Przygody Degre.. pardon, Tintina oczywiście

Zazwyczaj szerokim łukiem omijam nowoczesne adaptacje popularnych w ‚lepszych czasach’ dzieł i dziełek, tym razem jednak postanowiłam wybrać się do kina na animowane przygody Tintina. Nie liczyłam oczywiście na jakiekolwiek odniesienia do Leona Degrelle w dziele Spielberga, ale to właśnie powiązania głównego bohatera komiksów z lat 30. z tą arcyciekawą postacią skłoniły mnie do odwiedzenia multipleksu. Jako iż zupełnie nie podzielam zachwytu gawiedzi nad filmami w trójwymiarze, moja recenzja nie będzie tego tematu poruszała – film widziałam w formacie 2D.

Na najwyższe uznanie zasługuje animacja i grafika; widoczne były takie szczegóły jak linie papilarne, a krajobrazy zachwycały dokładnością, kolorem i bijącym od nich życiem. Lekko szwankowała tylko mimika twarzy bohaterów, dosyć sztywna, chociaż oparta na grze prawdziwych aktorów. Muzyki właściwie nie pamiętam, co w sumie świadczy o tym, że była dobrze dobrana do akcji i (słusznie!) nie wybijała się na pierwszy plan. Jedynie gdzieś po głowie kołacze mi się myśl, że była po prostu dobra i dopasowana do tempa akcji.

Należy jednak przyznać, że nawet najlepszy kompozytor muzyki filmowej miałby duży problem ze stworzeniem takiej, która zachwycałaby bardziej niż akcja dziejąca się na wielkim ekranie. Trudno powiedzieć czy to za sprawą geniuszu Herge’a, autora komiksu, czy wizji Spielberga i Jacksona, ale od rozpoczęcia akcji aż po ostatnią minutę od widowiska nie można było oderwać wzroku. Widzom nie pozwolono się nudzić karmiąc ich częstymi zwrotami akcji i całą gamą prześmiesznych gagów na dobrym poziomie.

Niezwykle barwne i ciekawe okazały się również postacie: Tintin, diabelnie utalentowany, dążący do prawdy nieustraszony młody dziennikarz, oryginalnie wzorowany na Leonie Degrelle (czego nie da się nie zauważyć znając chociaż pobieżnie biografię tej postaci); Saharyna, ucieleśnienie całego zła, rządny zemsty i fortuny potomek pirata (którego wygląd i charakter skojarzył mi się z Trockim, ale może to już pewna nadinterpretacja), kapitan Baryłka, walczący z własnym alkoholizmem i upadkiem kompan Tintina, czy wreszcie Miluś, superpomocny piesek głównego bohatera, którego po prostu nie da się nie lubić. Brak jest natomiast wątku miłosnego i w ogóle obecności jakiejś bardziej znaczącej bohaterki, czego osobiście nie zaliczyłabym ani do wad, ani do zalet produkcji, ale sam fakt wart jest odnotowania – to rzadkość w dzisiejszym kinie.

Od kilku osób, które również widzało tę animację, usłyszałam, że właściwie nie jest to bajka dla dzieci. Nic bardziej mylnego! Wreszcie dzieciaki mogą zobaczyć bohaterów, którzy w walce ze złem nie wahają się sięgnąć po broń czy użyć przemocy, a praw człowieka ‚ani widu, ani słychu’. Akcja osadzona jest w konkretnej, historycznej rzeczywistości, a nie jak to w dzisiejszych bajkach robiących papkę z mózgu na jakiejś nierzeczywistej, wiecznie zielonej polance. Dialogi są dopasowane do szybkiej akcji, bez przesadnego moralizatorstwa w stylu tępych dobranocek, gdzie świnka czy inny listonosz wygłaszają swoje mądre elaboraty o miłości i pokoju między jednym wiecznym uśmiechem a drugim. Ważne słowa padają, ale w odpowiednim momencie, więcej wniosków wyciągnąć można z zachowania bohaterów. Z drugiej strony nie ma też bezsensownej przemocy samej dla siebie, jaką obserwujemy w wielu animacjach które przyszły do nas z Azji.

‚Przygody Tintina’ to świetne widowisko zarówno dla dzieci jak i dla tych dorosłych, którzy lubią od czasu do czasu uciec w krainę wyobraźni. Nie pozostaje mi więc nic innego jak zachęcić do napełnienia kiesy żydowi Spielbergowi, tym razem naprawdę warto! 😉


Falangistka

4 komentarze

  1. Jakób Skrzypski

    Nie mowiac juz o Basilu Poledourisie.

  2. Jakób Skrzypski

    Nie mowiac juz o Basilu Poledourisie.

  3. narodowy agrarysta

    Czy ja wiem, czy dobra muzyka to taka, której się w filmie nie zauważa? Mi się wydaje, że muzykę filmową najwybitniejszych kompozytorów tego „gatunku” (Howard Shore, John Williams, Hans Zimmer, Klaus Badelt) właśnie się zapamiętuje jako świetną, bo podkreślającą lub wręcz kreującą atmosferę w filmie.

  4. narodowy agrarysta

    Czy ja wiem, czy dobra muzyka to taka, której się w filmie nie zauważa? Mi się wydaje, że muzykę filmową najwybitniejszych kompozytorów tego „gatunku” (Howard Shore, John Williams, Hans Zimmer, Klaus Badelt) właśnie się zapamiętuje jako świetną, bo podkreślającą lub wręcz kreującą atmosferę w filmie.

Dodaj komentarz