Konrad Rękas: Parlament Europejski 9-tej kadencji w perspektywie geopolitycznej

Czy 9 Parlament Europejski rzeczywiście będzie inny od poprzednich? Nawet znając jego skład – nie możemy być tego jeszcze pewni. Z pewnością jednak odmienna była kampania, która doprowadziła do jego wyłonienia.

Narodowcy i populiści – odebrane zwycięstwo

Zwiastuny przedwyborcze były bardzo wyraźne – trzecią siłą w Parlamencie miały być siły euro-sceptyczne i euro-realistyczne. Fakt, podzielone i nie mogące uzgodnić nawet powołania wspólnej grupy europarlamentarnej, ale wyraźnie cechujące się najwyższą dynamiką wzrostu poparcia, także dzięki charyzmatycznym liderom – przede wszystkim Matteo Salviniemu z włoskiego La Lega i Marine Le Pen z francuskiego Zjednoczenia Narodowego. Sukcesy, jakie formacje te odnoszą we własnych krajach – kazały widzieć w nich zwycięzców także i europejskiego wyścigu, jednak przewidywania takie ignorowały jednak fakt, że choć Unia Europejska we wszystkich niemal innych sprawach stara się redukować do minimum rolę państw członkowskich – to właśnie przy wyłanianiu ciała o tak symbolicznych jedynie kompetencjach, jak Parlament Europejski nagle przypomina sobie, że coś takiego jak granice państwowe jednak istnieje. A to z kolei w naturalny sposób preferuje formacje establishmentu – ten jest bowiem transgraniczny i z łatwością znajduje wspólny język, język pieniądza. Podczas gdy patrioci i narodowcy nie dość, że muszą pokonywać tak historyczne, jak i współczesne zaszłości – to jeszcze nie wszędzie odruch samoobrony społeczeństw wobec klasy polityczno-finansowej jest równie silny, nie wszędzie też odnajduje właściwe ujście, gdzieniegdzie (jak na przykład w Polsce czy na Węgrzech) zostając przechwycony przez umiejętnie przefarbowane partie głównonurtowe (odpowiednio Prawo i Sprawiedliwość oraz FIDESZ). Europejska wiosna nie rozkwitła równomiernie, stąd za wynikami ruchów antysystemowych we Francji i Włoszech nie poszły bynajmniej takie same sukcesy ich odpowiedników w innych państwach. Ba – właściwie nie można wskazać, gdzie szukać sił podobnych M. Salviniemu i M. Le Pen, a już na pewno nie o zbliżonym choćby potencjale (odrębny przypadek brytyjski zasługuje na osobne omówienie).

To jednak również wiedziano jeszcze przed wyborami, a mimo to sondaże dalej mówiły jasno: zakładano, że grupa Europe of Nations and Freedom M. Le Pen i M. Salviniego może urosnąć nawet do 85 mandatów wobec posiadanych dotąd 36. Z kolei Europe of Freedom and Direct Democracy, w której najsilniejszą osobowością pozostawał były lider UKIP i założyciel Brexit Party Nigel Farage, ale której drugą najsilniejszą częścią pozostawali Włosi z Ruchu 5 Gwiazd – pierwotnie wydawała się skazana na likwidację wobec opuszczania Unii przez UK, a także faktu, że 5 Gwiazd zapowiedziało próbę tworzenia własnej grupy, o charakterze ściślej populistycznym, bez inklinacji prawicowych. Mimo to jednak w ciągu szacowano, że formacje wchodzące w skład EFDD co najmniej utrzymają, jeśli nie zwiększą swój stan posiadania z dotychczasowych 42 do być może 48 członków. I wreszcie trochę niesłusznie, jeśli chodzi o pogram, ale prawidłowo biorąc pod uwagę intencje wyborców kojarzona z tym środowiskiem grupa European Conservatives and Reformists również szacowana była na około 75 mandatów (a nawet ponad 80 przy założeniu, że dołączyliby do niej Węgrzy z FIDESZU). Wszystko to razem mogło dać ok. 215 posłów do Parlamentu Europejskiej wybranych, jeśli nie wprost z list eurosceptycznych i anty-systemowych, to na pewno w intencji pokazania żółtej, a nawet czerwonej kartki Komisji Europejskiej i brukselskiej biurokracji. A jednak, mimo sukcesów we Francji i we Włoszech – plan ten powiódł się tylko częściowo, członkowie dotychczasowych grup uznawanych za eurosceptycznych zdobyli ostatecznie 176 miejsc (w miejsce dotychczasowych 155), a więc mniej niż się spodziewano i za mało, by np. skutecznie zablokować wybranie przynajmniej prezydium PE spośród tych samych twarzy co zawsze. System, choć z pozoru niewładny i genetycznie nieskuteczny okazał zadziwiającą umiejętność do neutralizowania zagrożenia.

Jak więc doszło do tego, że niewątpliwi, acz pyrrusowi zwycięzcy tych wyborów – La Lega i Zjednoczenie Narodowe znajdą się może nie w osamotnieniu, ale w gronie niezbyt licznych sojuszników, do których dołączyli na szczęście Niemcy z Alternatywy dla Niemiec (dobry, ale nie oszałamiający 11-procentowy wynik) oraz – jak już wiadomo – pojedynczy przedstawiciele Duńskiej Partii Ludowej oraz Prawdziwych Finów, dotąd niepotrzebnie marnujący się tylko w ECR?

Establishment nie ustąpi bez walki

Przede wszystkim należy zauważyć, że po raz pierwszy we wszystkich bodaj państwach Wspólnoty – potraktowano wybory do PE jak „normalną kampanię”, angażując w nią tradycyjną przy walce o parlamenty krajowe, lecz nieużywaną 5, 10, czy 15 lat ogromną machinę propagandową dominujących formacji chadeckich, socjaldemokratycznych i liberalno-demokratycznych. Dotąd praktyka była bowiem raczej taki, by wybory do PE traktować jako wskaźnik nastrojów społecznych, pozwalający lepiej przygotować się do krajowych rozgrywek oraz swego rodzaju wentyl bezpieczeństwa, wypuszczający z krajowej polityki radykałów z lewa i prawa, aby ugrzęźli w Brukseli i nie mieli zbyt wiele czasu na organizowanie prawdziwie groźnego, populistycznego zaplecza. Tak to w skrócie wyglądało właściwie wszędzie w Europie – aż do teraz.

Jedyną siłą establishmentu – jest fakt, że… jest establishmentem, a więc zakorzenił się w instytucjach publicznych całej Europy, w jej mniej lub bardziej państwowych i prywatnych mediach, w systemach partyjnych – no i oczywiście finansowych. Dysponuje więc niemal nieograniczoną mocą mobilizacyjną wobec mas słabo orientujących się i jeszcze słabiej zainteresowanych sprawami politycznymi (zwłaszcza na abstrakcyjnym i odległym, brukselskim poziomie). I tym razem z mocy tej skorzystano.

Partie radykalnej, ideowej mniejszości zawsze w realiach wyborczych liczyć muszą na niską frekwencję ogólną przy wysokim zaangażowaniu własnych wyborców. Tylko w ten sposób są w stanie przebić się przez sito ordynacji wyborczej – i do tego właśnie z reguły świetnie nadawały się wybory do PE, mało u kogo budzące zainteresowanie. Tym razem jednak system sięgnął do rezerw – i anty-system odbił się od rekordowej frekwencji: 50.95%, największej od 20 lat. Główne partie w poszczególnych krajach rozegrały te wybory „na poważnie” – czyli… niepoważnie, czyniąc z nich mecz zastępczy dla tematów krajowych, w których głosy mniejszości są z reguły skutecznie eliminowane. W tej sytuacji ze strony wyborców zadziałały z kolei jeszcze inne metody objawiania niezadowolenia z klasy politycznej (najczęściej już jednak oswojone czy nawet przygotowane przez establishment) jak głosowanie na formacje nowe lub w każdym razie o „młodym image’u”, w tym wszelkiej maści ruchu liberalne, postępowe i ekologiczne. Proces ten – widoczny zwłaszcza w Niemczech (ze znakomitym wynikiem 23% dla tamtejszych Zielonych), ale także w UK, gdzie po długich wahaniach to właśnie Zieloni (11% reprezentacji krajowej) okazali się głównym obok Liberalnych-Demokratów (22% reprezentacji krajowej) beneficjentem przestrachu przeciwników BREXIT-u ochrzczono mocno na wyrost „Zieloną Falą”. Jest to zresztą pewien paradoks – choć bowiem Zieloni faktycznie pilnują swojego niby-to-kontrkulturowego wizerunku, to przecież trudno uznać ich uznać za wiarygodną opozycję wobec administracji europejskiej od lat forsującej drakońskie regulacje prawne choćby w zakresie emisji CO2, a co za tym idzie także ograniczeń w motoryzacji, wydobyciu i wykorzystywaniu węgla. Słowem – jeśli Zieloni są opozycją, to tylko domagającą się by Bruksela była jeszcze bardziej brukselska! Z drugiej jednak strony, obok od dawna już należących do systemu Zielonych niemieckich – mniejsze formacje tego nurtu, skupione we wspólnym sojuszu z partiami separatystycznymi/regionalistycznymi/mniejszościowymi (The Greens/European Free Alliance, Greens/EFA) zachowują przynajmniej większy poziom wrażliwości społecznej i werbalny chociaż sprzeciw np. wobec polityki zbrojeń i kolejnych akcji imperialistycznych pod płaszczykiem „anty-terroryzmu”. Będzie ich tym razem wspólnie aż 74 (przyrost o 22) i to właśnie Zieloni/Wolny Sojusz Europejski liczą na pozycję języczka u wagi, gdy chadecy, socjaldemokraci i liberałowie będą starali się tradycyjnie ignorować formacje i grupy eurosceptyczne.

Nieprzypadkowa mowa o establishmencie trój- a nie zwyczajowo w Brukseli dwupartyjnym, tym razem bowiem liberałowie z The Alliance of Liberals and Democrats for Europe (ALDE), na których przecież zawsze kolejne Komisje Europejskie mogły liczyć – ogłosili się prawdziwymi zwycięzcami wyborów, w każdym razie jeśli chodzi o przyrost miejsc (106 w miejsce 69). Co ciekawe, szczególna rola w tym sukcesie przypada nowym krajom UE, uważanym przecież en bloc raczej za matecznik „skrajnej prawicy”. Tymczasem liberałów/centrystów wysłali do Brukseli przede wszystkim Rumuni – w której rozkład i porażka sił narodowych stały się najbardziej widoczne, ale także Słowacy, Czesi, Słoweńcy i Estończycy. Decydujące znacznie miał jednak wspomniany sukces brytyjskich Liberalnych-Demokratów – no i dobry wynik La République En Marche! (LREM) francuskiego prezydenta Emanuela Macrona. Jeszcze niedawno wieszczono mu rolę „obrońcy Europy [czyt. – establishmentu] przed narastającą falą populizmu”. Jak dotąd udało mu się przegrać z Le Pen zaledwie o 0,9 punktu procentowego (choć spodziewano się co najmniej 3-4 proc.), co przy poziomie braku akceptacji deklarowanym przez Francuzów (72 proc.) faktycznie jest czymś w rodzaju sukcesu. E. Macron nadal jednak pozostaje w rezerwie establishmentu, co na razie czyni nieaktualnym zgłaszany wcześniej postulat reorganizacji prac Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej ponad dotychczasowymi grupami. Miała to być tarcza, gdyby jednak anty-systemowcom się udawało. Skoro udało się ich zahamować – wystarczające okazuje się po prostu ujawnione dokooptowanie centrystów/liberałów do podziału stołków. W końcu w jeszcze głębszej rezerwie jest jeszcze ECR.

Amerykański poker

Podstawą European Conservatives and Reformists Group był dotąd sojusz brytyjskich torysów i polskiego Prawa i Sprawiedliwości, czyli głównych w Europie sił pro-amerykańskich. Partia Konserwatywna została dotkliwie ukarana przez wyborców za próby sprzedania BREXIT-u, za to polska partia rządząca odniosła zdecydowane zwycięstwo nad chadecko-socjaldemokratyczną opozycją z Koalicji Europejskiej, stając jednak przed problemem znalezienia partnerów do dalszego grania w Brukseli w amerykańskiego pokera. Zwłaszcza, że sami Amerykanie wydają się zainteresowani zmianą swoich koni na Starym Kontynencie.

 

Inicjatywa Steve’a Bannona – miała być symbolem tej zmiany, choć nikt dokładnie nie wiedział czym tak naprawdę była czy miała być: realną próbą zjednoczenia ruchów populistycznych, badaniem rynku politycznego przed jego spodziewaną zmianą, a może tylko prowokacją, mającą spalić popularnych polityków (M. Salviniego, M. Le Pen) jako „agentów Waszyngtonu”? Tego się nie dowiemy – nie tylko dlatego, że sukces eurosceptyków okazał się jednak mniejszy niż przepowiadano, a M. Le Pen oficjalnie odcięła się od S. Bannona. Wygląda po prostu na to, że Amerykanie dywersyfikują swoje interesy w Europie. Z jednej strony prezydent Donald Trump podczas swojej wizyty w UK niemal namaścił na swojego europejskiego papieża N. Farage’a, realnego zwycięzcę wyborów w Zjednoczonym Królestwie (za wyjątkiem Szkocji). UK to nadal najdalej posunięty eksperyment europejski Ameryki – znowu jednak, niedookreślony. Nie dość, że nie wiemy cały czas czy, kiedy i na jakich zasadach dojdzie do BREXIT-u – to nie znamy także całości alternatywnej (uzupełniającej?) propozycji amerykańskiej, obejmującej umowę handlową z USA, poza przerażającą sporą część Brytyjczyków wizją prywatyzacji National Health Service (NHS), której D. Trump niemal zażądał, jak w podbitym kraju. Tymczasem los i terminy BREXIT-u wciąż się ważą, a Brytania z wyborów wyszła jeszcze bardziej podzielona nie tylko w poprzek społeczeństwa, ale i wzdłuż swoich historycznych granic. W Szkocji bowiem z wynikiem 37,8% zwyciężyła Szkocka Partia Narodowa – niepodległościowa, anty-BREXIT-owa, ale także anty-amerykańska/anty-imperialistyczna. Największe protesty przeciw samej wizycie D. Trumpa znowu przeszły przez Glasgow i Edynburg, socjaldemokratyczna SNP jest kategorycznie przeciw prywatyzacji NHS, Szkoci chcą też usunięcia ze swojego kraju amerykańskiej broni jądrowej, za to zacieśnienia więzi z Europą. Plan amerykański realizowany via UK – będzie więc zapewne kosztowny przede wszystkim dla… Brytyjczyków.

Amerykanie chętnie więc zapewne posłużyli się i innymi narzędziami w Europie. Jak wspomniano – nie wiadomo co i czy w ogóle coś S. Bannon oferował na przykład M. Salviniemu, niemniej faktem jest, że włoski wicepremier tworzy z powodzeniem The European Alliance of Peoples and Nation (EAPN) – z ambicjami zebrania tyle ile się uda z tego, co zostało z sukcesu (?) populistów i narodowców. Co charakterystyczne jednak – tej inicjatywy nie poparło polskie Prawo i Sprawiedliwość, co zaskoczyło chyba wszystkich… poza Polakami, doskonale wiedzącymi, że PiS jest niczym więcej niż zwykłą europejską bezideową i bezprogramową chadecją, tylko przez swoją pro-amerykańskość (oraz dla taktyki wewnątrzkrajowej) znajdującą się w innej frakcji (ECR). Również węgierski FIDESZ jeszcze się nie opowiedziało, umiejętnie lawirując między chadecją a innymi opcjami, choć w obecnej sytuacji można przypuszczać, że Europejskiej Partii Ludowej (EPP) nie będzie się opłacać rozstawanie z aż 13 europosłami z Węgier (zwłaszcza wobec niewielkiej tylko przewagi nad socjaldemokratami – 179 do 153).

Na razie więc Stany Zjednoczone posiadają wpływy przede wszystkim w dotychczasowej grupie ECR (przede wszystkim dzięki Polakom i Brytyjczykom), w tym, co pozostanie z EFDD (znowu – rękoma brytyjskimi), natomiast starają się pozyskać (bądź przynajmniej czynią takie wrażenie) spodziewaną nową parlamentarną formułę EAPN. Czy czyni to Amerykanów zwycięzcami wyborów do PE, którymi dość wyraźnie czuli się jeszcze kilka miesięcy temu? Nie, skoro – jak widać z wyników – brukselskiej biurokracji udało się jak dotąd obronić, a wybory nowych frontmenów Wspólnoty (przewodniczącego PE, szefa Komisji Europejskiej, przewodniczącego Rady Europejskiej oraz wysokiego przedstawiciela Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa) odbędzie się po staremu z tego samego grona emerytowanych premierów i ministrów desygnowanych przez główne ugrupowania, robiące co najwyżej formalne miejsce liberalnym demokratom.

Jednocześnie jednak wybory potwierdziły, że USA mają wciąż w Europie pewne i bezwzględnie oddane przyczółki, po staremu w postaci UK i Polski, którym można zlecać zadania zarówno w obrębie UE, jak i poza nią (gdyby takie były bieżące potrzeby Waszyngtonu). W zakończonej kampanii ujawnił się też z całą mocą paradoks nie tylko polityczny, ale wręcz tożsamościowy: oto Europa, by się przebudzić musi pokonać powstałą na niej narośl Unii Europejskiej w jej obecnym kształcie – projektu cywilizacyjnego obcego europejskim tradycjom i ukierunkowanego na udział w procesach globalizacyjnych, tworzenie nowych społeczeństw i nowego wykorzenionego człowieka. Do roli sojusznika przeciw takiemu wrogowi uosabianemu przez Brukselę i KE stają się narzucić Stany Zjednoczone (ideologicznie przecież tożsame z dzisiejszym politycznym kierownictwem Europy, ba – odpowiedzialne za jego powstanie i wzmocnienie), podczas gdy np. Rosja i Chiny, wierne zasadom klasycznej dyplomacji i pragmatyzmu geopolitycznego, niezależnie od objawianych niekiedy sympatii rozmawiają i starają się zawierać porozumienia z takim rządami i władzami, jakie aktualnie są, a nie być by być może mogły. Oto więc populistyczne ruchy Europy, świadome swego potencjału, ale także rozumiejące już, że nawet słabnący system nie ustąpi bez oporu – stają przed pokusą i wyzwaniem: czy przyjąć dorozumianą ofertę amerykańską (nie wiedząc w istocie co zawiera poza, oczywiście, niewątpliwymi rachunkami do zapłacenia), czy też walczyć samotnie, „nie ufając Danaom nawet, gdy przynoszą dary”. Jest to wybór o fundamentalnym znaczeniu dla przyszłości Starego Kontynentu i dokonać się musi szybciej nawet niż w przeciągu obecnego pokolenia czy nawet może dekady. Europa może stać się istotnym podmiotem świata multipolarnego, powstałego w związku z coraz wyraźniejszym zmierzchem samodzielnej dominacji Stanów Zjednoczonych. Stąd właśnie Ameryka wolałaby zapewne raczej na powrót zdezintegrować Stary Kontynent niż pozwolić mu się pozbyć kurateli Waszyngtonu. Z kolei potencjalni partnerzy eurazjatyccy, Rosja i Chiny – niczego przecież za Europejczyków nie zrobią. Jak widać z wyników wyborów – nadal jednak droga do (geo)politycznej reorganizacji Europy wiedzie przez parlamenty narodowe, a jedynie uzupełniająco przez zabezpieczone przed oddolnym wpływem struktury brukselskie.

9-ty Parlament Europejski nie okazał się być aż tak różny od poprzednich, jak oczekiwano. No chyba, że będzie Unii Europejskiej Parlamentem ostatnim…

Konrad Rękas

(anglojęzyczna wersja tekstu ukazała się na portalu uwidata.com)

Jeden komentarz

  1. UE to państwo ponad narodowe, nie beda liczyły sie narody tylko kasty wytworzone w procesie ewolucji. To co upada w Indiach tworzy sie w Europie.

Dodaj komentarz