Konrad Rękas: Perfidny Albion i dokończenie eurazjatyckiej wojny domowej

Jednym z największych braków w polskiej refleksji historycznej, cywilizacyjnej i geopolitycznej – pozostaje niemal całkowite ignorowanie roli Anglosasów w planowaniu, przygotowaniu i wywołaniu obu wojen światowych, a następnie w prowadzeniu ich aż do uzyskania konkretnych celów, o znaczeniu daleko wykraczającym poza powierzchownie opisywane bieżące rozgrywki mocarstw. W tym właśnie kontekście należy widzieć całokształt anglosaskiego dążenia, by do dokończenia wojny światowej lat 1914-45 w ogóle doszło – co również powinno być bardzo pouczające dla Polaków, skoro to właśnie nas użyto do wznowienia tego globalnego konfliktu.

Upadły Anioł Pokoju

Jak wielka była determinacja brytyjskich elit – widać choćby na przykładzie z zakresu (pozornie…) polityki wewnętrznej UK. Oto przywódcy kraju woleli bowiem zafundować sobie kryzys konstytucyjny, byle wymusić odejście z tronu człowieka naiwnie przekonanego, że jest w stanie uratować pokój europejski (by móc zająć się nadaniem Zjednoczonemu Królestwu cech „normalnego” państwa, ukierunkowanego na rozwiązywanie nabrzmiałych całymi wiekami problemów społecznych – a nie nosiciela dla pasożytującej międzynarodowej finansjery). Obalenie Edwarda VIII było zatem nie tyle punktem zwrotnym (jako polityk nie miał on bowiem żadnych szans w starciu z City i Wall Street razem wziętymi), co znacznikiem, który pokazał przyspieszenie odliczania do wojny o kolejny krok przybliżającej de-patryzację świata.

Oczywiście, jedyny wart uwagi król Brytanii nie był żadnym Aniołem Pokoju, politykiem też okazał się przegranym. Ba, był chyba jedynym człowiekiem nie chcącym przyjąć do wiadomości… przyrodzonej roli monarchii brytyjskiej – podobnie jak Kościół Anglikański mającej tylko zapewniać samozadowolenie angielskiej klasy średniej z utrzymywania w karbach klasy niższej, ku prosperity City i klasy wyższej. Chciał dwóch rzeczy, których chcieć nie miał prawa – brytyjskich rządów nad Brytanią i pokoju. W obu tych sprawach próbował iść przeciw interesowi światowej klasy rządzącej, dlatego musiał odejść. I tak miał zresztą szczęście. Ci, którzy przed nim chcieli ocalić Europę (jak arcyksiążę Franciszek Ferdynand i… Rasputin) polegli w wojnie z finansjerą i Oceanem. Edwarda VIII postanowiono jednak zabić dotkliwiej – mordując pamięć o nim.

Jednym z elementów zniesławienia króla bez korony jest przedstawianie go (zwłaszcza w formie popularnej, także we wszelkiej maści historiach alternatywnych) po prostu jako kolaboranta, w najlepszym (?) razie kandydata na „angielskiego Quislinga” itp. Faktycznie, nieprzypadkowo to z osobą księcia Windsoru swe naiwne nadzieje na modus vivendi z Albionem wiązali też przywódcy niemieccy. Tymczasem pasożyt od XV już wieku żerujący na ciele Anglii chciał wielkiej rozgrywki – i doskonale wiedział do czego i dlaczego zmierza, bodaj zresztą jako jedyny z graczy. W grze tej zaś umiejętnie posługiwał się tak groźbą i zachętą do wojny (jak rzucając na stół polską blotkę), jak i łudząc pokojem czy wreszcie w dogodnym dla siebie momencie wykonując pełnowymiarowe operacje militarne.

Polska podrzucona przez Anglików jako ser w pułapce na Niemcy to sprawa już jakoś znana i opisana, spójrzmy więcej teraz na dwa inne ilustracyjne epizody II wojny, których rocznice niedawno obchodzono – w nader odmiennym zresztą stylu i klimacie: atak Niemiec na ZSSR i lądowanie aliantów zachodnich w Normandii.

Parteigenosse Heß wykonał zadanie

Decyzja o napaści na ZSSR była z punktu widzenia Hitlera samobójstwem (opowieści o „ataku uprzedzającym” to bajki wprost z kuchni Goebbelsa, powtarzane dziś przez ignorantów historii wojskowej i dezinformatorów pokroju Rezuna[i]). Jedno z najważniejszych dla historii nowożytnej pytań brzmi więc: Co skłoniło Führera, by (nie pomny doświadczeń Wielkiej Wojny) znowu zdecydował się walczyć na dwa fronty? Jedną z hipotez na ten temat, jest wątpliwość wobec zdarzenia o kilka tygodni wcześniejszego, sprowadzająca się do kolejnego pytania: Czy misja Heßa rzeczywiście tylko „się nie powiodła” – czy przeciwnie, udała się w myśl wszystkich zamierzeń Hitlera, wciągając jednak III Rzeszę w śmiertelną pułapkę brytyjską?

Historycy są dziś zgodni, że spalenie dokumentów, z którymi Heß przyleciał na Wyspy to tylko… dym, a Churchill i decydenci UK poznali istotę propozycji Hitlera (dowodzącej jego bezbrzeżnej naiwności i braku zrozumienia sensu wojny, którą niby to „wywołał„). Sprowadzała się ona do gwarancji nienaruszalności Imperium, a nawet obietnicę przyszłego podziału wpływów – w zamian za nawet tylko praktyczną neutralność w wojnie niemiecko-sowieckiej. Oficjalną wersję znamy – Brytania rozmów nie podjęła, Führer zdezawuował swojego Nr 3 itd. No dobrze, ale czemu w takim razie Rzesza zaryzykowała? Tłumaczenie wykonania Barbarossy (tylko) szaleństwem Hitlera oczywiście jest możliwe – ale co najmniej możliwe było też zaistnienia scenariusza alternatywnego. Co bowiem, jeśli w rzeczywistości Heß ZAWARŁ tę swoją ukochaną ugodę z Albionem[ii], informacja o tym w jakiś umówiony sposób dotarła do Berlina, Wehrmacht ruszył – a potem zostało tylko powtarzanie „Gott strafe England„? Po raz kolejny…

Jasne, to tylko teoria spiskowa, dla Polaków mająca jednak wymiar podwójnie edukacyjny. Po pierwsze – podkreślając znowu, że (geo)polityka to z jednej strony plany ukryte w planach, a z drugiej TYLKO interesy. I to interesy strategiczne, rozpisane nawet nie na dekady, ale całe trendy cywilizacyjne, trwające (przeważnie prawie niepostrzeżenie) stuleciami.

Po drugie zaś ostatecznie dobijając anachroniczne sny o „marszu z Hitlerem na Moskwę. Jak można było dokądkolwiek chodzić z kimś, kto przez całe życie okazywał się tylko dzieckiem we mgle, prowadzonym za rączkę i rozgrywanym najpierw w sprawach wewnętrznych, niemieckich, przez wielki kapitał i międzynarodową finansjerę, a potem na polu międzynarodowym przez siły wrogie Niemcom (a także, przy okazji, także całej Europie, a więc, w dalszym planie i Polsce)?

Wielka Wojna była europejską wojną domową, II wojna była domową wojną w wymiarze Eurazji, paradoksalnie jednak – pierwsza przyniosła Polsce chwilową niepodległość, w drugiej atak Niemiec na ZSSR uratował naród polski przed zagładą. Stawia to Polaków nie tylko nieco z boku głównych prądów geopolitycznych tych konfliktów, ale także samonarzuca własne interesy, a więc i oceny partykularnie odmienne niż u reszty świadomych sił świata.

Co nie zwalnia z obowiązku rozumienia jakich gier bywaliśmy pionkami…

Plaża Omaha

Podobnie jak zupełnie na zimno (pomimo, a raczej właśnie w związku z ogromem strat polskich) należy patrzeć na cały przebieg II wojny, w tym na jej punkty kluczowe, cały czas wynikające właśnie z rozgrywki mocarstw o powojenny już układ sił, a faktycznie całą przemianę cywilizacyjną, zapoczątkowaną wieki temu, trwającą nadal w naszych czasach i ukierunkowaną na wciąż nam nieznaną przyszłość. Zwłaszcza w obecnym zamieszaniu pojęciowym w nieskończoność chyba powtarzać trzeba oczywistość – że ludobójcza dla Polaków okupacja niemiecka skończyła się dzięki wspólnym ofensywom RKKA i Wojska Polskiego, stąd na wydarzenia z dziejów Frontu Zachodniego, takie jak lądowanie w Normandii możemy patrzeć wyłącznie realistycznie – i geopolitycznie.

Po pierwsze jako na próbę wyścigu Amerykanów i Brytyjczyków do Berlina tak, by wbrew ustaleniom mocarstw zwiększyć swój stan posiadania w Niemczech, ale tylko Niemczech (żadna „wolność z Zachodu” do Polski nie szła). Przeciwnie, po wojnie bez bufora w postaci Niemiec komunistycznych – nasza pozycja strategiczna byłaby o wiele gorsza, a zagrożenie granicy zachodniej – większe. Również jej przebieg mógłby być znacznie mniej korzystny dla Polski z Amerykanami stacjonującymi w całym Berlinie…

Trzeba było dopiero Arnhem i Ardenów, by Anglosasi przyjęli do wiadomości, że Sowietów nie wyprzedzą, stąd nagła zmiana stanowiska, nastawienie na „dotrzymanie zobowiązań” i dyplomatyczny podział wpływów, nie tylko zresztą w Niemczech. Skądinąd zresztą skłonność do nadmiernego i zbyt długiego poszanowania zawieranych porozumień długo jeszcze cechowała raczej politykę… sowiecką, czego dowiodła postawa Stalina choćby wobec Grecji, jakże kontrastująca choćby z wyłuskaniem przez Brytyjczyków Jugosławii z kształtującego się Bloku Wschodniego.

Po drugie zaś trzeba zauważyć, że od plaży Omaha symbolicznie rozpoczęła się amerykańska okupacja Europy (nieco tylko zaburzana detalami w rodzaju samowyzwolenie Paryża i zwłaszcza późniejszej polityki de Gaulle’a), trwająca nieprzerwanie do dziś, a obecnie rozlana również na Polskę i całą niemal Europę Wschodnią i wzmacniana zapowiedziami zwiększania obecności USArmy, w tym zwłaszcza na terytorium RP. Znowu więc – polska perspektywa pozostaje odmienna niż np. politycznych elit Europy świętujących kolejną rocznie D-Day (też zresztą mocno kontrowersyjną z punktu widzenia narodów europejskich i ich strategicznych interesów). O ile bowiem świętami polskimi, znaczącymi ważne, pozytywne etapy naszej historii – pozostają wyzwolenie Warszawy, zdobycie Kołobrzegu, forsowanie Odry czy zwłaszcza upadek Berlina, o tyle lądowanie w Normandii to z pewnością NIE NASZA rocznica (i to pomimo daniny krwi i bohaterstwa żołnierzy polskich walczących przedtem i potem na Drugim Froncie).

Chamaechora geopolityki

Przede wszystkim dlatego, że choć wojna ta od Polski się zaczęła i ponieśliśmy w jej wyniku ogromne straty i zniszczenia – to nasza rola w konflikcie mocarstw (a raczej – sił cywilizacyjnych na jednym z etapów kształtowania nowego ładu światowego) – pozostawała czysto przedmiotowa, a w dodatku nieświadoma i dopiero udział w procesie wyzwolenia, a następnie odbudowy kraju oraz współtworzenia odmienionej rzeczywistości geopolitycznej (na pewien czas opóźniającej zamierzenia globalistów) dały Polsce pewne elementy podmiotowości. Co paradoksalne – pomimo faktycznej utraty czy ograniczenia państwowej suwerenności…

W tym właśnie bowiem cała rzecz, że Polska jest taką chamaechorą geopolityki (czyli tym krzaczkiem bez korzeni, turlającym się na wietrze w ostatnich kadrach westernów). Gdzieś czasem coś nas zagna – ale woli w tym naszej niewiele… Przed i w trakcie Wielkiej Wojny byliśmy przynajmniej przygotowani na zmiany koniunktury międzynarodowej, a gdy zaszły tak znaczne, że ciężko je było sobie nawet wcześniej wyobrazić – dysponowaliśmy szkołą polityczną umiejącą dostosować się i twórczo wykorzystać zachodzące wokół transformacje. Zanik tych zdolności w polskich elitach politycznych, ich intelektualne osłabienie, znowu paradoksalnie – w warunkach niepodległości (przynajmniej formalnej, bo przecież już nie finansowo-ekonomicznej, a na końcu nawet i nie dyplomatycznej) przyniósł klęskę roku 1939, której ani przyczyn, ani realnych skutków polskie kierownictwo polityczne nie zrozumiało w praktyce już do końca wojny. Dopiero pojawienie się nowych sił, dostosowanych do nowych konieczności dziejowych – pozwoliło na odrodzenie po roku 1944, a nawet wspomniane uzyskanie przez Polskę elementów pewnej podmiotowości (acz w obrębie większego organizmu geopolitycznego). Od tamtej jednak pory ponownie datuje się regres, trwający aż do dzisiejszego upadku nie tylko znaczenia Polski, ale i świadomości tak procesów historycznych, jak i momentu transformacyjnego w którym być może znowu się zajmujemy.

Pomimo więc naszej co najwyżej przyczynkarskiej roli politycznej w wydarzeniach ostatnich stu lat – odbudowa przynajmniej podstaw rozumienia otaczającego nas świata, w tym wydarzeń, do których nas włączono (także w perspektywie historycznej) wydaje się absolutnym minimum, bez którego dalsza nasza historia po raz kolejny zostanie Polakom podyktowana. I to co najwyżej w mocno pobieżnych i solidnie zafałszowanych skrótach – czyli zupełnie jak przypomniane tu elementy dziejącej się wokół największej z gier, w której my jesteśmy tylko zeschniętą kulą wywiewaną coraz bliżej pustyni.

Zwłaszcza, że przecież największa z gier światowych jeszcze nie dobiegła końca. I nie skończy się nigdy. Pesymista powie: Tym gorzej dla nas! Optymista: Uff, czyli jeszcze trochę przewegetujemy…! A realista? Że zawsze jest dobry moment, aby zmądrzeć.

Konrad Rękas

[i] RKKA ustawiona była dynamicznie, do zmiany, czyli teoretycznie powinna móc uformować obronę, jak i przejść do ataku. Nie było to jednak ustawienie typowo ofensywne, a potem to już blitzkrieg zrobił swoje.

[ii] Za co zresztą sam Heß zapłacił, jak wszyscy poprzedni zwolennicy pokoju (choć warto pamiętać, że w tym wypadku miał to być pokój mający tylko ułatwić eksterminację Słowian, w tym Polaków – na wypadek, gdyby ktoś chciał się rozczulać nad dalszymi losami tego naiwnego nazisty…).

Jak pamiętamy 17. Sierpnia 1987 r. – odcięty od świata 93-latek z artretyzmem ostatecznie zmylił strażników Spandau (nb. amerykańskich tego dnia), pobiegł chyżo do znienacka opuszczonego domku ogrodnika, niewładnymi dłońmi zaplótł sobie kabelek i wykonując mistrzowską operację zadzierzgnięcia pętli podczas siedzenia na krześle – popełnił samobójstwo.

A już następnego dnia rzeczone kabelek, krzesełko i resztę jego rzeczy spalono, burząc przy okazji całe ogromne więzienie, przypadkowo mając pod ręką cały sprzęt budowlany.

8 komentarzy

  1. Konrad Rękas

    Otto Strasser był jednym z najciekawszych umysłów politycznych swoich czasów. Niekiedy jednak mylił swoje marzenia i życzenia z rzeczywistością. Stąd oczywista mylność nazwania swojego rywala, Adolfa Hitlera „Kiereńskim niemieckiej rewolucji nazistowskiej”.

    Tymczasem analogie z historią komunizmu oczywiście istnieją – tyle, że raczej z historią alternatywną. HITLER był bowiem raczej TROCKIM nazizmu. Trockim, który zwyciężył – i wbrew jakiemukolwiek sensowi rozlewał nazistowską rewolucję na całą Europę i świat, równolegle karnie realizując interesy wielkiej finansjery.

    Dokładnie tak skończyłyby się rządy Lwa Dawidowicza w Związku Sowieckim, gdyby nie Stalin. Niestety jednak, żaden z braci Strasserów nie był Kobą…

    • Z całym szacunkiem do braci Strasserów, ale z Hitlerem Polska mogła się porozumieć bez strat terytorialnych, a ze Strasserami nie było to możliwe. Poza tym nie jest tak, że Hitler był Trockim nazizmu, a Strasserowie mogli być Stalinami nazizmu. Strasseryzm zakładał paneuropejskie podejście wykluczające budowę narodowego socjalizmu w jednym kraju i utrzymanie go jako stanu permanentnego, być może przyjęliby taką taktykę chwilowo, ale to już jest zwykłe gdybanie. Oprócz tego powtarza Pan mit według którego Hitler był „realizatorem interesów wielkiej finansjery”. Burżuazję traktował instrumentalnie dla ożywienia gospodarczego Niemiec i sfinansowania działań wojennych i gdyby wygrał wojnę na froncie wschodnim (do czego mu niewiele brakowało w 1941 roku) to by burżuazję kopnął w dupę, bo po zajęciu najważniejszej części ZSRR, czyli europejskiej do Uralu wojska zostałyby przerzucone na zachód i wojska niemieckie dosłownie „zalałyby” Anglię, w UK zainstalowaliby rząd Oswalda Mosleya, a Irlandczycy sami by poszli na współpracę z Niemcami. Bynajmniej nie finansowali go żydowscy finansiści tylko tacy ludzie jak Henry Ford (który mimo zalet i tak jest kontrowersyjny ze względu na pacyfizm, wolnomularstwo i bycie kapitalistą, chociaż z ludzką twarzą).

  2. ireneusz50

    i tak nikt tych bredni nie czyta, i nie maja one żadnego znaczenia.

  3. Po części zgodziłbym się z pewnymi kwestiami poruszonymi w tym tekście, ale ogólnie treść kulawa jest, że aż boli. Jak mi się będzie chciało to wypunktuję z czym się nie zgadzam.

  4. Piger Henricus

    Uparliście się chyba panowie używać na tym portalu słów, których nie sposób znaleźć w żadnych dostępnych powszechnie słownikach wyrazów obcych [ choć przyznaję, że ”chamaechora geopolityki” to niestety trafna metafora niepodmiotowego statusu Polski ] – niedawno jakiś mistyk czy raczej mitoman białej rasy perorował tu o jakowymś ”preserwacjonizmie” a teraz Pan [ czy użycie tego zwrotu jest obraźliwe dla ludowo-narodowego komunisty/sowieciarza? ] za to wypisuje coś o ”de-patryzacji świata” – ?! Czy idzie aby o planetarną gładź jaką prokuruje postmodernistyczny kapitalizm w swym ”deterytorializującym” pędzie niszcząc bezwzględnie jakiekolwiek granice z państwowymi na czele, oraz wszelkie ustalone tożsamości wspólnotowe a nawet jednostkowe, tak aby już nic nie stało na przeszkodzie i zakłócało cyrkulację globalnego kapitału? Co do tezy artykułu zgadzam się, że rola anglosaskiego kapitału stanowi ślepą plamkę w naszych dziejach, i bezwzględnie należy te lukę, co jo godom, ziejącą czeluść wreszcie wypełnić merytorycznym opisem, ot pierwszy z brzegu przykład – Pan może aby orientuje się co wiózł jako kurier Słowacki do Londynu po upadku Powstania Listopadowego? Bo przynajmniej w znanych mi opracowaniach historyków i literaturoznawców piszą jedynie, że bardzo mu się stolica Albionu podobała i stworzył o tym wiersz:) Natomiast nie zgadzam się stanowczo z infantylnym opisem Hitlera jak i Stalina jaki Pan serwuje, z pierwszego robiąc naiwniaka jeśli nie wprost idiotę czy szaleńca a to już cuchnie narracją wciskaną kucerii przez cwaniaka Ziemkiewicza – jeśli ktoś serio wierzy, że człowiek niespełna rozumu, nie panujący nad własnymi procesami umysłowymi a w skrajnej postaci tej choroby i fizjologicznymi, mógł zdobyć władzę i ją utrzymać w ciężkiej walce z politycznymi rywalami wymagającej żelaznej niemal dyscypliny, siły woli i przemyślności, a niechby nawet i prowadzony przez jakieś ”wyższe siły” czyt. globalnego kapitału, to sam raczej powinien udać się do specjalisty – drugiego zaś kreując niemal na zbawcę i szlachetnego męża stanu ”dotrzymującego umów”, dobre sobie, kpi Pan z inteligencji własnych czytelników czy jak, że wciska tak bezczelnie ordynarną ciemnotę? Przede wszystkim sam Pan sobie przeczy pomijając rolę anglosaskiego kapitału nie tylko w powołaniu hitlerowskiego ale również bolszewickiego reżimu, o czym kiedyś przecież Pan wspominał w jednym z ”chartowych” felietonów na ”neonie”, a to w przeciwieństwie do udziału Niemców wciąż jest traktowane u nas jako domena ”szurii” i ”teorii spiskowych” – zaplombowany pociąg z Leninem, który nawiasem mówiąc wcale zaplombowany nie był, jakoś tam przebił się do świadomości historycznej ludzi jacy się tymi kwestiami interesują, ale już cały statek wypełniony rewolucjonistami z Trockim na czele wciąż nie bardzo, a pamiętajmy, że człowiek który załatwił mu paszport i najprawdopodobniej wysłał z misją ma pomnik w Warszawie… Stalin wcale nie był tu wyjątkiem operując za młodu w niesłychanie ważnym strategicznie rejonie Kaukazu będącym z tego tytułu miejscem szczególnej uwagi wywiadów brytyjskiego i niemieckiego, mimo iż niezwykle śmiało sobie poczynał jako terrorysta i za to co wyczyniał powinien być obwieszony co najmniej kilkukrotnie, skończyło się paroletnim zesłaniem na jakieś zadupie z innym bolszewickim gangsterem Swierdłowem, nie sądzę aby można było to wytłumaczyć li tylko swoistą ”kryszą” zapewnianą przez Ochranę swoim prowokatorom. Później wcale nie było wiele lepiej, przypominam, że właściwie wszystkie niemal główne projekty stalinowskiej industrializacji były dziełem USA de facto, taki paradoks i niemożliwość dla kogoś serio biorącego ideologiczne podziały między kapitalizmem a komunizmem, w każdym razie nie jest nadużyciem traktowanie sowieckiej gospodarki i samego ZSRR jako swoistej kolonii zachodniego kapitału, nawet przy uwzględnieniu jej pewnej autarkiczności, nigdy nie pozbyła się ona tego piętna do końca, a wręcz proces ten pogłębiał się z czasem mimo ”zimnej wojny” i doprowadził w końcu do kolapsu systemu bolszewickiego. Co się zaś tyczy rzekomego ”wyzwolenia” przez sowietów niech Pan sobie nie robi jaj, jak już mamy być tymi realistami to do końca bez oszukiwania się rzekomym ”słowiańskim braterstwem” i tego typu pierdołami, bo to dokładnie takie same plewy jak ”judeochrześcijaństwo” itp. – patrząc trzeźwo była to imperialna agresja, co do zasady taka sama jak inwazja III Rzeszy, tyle że owszem niosąca mimo wszystko większe korzyści dla nas jako narodu w całości, przede wszystkim w tej konfiguracji mogliśmy jakoś przetrwać o czym jako żywo w przypadku zwycięstwa Niemców i powstaniu Zjednoczonej Europy pod ich władzą o jaką walczyli też tacy ideowcy jak Degrelle żadną miarą nie można by mówić. Niemniej znaczy to jedynie tyle, że drugi okupant potrafił bardziej maskować swoją dominację i udzielał większych koncesji na rzecz podbitych ludów, nic więcej, można to z grubsza sprowadzić do różnicy miedzy kolonializmem w wydaniu północnoamerykańskim jakim kierowali się Niemcy nastawionym na wytrzebienie tubylców/autochtonów, ewentualnie co najwyżej ich resztek zapędzeniu do rezerwatów [ być może to u fuhrera pokłosie młodzieńczych lektur Karola Maya:) ], sowiecka zaś imperialna dominacja przypominała ten południowoamerykański, gdzie terror był bardziej selektywny, nie tak masowy a ”punktowy” raczej, nastawiony na kolaborację niż eksterminację, skorumpowanie części elit zaś masom narzucenie swego wzorca cywilizacyjnego, i to niestety w znacznym stopniu się udało z czym borykać musimy się do dzisiaj. Co nie znaczy bynajmniej jakobym upatrywał całego zła w ”PRLowskich złogach”, zresztą obserwując jak płynnie tak wielu przedstawicieli tego rzekomo ”quasi-suwerennego” bytu politycznego wzięło udział w gigantycznej jumie po ’89 widać wyraźnie, że coś takiego jak ”komunoliberalizm” jest jak najbardziej realnym fenomenem z pogranicza ekonomii i patologii społecznej. To właśnie członkowie tych nowych powojennych elit dokonali demontażu systemu, który już nie przynosił im korzyści, przecież nie wierzy Pan, że te wszystkie partyjne i ubeckie świnie oddały rzekomo władzę za darmo i na serio, a więc nawet z tej pozycji patrząc haniebnie zawiodły, stąd pora wreszcie odesłać je na śmietnik historii. Reasumując pod butem sowietów nadal cierpieliśmy kolonialny wyzysk i podległość tyle, że mniej brutalną w swych przejawach niż nazistowska/niemiecka, i tylko bez przytaczania ileż to fabryk i dróg za PRL tu nie pobudowano, bo równie dobrze można w ten sposób wychwalać i ”misję cywilizacyjną” białych w Afryce czy Azji – co, mamy być im wdzięczni, że nas nie wyrżnęli, a mogli? Imperializm pozostaje imperializmem nawet, gdy pragmatycznie udziela pewnych koncesji podbitym ludom, ”wolność” przyniesiona na bagnetach obcych wojsk i askarysów wywodzących się z tubylczych plemion [ a przykro mi, taki był de facto status LWP, bądźmyż konsekwentnymi realistami rozpatrując rzeczy trzeźwo choćby do bólu ] i udzielona z czyjejś łaski nigdy nie jest prawdziwa i nade wszystko za darmo – w ten sposób to można i piać peany na cześć ”perfidnego Albionu”, który przecież do perfekcji opanował sztukę ”wyciągania kasztanów z ognia cudzymi rekami” nadając szeroką autonomię w sprawach drugorzędnych swym niewolnikom i jak trzeba tworząc w tym celu parapaństwowe byty. W gruncie rzeczy wszystko sprowadza się do różnicy miedzy pruskim drylem, gdzie wszystko wykonuje się na rozkaz a najmniejszą niesubordynację karze waleniem lagą po grzbiecie, a typowo anglosaskim ”miękkim zarządzaniem” kładącym raczej akcent na perfidną manipulację podwładnymi tak aby robiąc posłusznie czego od nich oczekujemy wydawało im się, że czynią to we własnym interesie i sami z siebie, choć jak trzeba to i oczywiście solidny kijek się znajdzie, ale raczej do niezwykle bolesnego smagnięcia po łydce niż walenia wprost w mordę – sowieci jedynie oba te modele twórczo zaadoptowali na własne potrzeby tworząc jedyny w swoim rodzaju miks, nic więcej – ale żeby to zaraz wychwalać?

    • Z✡G DESTROYER

      „niedawno jakiś mistyk czy raczej mitoman białej rasy perorował tu o jakowymś preserwacjonizmie”
      Bynajmniej raczej sam Pan nie rozpoznaje prawidłowo priorytetów, jakie współcześnie nacjonaliści krajów europejskich powinni sobie obrać, bo współcześnie celem powinno być zachowanie lub przywrócenie pierwotnego (pierwotnego rozumianego jako przed nowożytną masową imigracją nieeuropejczyków) etnicznego charakteru państw europejskich. Europa więdnie – kto tego nie widzi jest oderwany od rzeczywistości, a jeśli Europa ma odzyskać swoje znaczenie to tylko przez pro-białą postawę, chyba że chcemy zdechnąć lub w „najlepszym” przypadku co najwyżej kreować stosunki sub-regionalne to możemy pozostać przy swojej bezrasowej parafiańszczyźnie, osobiście preferuję białą europejską Megali Idea. To, że taki paradygmat myślowy nie dominuje i nie zakorzenił się nic nie znaczy, w ostateczności i tak konieczna jest rewolucja myślenia i tożsamości białych narodów oraz wydobycie pierwiastka twórczego w narodach europejskich. Powinien to być priorytet dla współczesnych nacjonalistów niepodlegający dyskusji, co więcej – uważam, że jedynie ta droga jest słuszna, a nie droga partykularyzmów narodowych, która (jak historia pokazała) prowadziła, prowadzi i będzie prowadzić na manowce, zawsze jest ślepą uliczką.

  5. Jako uzupełnienie artykułu polecam przeczytać:

    Adam Danek: Hitler, czyli panowanie miernoty
    http://xportal.pl/?p=25481

    Pierre Drieu La Rochelle: Uwagi o Niemczech
    http://xportal.pl/?p=33355

    • Przy całym szacunku do Adama Danka i uznania dla jego intelektualnych zdolności, jak najbardziej wysokich, on mógłby tej „miernocie” buty pastować zważywszy na fakt z jakim rozmachem i gwałtownością dokonywał zmian w swoim kraju i jak mocno zatrząsł militarnie Europą (oczywiście nie on sam, bo dowództwo też miało swoją rolę w tym). Hitler był zbrodniarzem – zgadzam się. Był polityczną miernotą? W życiu!
      W przyszłości wyrażę własne zdanie w komentarzu pod jego tekstem.
      A jeśli chodzi o tekst Pierre Drieu La Rochelle to jest on mieszaniną sprzeczności, półprawd i subiektywnych tez typu: „Idiotyczną maksymą przewodnią Hitlera było: „Najpierw stoczyć i wygrać wojnę; następnie zreorganizować Europę”. Ta maksyma przeczy wszelkim lekcjom historii, wszystkim naukom największych mężów stanu w Europie, w szczególności Niemców, takich jak Fryderyk i Bismarck. To Clausewitz powiedział, że wojna jest tylko przedłużeniem polityki”. Też się odniosę do tego tekstu.

Dodaj komentarz