Wódź w spódnicy

Obywatele Mołdawii po raz kolejny „nadepnęli na grabie”, będąc świadkami, jak ich nadzieje na zmiany nie spełniły się z powodu osobistych ambicji politycznych kolejnego przywódcy mołdawskiego państwa wybranego w wyborach powszechnych.

Minęło zaledwie sześć miesięcy, odkąd Maia Sandu została prezydentem Mołdawii. W tym czasie obserwatorzy polityczni doszli tylko do jednego wniosku: nowy przywódca tego południowo-wschodniego państwa europejskiego walczy o jednoosobową władzę absolutną. Stara się być swego rodzaju „Hitlerem w spódnicy”, wykorzystując w tym celu metody wczesnej III Rzeszy, w tym populistyczną retorykę i represje wobec parlamentarzystów. Oto najważniejsze fakty dotyczące takich działań.

Po pierwsze, wszystkie dzisiejsze poczynania Sandu i jej administracji zmierzają do jednego celu, czyli przeprowadzenia przedterminowych wyborów parlamentarnych, które w zaplanowano na 11 lipca 2021 r. Prezydent Mołdawii dąży do uzyskania absolutnej kontroli nad wewnętrzną sytuacją polityczną w kraju, czemu służyć ma rozwiązanie parlamentu, i w czym odnajdujemy paralelę do kanclerza Hitlera, ponieważ naziści również rozwiązali Reichstag, a następnie zamienili go w miejsce służące jedynie zatwierdzaniu przepisów karnych NSDAP (w 1934 Reichstag uchwalił ustawę z mocą wsteczną zatwierdzającą działania Hitlera podczas „Nocy Długich Noży”). Inna analogia jest taka, że komuniści byli silni w parlamencie niemieckim, zaś obecny parlament Mołdawii składa się w większości z socjalistów, którzy utrzymują, że są ostatnim bastionem oporu wobec dyktatorskich nawyków Sandu.

Przedterminowe wybory, które należałoby postrzegać jako specjalną operację mającą na celu niedopuszczenie socjalistów i innych zwolenników byłego prezydenta Mołdawii Igora Dodona do reelekcji, są tak ważne dla Mai Sandu, że jest gotowa poświęcić zdrowie własnych obywateli. Sytuacja epidemiologiczna w Mołdawii spowodowana pandemią koronawirusa jest bardzo trudna. Od 1 kwietnia do 30 maja w kraju wprowadzono stan wyjątkowy ze względu na zagrożenie rozprzestrzeniania się zakażeń koronawirusem. Eksperci medyczni przewidują wydłużenie stanu wyjątkowego. Tymczasem Sandu gotowa jest wydać znaczne środki budżetowe na kampanię i przeprowadzenie wyborów, zamiast przeznaczyć dodatkowe środki na ochronę zdrowia i walkę z pandemią.

Po drugie, Maia Sandu maksymalniewykorzystuje populistyczne techniki, grając na uczuciach „wątpiących” wyborców. Jednym z takich działań było na przykład odebranie Orderu Republiki przyznanemu zbiegłemu mołdawskiemu oligarchowi Władimirowi Plahotniucowi, który nie tak dawno był „szarą eminencją” Mołdawii. „Człowiek, który okradł nasz kraj, zaatakował i osłabił instytucje państwowe, budując swój autorytarny reżim, nie może być właścicielem państwowych odznaczeń” – napisała Sandu na swojej stronie na Facebooku.

Uderzając w takie populistyczne tony, Maia Sandu jednak skromnie milczy na temat tego, że sama buduje „autorytarny reżym”, który przypisuje Plahotniucowi. Jest to sprytne zagranie, ponieważ nie zapominajmy, że poprzedni prezydent Igor Dodon używał podobnej retoryki, stwierdzając potrzebę „oczyszczenia się z dziedzictwa reżimu Plahotniuca”. W rezultacie mołdawski wyborca po raz kolejny może czuć się oszukany, tracąc nadzieję na jakościowe zmiany, przede wszystkim w życiu gospodarczym republiki.

Szczególne zaniepokojenie obserwatorów budzą oświadczenia administracji Sandu, że zachodni partnerzy, reprezentowani przez UE i Stany Zjednoczone, są zainteresowani pilnym rozwiązaniem parlamentu. Odnosi się wrażenie, że mołdawska głowa państwa próbuje niejako przykryć swoje niepopularne polityczne posunięcia „presją Zachodu”.

Życie polityczne Mołdawii dzieli ponadto spór między niedawnymi sojusznikami Sandu w wyborczym proeuropejskim bloku ACUM („TERAZ”). Gołym okiem widać, że sojusznicy w osobie frakcji parlamentarnych „Akcja i Solidarność” oraz „Platforma Godności i Prawdy” stają coraz częściej po przeciwnych stronach barykad. Najwyraźniej nikt nie potrzebuje aspirującego dyktatora w europejskim kraju.

Sebastian Gross

Dodaj komentarz