiany socal-ekonomiczne czy ochrona środowiska – w ogóle już chyba Kk w Polsce unieść nie jest obecnie w stanie.

    Nie więc, że latami inercji i marnym doborem kadr nie zasłużył na obecne problemy – ale też i nie za te swoje błędy jest obecnie cynicznie lub/i szurowsko atakowany. Paradoks polega bowiem nie na tym, że Kościół w Polsce jest jakoś szczególnie „pisowski” – tylko że jest ŻADEN.

    Być może licząc, że przedłuży to jego trwanie na wcześniejszych pozycjach, w myśl zasady – umierać, ale powoli… A może, po prostu – bezmyślnie.

  3. Bo on raczej ciąży ku prawosławiu. Co nie kłóci się z tym, że redaktorem jest świetnym i również ten jego tekst co do meritum jest słuszny.

  4. Czy autor pisząc „państwo chrześcijańskie”, miał na myśli katolickie. Jeśli tak to dlaczego tak nie napisał?

    • ireneusz50

      chodzi o to ze katolicyzm to nie chrześcijaństwo, katolicyzm nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem, katolicyzm to religia rzymska, bazująca na ekspansji, zysku i zbrodni, to kontynuacja rzymskiego imperium. a chrześcijańscy bogowie to tylko podkładka.

Dodaj komentarz