Konrad Rękas: Degrelle a sprawa polska

Awantura o Degrelle’a to jedna z dziwniejszych gównoburz polityczno-historycznych, przechodzących – o dziwo – już nie tylko przez prawicowy grajdołek sceny, ale nawet poruszając główny nurt (dez)informacyjny.

Oczywiście też, jak to w takich przypadkach – w większości komentarzy następuje przeróżnych materii pomieszanie z poplątaniem, krzyżują się wizje historii Polski (a często ich brak), niekiedy naiwne poglądy czym również polityka jest i być powinna, przy czym realnie jedynym konkretem wydaje się być przegrupowanie na zapleczu Ruchu Narodowego/Konfederacji, których prominentni działacze pośpiesznie odcięli się od dość standardowego (przyznajmy) wspomnienia o przywódcy Christus Rex w tweecie Brygady Lubelskiej ONR.

Interes okupantów – tchórzostwo konfederatów

I naprawdę trudno o lepszą wiadomość niż odczepienie się RN-u i wierchuszki Maszerujących od ONR-u, który z całego tego towarzystwa ma głowach jeszcze najlepiej poukładane, zwłaszcza w sprawach społeczno-gospodarczych. Im mniej zatruwania narodowej młodzieży przez „narodowy-liberalizm” – tym lepiej. Nie jest bowiem problemem współczesnych mutacji nacjonalizmu polskiego, że szanuje on Degrelle’a – tylko że mówi Friedmanem.

Cała sprawa ma zresztą dość ewidentny wymiar bieżący i jest kolejnym podejściem do wizji „polskiego nazizmu”, o którym tak wciąż śnią w TVN i różnych grupkach żyjących z tropienia tego zjawiska, istniejącego mniej więcej tak jak Yeti. Można zakładać, że ta namolność nie wynika li tylko z zaślepienia, lęków czy ignorancji historycznej – ale jest po prostu INTERESEM. W dodatku już nie tylko wewnątrzkrajowym – ale zleconym przez ośrodki zewnętrzne, zbierające choćby najbardziej idiotyczne preteksty, mogące potem zostać dopisane do listy „rachunków za holocaust”. Jasne, na pierwszy rzut oka wygląda to dziecinnie: „jakaś grupka Polaków wyraziła uszanowanie odwadze pewnego Walona żyjącego kilkadziesiąt lat temu, co znaczy, że Polska jest odpowiedzialna za shoah – i musi zapłacić jego ofiarom setki miliardów rekompensat!”. To jednak wcale nie musi wyglądać poważnie. Wystarczy, że takie jest…

Oczywiście, nie ma co poddawać się bezwzględnie cenzurze, co czyni np. Krzysztof Bosak i reszta jego kolegów z wierchuszki Konfederacji. Z ich strony bowiem to bynajmniej nie rozsądek, ale po prostu tchórzostwo, rozpaczliwa nadzieja na zostanie zaakceptowanym przez system – i w istocie test wiarygodności np. deklaratywnego oporu wobec ACT 447. Skoro od byle czego konfederaci podkulają ogonki i odcinając się od swoich, od Polaków, narodowców – to jak można wierzyć, że w sprawach ważniejszych zachowają narodowy kręgosłup, odwagę i pryncypialność?

To PiS wprowadzi politpoprawność, zdelegalizuje narodowców i zapłaci Żydom

Jasne, Żydom i Amerykanom (a także ich sługusom w III RP) nie ma co dawać zbyt łatwych pretekstów, trzeba też jednak rozumieć, że ich roszczenia nie są jedynym zagrożeniem czyhającym na Polskę. Kto zna z bliska realia zachodniej polityki, ten znakomicie rozumie jak negatywną rolę odgrywa polityczna poprawność i dlaczego za wszelką cenę nie wolno jej wpuścić szerzej do Polski! To sprawa nie mniej istotna niż żądane od nas miliardy. Rygory dotyczące już nie tylko wypowiedzi, ale nawet… myśli i konkretnych sformułowań zabezpieczają władzę establishmentu równie skutecznie, jak amerykańska hegemonia militarna oraz globalna finansjera. To stałe kajdany, których nie można zdjąć na chwilę, żeby mrugnąć i opowiedzieć szmonces czy kawał o blondynce. To nigdy nie śpiąca policja myśli, której władzy na Polską w żaden sposób nie wolno powiększać!

W dodatku zaś w wersji dla III RP – politpoprawność doprawiona jest specyfiką lokalną, czyli chorobą „na Moskala (też mającą wymuszać większą uległość wobec żądań żydowsko-amerykańskich), stąd już z kręgów pro-rządowych pojawiły się już te same co zawsze komentarze – że za aferę (?) z Degrellem odpowiadają… TA DAM: „rosyjscy agenci!”. I żyjemy już w takiej aberracji, że jakoś nikogo nie uderza hiperidiotyczność konstruktu „chwalą żołnierza, który na ochotnika zgłosił się by walczyć z Rosjanami – bo są pro-rosyjscy”…

W tym szaleństwie, jak wspomniano – jest jednak metoda. PiS korzysta z kolejnej okazji, by uderzyć w środowiska narodowe i czyni to bez wahania i ręka w rękę z organami rzekomej „opozycji” europejskiej”. W istocie bowiem OBA te środowiska jednakowo są zainteresowane i zadaniowane, by utrwalać dominację amerykańsko-żydowską nad Polską. Nie miejmy złudzeń – rozgromiwszy narodowców (co będzie łatwe, gdy ci dadzą skanalizować się w getcie liberalnym) – to Prawo i Sprawiedliwość będzie tą partią, która i zapłaci Żydom, i zdelegalizuje polskie organizacje nacjonalistyczne, i wprowadzi terror politpoprawności. I to musi być właśnie główny kierunek obrony – nie Degrelle’a bynajmniej, ale sprawy polskiej.

Interes polski, nie żydowski, ale i nie waloński

W całej zaś tej historii najmniej ważna jest… sama historia. Oraz fakty. Dla porządku więc jedynie warto przypomnieć chociaż te podstawowe. I tak oskarżenia Degrelle’a o „nazizm” (kiedy był po prostu walońskim katolickim nacjonalistą – mają tyle samo sensu (czyli nie mają go wcale), co zarzut „zdrady”. Do znudzenia bowiem można przypominać, że nawet w tamtejszym slangu do dziś „Belg” oznacza:

– Żyda,

– członka sasko-koburgskiej dynastii panującej,

Herkulesa Poirot.

A Degrelle był Walonem, niepodległościowcem swojego narodu – kogo więc niby miał zdradzić, wymyślony przez brytyjskiego hegemona dla ochrony przeprawy przez Kanał sztuczny konstrukt geograficzno-ekonomiczny? Tyle tylko, że nas powinien interesować wyłącznie interes polski (tak historyczny, jak i współczesny, a zwłaszcza przyszły) – a nie to jak interes waloński rozumiał tamtejszy narodowiec… Zwycięstwo Degrelle’a i jego sojuszników oznaczało zaś nie tylko klęskę Polski, ale i unicestwienie narodu polskiego (choćby nie były to cele i skutki ważne dla samego autora „Płonących dusz”), podczas gdy zwycięstwo polskie miało swój wpływ na klęskę programu SS-Wallonien. To prosty rachunek, bez sentymentów.

W rzeczywistości też to, że Degrelle walczył o stronie niemieckiej poza opisanym wyżej znaczeniem bieżącym – nie ma żadnego odniesienia to abstraktów w rodzaju kategorii „dobra”, czy „zła”, które nie są kategoriami politycznymi, przynajmniej nie w potocznym znaczeniu, stąd nie ma także „dobrej/złej strony”. Dobrą, bezwzględnie dobrą stroną jest bowiem tylko interes narodu polskiego – a złą działanie na jego szkodę. Cała filozofia.

Nie ma więc też sensu dywagowanie nad jakąś „wspólnotą bohaterską” nacjonalistów i im podobnych – bo to takie samo bajkopisarstwo, jak apologizowanie na siłę wszelkiej maści rewolucjonistów przez ostatnich dinozaurów ideowej lewicy. Stąd wzruszyć tylko ramionami można na dokonywane przez niektórych kolegów radosne mieszanie kwestii politycznych z co najwyżej… „metapolitycznymi”, bajdurkowanie o „cnotach”, „mitach”, jakiś „ogniach wikingów” – a więc rzeczach, które z polityką nie mają wspólnego NIC lub niewiele. Robiący tak czynią jak ci, dla których najważniejszy jest „mit zwycięskiej RKKA” albo którzy nie mogą przestać opisywać „cnót pradawnych wojowników uosabianych przez ISIS”. Powtórzmy – ethos wojowniczy nadaje się, a nawet jest potrzebny przy kształtowaniu elity politycznej danej społeczności, jednak powszechnemu odbiorcy dawkowany musi być z największym umiarem i pod bezwzględną kuratelą rozsądku i racjonalizmu.

Ergo potępianie Degrelle’a ma takie samo znaczenie, jak stawianie mu kapliczek. Mówiąc kolokwialnie: co Polaków ten facet w ogóle obchodzi? Ot, epizod historyczny OBCEGO narodu... Chodzi właśnie o to i tylko o, że w „białej legendzie” Degrelle’a brakuje przeważnie tego jednego zdania (albo jest ono bagatelizowane), napisanego słusznie przez (jak najbardziej wielbiciela SS-Standartenführera), kol. Ronalda Laseckiego: „Degrelle walczył u boku państwa będącego wojennym przeciwnikiem Polski i okupującego ziemie polskie oraz dopuszczającego się tu zbrodni”. I to naprawdę zamyka sprawę.

Reszta to emocje albo współczesne interesy. Pierwsze należy w polityce powściągać lub/i umiejętnie wykorzystywać dla własnych celów. A drugich – bronić. Ale tylko interesów polskich i narodowych. Tyle.

Konrad Rękas

Dodaj komentarz