Bartosz Bekier: Polski falangizm. Wstęp do współczesnej doktryny politycznej

Kilkuletnia historia i nieustanny rozwój Organizacji przybliża nas do chwili, w której nasze środowisko osiągnie jeden z najważniejszych celów wstępnych, jakie powinna stawiać przed sobą każda formacja odwołująca się do szeroko pojętej polityczności, a która pragnie być czymś więcej, aniżeli fenomenem wyborczym, lub ulicznym. Celem tym jest stworzenie własnej, oryginalnej doktryny politycznej, która stanie się usystematyzowaną odpowiedzią na wyzwania współczesnej rzeczywistości. Niniejszy tekst nie aspiruje do roli manifestu, czy pełnej wykładni doktryny, ale jest swego rodzaju szkicem, który może okazać się ważną wskazówką, czym jest i czym będzie polski falangizm w przyszłości.

Pojęcia doktryny politycznej nie należy w żadnym wypadku mylić z inspiracjami ideowymi, które poprzedzają sformułowanie tejże doktryny, bądź z programem politycznym, który pojawia się niekiedy w konsekwencji jej stworzenia. Niewątpliwie złym tropem jest również skojarzenie istoty doktryny politycznej z tzw. „doktrynerstwem”, a więc terminem o wyraźnym nacechowaniu pejoratywnym. Działalność w oparciu o dogmaty, stare przesądy, czy talmudyczne posługiwanie się cytatami z przedwojennych publikacji – uzupełnianymi niekiedy współczesnym, demoliberalnym bełkotem – cechuje właśnie te środowiska, które nawet nie zbliżyły się do wypracowania jakiejkolwiek samodzielnej refleksji politycznej. Wszelkie próby jej stworzenia kończą się tam bądź to absurdalnym przenoszeniem haseł powojennego podziemia antykomunistycznego w rzeczywistość drugiej dekady XXI wieku , bądź to powielaniem retoryki jednego z paranoicznych środowisk skupionych wokół pewnej demoliberalnej partii. Stworzenie doktryny politycznej to natomiast uporządkowanie wszelakich inspiracji ideowych, ustrojowych i społecznych w zwartą całość odnoszącą się do określonego czasu i przestrzeni. Zależnie od zmieniających się czasów i rzeczywistości, modyfikacjom ulega również sama doktryna – gdy proces jej bieżących aktualizacji zanika, staje się ona częścią historii. Doktrynę można jednak ożywić, tchnąć w nią nowe życie wraz z dokonaniem tejże swoistej „aktualizacji”, dopasować ją do nowej rzeczywistości i podjąć próbę jej implementacji, choć być może już pod inną nazwą. Stworzenie od podstaw doktryny, bądź nadanie jej aktualnego znaczenia, jest procesem wymagającym wieloletniego wysiłku. Na widoczne efekty działania określonych doktryn politycznych należało niekiedy czekać całe dekady. Faktem jest, że historię tworzą przede wszystkim zorganizowane i zdeterminowane mniejszości, które przy korzystnym kierunku dziejów sięgają właśnie po doświadczenia z zakresu myśli politycznej, nie zaś po relacje z rocznicowych zgromadzeń publicznych.

W czasach, gdy wszystkie szlaki wydają się być przetarte, a każdy fenomen posiada tysiące ugruntowanych definicji i schematów, usystematyzowanie nowej doktryny politycznej może odbyć się jedynie w środowisku, którego nieodłączną cechą jest rewolucja myśli, swobodne poruszanie się w gąszczu idei i doktryn. Rewolucja myśli, tak jak każda rewolucja, tworzy reakcję w postaci jednostek czy środowisk, które nie akceptują wykraczania poza utarte schematy. Przekraczanie pewnych skostniałych granic wywołuje w nich, na zmianę, poczucie lęku, obrzydzenia i złości. Mechanizm ten w ujęciu strukturalnym jest w istocie bardzo pożyteczny dla rewolucyjnej awangardy, ponieważ stanowi narzędzie selekcji i test dyscypliny dla niej samej. Awangarda nie jest dla każdego, niektórzy bowiem zostali stworzeni do dreptania i podskakiwania w miejscu – czasem dosłownie.

Żyjemy w epoce ponowoczesności, co niesie za sobą daleko idące konsekwencje dla zasad i celowości prowadzenia dyskursu. Ciężko uchwytna prawda immanentna ustępuje miejsca różnym prawdom wywodzonym z każdego, nawet najbardziej oryginalnego przekonania, tworząc nieskończenie wielką siatkę równoprawnych stanowisk, które pomimo sprzeczności mogą istnieć obok siebie, a nawet się przenikać. Dekonstrukcja wszystkich „prawd absolutnych” (w tym liberalnych) w duchu ponowoczesności stwarza dobre warunki do powołania swoistego „laboratorium idei”, gdzie różne punkty widzenia mogą ścierać się ze sobą i wywierać na siebie obustronny wpływ, tworząc niekiedy nową całość. Uporządkowanie i usystematyzowanie tych całości może stać się przyczynkiem nowej doktryny. Nie należy jednak mylić owych wspomnianych „laboratoriów idei” z działalnością społeczno-polityczną, czy przedsięwzięciami związanymi z tworzeniem i implementacją doktryn. W naszym przypadku funkcja „laboratorium” zlokalizowana jest w obrębie mediów internetowych i powiązanej z nimi publicystyki, co implikuje jej nieco eklektyczny charakter. Błędem jest utożsamianie tej swoistej palety barw z ostatecznym celem przedsięwzięcia, jakim jest gotowa do wcielenia w życie doktryna. Mylą się więc ci, którzy posądzają o eklektyzm Organizację – tutaj bowiem nic nie może dziać się z przypadku, obowiązuje ścisła hierarchia wykluczająca szersze dyskusje. Kontrolowany chaos laboratorium idei powinien być przetwarzany za pośrednictwem pracy organizacyjnej w działanie i krzepnący zarys doktryny.

By nie zagubić się w postmodernistycznym dyskursie i nie stracić z oczu najważniejszego celu dyskusji, konieczne jest wyznaczanie kluczowych punktów odniesienia określających zarówno kierunek, jak i nieprzekraczalne ramy dyskursu. Punkty te są tożsame z integralnymi wartościami, które – posługując się wykładnią archeofuturyzmu G. Fayena – powinny zostać utrwalone również w przyszłości, za pośrednictwem ich syntezy ze współczesną rzeczywistością. Należą do nich również poglądy dotyczące ogólnych zagadnień społecznych, geopolitycznych, ustrojowych i gospodarczych, związanych z miejscem Polski w Europie i statusem Europy w świecie.

Nacjonalizm – Etnos, Naród, Europa

Wspólnota narodowa w dalszym ciągu pozostaje doniosłym faktem determinującym rzeczywistość, zarówno w wymiarze materialnym jak i duchowym. Równie żywotny jest nacjonalizm, choć pod wpływem liberalnej poprawności politycznej, rzadko kto posługuje się tym terminem w kontekście innym niż pejoratywny. Nie zmienia to jednak ważnej okoliczności, że tylko za naszego życia w samej Europie powstało kilkanaście nowych państw, a kilka kolejnych jest niejako w drodze. Ich wejście na arenę międzynarodową wynikało najczęściej z szerszych procesów geopolitycznych, ale nie byłoby możliwe, gdyby nacjonalizm był fenomenem anachronicznym – niekoniecznie w znaczeniu ideologicznym, ale w rozumieniu poczucia zwartej, żywotnej wspólnoty i tożsamości narodowej. W wyniku upadku Związku Radzieckiego z długoletniego uśpienia przebudziły się nacjonalizmy narodów bałtyckich i nacjonalizm ukraiński. Czerwony nacjonalizm wielkorosyjski stracił jedynie komunistyczną fasadę, zaś w nowej Rosji naród pojmowany zarówno biologicznie jak i politycznie w dalszym ciągu stanowi jeden głównych filarów i podmiotów polityki mocarstwowej. Demontaż sowieckiego porządku w Europie Wschodniej doprowadził również do kolejnego rozwodu Czechów ze Słowakami, tym razem motywowanego historycznie i gospodarczo, oraz do powstania Mołdawii, która w dalszym ciągu miota się między własną młodą tożsamością, a tożsamością rumuńską. Zachód, któremu na rękę było eksponowanie nacjonalizmu serbskiego i zachęcanie do zbrojnego przeciwstawienia się jego ekspansji, przyczynił się do krwawego rozpadu Jugosławii po krętych szwach narodowościowych. W wyniku bezpośredniego zaangażowania USA i jej europejskich sojuszników, na terytorium Serbii powołano też drugie państwo albańskie – nie bez aluzji zaproponowano tam niebieską flagę z żółtymi gwiazdami i z mapą Kosowa, ale społeczeństwo zostało przy swojej – czerwonej z dwugłowym orłem, która towarzyszy marzeniom o Wielkiej Albanii. Echa tych marzeń przedostały się także do sąsiedniej Macedonii, gdzie władzę sprawuje obecnie Wewnętrzna Macedońska Organizacja Rewolucyjna, której zwolennicy zdają sobie sprawę z zagrożeń wynikających z albańskiego kwestionowania Porozumienia Ochrydzkiego. Bośnia i Hercegowina, niesławny potworek państwowy z Dayton, z każdym dniem przybliża się do rozpadu, ponieważ poza Sarajewem i jego przyległościami prawie nikt nie poczuwa się do innej tożsamości, niż narodowa. Również w Europie Zachodniej kwestia nacjonalizmu w dalszym ciągu przypomina o sobie takimi „hasłami” jak Irlandia Północna, Katalonia, Baskonia, Walonia, Flamandia, Padania itd. Jak Europa długa i szeroka słowo tożsamość odmieniane jest przez wszystkie przypadki. Wychodząc zatem z założenia, że wbrew demokratyczno-liberalnemu zaklinaniu rzeczywistości, nacjonalizm jest i w dalszym ciągu pozostanie wyjątkowo istotnym czynnikiem determinującym politykę europejską i światową, należy zadać sobie pytanie: jaki powinien być nasz nacjonalizm?

W XXI wieku nowożytne pojmowanie narodu prowadzi wyłącznie na manowce. Na śmietnik historii muszą trafić wszystkie demokratyczne teorie nacjonalizmu, które z pojęcia suwerenności narodu wywodzą określone rozwiązania ustrojowe sprzyjające wyłącznie dezintegracji więzi narodowych i państwowych. Nacjonalizm, aby mógł pełnić swą rolę integrującą, powinien zostać przeniesiony na poziom społeczny, tożsamościowy, silne związany z autoidentyfikacją jednostki i jej poczuciem przynależności.

Wspólnota narodowa to realny byt metafizyczny, w którym łączy się autorytet pokoleń bezpowrotnie minionych, współczesny żywioł etniczny związany krwią i samoświadomością, oraz przyszłość pokoleń, które dopiero wkroczą na arenę dziejów. Etos wspólnoty nie powinien jednak wykluczać istnienia wspólnot kulturowo-politycznych niższego i wyższego rzędu, których stopień inkluzyjności również powinien być zróżnicowany. Lokalne, regionalne etnosy to wspólnoty, których przetrwanie zależne jest od ich ekskluzywizmu; dopuszczenie do mieszania etnosów z zewnętrznymi grupami kulturowymi, etnicznymi i rasowymi prowadzi do zaniku bogactwa etnopluralizmu. Kultura i obyczaje niewielkich społeczności regionalnych to fenomen doskonale przechowujący Tradycję dla przyszłych pokoleń, a więc stanowi on wartość, której należy bronić. Tożsamości regionalne muszą jednak stanowić lokalny wariant tożsamości narodowej – w innym przypadku ich zbytnie usamodzielnienie może prowadzić do wewnętrznych konfliktów, „bałkanizacji” i separatyzmu.

Główną cechą żywotnego, pełnego sił witalnych narodu jest zatem wytworzenie wspólnoty, którą można określić mianem spójnej różnolitości. Wspólnota tego typu zasadza się na harmonijnym połączeniu wyeksponowanych tożsamości regionalnych, zarówno kulturowych jak i etnicznych w jedną, wspólną, silną tożsamość ogólnonarodową. Bogactwo różnorodności sąsiaduje w tym wariancie z przenikającym i powszechnym duchem wspólnoty wyższego rzędu. Narody tolerujące w swoich ramach element ewidentnie obcy kulturowo, etnicznie i rasowo – a więc najczęściej wykorzenione społeczności imigranckie – charakteryzują się natomiast szkodliwą niespójną różnolitością, prowadzącą do degradacji i dezintegracji wspólnoty narodowej, a także poszczególnych regionalizmów, które nadają jej niepowtarzalny charakter. Innym negatywnym zjawiskiem występującym niekiedy w ramach wspólnoty narodowej jest niespójna jednolitość, czyli stan w którym jednolity naród pozostaje wewnętrznie skłócony za sprawą panujących podziałów politycznych, światopoglądowych i partyjnych; pomimo swej jednorodności nie jest on w stanie wytworzyć silnego i sprawnego państwa. Jest to stan typowy dla słabych demokracji liberalnych. Wszystkie trzy nakreślone w ten sposób zjawiska determinujące charakter wspólnoty narodowej możemy przedstawić graficznie:

 image02

Optimum to stan sprzyjający rozwojowi i ekspansji – biologicznemu, politycznemu i gospodarczemu pomnażaniu zasobów narodowych. Pessimum to natomiast stan stagnacji, w którym życie narodowe wkracza w strefę letalną, a organizm wspólnoty egzystuje na granicy przetrwania, poświęcając większość energii na dążenie do utrzymania swej integralności. Przedstawione warianty funkcjonowania wspólnoty narodowej nigdy nie występują w swej „czystej” formie, są natomiast odzwierciedleniem pewnych prawidłowości, odzwierciedlających ideał (spójna różnolitość) i aspekty fundamentalnie negatywne (niespójna różnolitość i niespójna jednolitość). Spójna jednolitość, która nie znalazła się na przedstawieniu graficznym, a opisuje tzw. społeczeństwo zamknięte, zarezerwowana jest dla regionalnych wspólnot niższego rzędu.

Podobnie jak etnopluralizm i regionalizm muszą zawierać się w narodzie, tożsamości narodowe powinny komponować się we wspólnocie wyższego rzędu, jaką jest Europa i tożsamość europejska. Naród nie może być pojęciem obojętnym wobec procesów integracyjnych i zmieniającej się rzeczywistości stosunków międzynarodowych. Cele związane z realizacją podstawowych dążeń narodowych, realizować dzisiaj można jedynie za pośrednictwem współpracy w ramach większych przestrzeni geopolitycznych, aniżeli granice państwa narodowego. Rywalizacja na arenie międzynarodowej w XXI wieku najprawdopodobniej przebiegać będzie głównie między blokami o charakterze subkontynentalnym, kontynentalnym, lub transkontynentalnym. Kluczem do zrozumienia tego czym Europa być powinna, aby narody ją zamieszkujące nie popadły w zapomnienie i wiecznie przeciągającą się stagnację, jest perspektywa imperium. Synonimem europejskiej tożsamości, w której będą się komponować poszczególne świadomości narodowe, jest uniwersalizm – powszechna świadomość o charakterze wspólnotowym i wertykalnym, odnosząca się do niefizycznych rzeczywistości i palingenetycznego mitu. Więzy te powinny mieć charakter ideowy i duchowy, wyrażony w średniowiecznej łacinie terminem fides posiadającym zarówno religijne, jak i polityczne znaczenie takie jak „wierność”, „oddanie”. Dzięki funkcjonowaniu tej zasady, hierarchia w scentralizowanym politycznie i duchowo systemie europejskim, może współistnieć z dużym stopniem niezależności, wolności i autoekspresji poszczególnych narodów Europy.

Państwo Polskie i stanowisko geopolityczne

Państwo jest faktem materialnym, a pośrednio także duchowym, który konkretyzuje organizację polityczną, ekonomiczną i prawną wspólnoty narodowej. Etos państwa, zwany niekiedy ideologią państwową, nie jest skonfliktowany z podejściami afirmującymi naród, lecz stanowi ich dopełnienie. Poprawnie funkcjonujące państwo nie jest nocnym stróżem, dla którego wyręczenia wystarczyłaby rada nadzorcza spółki akcyjnej, lecz poręczycielem bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego całej zbiorowości (a nie tylko jednostki), oraz przekazicielem ducha narodowego wypracowanego przez pokolenia za pośrednictwem języka, obyczaju i wiary. Odwołując się do koncepcji Platona, jednym z najważniejszych zadań państwa i państwowości jako takiej, jest wychowanie przyszłych pokoleń w świadomości cnót moralnych i jedności, a także obowiązków względem wspólnoty.

By należycie wywiązywać się z powierzonych mu zadań, państwo musi dysponować koniecznymi ku temu narzędziami. System demokratyczno-liberalny nie jest w stanie spełniać roli konsolidującej, mobilizującej i jednoczącej; sprzyja on raczej indywidualizacji i atomizacji społeczeństwa. Szkodliwy, dezintegrujący wspólnotę wpływ kapitalizmu posiada swe odbicie również w systemie rządzenia, czego wyrazem jest dryf każdej liberalnej demokracji w kierunku oligarchii i wykształcenia nastawionych na egoistyczny zysk kast oligarchicznych. W silnym i stabilnym państwie przepaść między rządzącymi, a rządzonymi traci charakter przedziału kastowego, stając się jedynie odstępem hierarchicznym.

Współczesne Państwo Polskie, zwane niekiedy przez złośliwych Republiką Okrągłego Stołu, choć z perspektywy historycznej cherlawe, słabe i garbate, wciąż jednak pozostaje Państwem Polskim. „Nowej, lepszej Polski” nie można wybudować poprzez dezintegrację instytucji państwowych III Rzeczpospolitej, ale poprzez sukcesywne wzmacnianie jej aparatu. Silne instytucje centralne z zasady oddziałują również na kulturę polityczną, która oprzeć się wówczas musi na pryncypiach afirmujących państwo – nie powinno być ono nigdy zakładnikiem partii, które po wygranych wyborach podporządkowują politykę i kształt struktur państwowych swoim partykularnym interesom. Dobrym przykładem tej fundamentalnie złej praktyki jest kształtowanie się polskiego systemu politycznego w pierwszej połowie lat ’90 XX wieku. W wyborach prezydenckich w 1990 roku część skłóconego obozu „opozycji demokratycznej” na wniosek Bronisława Geremka, popieranego przez Adama Michnika i Jacka Kuronia, przeforsowała modyfikację ordynacji wyborczej, która systemowi parlamentarno-gabinetowemu („kanclerskiemu”) zafundowała powszechne wybory prezydenckie, a więc praktykę zarezerwowaną dla systemów prezydenckich. W imię ograniczenia szans pretendującego wówczas do prezydentury Lecha Wałęsy, któremu nowa ordynacja miała zaszkodzić (wiemy, że tak się nie stało), do polskiego systemu politycznego wprowadzono wewnętrzną sprzeczność, spór kompetencyjny, który rzuca się cieniem na kształt polityki Rzeczpospolitej po dzień dzisiejszy. Ministerstwa podlegające premierowi dublowane są przez departamenty prezydenckie, zaś konflikt kompetencyjny pomiędzy nimi w najlepszym razie przybiera postać zakulisowego „kopania się pod stołem”, a w najgorszym urasta do rozmiarów otwartej awantury politycznej. Uzdrowienie tej i innych sytuacji zaburzających instytucjonalną jedność państwa, nie może wieść poprzez destrukcję tych instytucji, tak jak stało się to na przykład w kontekście bezprecedensowego rozpuszczenia wojskowych służb specjalnych (nawet bolszewicka NKWD rekrutowała się przeważnie z byłych agentów carskiej Ochrany), ale poprzez umacniające system, konsekwentne reformy, z zachowaniem ciągłości instytucjonalnej aparatu państwa. Skromnym wstępem do reformy państwa w kierunku statokracji jest konsekwentne zaprowadzenie systemu kanclerskiego, bądź prezydenckiego, oraz ogólnopaństwowa konsolidacja względem wyłonionego w ten sposób porządku. Ustrukturyzowana opozycja ideologiczna wobec metapolitycznych paradygmatów III RP przybrawszy kształt ekstremizmu politycznego, czy nawet politycznej akcji bezpośredniej, nie może posiadać ostrza antypaństwowego. To nie państwo jest wrogiem falangizmu, ale liberalne paradygmaty, które je zawłaszczyły.

Żadna struktura państwowa nie istnieje w próżni, natomiast każda jest elementem pewnego porządku geopolitycznego. Nasze stanowisko względem polskiego otoczenia międzynarodowego opiera się na dwóch podstawowych konstatacjach: 1) Unia Europejska jest obiektywnym elementem rzeczywistości politycznej, którego nie można zanegować, a który na pewnych nielicznych płaszczyznach sprzyja polskim i ogólnoeuropejskim interesom związanym z koniecznością integracji kontynentalnej; 2) Unia Europejska nie będzie trwać wiecznie, jej liberalna antropologia społeczno-polityczna jest skrajnie szkodliwa dla wszystkich tradycyjnych wspólnot, zaś pierwsze symptomy potencjalnego rozpadu UE powinny tym bardziej skłaniać do równoległej integracji subregionalnej. Skuteczność Polski w strukturach europejskich związana jest również z rolą, jaką nasze państwo odgrywać będzie w swoim najbliższym sąsiedztwie, niezależnie od losów współczesnego projektu integracji europejskiej. Polskie aspiracje do odgrywania roli regionalnego mocarstwa mogą zrealizować się jedynie wówczas, gdy Rzeczpospolita zacznie postrzegać siebie, oraz stanie się zewnętrznie postrzegana, jako istotny element trzech różnych zbiorów:

 image03

Sens integracji europejskiej nie jest tutaj rozumiany stricte instytucjonalnie, lecz raczej pojmowany jako immanentna konieczność konsolidacji Starego Kontynentu w celu przywrócenia Europie podmiotowości w wymiarze globalnym. Europa słaba i prowincjonalna jest równoznaczna z dziejową porażką zamieszkujących ją narodów. Wewnętrznym elementem zbioru wspólnoty kontynentalnej jest Grupa Wyszehradzka (V4), natomiast umowna wspólnota dziedzictwa historycznego Rzeczpospolitej znajduje się obecnie na rozdrożu, jako zbiór przejściowy – z jednej strony mamy Polskę i Litwę przynależące do bloku europejskiego, a z drugiej Białoruś i Ukrainę, które skłaniają się raczej ku orientacji eurazjatyckiej, lub wciąż nie zadecydowały definitywnie o swoim statusie. Pomimo terytorialnych zbieżności połączonych obszarów V4 i zbioru wspólnoty dziedzictwa historycznego z koncepcją tzw. „Międzymorza”, należy podkreślić, iż projekty te nie są ze sobą tożsame. Głównym błędem koncepcji „międzymorskich” było przekonanie, że Polska posiada wystarczający potencjał, by zbudować wokół siebie blok małych państw wymierzony jednocześnie w dwa potężne mocarstwa, z którymi środkowoeuropejska wspólnota musiałaby sąsiadować. Polityka konstruowania „przeciwwagi” dla Niemiec i Rosji, na podobieństwo klina wbitego między te dwa europejskie mocarstwa, musiała zakończyć się tragedią, ponieważ jej punktem wyjściowym była niewłaściwa ocena potencjałów. Polska usiłując tworzyć blok o obosiecznym ostrzu antyniemieckim i antyrosyjskim („polityka równowagi”) nie była wiarygodnym gwarantem bezpieczeństwa, zaś swój własny los musiała zawierzyć odległym i niepewnym sojusznikom, dla których bufor między Niemcami a Rosją jest użyteczny, ale nie konieczny. Na „polskim buforze” zwykle zależało siłom, które były zainteresowane zwiększeniem entropii Kontynentu – historycznie była to Wielka Brytania (31 marca 1939r.), a współcześnie Stany Zjednoczone Ameryki.

Z falangistowskiej perspektywy Wielka Polska to państwo, które przynależeć będzie do wszystkich trzech wymienionych zbiorów. Polski interes narodowy wymaga również, by wszystkie kraje wspólnoty dziedzictwa historycznego znalazły się w tym samym politycznym bloku państw – w kontynentalnej wspólnocie państw europejskich. Wytworzonej w ten sposób granicy wschodniej, przebiegającej podobnie do tzw. pomostu bałtycko-czarnomorskiego, nie należy jednak postrzegać jako „zapory”, czy nowej żelaznej kurtyny przesuniętej o ok. 1500 km na wschód – jej rola powinna być postrzegana jako polityczny, geograficzny i kulturowy pomost przerzucony między Wschodem, a Zachodem. Zwłaszcza ostatni wymiar jest tutaj kluczowy – głównym zadaniem idei Intermarium, które jest godne wskrzeszenia, to właśnie odtworzenie unikatowej historycznie kultury międzymorskiej, opartej na pryncypium spójnej różnolitości i wzajemnym poszanowaniu. Misja dziejowa takiej wspólnoty to nie żaden klin, kordon sanitarny, czy bufor, lecz spoiwo dwóch wielkich kultur. Ostatnim, szczytowym elementem integracji jest bowiem wspólnota eurazjatycka, nie rozumiana w tym wypadku instytucjonalnie jako utopijny, zwarty blok polityczny, lecz jako wielka przestrzeń wspólnych interesów, za sprawą której środek ciężkości światowej geopolityki powróci na stare lądy Europy i Azji, dekapitując jednocześnie zaatlantyckie imperium Ameryki.

 

Policentryzm jako postulat

 

Punktem wyjściowym obecnej sytuacji politycznej w wymiarze globalnym jest koniec zimnej wojny i upadek świata bipolarnego. W nowej rzeczywistości głównym celem Stanów Zjednoczonych przestała być rywalizacja z konkurencyjnym blokiem, lecz walka o utrzymanie światowej, monocentrycznej hegemonii. By uzmysłowić sobie skalę dominacji USA, wystarczy zapoznać się z badaniami instytutu SIPRI (2012), które obejmują monitorowanie państwowych wydatków na zbrojenia. Pierwsze miejsce w skali światowej zajmują Stany Zjednoczone z wydatkami rzędu 711 mld dolarów w ciągu roku, zaś druga pozycja na liście należy do Chińskiej Republiki Ludowej z wydatkami na poziomie 143 mld dolarów. By zrównoważyć wydatki przeznaczane co roku na siły zbrojne niekwestionowanego lidera rankingu, należałoby zsumować fundusze przeznaczane na ten sam cel przez ChRL i kolejne 15 państw z tej listy.

Militarna przewaga USA nad resztą świata, to oczywiście nie jedyny i być może nie najważniejszy aspekt hegemonii Stanów Zjednoczonych. Prócz potęgi amerykańskich sił zbrojnych, które odgrywają rolę decydującego czynnika strategicznego kształtującego porządek globalny, mamy do czynienia z amerykańskim systemem ekonomicznym, który jest wzorcowo implementowany w pozostałych rejonach świata, z amerykańskimi środkami masowego przekazu, które stanowią kluczowe ośrodki przepływu i kształtowania informacji, z amerykańskimi kliszami kulturowymi implementowanymi w miejsce lokalnych tradycji, czego wyrazem jest chociażby propagowanie „American way of life”, wreszcie z amerykańskimi technologiami, które wyznaczają niedoścignioną czołówkę „postępu” w wielu różnych dziedzinach życia. Skutkiem tych wszystkich okoliczności amerykańska oligarchiczna elita stanowi jednocześnie elitę i klasę posiadającą w wymiarze światowym. Globalny system ekonomiczny pogłębia wszystkie te aspekty, czyniąc ze Stanów Zjednoczonych jego największego beneficjenta i zarazem pasożyta – drukowany bez opamiętania przez Rezerwę Federalną dolar stanowi walutę rezerwową reszty świata, dlatego bez względu na efektywność amerykańskiej gospodarki, amerykocentryczny system ekonomiczny działa na jej korzyść.

Hegemoniczny porządek Stanów Zjednoczonych wytworzył swój specyficzny „system immunologiczny”, który pozwala neutralizować wszelkie elementy zakłócające jego funkcjonowanie. Polityka warunkowania, nacisk gospodarczy, sankcje i izolacja międzynarodowa to jego narzędzia soft power, jednak ich skutki są często tragiczne – w ramach odpowiedzialności zbiorowej rujnowane są całe narody. Likwidacja zagrożeń powstających na peryferiach amerykańskiego systemu, lub podmiotów wystarczająco osłabionych, odbywa się jednak w sposób bardziej brutalny i zdecydowany – poprzez bezpośrednią interwencję militarną w imieniu „demokracji i praw człowieka” (Afganistan, Irak, Libia), lub tzw. proxy war, czyli destabilizację sytuacji wewnętrznej atakowanego podmiotu poprzez udostępnienie danych wywiadowczych, broni i wsparcia materialnego lokalnym siłom dysydenckim i odśrodkowym, co w konsekwencji prowadzi do krwawej wojny domowej (Syria). W następstwie obydwu tych przypadków giną setki tysięcy ludzi, a miliony traci dorobek swego życia i dach nad głową. Wszystkie te operacje odbywają się pod sztandarami światowego liberalizmu. Ideologia liberalna, utożsamiana esencjonalnie z ponowoczesną cywilizacją Zachodu, stała się łańcuchem niewolącym setki narodów w imieniu strategicznych interesów Ameryki.

We współczesnej rzeczywistości liberalizm znalazł się niejako w centrum świata, zarówno w jego wymiarze eschatologicznym, jak i geopolitycznym. Obywatele Stanów Zjednoczonych są wzorcowym przykładem społeczeństwa, które już u swej genezy składało się z różnych, oderwanych od swych korzeni elementów etnicznych. Społeczeństwo kosmopolityczne, pozbawione organicznych więzów wynikających z tradycji, stało się obowiązującym modelem amerykańskim, po dziś dzień eksportowanym przez USA w charakterze matrycy mającej ukształtować inne społeczeństwa. Wszystko co znajduje się poza interiorem liberalnego centrum, zwalczane jest wszelkimi dostępnymi środkami. Eksterier opozycyjny względem liberalnej sfery wewnętrznej, bez względu na uwarunkowania ideologiczne, narodowe, rasowe i religijne posiada zatem przynajmniej jeden wspólny, fundamentalny mianownik: sprzeciw wobec liberalizmu pojmowanego zarówno ideologiczne, jak i geopolitycznie. Wszystkie te konstatacje nakazują popierać zróżnicowane nurty emancypacyjnie względem obecnego porządku światowego, równoznacznego z hegemonią Stanów Zjednoczonych, liberalizmu, kapitalizmu i demokracji liberalnej jako ustroju wzorcowego. Krach Ameryki oznacza ocalenie lokalnych tożsamości, przywrócenie podmiotowości Staremu Światowi i przełamanie liberalno-demokratycznego paradygmatu. Wspieranie ruchów dążących do policentryzacji układu globalnego jest obowiązkiem każdego polskiego falangisty.

Ku państwowej ekonomii strategicznej

 

Pojęcie kapitalizmu państwowego historycznie występowało zazwyczaj jako klasyfikacja dokonywana przez liberalne i komunistyczne szkoły ideologiczne, by poddać krytyce system ekonomiczny wrogiego podmiotu. Lew Trocki określał tym terminem sytuację, w której państwo burżuazyjne przejmuje kontrolę nad środkami produkcji i transportem, jedynie częściowo negując system kapitalistyczny. Niemiecki socjaldemokrata Wilhelm Liebknecht przekonywał, że kapitalizm państwowy to nic innego jak socjalizm państwowy, a więc socjalizm o charakterze wertykalnym (hierarchicznym), a nie horyzontalnym (egalitarystycznym), jak chciałyby tego ówczesne ruchy socjalistyczne i anarchistyczne. Stanowisko maoistów definiowało kapitalizm państwowy jako „prospołeczny imperializm”. Teoretycy liberalizmu, tacy jak Murray Rothbard, krytykowali go za interwencjonizm państwowy i rezygnację z funkcjonujących spontanicznie mechanizmów rynkowych. Według pierwotnej definicji oznaczał on natomiast wprowadzenie odgórnych elementów planistycznych do gospodarki opartej na prywatnych środkach produkcji typowych dla systemu kapitalistycznego, lecz będących pod ścisłym nadzorem instytucji państwowych. Współcześnie pojęcia kapitalizmu państwowego używa się w odniesieniu do gospodarki ChRL i Rosji pod rządami Władimira Putina.

Widzimy zatem jak wiele różnych inklinacji posiada ów termin, czyniąc go nieostrym, a w konsekwencji mogącym budzić wiele nieporozumień. Ujednoznacznienie znaczenia kapitalizmu państwowego musi być zatem tożsame z jego aktualizacją, konkretyzacją i dopasowaniem do realiów XXI wieku. Opierając się na przykładzie współczesnego systemu Rosji i ChRL, najlepszym i najbardziej zrozumiałem ujednoznacznieniem będzie wprowadzenie pojęcia państwowej ekonomii strategicznej. System ten opiera się na wykorzystaniu prywatnych spółek i holdingów kontrolowanych przez państwo do przejmowania i akumulacji środków produkcji, oraz zasobów posiadających dla niego znaczenie strategiczne. Spółki te dominują określone sektory ekonomiczne, zaś zdobyte w ten sposób fundusze inwestują w taki sposób, by dokonać maksymalizacji zysku dla państwa, zależnie od jego aktualnych potrzeb. Motywem i celem procesu nie jest zysk jako taki, lecz zwiększenie państwowej potęgi, wzmocnienie władzy i roli przywództwa politycznego. Mechanizm ten posiada zarówno zastosowanie obronne, polegające na rugowaniu z rynku krajowego podmiotów, których interesy i oddziaływanie jest sprzeczne z racją stanu, oraz wykorzystanie ekspansywne, oparte na dominowaniu zagranicznych sektorów ekonomicznych, w tym surowcowych i energetycznych. Systemy wolnorynkowe z definicji nie posiadają żadnych mechanizmów ochronnych, które mogłyby zapobiegać ekspansji formalnie prywatnych spółek na swoich rynkach, co prowadzi do strategicznego uzależniania „atakowanych” gospodarek państwowych. Niewidzialna ręka wolnego rynku zostaje zastąpiona niewidzialną ręką państwa. System ekonomiczny nie negujący własności prywatnej, dbający o rozwój prywatnego kapitału krajowego (małych i średnich przedsiębiorstw) oraz ekspansję kapitału będącego pod kontrolą państwa, podporządkowujący zysk interesowi narodowemu, aparatowi państwowemu i celom społecznym, jest falangistowskim ideałem gospodarczym. Państwowa ekonomia strategiczna to trzecia droga pomiędzy współcześnie nieosiągalną autarkią, a neokolonialną dyktaturą obcego kapitału.

Każdy falangista zobowiązany jest do nieustannej pracy na rzecz nowego porządku – walki prowadzonej na polu społecznym, politycznym, intelektualnym, koncepcyjnym i bezpośrednim. Tworzymy Organizację, która w swojej nazwie nawiązuje do myśli i działalności narodowo-radykalnej, jednak nie jest ich ideologiczną i strukturalną rekonstrukcją w nowej rzeczywistości, lecz daleką konsekwencją. Pamiętając o swoich wielkich poprzednikach działamy samodzielnie, zaś naszą główną ambicją jest wypracowanie nowej doktryny politycznej, gotowej do zrealizowania zarówno przez aparat państwowy, jak i siły, które mogłyby przejąć nad nim kontrolę. Sensem działalności propaństwowej opozycji nie jest wyłącznie odległy, narodowo-rewolucyjny cel, ale wskazywanie rozwiązań, których wprowadzenie byłoby nie tylko triumfem myśli, lecz również reformą przybliżającą Państwo Polskie do jego Wielkości.

Czołem Wielkiej Polsce!

Bartosz Bekier,

Przywódca Falangi

12 komentarzy

  1. Socjal Patriota

    „Ustrukturyzowana opozycja ideologiczna wobec metapolitycznych paradygmatów III RP przybrawszy kształt ekstremizmu politycznego, czy nawet politycznej akcji bezpośredniej, nie może posiadać ostrza antypaństwowego. To nie państwo jest wrogiem falangizmu, ale liberalne paradygmaty, które je zawłaszczyły.”

    Liberalne paradygmaty = Państwo, Państwo = Liberalne paradygmaty. W jaki sposób autor chce walczyć z Systemem nie atakując państwa? III RP jest dzieckiem „demokracji”, „liberalizmu”, „postępowości”. Nie mówimy tu o kibolskim rzucaniu kostką brukową w policję ani o sprzedawaniu tajnych informacji obym ośrodkom politycznym. Wszystkie służby państwowe – od pracownika poczty, po prezydenta – są przesiąknięte ideą pro-Systemu. Wszelkie „odstępstwa od normy” są „podważaniem konstytucyjnej ciągłości Rzeczpospolitej” tak więc „aktami terroryzmu”.

    • Przesiąknięta na wskroś liberalną ideologią i gotowa jej bronić jest jedynie nieliczna pseudo-elita, która zawłaszczyła Państwo. Szeregowi listonosze i policjanci – nie.

      • Socjal Patriota

        Przypadek „Brunona K.” (prowokacja Systemu czy nie) dobitnie udowadnia że zwykła policja zginie w obronie Republiki Kolesi nie wspominając już o ABW.

        • Będą tam też ludzie którzy staną po właściwej stronie. Może to i nasza też w tym głowa żeby było ich jak najwięcej.
          ————–
          Ja czekam na rozwinięcie i dalsze szczegóły które, tak jak wstęp, będę zapewne czytał mając wrażenie że czytam własne myśli.

    • Socjalpatriota napisał, ze III RP jest dzieckiem demokracji, liberalizmu i postepowości. O ile z dwoma pierwszymi można się zgodzić, to ja nie widzę tej postepowości, którą socjalpatriota widzi. Poza tym może najwyższy czas w Polsce tworzyć ideologie narodowo-postepową,która w ramach narodu będzie promowała postep i szczęście, zamiast ciągłych apelów o wyrzeczenia. Wyrzeczenia mogą być tylko środkiem, a celem powinno być rozumiane w pewien sposób szczeście narodowe. Ponadto, wyrzeczenia nie mogą być środkiem jedynym, ani nawet dominującym. Pozdrawiam. „Narodowy postępowiec”

  2. Socjal Patriota

    „Ustrukturyzowana opozycja ideologiczna wobec metapolitycznych paradygmatów III RP przybrawszy kształt ekstremizmu politycznego, czy nawet politycznej akcji bezpośredniej, nie może posiadać ostrza antypaństwowego. To nie państwo jest wrogiem falangizmu, ale liberalne paradygmaty, które je zawłaszczyły.”

    Liberalne paradygmaty = Państwo, Państwo = Liberalne paradygmaty. W jaki sposób autor chce walczyć z Systemem nie atakując państwa? III RP jest dzieckiem „demokracji”, „liberalizmu”, „postępowości”. Nie mówimy tu o kibolskim rzucaniu kostką brukową w policję ani o sprzedawaniu tajnych informacji obym ośrodkom politycznym. Wszystkie służby państwowe – od pracownika poczty, po prezydenta – są przesiąknięte ideą pro-Systemu. Wszelkie „odstępstwa od normy” są „podważaniem konstytucyjnej ciągłości Rzeczpospolitej” tak więc „aktami terroryzmu”.

    • Przesiąknięta na wskroś liberalną ideologią i gotowa jej bronić jest jedynie nieliczna pseudo-elita, która zawłaszczyła Państwo. Szeregowi listonosze i policjanci – nie.

      • Socjal Patriota

        Przypadek „Brunona K.” (prowokacja Systemu czy nie) dobitnie udowadnia że zwykła policja zginie w obronie Republiki Kolesi nie wspominając już o ABW.

        • Będą tam też ludzie którzy staną po właściwej stronie. Może to i nasza też w tym głowa żeby było ich jak najwięcej.
          ————–
          Ja czekam na rozwinięcie i dalsze szczegóły które, tak jak wstęp, będę zapewne czytał mając wrażenie że czytam własne myśli.

    • Socjalpatriota napisał, ze III RP jest dzieckiem demokracji, liberalizmu i postepowości. O ile z dwoma pierwszymi można się zgodzić, to ja nie widzę tej postepowości, którą socjalpatriota widzi. Poza tym może najwyższy czas w Polsce tworzyć ideologie narodowo-postepową,która w ramach narodu będzie promowała postep i szczęście, zamiast ciągłych apelów o wyrzeczenia. Wyrzeczenia mogą być tylko środkiem, a celem powinno być rozumiane w pewien sposób szczeście narodowe. Ponadto, wyrzeczenia nie mogą być środkiem jedynym, ani nawet dominującym. Pozdrawiam. „Narodowy postępowiec”

  3. Ronald Lasecki

    Mam dwie uwagi do tekstu: autarkia – oczywiście rozumiana z pewnym przybliżeniem, nie dogmatycznie – jest możliwa w ramach „wielkich przestrzeni” geopolitycznych (Wielka Europa, Eurafryka, wspólnota euro-romanoamerykańska itd.), które są zazwyczaj samowystarczalne geoekonomicznie i surowcowo.

    Mam pewne wątpliwości co do Grupy Wyszechradzkiej. Jej państwa podzielone są kilkoma pasmami górskimi, te zaś jak wiadomo funkcjonują raczej jako granica, niż jako czynnik łączący. Bo też faktycznie, wszystkie historyczne próby związków polsko-węgierskich były dość chimeryczne. Za to Dunaj łączy ściśle Węgry z krajami austriackimi, z którymi Węgry przez długi czas występowały bądź to w związku, bądź w każdym razie były im współzależne. Chociaż jest to też nieoczywiste w kontekście współczesnych granic, to Węgry generalnie otwarte są na południe – na Chorwację, Baczkę, Wojwodinę etc. co zresztą znajduje potwierdzenie w historycznym rozsiedleniu Węgrów. Nie mówię że polityka na tym kierunku nie powinna być prowadzona, ale moim zdaniem jest to wejście już w inny subregion geopolityczny – przekroczenie głównej linii podziału Europy na linii północ-południe, która w tym regionie przebiega wzdłuż pasma Karpat (o czym przekonał się na przykład Jan III w 1683 r.). Zastanawiam się natomiast, na ile naturalniejszym dla Polski nie byłby kierunek bałtycki. Polecam tu dwie przeczytane ostatnio książki „Krucjaty Północne” Christiansena i „Północne sąsiedztwo” Palmera, gdzie dość przekonująco dowodzi się, że rozmaite cechy klimatyczne, fitobotaniczne, potencjał rolniczy itp. łączą kraje w rodzaju Meklemburgii, Skanii, Pomorza polskiego, Litwy właściwej etc. Na południu zasięg wyznaczają oczywiście rzeki zlewiska Bałtyckiego, a na północy finnmark, czyli linia na północ od której nie da się uprawiać europejskich zbóż i innych roślin i zaczyna się kraj koczowniczych Laponczyków, gdzie do XVI w. nie docierali europejscy osadnicy, ani europejskie państwa. A dziś wokół Bałtyku – choćby wokół Obwodu Królewieckiego – można rozwijać współpracę w sprawach ekologii, gospodarki, ruchu transgranicznego, bezpieczeństwa itp. która „spinałaby” właśnie dwa płuca Wielkiej Europy: UE i Eurazję.

  4. Ronald Lasecki

    Mam dwie uwagi do tekstu: autarkia – oczywiście rozumiana z pewnym przybliżeniem, nie dogmatycznie – jest możliwa w ramach „wielkich przestrzeni” geopolitycznych (Wielka Europa, Eurafryka, wspólnota euro-romanoamerykańska itd.), które są zazwyczaj samowystarczalne geoekonomicznie i surowcowo.

    Mam pewne wątpliwości co do Grupy Wyszechradzkiej. Jej państwa podzielone są kilkoma pasmami górskimi, te zaś jak wiadomo funkcjonują raczej jako granica, niż jako czynnik łączący. Bo też faktycznie, wszystkie historyczne próby związków polsko-węgierskich były dość chimeryczne. Za to Dunaj łączy ściśle Węgry z krajami austriackimi, z którymi Węgry przez długi czas występowały bądź to w związku, bądź w każdym razie były im współzależne. Chociaż jest to też nieoczywiste w kontekście współczesnych granic, to Węgry generalnie otwarte są na południe – na Chorwację, Baczkę, Wojwodinę etc. co zresztą znajduje potwierdzenie w historycznym rozsiedleniu Węgrów. Nie mówię że polityka na tym kierunku nie powinna być prowadzona, ale moim zdaniem jest to wejście już w inny subregion geopolityczny – przekroczenie głównej linii podziału Europy na linii północ-południe, która w tym regionie przebiega wzdłuż pasma Karpat (o czym przekonał się na przykład Jan III w 1683 r.). Zastanawiam się natomiast, na ile naturalniejszym dla Polski nie byłby kierunek bałtycki. Polecam tu dwie przeczytane ostatnio książki „Krucjaty Północne” Christiansena i „Północne sąsiedztwo” Palmera, gdzie dość przekonująco dowodzi się, że rozmaite cechy klimatyczne, fitobotaniczne, potencjał rolniczy itp. łączą kraje w rodzaju Meklemburgii, Skanii, Pomorza polskiego, Litwy właściwej etc. Na południu zasięg wyznaczają oczywiście rzeki zlewiska Bałtyckiego, a na północy finnmark, czyli linia na północ od której nie da się uprawiać europejskich zbóż i innych roślin i zaczyna się kraj koczowniczych Laponczyków, gdzie do XVI w. nie docierali europejscy osadnicy, ani europejskie państwa. A dziś wokół Bałtyku – choćby wokół Obwodu Królewieckiego – można rozwijać współpracę w sprawach ekologii, gospodarki, ruchu transgranicznego, bezpieczeństwa itp. która „spinałaby” właśnie dwa płuca Wielkiej Europy: UE i Eurazję.

Dodaj komentarz