Marcin Skalski: Białoruś: ani Konrad Rękas – ani George Soros

„Z mechanizmem kozła ofiarnego związane jest powstanie mitów. Mity stanowią „teologiczne” uzasadnienie rytów ofiarnych. Ich zadaniem jest usprawiedliwienie stosujących przemoc i wskazanie na zasadność złożenia ofiary. Przekonanie prześladowców o własnej niewinności jest cechą charakterystyczną mitów. Są oni przekonani, że czynią coś zasługującego na pochwałę, a jednocześnie nie dostrzegają, że ulegają mechanizmowi kozła ofiarnego; nie pojmują, że ofiara jest niczym innym jak kozłem ofiarnym”[1].

„Ofiara, która dotychczas była źródłem niepokoju staje się gwarantem ładu społecznego. Dokonujący przemocy nie dostrzegają mechanizmu, który ich do tego doprowadził. Jest to mistyfikacja, która pełni jednak istotną rolę w powstaniu podstawowych instytucji społecznych; stanowi ona mechanizm założycielski ładu społecznego i religijnego”[2].

 

Zatrzymania i aresztowanie poszczególnych polskich działaczy na Białorusi przez tamtejsze władze prowokuje do wskazania konkretnego winowajcy takiego stanu rzeczy. Jednym z autorów, który raczył się wypowiedzieć na ten temat, jest Konrad Rękas, czyniąc to na łamach portalu Konserwatyzm.pl. Niewątpliwie autor ten reprezentuje perspektywę osób, które winę za aresztowania upatrują u samych aresztowanych, ewentualnie u władz RP.

Już sam tytuł tekstu Konrada Rękasa jest kuriozalny i z zasady sprzeczny z elementarnym postrzeganiem stosunków międzynarodowych z perspektywy narodowo-demokratycznej, endeckiej czy nacjonalistycznej. Konrad Rękas stawia bowiem tezę, iż najlepszym sojusznikiem polskiego interesu narodowego na Białorusi jest sam Aleksander Łukaszenko i taki też tytuł nosi jego tekst: „Łukaszenko – najlepszy sojusznik Polaków”.

Tymczasem założenie takie należałoby przyjąć pod warunkiem, że interesy Białorusi rządzonej przez Łukaszenkę oraz interes polski na Białorusi są dokładnie tym samym, są ze sobą tożsame. Wiemy jednak doskonale, że tak nie jest. Przy niekwestionowanym fakcie dyskryminacji Polaków w Republice Litewskiej blisko 200-tysięczna miejscowa polska społeczność dysponuje około 60-cioma szkołami powszechnymi będącymi na utrzymaniu samorządów, a więc bądź co bądź miejscowych podatników polskiej narodowości. Z kolei co najmniej 300 tysięcy Polaków na Białorusi dysponuje ledwie DWIEMA szkołami powszechnymi z polskim językiem wykładowym. Na Ukrainie zaś oficjalnie licząca 140 tysięcy mniejszość polska ma do dyspozycji sześć szkół powszechnych z polskim językiem wykładowym (w tym dwie w samym banderowskim Lwowie), zatem Białoruś jest pod tym względem państwem, które spośród wszystkich terytorialnych beneficjentów agresji ZSRR na Polskę 17 września 1939 roku ma najmniej do zaoferowania tamtejszym Polakom, żyjącym na swojej ojczystej ziemi od pokoleń.

Podkreślmy to – pod względem dysponowania najbardziej kluczowym dla przetrwania danej mniejszości narodowej zasobem; zasobem wręcz decydującym dla reprodukowania tożsamości narodowej w następnych pokoleniach, a czymś takim są szkoły powszechne z polskim językiem wykładowym, Polacy na Białorusi są w sytuacji dramatycznie gorszej niż rodacy na Litwie i Ukrainie.

Ktoś może w tym momencie zapytać, po co Polakom na Białorusi polskie szkoły, wszak większość z nich nawet nie mówi po polsku. Pomijając przyczynę tego stanu rzeczy, bo dziwnym trafem przynajmniej do roku 1939 większość Polaków na obecnym terytorium Białorusi zachodniej po polsku mówiła, to odpowiadam: dokładnie po to samo, po co szkoły polskie są potrzebne Polakom w Polsce.

Jeśli jednak ktoś nadal nie daje się przekonać i wciąż uważa, że endeckie czy też w ogóle jakiekolwiek patriotyczne pryncypia są do pogodzenia z tolerowaniem tego stanu rzeczy na Białorusi, to niech wczyta się w słowa napisane 100 lat temu przez Jana Ludwika Popławskiego:

„Wiec cóż nas, Polaków, przede wszystkim między sobą łączy? Oczywiście każdy bez wahania odpowie na to, że mowa. Ta nasza mowa rodzona, którą już dziecko maleńkie woła matki i mówi pacierz do Boga […] Więc tak, mowa wspólna, czyli rodzinna, narodowa, przez zbliżenie nas z rodakami ułatwia nam zaspokajanie potrzeb życiowych”[3].

Tymczasem Konrad Rękas postuluje, by mniejszość polska „stanowiła element pro-państwowy i pomost ułatwiający porozumienie i współpracę między Warszawą a Mińskiem – z pożytkiem zwłaszcza dla Grodna”. Stwierdzanie tego typu pustych frazesów jest albo wynikiem naiwności, albo po prostu złej woli. Państwa narodowe z zasady dążą bowiem do homogenizacji etnicznej, ma to miejsce przynajmniej od czasów, w których to podmiotem polityki są nowoczesne masowe narody. Ustępstwa dla danej mniejszości narodowej są zawsze tak czy inaczej regulowaną przez państwo koncesją, czasem mającą na celu uzyskanie względnej lojalności wobec państwa ojczystego (którymi dla kresowych Polaków są Litwa, Białoruś bądź Ukraina, także Łotwa oraz Naddniestrze/Mołdawia, dla wszystkich zaś Polska jest państwem macierzystym).

O ile więc Polacy na Litwie uzyskali w czasach radzieckich łącznie około 120 szkół powszechnych z polskim językiem wykładowym, co było taktycznym posunięciem Moskwy równoważącym wpływy komunistów litewskich, tak za czasów Białoruskiej SRR tamtejsi Polacy nie mieli dosłownie nic, przeznaczeni byli do rusyfikacji, a przeprowadzane w republice spisy powszechne systematycznie zaniżały liczbę Polaków, gdy niemal za każdym razem „znikało” ich tam 100 tysięcy, co było praktyką kontynuowaną przez niepodległą Białoruś. Polacy na Litwie mieli szkoły, mieli polskojęzyczne media, kształcący polskich nauczycieli Instytut Pedagogiczny w Wilnie, a nawet gdzieniegdzie polskie nazwy ulic – rodacy z sąsiedniej republiki białoruskiej nie mogli nawet o tym marzyć. Po rozpadzie ZSRR powstały tam tylko dwie polskie szkoły, a budowę trzeciej, w słynnym mickiewiczowskim Nowogródku – na którą nawet zdążyła się zgodzić tamtejsza władza – ostatecznie zablokowano w roku 2000. Miało to miejsce, zanim ktokolwiek usłyszał o oskarżanej o agenturalność Andżelice Borys.

I tyle właśnie od ponad 20 lat ma do zaoferowania swoim własnym obywatelom narodowości polskiej Aleksander Łukaszenko, rzekomy „najlepszy sojusznik Polaków”.  

Oważ „pro-państwowa” postawa Polaków na Białorusi może być zaś podyktowana co najwyżej zabieganiem o własne bezpieczeństwo bądź po prostu uniknięciem przykrych konsekwencji postaw wymierzonych w obowiązujący porządek prawno-polityczny, ale oczekiwanie, że nasi rodacy mają być za cokolwiek „Baćce” wdzięczni, zakrawa na kuriozum – podobnie jak postrzeganie Łukaszenki wręcz jako pozytywnego kontrapunktu dla antypolskich banderowców na Ukrainie bądź szowinistów litewskich. Niechęć do białoruskiego lidera może być równie dobrze podyktowana wcale niebezpodstawnym przekonaniem, że każdy dzień jego rządów na Białorusi to konkretne straty dla podstawowego zasobu narodu polskiego, jakim są tworzący go ludzie. Co w rzeczywistości w pełni odpowiada prawdzie.

Konrad Rękas w swoim wywodzie snuje przy tym obrzydliwą i moralnie go kompromitującą analogię, jaka ma ponoć zachodzić między Andżeliką Borys i Andrzejem Poczobutem – rzekomymi „obcymi agentami działającymi przeciw interesom polskim” oraz niejaką Heleną Mathea, agentką gestapo znaną jako „Krwawa Julka”. Uzasadnianie powyższej oceny tak uczynionego porównania byłoby obrazą inteligencji Czytelników. Potwierdza ono jednak nie tylko moralną degrengoladę autora analogii, ale również całkowity brak po jego stronie argumentów. Czytelników uspokajam jednak – wraz z końcem tego tekstu przestaniemy się zajmować Konradem Rękasem raz na zawsze.

Nieszczęsny autor pochyla się również nad aresztowaniem Anny Paniszewej, dyrektorki polskiej szkoły społecznej w Brześciu, o tyle niepasującej do stereotypu „agentury działającej przeciwko interesom polskim”, że stojącej na czele zarejestrowanej przez białoruskie władze organizacji Forum Polskich Inicjatyw Lokalnych Brześcia i Obwodu Brzeskiego. Paniszewa nie działała w nieoficjalnym Związku Polaków na Białorusi kierowanym przez Andżelikę Borys. Paniszewa stroniła również od polityki i nie była przyjmowana na salonach warszawskich. Co więcej, w jakimś sensie wyczerpywała ona znamiona osoby kierującej się endeckim elementarzem, nakazującym uwzględnianie panujących warunków w dziedzinie pracy narodowej. Co ma do powiedzenia cytowany powyżej autor? Oddajmy mu głos:

„Taka bowiem p. Paniszewa, poza tym ponoć sympatyczna, choć męcząco histeryczna – została wszak zatrzymana lansując POLITYCZNĄ akcję propagandową, szkodliwą dla Polski. Bo także kult Wyklętych nie jest żadnym przejawem polskiego patriotyzmu, nie ma nic wspólnego z polską ideą narodową […] W obecnej  formie kult Wyklętych jest szkodliwy w Warszawie, we Wrocławiu, w Białymstoku, Szczecinie czy Lublinie – więc tym bardziej szkodzi Polsce także w Grodnie czy Brześciu.

Konrad Rękas dokonuje w tym punkcie tak daleko idącej manipulacji, że najpewniej sam w nią musiał uwierzyć. Trudno znaleźć inne wytłumaczenie dla podpisywania się własnym nazwiskiem pod czymś tak bezsensownym. Otóż, Konrad Rękas sugeruje, że motywem przyświecającym osobom aresztującym Paniszewą było zapobieżenie szkodzeniu Polsce kultem „Żołnierzy Wyklętych”. Zupełnie tak, jakby władze Białorusi kierowały się tym, by „nie szkodzić Polsce w Grodnie czy Brześciu”. Sugestia tego typu jest czymś tak bezbrzeżnie głupim, że celowe wydaje się przytoczenie poniższej charakterystyki:

„Przekonanie o własnych umysłowych i moralnych wartościach jest nie tylko siłą, ale także […] zapobiega potykaniu się o wewnętrzne opory, daje rozpęd życiowym poczynaniom […] Dobra samoocena jest zagrożona najczęściej wtedy, gdy wchodzi w konflikt z żądaniami innej potrzeby. Lecz nawet, gdy ta inna wygrywa, dobra samoocena potrafi się utrzymać, budując dla siebie fałszywą wieżę obronną […] Obronna wieża dysponuje bogatym arsenałem […] Gardzić sobą jest trudno i przykro, innymi łatwo i przyjemnie”[4].

Konradowi Rękasowi pani Anna Paniszewa nie pasuje do prymitywnej układanki, w której połączył on ze sobą: kult Wyklętych – wspólników ludzi Sorosa, którymi wg niego są Borys i Poczobut – wschodnią flankę NATO, więc postanowił zdyskredytować Paniszewą w inny sposób. W przytoczonym fragmencie tekstu Konrada Rękasa autor pisze o Annie Paniszewej jako osobie „ponoć sympatycznej, choć męcząco histerycznej”.

Skoro już zajmujemy się stricte osobistymi przymiotami konkretnych osób, to i ja pozwolę sobie na drobną poufałość:

Tyleż przesympatyczny, co i szanowny panie Konradzie Rękas, nie zna Pan prywatnie Anny Paniszewej, więc proszę sobie darować dywagacje, czy jest ona „prywatnie sympatyczna” czy też nie, ponieważ nie ma to nic do rzeczy. Nie wie Pan także, przesympatyczny panie Konradzie, czy pani Anna Paniszewa jest „męcząco histeryczna”, bo nigdy jej Pan nie poznał. Na tym swą apostrofę zakończę i obiecuję więcej się do przesympatycznego pana Konrada Rękasa bezpośrednio nie zwracać.

„Dyskredytacja jest szczególnym rodzajem krytyki, ma kwestionować wiarygodność danego podmiotu, negować prawowitość jego roszczeń i występowania w określonych rolach (podważanie mandatu, legitymacji społecznej), a wręcz prawa do istnienia, występowania w określonym kręgu” – pisze profesor Mirosław Karwat, autor publikacji na temat dyskredytacji, prowokacji i perfidii w życiu publicznym[5]. Ponadto, wspomniany badacz podaje, iż dyskredytacja nie jest krytyką meritum, lecz zamierzoną krytyką podmiotu jako takiego, wynika z dezaprobaty dla jego cech uznanych za istotne. W związku z tym teraz już wiemy, dlaczego Konrad Rękas odniósł się do osobistych cech, które przypisał Annie Paniszewej. Nie ma w tym żadnego zaskoczenia, tego typu metoda manipulacji jest zbyt oczywista, by jej nie zauważyć.

W istocie rzeczy to sam Konrad Rękas musi mieć problem z własną emocjonalnością. Albowiem wiara w to, że uderzanie w Polaków jest narzędziem realizacji polskiego interesu narodowego i to jeszcze rękami przywódcy obcego państwa, jest do pogodzenia jedynie ze stanem emocjonalnym o zaawansowanych cechach aberracyjnych. I Konrad Rękas nie ma prawa oburzać się na to, że i jego stan emocjonalny został przeanalizowany, ponieważ sam się tego w swojej „krytyce” dopuścił.

Z kolei zabieg zastosowany przez niego odnośnie do Anny Paniszewej w zupełności wyczerpuje znamiona pamfletu. Jak pisze wspomniany profesor Karwat, autor pamfletu z założenia skupia się na eksponowaniu głównie lub wyłącznie tego, co dezawuuje adwersarza[6]. Jednak stosując taką pseudo-argumentację, Konrad Rękas dowodzi co najwyżej, że najwyraźniej sam zdaje sobie sprawę z tego, iż Paniszewa i pozostali są po prostu obiektem rewanżu Aleksandra Łukaszenki za tyleż bezmyślną, co zwyczajnie idiotyczną politykę III RP wobec władz Białorusi. Przy czym Łukaszenko nie uderza sankcjami najmocniej w polskie władze czy nawet Polskę jako państwo – uderza za to z całą mocą w osoby narodowości polskiej urodzone na Białorusi, wobec jego władzy bezbronne. Tylko na tyle stać Łukaszenkę.

Wisienką na torcie są w końcu oczywiste pomówienia Konrada Rękasa wobec Andżeliki Borys oraz Andrzeja Poczobuta o „trzymanie z ludźmi Sorosa”, na co Konrad Rękas oczywiście nie przedstawił żadnych dowodów ani argumentów. Jest aż nazbyt widoczne, że w ten sposób Konrad Rękas chciał ustawić potencjalnych oponentów w wygodnej dla siebie roli jako tych, którzy nie zgadzając się z nim, muszą rzekomo trzymać z Georgem Sorosem. Równie oczywiste jest także i to, że na Białorusi nie ogłoszono żadnej obławy na „ludzi Sorosa”, na którą załapaliby się z tego klucza Borys i Poczobut. Tym bardziej, że została aresztowana nie tylko ta dwójka, ale i wywodząca się z zupełnie innej parafii Anna Paniszewa. Ale Konrad Rękas i na to ma odpowiedź, twierdząc że Paniszewa została zatrzymana nie za aktywną polskość, lecz „lansując polityczną akcję propagandową”, jaką według Konrada Rękasa były skromne obchody Dnia Żołnierzy Wyklętych podczas harcerskiej zbiórki w Brześciu. Danie wiary takiemu kryterium to kolejne nieporozumienie, pod jakim Czytelnik miałby się bezrefleksyjnie podpisać wespół z Konradem Rękasem. Dlaczego? Wyjaśnienie poniżej.

Kult Żołnierzy Wyklętych można z góry uznać za szkodliwy, można go bezrefleksyjnie przyjmować, można go niuansować, można przyjmować wobec niego różne postawy i w pluralistycznym społeczeństwie nie powinno się cenzurować żadnych poglądów na ten temat. Jednak to, co proponuje Konrad Rękas, to właściwie wprost sformułowany postulat wykluczenia kogoś z polskości za to, że ów ktoś uważa tenże kult za coś wartościowego, ergo: nie zgadza się z Konradem Rękasem, który twierdzi, że „kult Wyklętych nie jest żadnym przejawem polskiego patriotyzmu”.

Tymczasem Anna Paniszewa uważa, że kult Wyklętych jest przejawem polskiego patriotyzmu i dla Konrada Rękasa jest to samo w sobie wystarczającym powodem, by odmawiać Paniszewej prawa do oczekiwania od nas solidarności z nią.

Z kolei założenie, że rzeczą normalną jest, by ostateczną instancją rozstrzygającą o możliwości pogodzenia kultu Wyklętych z polskim patriotyzmem była białoruska milicja oraz KGB, to właściwie deklaracja lojalności Konrada Rękasa wobec struktur siłowych obcego państwa w całkowicie nierównym konflikcie z Polką będącą obiektem rewanżu Łukaszenki za politykę III RP.

Owszem, prowodyrem tego, co się teraz dzieje, są polskie władze, ale nigdy – chociażby w jakimkolwiek uczciwym procesie sądowym – nie stwierdza się, że wina prowodyra jest większa od winy bezpośredniego sprawcy, bo to po prostu urąga poczuciu elementarnej sprawiedliwości.

Konrad Rękas oczywiście potrafi sobie zracjonalizować prześladowania polskich działaczy tak, aby imię Łukaszenki pozostało nieskalane, pisząc:

„Władze białoruskie nie prowadzą ani nie prowadziły działań przeciw mniejszości polskiej, tylko przeciw zagranicznej agenturze zaangażowanej w obalenie państwa”.

Tymczasem, jak już ustaliliśmy, Konrad Rękas na agenturalność czy związki aresztowanych z ludźmi Sorosa żadnych dowodów czy argumentów nie przedstawił. Jednak takie przekonanie faktycznie pozwala godzić poczucie sympatyzowania ze sprawą polską na Białorusi z jednoczesnym uważaniem Łukaszenki za sojusznika, tylko że w świetle faktów te dwie rzeczy są w rzeczywistości nie do pogodzenia.

Rzecz jasna, insynuacje autorstwa Konrada Rękasa wpisują się we wspomniany już schemat kozła ofiarnego. Jak bowiem przekonuje René Girard, kozioł ofiarny jest to przypadkowa i niewinna ofiara, w której dostrzega się przyczynę panujących problemów oraz wokół której koncentruje się powszechna niechęć i nienawiść [7]. Z kolei Katarzyna Prot i Bogdan Krzystoszek przekonują, że zjawisko to polega na projekcji wstydliwych, niezaakceptowanych i wypartych uczuć na członka grupy/rodziny i symbolicznym wykluczeniu go ze wspólnoty”[8].

Zatem, przekładając to na język publicystyki, Konrad Rękas usiłował zmanipulować Czytelników sugestią, że Borys i Poczobut nie zasługują nawet na miano Polaków, zaś Paniszewa i tak została zatrzymana za coś, co rzekomo nie ma nic wspólnego z patriotyzmem polskim. A więc wszystko Konradowi Rękasowi gra i koliduje. Tymczasem fakt, że nie ściga się wszystkich co do jednego Polaków na Białorusi, nie zaprzecza temu, iż Paniszewa, Borys czy Poczobut zostali wyselekcjonowani jako aresztowani ze względu na to, że są wyróżniającymi się aktywistami polskimi. O uzasadnieniu zatrzymań polskich działaczy będzie zresztą mowa dalej.

Oczywiście, można wierzyć propagandystom bezpośrednio afiliowanym przy białoruskich władzach, że aresztowania nie mają nic wspólnego z tym, iż zatrzymani są Polakami. Można także wierzyć na przykład w to, że w Polsce lider partii Zmiana dr Mateusz Piskorski wcale nie został uwięziony na 3 lata za swoje poglądy na stosunki polsko-rosyjskie, a jedynie za „dążenie do pogłębiania podziałów między Polakami i Ukraińcami”, jak głosi jawna część aktu oskarżenia. Można także uwierzyć, że w uwięzieniu dr. Piskorskiego nie chodziło o jego przekonania, ale o – jak mawia klasyk – „szkodliwe dla Polski polityczne akcje propagandowe”, w zależności oczywiście od tego, co kto sobie uznaje za szkodliwe dla Polski. No i koronny argument, któremu sam zainteresowany nie zaprzecza – dr Piskorski trzyma z ludźmi Putina, niczym podobno Andżelika Borys z ludźmi Sorosa. Od tego punktu już tylko krok do arbitralnego uznania kogoś za obcego agenta i przetrzymywania w więzieniu. Można więc uwierzyć we wszystko – tylko po co?

Wśród Polaków bowiem mają prawo funkcjonować różne opinie tak na temat Żołnierzy Wyklętych, jak i polityki wobec Rosji. Andżelikę Borys wielokrotnie upominałem publicznie i wchodziłem zeń w interakcję za pośrednictwem mediów społecznościowych, iż bezmyślnie angażuje polskość na Białorusi przeciwko Łukaszence, czego dowody załączam w przypisach [9] [10] [11]. Nie oznacza to jednak, że w momencie, gdy pod kłamliwymi pretekstami propagowania nazizmu czy rozniecania waśni na tle narodowościowym w ramach obchodów Dnia Żołnierzy Wyklętych prześladuje ją państwo trzecie, uznam własne votum separatum wobec jej działań za wiarygodny pretekst do zignorowania jej położenia. Chyba, że ktoś naprawdę twierdzi, że Żołnierze Wyklęci nie zajmowali się niczym innym, jak bandytyzmem i mordowaniem Białorusinów bądź twierdzi, że centralną postacią tych obchodów jest oskarżany o zbrodnie wojenne Romuald „Rajs” Bury. Polemika z takimi ludźmi jest jednak pozbawiona sensu, bo z założenia nie będą dążyli do ustalenia prawdy w jej arystotelesowskim rozumieniu.

Tak się jednak składa, że 1 marca w Dzień Żołnierzy Wyklętych na terytorium Białorusi także w poprzednich latach odbywały się imprezy okolicznościowe. Wystarczy jednak przejrzeć chociażby relację z organizowanego koło Grodna biegu „Tropem Wilczym” z roku 2020, by zobaczyć, że wśród podobizn Wyklętych sportretowanych na koszulkach uczestników biegu nie ma Romualda „Rajsa” Burego[12]. Postać „Burego” jest instrumentalnie wykorzystywana przez władze Białorusi, by przypisać czczenie zbrodniarzy prawdziwych czy domniemanych każdemu, kto w tym państwie pielęgnuje pamięć o Żołnierzach Wyklętych. U podstaw takiego założenia leży jednak fałszywe stwierdzenie, że Wyklęci zajmowali się głównie i przede wszystkim zbrodniami na cywilach. A to po prostu nieprawda.

Zadajmy sobie wreszcie pytanie: kto właściwie ma być bohaterem dla Polaków na Białorusi, aby ich tożsamość narodowa mogła się reprodukować w następnych pokoleniach? Obecna Białoruś uważa się za spadkobiercę Białoruskiej SRR, a zachodnia część państwa białoruskiego odpadła od Polski na skutek konsekwencji wydarzeń z 17 września 1939 roku. Centralnym punktem odniesienia jest dla władz kult Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, co z definicji jest nie do zaakceptowania dla Polaków na Białorusi. Przyczyna jest oczywista – rezultat Wielkiej Wojny Ojczyźnianej był taki, że miejscowi Polacy… stracili swoją ojczyznę. We wrześniu 1939 pod wpływem zewnętrznej agresji zawaliło się ówczesne państwo polskie i w wyniku Wielikoj Pabiedy już na te tereny nie wróciło. Właśnie przez to Polacy na Białorusi nie mają już polskich szkół, a polszczyzna została zepchnięta do takiej defensywy, że zazwyczaj nie wychodzi już poza próg katolickich kościołów[13], bo przecież nie ma już tam państwa, które by im swobodę rozwoju tożsamości narodowej zapewniało.

Zresztą, pół biedy, gdyby chodziło o samą Armię Czerwoną i wysiłek radzieckiego żołnierza w walce z III Rzeszą, bo przecież stwierdzenie faktu, że Armia Czerwona ocaliła biologiczne istnienie narodu polskiego jest całkowicie do pogodzenia z polskością. Problem w tym, że na Białorusi władze otwarcie gloryfikują za walkę z „powojennymi bandami” NKWD i to w miejscach zwartego zamieszkania ludności polskiej. Tablice ku czci funkcjonariuszy sowieckich organów bezpieczeństwa uroczyście odsłonięto bowiem w Lidzie (40% Polaków) czy też w Grodnie (20% Polaków). Warto unikać etykiet w rodzaju „rusofil” jako nic nie wnoszących do dyskusji, ale braku zastrzeżeń do tego typu polityki historycznej nie da się nazwać inaczej, jak enkawudofilią.

A o jakież to wspomniane „bandy” chodzi?

„W okolicach Grodna w 1945 r. w szeregach AKO działało dokonując akcji „dywersyjnych i likwidacyjnych ponad dwa tysiące osób; w obwodzie Grodno-prawy Niemen – 1237 osób, w obwodzie Grodno-lewy Niemen – 1000 osób, a także w obwodzie Wołkowysk – 1569 osób, a obwodach Swisłocz, Mścibów – 20 osób, w obwodzie Krzemienica – 50 osób”[14].

Jak się przekonujemy, chodzi więc o członków polskiego powojennego podziemia niepodległościowego, którzy na własnej ojczystej ziemi walczyli z NKWD. Konrad Rękas proponuje z kolei: „ani Soros – ani Wyklęci”, tylko że innej alternatywy, jak wpisanie lokalnej polskości bez żadnych zastrzeżeń w białoruską politykę historyczną, po prostu nie ma. Konsekwencją tego będzie oczywiście to, że żadnej polskości nie będzie tam już w ogóle, tymczasem uwięzienie Anny Paniszewej i pozostałych Polaków udowadnia, że obecnie autonomicznej polskiej pamięci historycznej na Białorusi nie można już kultywować nawet na zbiórkach harcerskich. I to nie Soros, nie rząd PiS i nawet nie Andżelika Borys, która sama się przecież nie uwięziła, są za to odpowiedzialni.

Zresztą, nawet w tak elementarnej kwestii Konrad Rękas po prostu kłamie. Pisze on bowiem, że „sankcje wobec p.p. Borys i Poczobuta wynikają z ich działalności w pro-zachodniej opozycji demoliberalnej”. Otóż, jak twierdzi sama białoruska Prokuratura Generalna, Andżelika Borys została zatrzymana za to, iż:

„[…] od roku 2018 po dzień dzisiejszy na obszarze miasta Grodna i pozostałych miejscowości w obwodzie z udziałem osób niepełnoletnich organizowała i przeprowadziła szereg nielegalnych masowych przedsięwzięć w celu uhonorowania członków antyradzieckich band funkcjonujących w trakcie i po Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej dokonujących grabieży, zbrodni na cywilnych mieszkańcach Białorusi, niszczenia mienia. Ich działania miały na celu rehabilitację nazizmu, usprawiedliwiania ludobójstwa narodu białoruskiego” – czytamy w komunikacie[15].

Andżelika Borys została więc zatrzymana nie za to, jakoby rzekomo brała od Sorosa walizy pełne dolarów celem obalenia Łukaszenki – lecz za to, że robiła coś naturalnego dla pielęgnowania miejscowej polskości, czyli kultywowała żywą pamięć o żołnierzach siły zbrojnej Polskiego Państwa Podziemnego operujących na terytorium RP w granicach sprzed wrześniowej agresji 1939 roku. Podkreślmy: dla białoruskiej prokuratury jest to przejaw „rehabilitacji nazizmu”. Konradowi Rękasowi oczywiście nie musi to przeszkadzać, w końcu sam uznał za zasadne porównanie Andżeliki Borys czy Poczobuta do konfidentki gestapo – niemniej, twierdzenie, że takie stawianie sprawy przez białoruskie organy ścigania nie jest uderzeniem w miejscową polskość, byłoby szczytem cynizmu i zakłamania.

Czym jednakże są „antyradzieckie bandy funkcjonujące w trakcie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej”? Nie chodzi wszak o formacje powojenne, chodzi po prostu o Armię Krajową.

Tak. Na Białorusi można trafić do aresztu nawet za organizowanie obchodów ku czci Armii Krajowej, ale Konrad Rękas i tak skłamie, że przyczyną aresztowania poszczególnych organizatorów uroczystości jest ich działalność opozycyjna.

Wreszcie, pojawiają się doprawdy już absurdalne argumenty, iż nie wolno nam z zasady ingerować w wewnętrzne sprawy Białorusi, bo jak nie, to i nam ktoś niedobry będzie ingerował w nasze wewnętrzne sprawy. Ponadto, ingerencja w wewnętrzne sprawy innych państw ma być z gruntu niesłuszna. Dmowski musi się przewracać w grobie. Ze śmiechu.

Jak bowiem można godzić autentyczny realizm Dmowskiego w postrzeganiu stosunków międzynarodowych z tak naiwniackim, bo już nawet nie naiwnym, poglądem? Co do zasady przecież stosunki między państwami polegają na wywieraniu wpływu na wewnętrzny porządek czy decyzje polityczne partnera. Różni się tylko tryb narzucania drugiej stronie preferowanych przez siebie rozwiązań, w ostateczności zawsze może być to ultima ratio regum, której to dyplomacja jest po prostu bezkrwawym substytutem. Poza tym to, że my przestaniemy to robić, nie oznacza, że przestaną inni. Warto by wreszcie dorosnąć do uświadomienia sobie tej prawidłowości.

Cóż innego robią zresztą władze Białorusi, komentując marsze ku czci Romualda „Rajsa” Burego w znajdującej się na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej Hajnówce, jak nie ingerują w polskie sprawy wewnętrzne właśnie? Jak z kolei postrzegać upamiętnianie daty 17 września i „zjednoczenia Białorusi”, skoro w ramach tegoż „jednoczenia” tzw. Zachodnią Białorusią stało się także obecne terytorium Polski, włączając w to Łomżę? Dość dodać, że samemu Romanowi Dmowskiemu – jak się okazuje – zmarło się na Białorusi, bowiem miejsce jego śmierci, Drozdowo, to wcielona do BSRR w 1939/1940 wieś znajdująca się w powiecie łomżyńskim. Konsekwentne przyjmowanie białorusko-sowieckiej perspektywy na wrzesień ’39 to nic innego, jak podważanie integralności własnego państwa, tymczasem właśnie w warunkach hegemonii takiej polityki historycznej muszą funkcjonować na Białorusi tamtejsi Polacy. A przecież przestrzeń do kreowania własnej „narracji” jest tam obecnie Polakom dramatycznie zawężana nawet o możliwość upamiętniania Armii Krajowej.

Jak się więc okazuje, deklaracje i zapewnienia o nieingerencji w sprawy wewnętrzne innych państw to nic więcej, jak pustosłowie typowe dla języka dyplomacji. A przecież Polska, nawet od niechcenia zgłaszając zastrzeżenia do zakazu ekshumacji ofiar UPA na Ukrainie, też ingeruje w wewnętrzne sprawy innego państwa.

Problem bowiem nie w tym, że Polska próbuje wpływać na sprawy wewnętrzne innych państw, a szczególnie tych, gdzie mieszkają jej dawni obywatele bądź ich potomkowie, wobec których Rzeczpospolita ma w końcu określone zobowiązania. W tym zaś tkwi problem, że ingerencja ta jest dokonywana w celu wywołania kolejnej sprzecznej z polskim interesem „kolorowej rewolucji”  – i to jest jedyny punkt styczny, w którym mogę się zgodzić ze zwolennikami aresztowania Andżeliki Borys, Andrzeja Poczobuta i Anny Paniszewej. W pozostałych kwestiach na szczęście dzieli nas wszystko.

Marcin Skalski

(tekst ukazał się w tygodniku „Myśl Polska”)

[1] A. Romejko, Teoria mimetyczno-ofiarnicza – wprowadzenie do antropologii René Girarda, Studia Gdańskie XV-XVI (2002-2003), s. 63.

[2] Tamże, s. 61.

[3] J. L. Popławski, „Cóż to jest naród”, [w:] „Polak” 1904, nr 3, za: J. L. Popławski, Wybór pism. Wybór, wstęp i opracowanie Teresa Kulak, Wrocław 1998, s. 149

[4] S. Garczyński, Potrzeby psychiczne. Niedosyt. Zaspokojenie, Warszawa 1972, s. 158-159

[5] M. Karwat, O złośliwej dyskredytacji. Manipulowanie wizerunkiem przeciwnika, Warszawa 2007, s. 47.

[6] M. Karwat, dz. cyt., s. 41.

[7] R. Girard, „The Ancient Trail Trodden by the Wicked”: Job as a Scapegoat, „Semeia” 1984, nr 33, s. 14; A. Romejko, Teoria mimetyczno-ofiarnicza – wprowadzenie do antropologii René Girarda, Studia Gdańskie XV-XVI (2002-2003), s. 59.

[8] K. Prot, B. Krzystoszek, Rola kozła ofiarnego w analitycznej terapii grupowej [w:] „Psychoterapia”, nr 1(156), 2011, s. 25.

[9] https://twitter.com/MarcinSkalski5/status/1299259771124580353

[10] https://twitter.com/MarcinSkalski5/status/1295736364735004673/

[11] https://twitter.com/MarcinSkalski5/status/1296400504868745216

[12] Białoruska edycja VIII Biegu Pamięci Żołnierzy Wyklętych „Tropem Wilczym” (FOTOREPORTAŻ) [w:] http://znadniemna.pl/44944/bialoruska-edycja-viii-biegu-pamieci-zolnierzy-wykletych-tropem-wilczym-fotoreportaz/, dost. 11.04.2021

[13] Por. I. Kabzińska, Wśród “kościelnych Polaków”: wyznaczniki tożsamości etnicznej (narodowej) Polaków na Białorusi, Warszawa 1999

[14] K. Komorowski, Armia Krajowa. Dramatyczny epilog, Warszawa 1994, s. 47-49, za: L. Mikhalak, Kościół katolicki na Grodzieńszczyźnie 1939-1956,Warszawa 2008, s. 201

[15] Генпрокуратура возбудила уголовное дело в отношении главы Союза поляков в Беларуси [w:] https://people.onliner.by/2021/03/25/genprokuratura-vozbudila-ugolovnoe-delo-v-otnoshenii-glavy-soyuza-polyakov-v-belarusi?fbclid=IwAR3PeqiuHCRyI9a-Tjt9uv6kqysA9I0SkmiId2VQAgtwv-QpHXj6G0064y8, dost. 11.04.2021

2 komentarze

  1. daniel – piłeś – nie komentuj. Ewentualnie jeśli jesteś dyzgrafikiem – podkreśl to. Komentarzy nie ma bo co tu komentować? Chyba dla większości czytelników xportalu kwestia jest oczywista

  2. niema komentary, czyli czort ie, o co tam chodzi. Przeciw Tosji – głupotaz,

Dodaj komentarz