Tomasz Wiśniewski: Magia Missae

Odnośnie Mszy Świętej. Coraz bardziej utwierdza się we mnie przekonanie, że stanowi ona obrzęd magiczny. Oczywiście, nie w pogańskim i ściślejszym znaczeniu – „wywoływania nadzwyczajnych wrażeń lub skutków przy pomocy sił tajemniczych, jakoby nadprzyrodzonych” (jak podaje Encyklopedia Gutenberga). Generalnie chodzi o odniesienie nadprzyrodzonego, zbawczego efektu przy pomocy określonych gestów, słów, znaków. Jest to konkretny przepis skutkujący odpowiednim, oczekiwanym rezultatem – jak wszystkie Sakramenty zresztą. Za jej, za ich pomocą na tym świecie uobecnia się łaska pochodząca ze świata tamtego. Rytuał jest określony i sprawdzony.

Oczywiście, odnośnie wyżej przytoczonej definicji magii i odniesienia jej do Mszy Św. również można dyskutować. Obracałoby się to wokół określenia, co pełni rolę „nadzwyczajnych wrażeń lub skutków” i do czego sprowadza się „pomoc sił tajemniczych, jakoby nadprzyrodzonych”. Tj., czy chodzi tu o samo obcowanie z Bogiem, oddanie należnej Mu czci czy też zwyczajne przyzwanie Go. Na ile Jego moce są obiektem zainteresowania czy narzędziem – podmiotem czy przedmiotem. Drażliwa i niebezpieczna, nader mistyczna kwestia.

Wracając do głównego wątku. My, konserwatyści, myślimy całościami. Cały obrzęd, porządek (Ordo!) Mszy Św. stanowi właśnie integralną, nierozerwalną całość. Każda zmiana, ingerencja w jej strukturę skutkuje zmianą oczekiwanego efektu docelowego. Czym jest Msza Św., wiemy – prawdziwą i nieustającą, poczynioną w sposób bezkrwawy, Ofiarą Krzyżową Jezusa Chrystusa – przez ręce kapłana. Missa wiąże się ze słowem „posłanie” – i jest idącym do nas posłaniem z Niebios. Jesteśmy tylko odbiorcami. Ona zaś stanowi, niezależny od nas, przyczółek Zbawienia – ona, najpiękniejsza po tej stronie Nieba. Po niej oczekujemy ponowienia Zbawczej Męki Naszego Pana – i jej owoców; łaski uświęcającej, zgładzenia grzechów. Nie tylko poczucia, ale i realnej Bożej obecności.

Podczas Mszy Św. dokonuje się Przeistoczenie. Dzięki danym nam przez Chrystusa słowom, On sam uobecnia się wśród nas. Nie przychodzi jednak na byle zawołanie, zachciankę czy nawet prośbę – dzieje się to po spełnieniu odpowiednich warunków. Modlitwy Kanonu: wstawiennictwa i prośby, wreszcie powtórzenie Jego cudownych (cudem przecież skutkujących) słów. Wszystko przy należytym przygotowaniu Ołtarza, przy zachowaniu formy i intencji. Kapłan, Alter Christus, niczego tu nie „wspomina” czy „symbolizuje”, lecz czyni dokładnie to samo, co pewien Galilejczyk dwadzieścia wieków temu. I dochodzimy jakby do sedna sprawy.

Każda zmiana, ingerencja w strukturę Mszy Św. skutkuje zmianą oczekiwanego efektu docelowego. Mimo swojego generalnie metahistorycznego charakteru, Ordo Missae stanowi dorobek pracy wielu pokoleń – mozolnej pracy Na Większą Chwałę Bożą, służącej stworzeniu warunków do możliwie doskonałej, jak najmilszej Bogu celebracji. Będąc orężem Zbawienia, Msza Święta została ostatecznie skodyfikowana na Soborze Trydenckim, w obliczu reformacyjnej destrukcji Depozytu Wiary. „Po wieczne czasy”, jak oznajmia to święty papież Pius V. Ona – trydencka, Wszechczasów – zapewniała przez wieki prawdziwość i nienaruszalność kościelnego posłania. Aż do pewnego czasu.

Jaki skutek mogła odnieść zmiana w sprawowaniu pochodzącego nie z tego świata obrzędu „magicznego”? Co stało się z owocami rytuału? Lex orandi, lex credendi. Dzisiejszy kształt „zwyczajnej formy” Mszy (już przecież nie świętej), tak różniąc się od tradycyjnego (oficjalnie: „formy nadzwyczajnej”), musi się różnić i w uzyskiwanym efekcie. Można na to spojrzeć dwojako: odnośnie konkretnych owoców odprawianej Mszy, jak i ogólnego stanu wiary. 1) Abstrahując już od kwestii ważności dzisiejszej Mszy, a raczej ogólnie nawiązując do formy i intencji – czy odprawiony w sposób odległy od uświęconych przepisów obrzęd skutkuje tak, jak powinien? I czy nie zmienia to jego rozumienia – czy kapłan oraz wierni mają pojęcie, w czym biorą udział i co się dokonuje? 2) Efekty na szerszą skalę – ogólne postrzeganie funkcji Mszy bierze się z doświadczenia z konkretnymi jej celebracjami. Czy więc jednostkowe niedbalstwo nie skutkuje powszechną, a nieświadomą apostazją, co wpływa z kolei na losy całych narodów? Te dwa pytania zasługują na naprawdę szerokie omówienie, do czego nie mam jednak kompetencji. Sygnalizuję więc je.

Warto by też omówić właściwe rozumienie magii, skoro słowa tego użyłem w kontekście Mszy Św. Magia opiera się na poniekąd utylitarnym traktowaniu mocy tajemnych – dla doczesnego dobra człowieka. Może być biała lub czarna – a więc budująca lub szkodząca. Zależeć to ma od intencji maga. Czyli leży właściwie w rękach ludzkich, jest dostępnym człowiekowi środkiem, tyle że szczególnym i niepowszednim. Ze Mszą Św. tymczasem jest inaczej – jest ona koniecznością niezależną od człowieka. Ofiarowaną mu łaską. Może on ją przyjąć lub odrzucić – a nie dowolnie szafować. Łącznikiem między magią a Mszą Św. jest więc powodowanie określonego celu przy udziale siły nadprzyrodzonej; różnicą zaś zasady, ograniczenie możliwości ludzkiego działania (jakościowe, nie ilościowe), przeciwnie pojęte rozumienie natury obrzędu. Można powiedzieć, że tu i tu zachowany jest ten sam kierunek, jednak o innym wektorze. Poza tym, Kościół zdecydowanie sprzeciwia się praktykom magicznym jako narażonym na styczność z wysłannikami Złego. W rzeczy samej, gdzie człowiek dąży do realizacji swoich zachcianek przy pomocy nadnaturalnych środków, tam niechybnie pojawiają się zainteresowane żerowaniem na nim – na jego brakach, jego instynktach – demony.

Nie mieszając więc obu sfer, spróbowałem je tylko obrazowo porównać. Uważam magię w tym kontekście za dobrą przenośnię, przystępnie oddającą zaistniałą Tajemnicę – a taką niewątpliwie jest Msza Św. Jest ona także potwierdzeniem Objawienia, ponowionego przez Chrystusa. Wszystko, co wiem, to fakt, że Chrystus nie przyszedł znieść, ale wypełnić – nie tylko prawo mojżeszowe, lecz każdą tradycję! – słusznie zauważa Thierry Jolif z francuskiego prawosławnego projektu muzycznego Lonsai Maikov, by dodać również, że Chrystus jest miarą wszystkich rzeczy. Więc zawiera się w tym i magia, będąca niewątpliwym faktem. Faktem dziś jednak przeżytym, nieadekwatnym – po p

rostu niepotrzebnym, a nawet i szkodliwym. Wracanie do niej oznaczałoby anachronizm i nie przyjmowanie nowszej czasowo Bożej łaski.

Dążąc do niejakiego podsumowania: zauważając w Mszy Św. elementy magiczne i poznając ich naturę, można odkryć parę użytecznych analogii. Ujawniają one zagrożenie leżące w „majstrowaniu” w konstrukcji Mszy Św. Zmieniając obrzęd ustanowiony niemal dwa tysiące lat temu i przez te dwa tysiące lat świadczący o swojej prawdziwości i cudowności, popełniono wielką nieodpowiedzialność. Droga otwarta „duchowi Soboru” (Watykańskiego Drugiego) zaprowadzi maluczkich, niczym stado lemingów, do pewnej zguby.

Za inspiracje do przemyśleń podziękowania należne x. Karolowi Stehlinowi FSSPX oraz Franciszkowi R. de Chateaubriandowi.

Tomasz Wiśniewski

20 komentarzy

  1. narodowy agrarysta

    >>Coraz bardziej utwierdza się we mnie przekonanie, że stanowi ona obrzęd magiczny. Oczywiście, nie w pogańskim i ściślejszym znaczeniu – „wywoływania nadzwyczajnych wrażeń lub skutków przy pomocy sił tajemniczych, jakoby nadprzyrodzonych”<< – drogi Autorze, słowo, którego Ci brakuje, to "teurgia" (znana ze starożytności i częściowo przejęta przez kościelnych mistrzów duchowości w pierwszych wiekach chrześcijaństwa), a nie magia.

  2. narodowy agrarysta

    >>Coraz bardziej utwierdza się we mnie przekonanie, że stanowi ona obrzęd magiczny. Oczywiście, nie w pogańskim i ściślejszym znaczeniu – „wywoływania nadzwyczajnych wrażeń lub skutków przy pomocy sił tajemniczych, jakoby nadprzyrodzonych”<< – drogi Autorze, słowo, którego Ci brakuje, to "teurgia" (znana ze starożytności i częściowo przejęta przez kościelnych mistrzów duchowości w pierwszych wiekach chrześcijaństwa), a nie magia.

  3. …ale owo odkupienie nie dokonało się inaczej jak przez śmierć. To tyle….

  4. …ale owo odkupienie nie dokonało się inaczej jak przez śmierć. To tyle….

  5. Wobec tego na czym polega owo ofiarowanie jesli krew nie jest przelewana? Skoro Msza Św. jest”Msza więc święta, co do istoty swej, jest powtórzeniem ofiary krzyżowej;” to przecież ofiara krzyżowa polegała na śmierci Pana a zatem i przelaniu krwi inaczej nie jest to ofiara a tylko pamiątka….

    • ISTOTĄ ofiary krzyżowej nie była śmierć Chrystusa tylko odkupienie naszych win.

      Sprawa była wielokrotnie wyjaśniania. Nie uważam, żeby kontynuowanie tej dyskusji miało sens.

  6. Wobec tego na czym polega owo ofiarowanie jesli krew nie jest przelewana? Skoro Msza Św. jest”Msza więc święta, co do istoty swej, jest powtórzeniem ofiary krzyżowej;” to przecież ofiara krzyżowa polegała na śmierci Pana a zatem i przelaniu krwi inaczej nie jest to ofiara a tylko pamiątka….

    • ISTOTĄ ofiary krzyżowej nie była śmierć Chrystusa tylko odkupienie naszych win.

      Sprawa była wielokrotnie wyjaśniania. Nie uważam, żeby kontynuowanie tej dyskusji miało sens.

  7. no ale zaraz przecież sam KRK w swoim nauczaniu głosi że jak najbardziej jest w <Mysz Św. przemiana wina w Krew Pańską a tylko postać wina zostaje a wina już ni ma tylko jest Krew….

    • To, że wino przemienia się w Krew Pańską nie oznacza, że „krew zostaje przelana”. Ofiara jest krwawa jeśli w celu jej złożenia przedmiot ofiary musi zostać zabity (patrz krwawe ofiary w Starym Zakonie – owca, koza itp.). Ofiara jest bezkrwawa jeśli przedmiot ofiary w jej wyniku pozostaje nienaruszony (patrz bezkrwawe ofiary w Starym Zakonie – zboże, wino, kadzidło, oleje itp.) W czasie Przeistoczenia Chrystus nie umiera. Kapłan unosząc ręce do góry nie przebija mu boku.

      „Również i żertwa ofiarna jest ta sama – mianowicie Boski Zbawiciel w swojej naturze ludzkiej i w rzeczywistości swego Ciała i Krwi. Sposób jednak ofiarowania Chrystusa jest odmienny. Na Krzyżu bowiem ofiarował On Bogu siebie samego całego i swoje cierpienia, ofiarowanie zaś żertwy dokonało się przez śmierć krwawą dobrowolnie przyjętą. Natomiast na ołtarzu, skoro Jego natura ludzka jest w stanie chwały, „śmierć panować Mu nie będzie”(62). Niemożliwe jest już przelanie krwi.” (Pius XII, „Mediator Dei”)

  8. no ale zaraz przecież sam KRK w swoim nauczaniu głosi że jak najbardziej jest w <Mysz Św. przemiana wina w Krew Pańską a tylko postać wina zostaje a wina już ni ma tylko jest Krew….

    • To, że wino przemienia się w Krew Pańską nie oznacza, że „krew zostaje przelana”. Ofiara jest krwawa jeśli w celu jej złożenia przedmiot ofiary musi zostać zabity (patrz krwawe ofiary w Starym Zakonie – owca, koza itp.). Ofiara jest bezkrwawa jeśli przedmiot ofiary w jej wyniku pozostaje nienaruszony (patrz bezkrwawe ofiary w Starym Zakonie – zboże, wino, kadzidło, oleje itp.) W czasie Przeistoczenia Chrystus nie umiera. Kapłan unosząc ręce do góry nie przebija mu boku.

      „Również i żertwa ofiarna jest ta sama – mianowicie Boski Zbawiciel w swojej naturze ludzkiej i w rzeczywistości swego Ciała i Krwi. Sposób jednak ofiarowania Chrystusa jest odmienny. Na Krzyżu bowiem ofiarował On Bogu siebie samego całego i swoje cierpienia, ofiarowanie zaś żertwy dokonało się przez śmierć krwawą dobrowolnie przyjętą. Natomiast na ołtarzu, skoro Jego natura ludzka jest w stanie chwały, „śmierć panować Mu nie będzie”(62). Niemożliwe jest już przelanie krwi.” (Pius XII, „Mediator Dei”)

  9. „– prawdziwą i nieustającą, poczynioną w sposób bezkrwawy, Ofiarą Krzyżową Jezusa Chrystusa – przez ręce kapłana.”
    To w końcu jest ona krwawa czy bezkrawawa, jest ta krew czy jej ni ma? Typowe sprzecznosci rzymskiego katolicyzmu….

    • Bezkrwawa. W tym sensie, że kapłan nie składa w czasie Mszy Świętej krwawej ofiary (tak jak działo się to np. w Starym Zakonie).

  10. „– prawdziwą i nieustającą, poczynioną w sposób bezkrwawy, Ofiarą Krzyżową Jezusa Chrystusa – przez ręce kapłana.”
    To w końcu jest ona krwawa czy bezkrawawa, jest ta krew czy jej ni ma? Typowe sprzecznosci rzymskiego katolicyzmu….

    • Bezkrwawa. W tym sensie, że kapłan nie składa w czasie Mszy Świętej krwawej ofiary (tak jak działo się to np. w Starym Zakonie).

  11. rytuały same w sobie, to to, co ma swe wypełnienie i właściwą realizację w Chrześcijaństwie. Jest to naturalna, właściwa i konieczna forma religijności. To, że były skierowane ku błędnym celom, nie znaczy, że są one złe tak, jak to, że religie pogańskie były fałszywe nie znaczy, że religię w ogóle trzeba odrzucić. Bo Chrześcijaństwo, to religia, która spełnia pragnienia religii poprzednich i wypełnia- uspójnia dotąd wybrakowany, a przez to zaprzeczający sobie religijny konstrukt owym „Consummatum Est” wypowiedzianym przez Chrystusa na drzewie Krzyża… Ale wypełnia, a nie obala.Ludziska kochane!Głupoty gadają ci, co mówią, że katolicyzm ukradł swą treść innym wierzeniom. Chrześcijaństwo właśnie na tym polega, że uznaje się za pierwsze rzeczywiste wypełnienie tego, co od wieków było przedmiotem pragnień- obrazów, zaszczepionych w naturalnej mentalności ludzkiej, ujawniającej się najpierw w mitach wyrażanych za pomocą działania- czyli w obrzędach, a później w mitach wyrażanych za pomocą słowa. Mit, to próba usensownienia i wyjaśnienia całościowego rzeczywistości. Nie było to możliwe, dopóki nie przyszedł Chrystus. Dotąd mogło być to tylko przedmiotem niepokonalnie niespełnialnych pragnień. Chrystus przyniósł Mit, który był pierwszym i jedynym urzeczywistnieniem struktur generujących sens mitów poprzednich. Mit Chrystusa przestał być fałszem- słusznym oczekiwaniem skierowanym w niewłąściwą stronę. Mit Chrystusa stał się rzeczywistym celem słusznego oczekiwania. Ale tego oczekiwania, wraz z jego strukturą semiotyczną nie obalił. Nie obalił go, ale Wypełnił.Nie obalajmy więc obrzedów, rytuałów, sakralnego uporządkowania symbolicznego czasu i przestrzeni podług ładu zorientowanego na Środek Świata- który na ziemi obecny jest w Eucharystii. Jest to wypełnienie pragnień większości kultur w historii- życia wokół takiego środka. I rzeczywiście ludy tradycyjne widziały taki środek symbolicznie w domu, wsi, świątyni, a ten środek uczestniczył wg nich w niebiosach z ich ponadczasowością. Chrystus to pragnienie urzeczywistnił. Nie obalił, ale Wypełnił!Powróćmy do tych pragnień i ich symbolicznych odwzorowań, bo inaczej nie zrozumiemy naprawde tego, co na Chrystusowym Krzyżu zostało dopełnione!(http://www.fronda.pl/blogowisko/wpis/nazwa/co_wszyscy_sie_tak_uwzieli_na_te_rytualy___31434)

  12. rytuały same w sobie, to to, co ma swe wypełnienie i właściwą realizację w Chrześcijaństwie. Jest to naturalna, właściwa i konieczna forma religijności. To, że były skierowane ku błędnym celom, nie znaczy, że są one złe tak, jak to, że religie pogańskie były fałszywe nie znaczy, że religię w ogóle trzeba odrzucić. Bo Chrześcijaństwo, to religia, która spełnia pragnienia religii poprzednich i wypełnia- uspójnia dotąd wybrakowany, a przez to zaprzeczający sobie religijny konstrukt owym „Consummatum Est” wypowiedzianym przez Chrystusa na drzewie Krzyża… Ale wypełnia, a nie obala.Ludziska kochane!Głupoty gadają ci, co mówią, że katolicyzm ukradł swą treść innym wierzeniom. Chrześcijaństwo właśnie na tym polega, że uznaje się za pierwsze rzeczywiste wypełnienie tego, co od wieków było przedmiotem pragnień- obrazów, zaszczepionych w naturalnej mentalności ludzkiej, ujawniającej się najpierw w mitach wyrażanych za pomocą działania- czyli w obrzędach, a później w mitach wyrażanych za pomocą słowa. Mit, to próba usensownienia i wyjaśnienia całościowego rzeczywistości. Nie było to możliwe, dopóki nie przyszedł Chrystus. Dotąd mogło być to tylko przedmiotem niepokonalnie niespełnialnych pragnień. Chrystus przyniósł Mit, który był pierwszym i jedynym urzeczywistnieniem struktur generujących sens mitów poprzednich. Mit Chrystusa przestał być fałszem- słusznym oczekiwaniem skierowanym w niewłąściwą stronę. Mit Chrystusa stał się rzeczywistym celem słusznego oczekiwania. Ale tego oczekiwania, wraz z jego strukturą semiotyczną nie obalił. Nie obalił go, ale Wypełnił.Nie obalajmy więc obrzedów, rytuałów, sakralnego uporządkowania symbolicznego czasu i przestrzeni podług ładu zorientowanego na Środek Świata- który na ziemi obecny jest w Eucharystii. Jest to wypełnienie pragnień większości kultur w historii- życia wokół takiego środka. I rzeczywiście ludy tradycyjne widziały taki środek symbolicznie w domu, wsi, świątyni, a ten środek uczestniczył wg nich w niebiosach z ich ponadczasowością. Chrystus to pragnienie urzeczywistnił. Nie obalił, ale Wypełnił!Powróćmy do tych pragnień i ich symbolicznych odwzorowań, bo inaczej nie zrozumiemy naprawde tego, co na Chrystusowym Krzyżu zostało dopełnione!(http://www.fronda.pl/blogowisko/wpis/nazwa/co_wszyscy_sie_tak_uwzieli_na_te_rytualy___31434)

  13. użył Pan złego słowa, bo sens jak najbardziej jest właściwy. BO kultura nauczyła nas nazywać magią wszystką, co jest mistyczne i obrzędowe, a ja musze powiedzieć tak:Istotą magii jest nie zewnętrzność, obrzędowość, rytualizm, bo to jest istotą obrzędów religijnych, których i my katolicy potrzebujemy, by w pełni rozumieć swoją wiarę. Istotą magii jest chęć automatycznego wymuszenia na bytach nadprzyrodzonych jakiegoś porządanego skutku(panowania nad nimi).Niestety dziś, nawet w Kościele katolickim, to, co jest temu katolicyzmowi potrzebne, co jest jego integralną częścią- obrzędowość- odrzucamy, myląc to z magicznością. I rzeczywiście brak nam tej obrzędowości porządkującej rzeczywistość, wychowyjącej, zapewniającej stabilność psychiczną i pouczającej jakie jest właściwe miejsce i czas wszystkiego we wszechświecie. To ona sprawia, żę religia jest religią czyli ma realny wpływ na wszystkie sfery rzeczywistości. A my głuptaski katolicy- odrzucając owe naznaczenie rzeczywistości symbolami, stanowiące podporządkowanie Świętemu- podcinamy własne korzenie. Bo ktoś obrzędy nazwał mylnie magią. Podobnie właśnie, a może właśnie z tym, w tym i przez to odrzuciliśmy kulturę ludową, patrząc na nią, jako siedlisko zabobonów, z zasady niezgodne z naszą religią. W efekcie mamy obumieranie tej relgii, które widać, bo nie oszukujmy się- większość społeczeństwa chyli się bardziej w stronę Palikota, niż Kościoła( trwając w ułomności światopoglądowej) i zgodnie z antyreligijną definicją religii, twierdząc, że „wiara objawiająca się na zewnątrz to obłuda”( bo „liczy się to, co w sercu”), a wiara wpływająca na politykę, (czy w ogóle na coś innego, niż ona sama, niż sfera religijna) to fanatyzm. Tylko, że wiara, która dotyczy samej siebie, wiara, która nie rości sobie prawa do regulowania życia jako całości to martwy obiekt muzealny. Treścią wiary nie jest jakiś odrębny „byt wiary”, ale rzeczywistość, codzienność, wszystko. Taka „wiara sama w sobie” byłaby jak świątynia, która służy nie modlitwie, a zarabianiu na turystach, jak samochód, do którego może mamy sentyment, ale który już nikogo nie wozi. Byłaby też jak kultura ludowa, która nie jest już kulturą- sposobem życia codziennego, a emblematem etnicznym. To już nie jest religia, a religionalizacja, która paradoksalnie, jak w przypadku wyżej wymienionych tradycjonalizacji, w tym folkloryzacji, przyczynia się do szybszej śmierci rzeczywistości, na którą się powołuje.Ksiądz Natanek nie pojmuje na ogół wiary magicznie. To nasza społeczna i naukowa opinia o ludowych formach pobożności uznaje czasem za magiczne to, co jest właściwym sposobem uczenia sie wiary- zakorzenionej w codzienności. I owszem, tak, jak i we współczesnej pobożności, której nikt nie próbowałby nazwać magiczną, zdarzają się- może nawet częściej- wymagania z istoty swej magiczne. Jednym z nich jest argument niewierzących, wg którego Bóg, jeśli nie wysłuchał tego, a tego, nie istnieje, albo się nie interesuje i nie ma co wierzyć.W kulturze ludowej też zdarzały się magiczne rozumienia obrzędów, wypaczające ich rzeczywisty sens, ale to nie znaczy, że trzeba odrzucać dobre obrzędy. Bo na tej zasadzie wiedząc, że człowiek błędnie pojmuje Boga, musielibyśmy uznać, że w ogóle zła jest wiara w Boga. Musielibyśmy widząc, że wielu ludzi fałszuje, uczynić z fałszowania synomim śpiewania i na tej zasadzie uznać, że śpiewanie jest złe… Absurd.(http://www.fronda.pl/blogowisko/wpis/nazwa/magia,_czy_religijnosc___nie_mylmy_ich__31072)

  14. użył Pan złego słowa, bo sens jak najbardziej jest właściwy. BO kultura nauczyła nas nazywać magią wszystką, co jest mistyczne i obrzędowe, a ja musze powiedzieć tak:Istotą magii jest nie zewnętrzność, obrzędowość, rytualizm, bo to jest istotą obrzędów religijnych, których i my katolicy potrzebujemy, by w pełni rozumieć swoją wiarę. Istotą magii jest chęć automatycznego wymuszenia na bytach nadprzyrodzonych jakiegoś porządanego skutku(panowania nad nimi).Niestety dziś, nawet w Kościele katolickim, to, co jest temu katolicyzmowi potrzebne, co jest jego integralną częścią- obrzędowość- odrzucamy, myląc to z magicznością. I rzeczywiście brak nam tej obrzędowości porządkującej rzeczywistość, wychowyjącej, zapewniającej stabilność psychiczną i pouczającej jakie jest właściwe miejsce i czas wszystkiego we wszechświecie. To ona sprawia, żę religia jest religią czyli ma realny wpływ na wszystkie sfery rzeczywistości. A my głuptaski katolicy- odrzucając owe naznaczenie rzeczywistości symbolami, stanowiące podporządkowanie Świętemu- podcinamy własne korzenie. Bo ktoś obrzędy nazwał mylnie magią. Podobnie właśnie, a może właśnie z tym, w tym i przez to odrzuciliśmy kulturę ludową, patrząc na nią, jako siedlisko zabobonów, z zasady niezgodne z naszą religią. W efekcie mamy obumieranie tej relgii, które widać, bo nie oszukujmy się- większość społeczeństwa chyli się bardziej w stronę Palikota, niż Kościoła( trwając w ułomności światopoglądowej) i zgodnie z antyreligijną definicją religii, twierdząc, że „wiara objawiająca się na zewnątrz to obłuda”( bo „liczy się to, co w sercu”), a wiara wpływająca na politykę, (czy w ogóle na coś innego, niż ona sama, niż sfera religijna) to fanatyzm. Tylko, że wiara, która dotyczy samej siebie, wiara, która nie rości sobie prawa do regulowania życia jako całości to martwy obiekt muzealny. Treścią wiary nie jest jakiś odrębny „byt wiary”, ale rzeczywistość, codzienność, wszystko. Taka „wiara sama w sobie” byłaby jak świątynia, która służy nie modlitwie, a zarabianiu na turystach, jak samochód, do którego może mamy sentyment, ale który już nikogo nie wozi. Byłaby też jak kultura ludowa, która nie jest już kulturą- sposobem życia codziennego, a emblematem etnicznym. To już nie jest religia, a religionalizacja, która paradoksalnie, jak w przypadku wyżej wymienionych tradycjonalizacji, w tym folkloryzacji, przyczynia się do szybszej śmierci rzeczywistości, na którą się powołuje.Ksiądz Natanek nie pojmuje na ogół wiary magicznie. To nasza społeczna i naukowa opinia o ludowych formach pobożności uznaje czasem za magiczne to, co jest właściwym sposobem uczenia sie wiary- zakorzenionej w codzienności. I owszem, tak, jak i we współczesnej pobożności, której nikt nie próbowałby nazwać magiczną, zdarzają się- może nawet częściej- wymagania z istoty swej magiczne. Jednym z nich jest argument niewierzących, wg którego Bóg, jeśli nie wysłuchał tego, a tego, nie istnieje, albo się nie interesuje i nie ma co wierzyć.W kulturze ludowej też zdarzały się magiczne rozumienia obrzędów, wypaczające ich rzeczywisty sens, ale to nie znaczy, że trzeba odrzucać dobre obrzędy. Bo na tej zasadzie wiedząc, że człowiek błędnie pojmuje Boga, musielibyśmy uznać, że w ogóle zła jest wiara w Boga. Musielibyśmy widząc, że wielu ludzi fałszuje, uczynić z fałszowania synomim śpiewania i na tej zasadzie uznać, że śpiewanie jest złe… Absurd.(http://www.fronda.pl/blogowisko/wpis/nazwa/magia,_czy_religijnosc___nie_mylmy_ich__31072)

Dodaj komentarz