Adam Danek: Tylna strona pomnika

   Przypadająca na 4 lipca siedemdziesiąta rocznica śmierci generała Władysława Sikorskiego w katastrofie lotniczej na Gibraltarze oraz jej państwowe obchody zainspirowały ciekawą dyskusję na temat roli, jaką w polskiej historii XX stulecia odegrał ten wojskowy i polityk, stoczoną przez pp. Jacka Bartyzela i Konrada Rękasa. P. prof. Bartyzel, mówiąc krótko, zakwalifikował generała do strącenia z narodowego piedestału[1], natomiast p. Rękas przekonywał, iż Sikorskiego na tymże piedestale należy utrzymać, a nawet przemieścić wyżej[2]. Nie zgadzając się do końca z żadnym z Dyskutantów, pozwolę sobie zauważyć, że niektóre aspekty politycznej działalności generała Sikorskiego, kluczowe – w moim przekonaniu – dla jej całościowej oceny, w ogóle nie pojawiły się w ich wypowiedziach, inne zaś zostały tylko skrótowo zasygnalizowane lub zbagatelizowane. Poniżej postaram się je naświetlić, rozpoczynając od tragicznych wydarzeń września roku 1939.

 

Pakt francusko-sikorski

   Władze Francji od chwili wybuchu wojny pchały swoich polskich „sojuszników” do klęski, naciskając na maksymalizację skali zbrojnego oporu przeciw Niemcom i obiecując pomoc, która nigdy nie miała nadejść. 10 września u polskiego wiceministra spraw zagranicznych, hrabiego Jana Szembeka, stawił się francuski ambasador w Warszawie Leon Noël. Szembek tak relacjonuje odbytą z nim rozmowę: „Koło południa zgłosił się do mnie ambasador Noël, by mi zakomunikować treść instrukcji, jaką otrzymał z Paryża: Rząd francuski nalega usilnie na Rząd Polski, by uczynić wszystko możliwe dla utrzymania linii Wisły i Sanu oraz by koniecznie bronić Małopolski Wschodniej, gdyż przerwanie łączności z Rumunią groziłoby katastrofą. Ambasador zakomunikował mi dalej, że z Francji idzie do Polski 40 samolotów, z pełnym uzbrojeniem i załogą oraz, że gen. Armingaud, drugi szef francuskiej misji wojskowej i powaga na polu lotnictwa wojennego wyjechał do Bukaresztu dla pilnowania sprawy dostaw dla Polski.” Wszystkie te zapewnienia były fałszywe; Noël celowo dezinformował polski rząd. W rzeczywistości już 8 września na naradzie w Naczelnym Dowództwie francuskich sił zbrojnych, przeprowadzonej w obecności premiera Edouarda Daladiera, uznano za niemożliwe wysłanie do Polski sprzętu lotniczego, a także podjęcie działań lotniczych przeciw Niemcom.

   Gdy polskie władze i wojsko zostały już internowane w Rumunii, generał Sikorski, który znalazł się wraz z nimi na rumuńskiej ziemi, natychmiast przystąpił do działania. Swoją akcję rozpoczął od niszczenia dyscypliny wojskowej, wniesienia walki politycznej na teren armii i nakłaniania polskich oficerów do buntu przeciw prawomocnym władzom wojskowym. Niestety, nie bezowocnie. Po przyjeździe do Bukaresztu Sikorski zamieszkał nie gdzie indziej, tylko we francuskiej ambasadzie. Następnie udał się do polskiego attaché wojskowego w Bukareszcie, ppłk. Tadeusza Zakrzewskiego. Sam Zakrzewski tak opisywał skutki ich spotkania w maju 1945 r.: „Po przekroczeniu przez Rząd Polski, Naczelnego Wodza marszałka Śmigłego i jego szefa Sztabu granicy rumuńskiej nastąpiła swego rodzaju rewolucja… Po porozumieniu się z generałem Sikorskim zadałem pierwszy i decydujący cios, odmawiając posłuszeństwa Śmigłemu i podporządkowując się Sikorskiemu.” Miało to miejsce, gdy Śmigły-Rydz wciąż zajmował stanowisko Naczelnego Wodza Wojska Polskiego (prezydent Raczkiewicz złożył go z niego dopiero 7 listopada). Na podobną niesubordynację nie pozwolił sobie szef Sztabu Naczelnego Wodza, gen. bryg. Wacław Stachiewicz. Gdy 18 września Śmigły-Rydz przekraczał granicę rumuńską, Stachiewicz w dramatycznej rozmowie prosił go o możliwość pozostania w kraju, w którym wciąż toczyli walki polscy żołnierze. Gdy jednak Rydz wydał mu wyraźny rozkaz udania się z nim do Rumunii, Stachiewicz wypełnił rozkaz przełożonego, choć wewnętrznie burzył się przeciw niemu. Znalazłszy się w Czerniowcach, zatelefonował do polskiej ambasady w Bukareszcie i wezwał do siebie Zakrzewskiego. Dalej oddajmy głos samemu Stachiewiczowi: „W dniu 21 września przyjechał mjr dypl. Zimnal (pomocnik attaché wojskowego ppłk. dypl. Zakrzewskiego) i doręczył mi jego list, w którym ten, twierdząc, że Naczelny Wódz i szef Sztabu powinni być oddani pod sąd polowy za to, co się stało, oraz uważając, że już od dawna praca Naczelnych Władz Wojskowych była na fałszywych torach – odmawia mi prawa wydawania mu jakichkolwiek rozkazów. Na zapytanie moje skierowane do mjr. dypl. Zimnala, czy podziela to zdanie, ten, wijąc się jak żak, odpowiedział, że również nie uważa mnie za swoją władzę, a przełożonym jego jest ambasador.” Epilog sprawy opisał Bogdan Stachiewicz, syn generała: „Za ten postępek podlegający w czasie wojny karze śmierci ani ppłk Zakrzewski, ani jego zastępca mjr Zimnal nie zostali oddani pod sąd polowy, przeciwnie, obaj pozostali na swych dotychczasowych stanowiskach, a Zakrzewski pozostał jako mąż zaufania Sikorskiego na terenie Rumunii.” Upewniwszy się o ubezwłasnowolnieniu polskich władz wojskowych w Rumunii, Sikorski wyjechał do Paryża. Zawiózł go tam osobiście francuski dyplomata Leon Noël. Do Paryża przybyli 24 września.

   Władysław Studnicki już przed wojną nazywał generała Sikorskiego agentem Francji. Twierdzić, że Sikorski był formalnie francuskim agentem, zwerbowanym i prowadzonym przez wywiad tego państwa, byłoby z mojej strony czczą spekulacją. Niewątpliwie był natomiast w stosunku do Francji tym, co określa się mianem agenta wpływu i tak też był przez władze francuskie traktowany.

   Nie da się uciec od pytania, na jaką ocenę zasługuje zachowanie generała, który w chwili, gdy jego państwo i armia toczą wojnę obronną, spiskuje z obcym mocarstwem w celu – jak zobaczymy dalej – obalenia prawomocnych władz wojskowych i politycznych, by móc samu zająć ich miejsce. Najłagodniej można je ocenić jako typowe polskie warcholstwo w stylu magnacko-siedemnastowiecznym.

Zdobycie władzy

   Francuski rząd od początku z całą bezwzględnością wykorzystywał tragiczne położenie państwa polskiego – do którego zresztą sam się wydatnie przyczynił – by zrekonstruować polskie władze według własnych dyspozycji: postawić na czele rządu i armii swojego człowieka (to znaczy generała Sikorskiego) i w ten sposób przejąć nad nimi kontrolę.

   Internowany w Rumunii prezydent Ignacy Mościcki, aby nie przerywać ciągłości funkcjonowania państwa, zdecydował się złożyć urząd i przekazać go swemu następcy, na którego nominował polskiego ambasadora w Rzymie, gen. bryg. Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego. Zgodnie z literą konstytucji nominacja nabierała mocy z chwilą publikacji aktu – i został on opublikowany. Akt nominacji Długoszowskiego ukazał się w „Monitorze Polskim”, wydrukowanym w Paryżu w polskiej drukarni przy ulicy Faubourg Poissoniere w nocy z 25 na 26 września. „Monitor” nie opuścił jednak drukarni, którą otoczyli policjanci. Francuska policja skonfiskowała wydrukowane egzemplarze. Jednocześnie polski ambasador w Bukareszcie, hrabia Roger Raczyński, otrzymał od ambasady francuskiej depeszę protestacyjną (démarche) ze stwierdzeniem, iż „rząd francuski nie będzie mógł uznać żadnego rządu polskiego, któryby był mianowany przez generała Wieniawę”. Ten sam protest otrzymał następnie polski ambasador w Paryżu Juliusz Łukasiewicz, skądinąd znienawidzony przez Francuzów za to, że od chwili wybuchu wojny twardo i konsekwentnie domagał się od nich wywiązania się z traktatowych zobowiązań sojuszniczych, których francuski rząd postanowił nie wypełniać, a jego członków irytował fakt, iż strona polska nie chce po prostu przejść nad tym do porządku dziennego. Symptomatyczne, że kiedy o nominacji ambasadora Długoszowskiego dowiedział się generał Sikorski, 26 września miał czelność powiedzieć ambasadorowi Łukasiewiczowi, „że ta kandydatura jest nie do przyjęcia, że to jest widocznie tylko chęć ratowania za wszelką cenę zbankrutowanego regime’u” (według relacji Jana Szembeka). Dla porównania władze brytyjskie bez robienia problemów przyjęły notyfikację nominacji Długoszowskiego na następcę prezydenta Mościckiego, którą od polskiego ambasadora w Londynie, hrabiego Edwarda Raczyńskiego, odebrał brytyjski wiceminister spraw zagranicznych Alexander Cadogan. Francuskie władze pogwałciły suwerenny akt polskiej głowy państwa według własnego widzimisię. Zarazem zakomunikowały polskim politykom, napływającym powoli do ambasady w Paryżu, że na czele polskich oddziałów wojskowych formowanych we Francji musi stanąć osoba przez nie wskazana lub mile widziana. Prócz tego Leon Noël w imieniu strony francuskiej wskazał przebywającemu już wówczas w Paryżu wiceszefowi polskiego MSZ hrabiemu Szembekowi trzy kandydatury na nowego polskiego prezydenta: Władysława Raczkiewicza, byłego ministra spraw zagranicznych (1926-1932) Augusta Zaleskiego oraz prymasa Polski, kardynała Augusta Hlonda.

   Jak wiadomo, prezydent Mościcki ugiął się pod presją Francuzów i nominował w końcu na swego następcę Władysława Raczkiewicza. W sensie politycznym nie była to żadna odmiana w stosunku do Długoszowskiego, ponieważ Raczkiewicz dokładnie tak samo, jak ówczesny polski ambasador w Rzymie, należał do ścisłej elity rządowej sanacyjnego „regime’u”. Nie wydawał się złym kandydatem do prezydentury w niepewnych czasach. Oficer Wojska Polskiego, miał doświadczenie w sprawach związanych z polityką bezpieczeństwa, zdobyte na stanowiskach m.in. wojewody nowogródzkiego (1921-1924), wileńskiego (1926-1930), krakowskiego (1935) i pomorskiego (1936-1939) oraz ministra spraw wewnętrznych (1921, 1925-1926, 1935-1936); miał też rozległe kontakty zagraniczne jako prezes (od 1934 r.) Światowego Związku Polaków. Francuzi zadbali jednak, aby faktyczną nad agendami państwa polskiego na wychodźstwie otrzymał ktoś inny. Pod naciskiem strony francuskiej prezydent Raczkiewicz mianował premierem i Naczelnym Wodzem generała Sikorskiego, czyniąc go szefem rządu i armii jednocześnie. Pod ich dalszym naciskiem zawarł z Sikorskim tzw. „umowę paryską”, według której prezydent – na mocy konstytucji „kwietniowej” organ państwowy o najmocniejszej pozycji ustrojowej – miał odtąd korzystać ze swoich prerogatyw wyłącznie „w ścisłym porozumieniu” z premierem, co w normalnym języku znaczyło, że zrzeka się ich na rzecz tego ostatniego, choć nie można było tego ogłosić wprost, ponieważ stanowiło to złamanie konstytucji.

   Generał Sikorski rozpoczął urzędowanie 1 października 1939 r. Objął władzę jako nominat obcego mocarstwa. Tak samo, jak parę lat później czynili to członkowie PKWN.

Po pierwsze, słuchać się „sojuszników”

   Wymuszona przez francuski rząd nominacja okazała się fatalna w skutkach. Szkoda tu miejsca na wyliczanie wszystkich nieudolności i szkód wyrządzonych sprawie polskiej przez Sikorskiego w okresie jego kilkuletniego premierostwa. Ich wyczerpującą analizę znajdzie Czytelnik w pracach Stanisława Mackiewicza „Lata nadziei” i „Zielone oczy”. Stałym wyznacznikiem polityki zagranicznej Sikorskiego przez te lata był bezkrytyczny serwilizm względem „sojuszników” Polski: najpierw względem Francji, a po jej upadku w czerwcu 1940 r. względem Wielkiej Brytanii. Taka polityka Sikorskiego bywa broniona argumentem z „realizmu”, który jest standardowym hasłem usprawiedliwiającym wysługiwanie się obcym państwom.

   Optymalnym wyborem w ówczesnej sytuacji byłoby zawarcie porozumienia z czynnikiem kontrolującym terytorium, zasoby i ludność państwa polskiego, czyli z Niemcami. Zwolennicy szukania kontaktu z Niemcami byli jednak wśród polskiego wychodźstwa bardzo nieliczni (były sanacyjny wojewoda Stanisław Twardo, Stanisław Cat-Mackiewicz, po cichu Adolf Bocheński), a ogół przyjmował ich pomysły z niedowierzaniem i oburzeniem. Nie to należy jednak uznać za najważniejsze, ale fakt, że porozumienie takie odrzucała z góry sama strona niemiecka: po październiku 1939 r. Niemcy do każdej polskiej inicjatywy w tym kierunku odnosili się z agresywną wrogością (sondażowe rozmowy prowadzone przez nich wcześniej w kraju zakończyły się fiaskiem, ponieważ na współpracę z niemieckimi władzami okupacyjnymi nie wyraził zgody żaden liczący się polski polityk). Porozumienie z Rzeszą było więc w każdym razie niemożliwe. Skoro Polska nie mogła pozyskać innych sprzymierzeńców, niż ci, którzy nieledwie wczoraj rozmyślnie wystawili ją Niemcom, polski rząd musiał starać się uzyskać od swoich jedynych „sojuszników” tyle, ile się dało.

   Czy jednak nie istniała alternatywa dla bezkrytycznego serwilizmu, uprawianego przez Sikorskiego? Istniała, czego dowodzi przypadek innego generała, Charlesa de Gaulle’a, który po czerwcu 1940 r. nie znalazł się bynajmniej w Londynie w łatwiejszej sytuacji, niż Sikorski (a nawet w trudniejszej, ponieważ występował przeciw działającym w kraju władzom Państwa Francuskiego). Gdy generał Sikorski skwapliwie potakiwał, generał de Gaulle okazał się negocjatorem twardym i nieustępliwym w obronie francuskiego interesu i własnej pozycji samodzielnego sojusznika Wielkiej Brytanii, a nie jej klienta. Nie dał zamienić swojego Komitetu Wolnej Francji w zwykły pas transmisyjny Foreign Office. Zirytowany jego nieustępliwością Churchill powiedział w maju 1942 r.:

Niech pan nic nie forsuje. Niech pan bierze przykład ze mnie. Widzi pan, jak ja się uginam i wyprężam.

De Gaulle odpowiedział:

Pan to co innego. Ja jestem za ubogi, by móc się schylać.

Swoją twardą postawą de Gaulle wywalczył dla siebie mocniejszą pozycję w koalicji antyniemieckiej, niż Sikorski „realistycznym” lokajstwem. A przecież generałowi Sikorskiemu nie brakowało argumentów przetargowych; miał nawet lepsze, niż de Gaulle. W końcu w latach 1940-1941, po rozgromieniu Francji, a przed wybuchem wojny niemiecko-sowieckiej, Polska pozostała chwilowo jedynym liczącym się sprzymierzeńcem Wielkiej Brytanii w Europie. Tę koniunkturę należało wykorzystać.

Jedni w obozach, drudzy w limuzynach

   Jak w polityce zagranicznej wyznacznikiem polityki Sikorskiego był serwilizm względem „sojuszników”, w pełni przez nich wykorzystywany, tak w polityce wewnętrznej była nim żądza zemsty na piłsudczykach. Sikorskim nie kierowała tu bynajmniej, jak twierdzi p. Rękas, „logiczna” chęć ukarania winnych klęski w wojnie obronnej, lecz wściekłość urażonej ambicji. Gdy został premierem i Naczelnym Wodzem, postanowił wykorzystać sytuację, by nareszcie odegrać się na obozie politycznym, który przed wojną de facto usunął go z Wojska Polskiego i zepchnął na margines życia politycznego. Sekundował mu w tym wiernie nie tyle, jak pisze p. prof. Bartyzel, tajemniczy Józef Hieronim Rettinger, ile przede wszystkim dwa polityczne karły, chore z nienawiści do przedwojennego rządu, przedwojennej armii i prowadzące obsesyjnie prywatną wojnę z nieżyjącym od lat Józefem Piłsudskim: profesor Stanisław Kot i pułkownik Izydor Modelski, awansowany przez Sikorskiego na generała.

   Represje na piłsudczykach, kierowane przez trójcę Sikorski – Kot – Modelski, przybierały rozmaitą postać. Najłagodniejszą były czystki personalne w wojsku i aparacie państwowym. Sikorski wyrzucił ze służby zagranicznej część dyplomatów związanych politycznie z sanacją, m.in. wspomnianych już ambasadorów Łukasiewicza i Wieniawę-Długoszowskiego czy posła polskiego w Brukseli Michała Mościckiego (który zawinił byciem synem Ignacego). Czystka nie objęła wprawdzie wszystkich dyplomatów związanych z przedwojennym rządem. Część z nich Sikorski zatrzymał w służbie, jak braci Rogera i Edwarda Raczyńskich. Innych musiał pozostawić na stanowiskach wbrew własnej woli, ponieważ państwa przyjmujące nieoficjalnie zakomunikowały rządowi polskiemu, że w wypadku ich zwolnienia nie przyjmą ich następców, a polskie placówki dyplomatyczne ulegną likwidacji. Z tego ostatniego powodu piłsudczycy jeszcze przez kilka lat stali na czele polskich poselstw w Ankarze (Michał Sokolnicki) i Lizbonie (mjr Karol Dubicz-Penther). Do tej samej kategorii działań należało rozmyślne utrzymywanie bez przydziału oficerów-piłsudczyków. Los ten stał się udziałem m.in. przedwojennego marszałka Senatu Bogusława Miedzińskiego, który do jesieni 1940 r. ponawiał wnioski o wysłanie go na front choćby w randze szeregowca (choć był pułkownikiem). Sikorski odmówił jednak Miedzińskiemu powrotu do armii nawet w takiej randze, a służbom bezpieczeństwa zlecił jego inwigilację. Narzędziem czystki w wojsku było Biuro Rejestracyjne, powołane przez Sikorskiego w strukturze Ministerstwa Spraw Wojskowych. Na jego czele Sikorski postawił Modelskiego. Modelski zaś uzyskanie przydziału służbowego dla polskich oficerów napływających do Francji uzależniał od złożenia przez nich pisemnych zeznań obciążających poprzednie władze wojskowe. Gdy na przykład do Paryża przedostał się płk Józef Jaklicz, szef Oddziału III Operacyjnego w Sztabie Głównym i II zastępca szefa Sztabu do spraw operacyjnych, Modelski obiecał mu dowództwo brygady w zamian za sprawozdanie z przygotowań do wojny napisane tak, by „Śmigły i Stachiewicz wisieli”. Ponieważ Jaklicz pod jego naciskiem sporządził w końcu sprawozdanie, ale nie pod wskazaną przez Modelskiego tezę, w maju 1940 r. otrzymał nominację na zastępcę dowódcy 3. Dywizji Strzelców, która nie miała ani uzbrojenia, ani pełnej obsady etatu. Sikorski uznał też współwinnym za klęskę w wojnie obronnej i pod tym pretekstem wyrzucił z armii gen. bryg. Ludomiła Rayskiego, największego polskiego specjalistę od lotnictwa wojskowego i bodaj najbardziej doświadczonego pilota w Wojsku Polskim – choć przed wojną Rayski złożył dymisję ze stanowiska dowódcy sił powietrznych w Ministerstwie Spraw Wojskowych w proteście przeciw zaniedbaniom w organizacji i wyposażeniu polskiego lotnictwa oraz ignorowaniu przez Śmigłego-Rydza jego wielokrotnych ostrzeżeń w tej sprawie.

   Miejscem bardziej dotkliwych represji dla przeciwników politycznych stał się obóz więzienny w Cerizay, utworzony przez Sikorskiego za zgodą władz francuskich. Do obozu trafili m.in. hrabia Michał Łubieński (dyrektor gabinetu ministra w MSZ za czasów Becka), gen. Stanisław Kwaśniewski (prezes sanacyjnej Ligi Morskiej i Kolonialnej) i gen. Stanisław Rouppert (ponieważ jako szef służby zdrowia Ministerstwa Spraw Wojskowych był osobistym lekarzem marszałka Piłsudskiego). Praktyki te budziły niesmak i pogardę nawet u cudzoziemców, a tym samym niszczyły powagę władz państwowych na wychodźstwie. Sekretarz generalny francuskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych skomentował politykę Sikorskiego słowami: „Śmieszny naród… Przyszli tu jak żebracy i od razu zażądali trybunałów karnych i obozów koncentracyjnych.” Po upadku Francji i przenosinach na grunt brytyjski Sikorski odtworzył swój obóz więzienny w Rothsay na szkockiej wyspie Bute. Obok generałów Kwaśniewskiego i Roupperta do obozu na „Wyspie Węży” wtrącono m.in. Michała Grażyńskiego, sanacyjnego wojewodę śląskiego.

   Ale skala represji Sikorskiego wobec piłsudczyków nie kończyła się na obozie w Cerizay. Niektórych próbował po prostu zabić, wysyłając ich na prawdopodobną śmierć. Gdy przystąpiono do tworzenia w kraju konspiracyjnego Związku Walki Zbrojnej, Sikorski komendantem ZWZ we Lwowie, na terenie okupacji sowieckiej, wyznaczył gen. bryg. Michała Karaszewicza-Tokarzewskiego. Uczynił to celowo, ponieważ Karaszewicz-Tokarzewski nie miał szans na przetrwanie w konspiracji: był osobą powszechnie znaną we Lwowie, gdzie przed wojną pełnił funkcję dowódcy Okręgu Korpusu. Niedoszły komendant lwowskiego ZWZ nie dotarł nawet na miejsce przeznaczenia; funkcjonariusze NKWD aresztowali go natychmiast przy próbie przekroczenia granicy niemieckiej i sowieckiej strefy okupacyjnej. Zrządzeniem Opatrzności generał Karaszewicz-Tokarzewski nie trafił do obozów filtracyjnych NKWD w Kozielsku ani Starobielsku, tylko do zwykłego łagru, dzięki czemu uniknął kuli w tył głowy w Katyniu czy Charkowie. Wyszedł ze Związku Sowieckiego z armią generała Władysława Andersa. W podobny sposób Sikorski postąpił ze wspomnianym już generałem Stachiewiczem, który zdołał wydostać się z internowania w Rumunii, podejmując na własną rękę ryzykowną ucieczkę. Sikorski wysłał go na fałszywych dokumentach do algierskiego miasteczka Medea, gdzie w morderczym klimacie Stachiewicz szybko zapadł na ciężką chorobę. Jego stan pogarszał się z powodu braku dostępu do opieki medycznej i lekarstw. W końcu Stachiewicz napisał do Wodza Naczelnego rozpaczliwy list z prośbą, aby w razie śmierci mógł zostać pochowany pod prawdziwym nazwiskiem. Sikorski udzielił odpowiedzi – odmownej. To już nawet nie była mściwość, a sadyzm. Po upadku Francji i zainstalowaniu we francuskiej Algierii niemieckiej komisji wojskowej Sikorski nadal trzymał tam Stachiewicza, licząc, że wpadnie w ręce Niemców. Ale Stachiewicza nie zabiła choroba ani nie dopadli go Niemcy. Przeżył Sikorskiego o trzydzieści lat.

   Last but not least. Generał Sikorski wybrał specyficzny sposób budowania autorytetu polskiego rządu na wychodźstwie. Sposób ten polegał na otaczaniu swojego gabinetu materialnym przepychem, który w surowych warunkach wojennych wzbudzał oczywisty niesmak. Ten aspekt urzędowania Sikorskiego opisał w swoich pamiętnikach naoczny świadek, Józef Winiewicz: „Park samochodowy polskich dostojników uznać trzeba za najliczniejszy wśród przedstawicieli innych krajów okupowanych przez Trzecią Rzeszę i będących teraz na brytyjskim garnuszku. Nie grzeszyliśmy skromnością. De Gaulle zwykł był chodzić ze swym adiutantem pieszo. Tak samo król Norwegii Haakon, chociaż jego często widywano jeżdżącego samotnie rowerem i zatrzymującego się przed każdym czerwonym światłem, nawet przy pustych ulicach. Na rowerze widziałem też jadącą królową Holandii Wilhelminę. Towarzyszył jej, na rowerze oczywiście, młody adiutant. A że samochodami dostarczonymi przez władze brytyjskie kierowały z zasady panie ze specjalnej wojskowej służby kobiecej – często panie z najwyższego towarzystwa – więc o polskich »wymaganiach« bywało w brytyjskiej opinii publicznej głośno. Zwłaszcza że służbowych wozów naszych dygnitarzy nieraz nadużywały ich żony. Nie dało się ich wobec tego ustrzec od niemiłych protestów przechodniów. Głośna stała się przygoda żony jednego z polskich ministrów, przed wojną znanego działacza związków zawodowych, która wybrała się służbowym samochodem męża po zakupy na śródmiejski rynek. Obrzucono ją i auto pomidorami, kartoflami – co tylko rozeźlonym świadkom zajścia popadło w ręce.” W Londynie przebywały wówczas emigracyjne rządy kilku innych państw, jednak żaden z nich nie zasłynął z analogicznego upodobania do bizantyjskiej oprawy.

Frontowa strona pomnika

   Niniejszy artykuł nie ma bynajmniej na celu dyskredytacji generała Władysława Sikorskiego, którego piszący te słowa uważa za postać wielorako dla Polski zasłużoną i nie wątpi w szczerość jego patriotycznych uczuć.

   Jako szef Departamentu Wojskowego Naczelnego Komitetu Narodowego (1914-1917), a później królewsko-polskiego Krajowego Inspektoratu Zaciągu do Wojska Polskiego (1917) Sikorski odegrał w tworzeniu polskiej siły zbrojnej rolę co najmniej równą Józefowi Piłsudskiemu, a może nawet znaczniejszą. Nie sposób nie uznać jego zasług jako dowódcy, położonych w wojnie polsko-ukraińskiej o Galicję Wschodnią, a następnie w wojnie polsko-bolszewickiej. Należał też do najwybitniejszych polskich teoretyków wojskowości w okresie międzywojennym.

   P. Konrad Rękas słusznie przypomniał słabo pamiętany udział Sikorskiego w dramatycznych wydarzeniach końca 1922 r., kiedy to generał jako premier energicznie spacyfikował konfrontacyjne nastroje polityczne po elekcji i zabójstwie prezydenta Gabriela Narutowicza, przywracając krajowi bezpieczeństwo wewnętrzne. Niestety w swoim artykule p. Rękas zupełnie niepotrzebnie, moim zdaniem, uległ endeckiej manierze wykorzystywania rozważań o praktycznie każdym wydarzeniu z historii Polski w latach 1900-1945 jako pretekstu do obsmarowania postaci marszałka Piłsudskiego – w tym przypadku m.in. poprzez twierdzenie, iż po śmierci Narutowicza Piłsudski i piłsudczycy szykowali się do zamachu stanu, a Sikorski zastosował przeciw nim środki siłowe i w ten sposób zamach udaremnił. Owszem, po objęciu stanowiska premiera generał Sikorski zaprowadził rządy silnej ręki – ale uderzenie tej silnej ręki skierował przede wszystkim przeciw endekom. Do zaistnienia wówczas pewnego zagrożenia dla państwa przyczyniła się bowiem głównie endecja, której działacze podżegali warszawską ulicę i dokonywali na niej aktów przemocy – i właśnie przeciw endekom w stolicy zastosował Sikorski środki nadzwyczajne, a nie przeciw piłsudczykom, których przygotowania do zamachu stanu nie wyszły poza fazę słowną. W akcji przywracania porządku w Warszawie z Sikorskim współdziałał zresztą m.in. piłsudczyk Henryk Kawecki, który w gorących dniach grudnia 1922 r. przejął obowiązki szefa policji politycznej w całym państwie. Podczas I wojny światowej Kawecki był członkiem Komendy Głównej piłsudczykowskiej Polskiej Organizacji Wojskowej, zaś w latach 1926-1939 stał się jedną z najbardziej wpływowych osób w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych.

   Wreszcie, do niewątpliwych zasług Sikorskiego policzyć należy ocalenie i wyprowadzenie ze Związku Sowieckiego z armią Andersa dziesiątek tysięcy Polaków, w tym wartościowe kadry wojskowe, polityczne i urzędnicze, naukowe i intelektualne. Nie udałoby się ich przecież uratować bez wcześniejszej normalizacji stosunków polsko-sowieckich, czyli bez zawarcia w 1941 r. „układu Sikorski-Majski”.

   Te dokonania Władysława Sikorskiego trzeba koniecznie mieć w pamięci, próbując ocenić jego rolę w polskiej historii. Ale obok nich trzeba przy tym uwzględnić fakty opisane powyżej. To one mają znaczenie dla oceny generała jako polityka, a nie odpowiedź na czysto akademickie pytanie, czy Sikorski był demoliberałem, czy nie.

Adam Danek

2 komentarze

  1. Sikorski to taki sam mit jak Lech Kaczyński, robi się z obu męczenników, ale obaj mają wpływ na tragiczne dla Polski wydarzenia. Tacy ludzie jak Sikorski odpowiadają za wystąpienie w 1939 roku katastrofy wrześniowej poprzez egzotyczne sojusze z Francją, zamiast z nacjonalistycznymi, anty-liberalnymi i anty-bolszewickimi Niemcami, które ówcześnie dążyły do sojuszu z Polską i które dla Polski powinny być ówcześnie naturalnym sojusznikiem. To Sikorski proponował sojusz państw demoliberalnych, Polski i bolszewickiej „Rosji” przeciwko wyzwalającym się z wpływów ówczesnego lewactwa i żydowskiego kapitalizmu Niemcom, dlatego ponosi moralną odpowiedzialność za narażenie Polski na okupację (do której doszło) i późniejszy niemiecki terror, którego by nie było, gdyby Polska była częścią sojuszu państw Osi. Ponosi również odpowiedzialność za zaprzepaszczenie możliwości korzyści wynikających z sojuszu z Niemcami i z wspólnej inwazji państw Osi na ZSRR, która w takich (alternatywnych) okolicznościach skończyłaby się zniszczeniem bolszewizmu, a Polska nie dość, że pod względem cywilizacyjnym i technologicznym wskoczyłaby na nowy poziom (rozwój i zmiany zostałyby dokonane na potrzeby wojny) to jeszcze gospodarczo byśmy zyskali korzystając z bogactw, jakie posiadał Związek Radziecki (bogactwa ZSRR zwróciłyby koszty wojny). Podobnie jest z Lechem Kaczyńskim, który „zasłużył się” dla Polski tym, że uczestniczył w budowie ustroju demoliberalnego wasalnego wobec Waszyngtonu, Brukseli i Tel-Awiwu, miał wpływ na anschluss Polski do UE, podpisał traktat lizboński i zapalał chanukowe świece w pałacu prezydenckim. Obaj mówiąc brzydko przesrali Polskę, dlatego nie ma żadnego znaczenia z perspektywy polskiego interesu to, czy zginęli oni w zamachach, czy w zwykłych katastrofach.
    Zresztą ani Francuzi, ani Brytyjczycy nie mieli interesu w zabijaniu swojego wasala, tak samo Sowieci nie mieli z racji jego zbliżenia do ZSRR. A jeśli już Brytyjczycy mieli w tym interes to tylko dlatego, że jego czystki skutkowały problemami technicznymi dla strony polskiej na zachodzie i dla polskich sił na zachodzie, poza tym o ile Sikorski chciał zmienić podmiot, wobec którego był wasalem z UK na ZSRR, tak jak pan Konrad Rękas napisał (co nie jest żadną „zasługą” Sikorskiego, bo serwilizm nigdy nie jest chwalebny, tym bardziej wobec śmiertelnego wroga Polski, czyli Sowietów) to dla Brytyjczyków mogło to się stać problematyczne (tak jak USA współcześnie nie chciałyby, żeby ich polscy lokaje zmienili swego pana na Kreml), dlatego mogli postawić na klikę post-sanacyjną, której (co można wywnioskować z tekstu) zależałoby na likwidacji Sikorskiego i jeśli Brytyjczycy mieli zabić Sikorskiego, to nie we współpracy z Sowietami, tylko we współpracy z ludźmi wywodzącymi się z sanacji.

  2. Konrad Rękas

    Interesujące 🙂 Zwrócę jednak uwagę na kilka spraw:

    1. Akurat p. Danek wie znakomicie, że represje wobec przeciwników politycznych – to rzecz po prostu normalna – i w dużej mierze uzasadniona (o czym wiedziała też wcześniej sanacja). Wszak Cezar wybaczył Brutusowi – i źle to się dla niego skończyło. Oczywiście, sanatorzy mogą twierdzić, że spiskowali przeciw Sikorskiemu, bo ich szykanował, ale nie miejmy złudzeń – bez represji robiliby to samo, tylko byliby skuteczniejsi, a ich pomysły na emigracji (podobnie jak i młodo-endeków) do najmądrzejszych nie należały.

    2. Co do roku 1922 – Sikorski oczywiście działał w środowisku i na fali oburzenia wobec endeków – ale to nie endecy chcieli wówczas „przejmować odpowiedzialność za państwo”, tylko Piłsudski, a więc to planom marszałka generał skutecznie przeciwdziałał.

    3. Czy na emigracji można było uzyskać coś więcej zachowując większą sztywność wobec Londynu i Paryża? Tylko w przypadku konsekwentnego postawienia na Moskwę, do czego Sikorski dojrzewał i która to próba jest jego wielką historyczną zasługą. Mrzonką jest przekonanie, że byliśmy „iczącym się sprzymierzeńcem” UK – bo było to znaczenie czysto wirtualne. De Gaulle był jednak w nieco innej sytuacji – bo Polska nie miała kolonii w Afryce, ani nie była terenem otwierania drugiego frontu.

Dodaj komentarz