Konrad Rękas: Kabul Witkiewicz vs. Buchara Burnes. O pierwszym Polaku w Afganistanie

Polska najpierw etnonacjonalistyczna (acz z woli komunistów), następnie europejska, wreszcie atlantycka, ale zawsze zaściankowa – nie chce i nie umie widzieć ni pamiętać siebie jako podmiotu Eurazji. Gorzej nawet – jako Polacy zostaliśmy pozbawieni świadomości naszego udziału w wielkich geopolitycznych i cywilizacyjnych rozgrywkach toczących się na tych niezmierzonych obszarach. Nie dostrzegamy w naszym sarmatyzmie odrębnej, polskiej, szerokiej, imperialnej i inkluzywistycznej wizji eurazjatyckiej – ale pozwalamy go spłycać to jakichś jasełek w służbie papizmu i kontrreformacji. Nie znamy też nazwisk i historii tych wszystkich naszych rodaków, którzy stali się aktorami, oficerami, choć często i ofiarami Wielkiej Gry, najważniejszej rywalizacji o Serce Lądu, której kolejna odsłona już trwa i w której znów umiemy być mniej nawet niż pionkami. A przecież to Polak był jednym z najpierwszych i najlepszych graczy na jednej z kluczowych szachownic tej symultanicznej rozgrywki – w Afganistanie.

Życiorysy godne Kiplinga

Był czas, gdy Brytania była dumna z Aleksandra Burnesa. Młodego Szkota, który w misjach przewyższających opowieści Kiplinga przemierzył Pendżab, dotarł do Buchary (od której ostatecznie wziął związany już na zawsze ze swym nazwiskiem przydomek), ale który przede wszystkim był autorem obecności anglosaskiej w Kabulu, a więc zjawiska doskonale znanego i mającego ogromny wpływ także na naszą epokę. Amerykanie z kolei, zwłaszcza w okresach, gdy własna obecność na ziemi Pasztunów i Tadżyków wymagała odpowiedniej legendy – umieli przywołać postać Josiah Harlan, pensylwańskiego kwakra i masona, trochę awanturnika, trochę misjonarza, trochę mitomana, a w sporej dawce szpiega (co składało się na mix typowy nie tylko dla tamtych czasów), który o mało już wówczas nie wykroił sobie z Afganistanu własnego królestwa. Nb. i tę opowieść, przerobioną jako „The Man Who Would Be King” – znamy dzięki niezawodnemu Kiplingowi, a potem filmowi Johna Hustona. A tymczasem ilu ludzi w Polsce słyszało o Janie Prosperze Witkiewiczu, trzecim białym w ogóle i pierwszym nie Angliku, który w ogóle dotarł do Kabulu, będąc tam niezwykle skutecznym przeciwnikiem polityki brytyjskiej i emisariuszem tego, co z wyczuciem odwieczności nazwano interesami Kontynentu?

Paralelność życiorysów Buchary Burnesa, legendy Wielkiej Gry i niemal zapomnianego Polaka – uderza wszystkich zajmujących się historią geopolityki stosowanej. Obaj reprezentowali narody mniejszościowe w ramach imperiów, z których jednak pierwszy do czasu korzystał z pozycji junior-partnera hegemona, a drugi zdecydowanie ją odrzucał – poza jednostkami takimi jak Witkiewicz. Nazwisko Burnesa w jego własnym kraju kojarzy się wyłącznie z jego krewniakiem, wielkim szkockim poetą. Polak – tak, był z tych Witkiewiczów. Dla pierwszego problemem była prowincjonalność pochodzenia, bo w realiach Indii, perły jeszcze wówczas Kompanii Wschodnioindyjskiej – syn burmistrza malutkiego Montrose nie był wszak żadną figurą. Drugi – w młodości zachorował na polską chorobę, bawił się w spisek gimnazjalny i zapłacił za niego latami nudy w zapomnianym wówczas przez Petersburg Orenburgu, na granicy znanego świata. Obaj na swych dalekich placówkach pozornie zabijali tylko czas nauką języków orientalnych i chłonięciem miejscowych kultur, zwyczajów, plotek i uwarunkowań. Obaj bowiem wiedzieli, że żeby się wybić – muszą udowodnić własną wartość, wyszarpać własną przyszłość zagrzybiałym układom i otworzyć nowe perspektywy nie tylko własnym karierom, ale i swym imperiom. Nie trzeba chyba dodawać, że jak w przypadku wielu innych wybitnych jednostek – plany te powiodły się tylko połowicznie. Tzn. Burnes został rozszarpany przez wściekły afgański tłum we własnej kwaterze Kabulu, pod bokiem wielotysięcznego korpusu brytyjskiego. Witkiewicz zaś zginął w niewyjaśnionych okolicznościach, w dość ewidentnie upozorowanym samobójstwie. Obaj jednak przedtem zagrali w kampaniach Wielkiej Gry w wyniku których Rosja na kilkanaście dekad opanowała Azję Środkową, podbrzusze Eurazji, do którego wolno i niezbornie, ale stara się dziś powracać. Anglia latami zaś skupiała własne wysiłki na odwracaniu tej rosyjskiej uwagi od spraw wschodnich, czego kolejnymi przejawami były i polskie powstania, i wojna krymska, i wreszcie Wielka Wojna, a więc pośrednio i znana nam organizacja świata po jej dogrywkach i karnych trwających jeszcze współcześnie.

Ubóstwo źródeł, mierność publicystyki

O tych historycznych i dzisiejszych implikacjach Wielkiej Gry pisałem już zresztą w innym miejscu, podnosząc jak trudno jest zrozumieć i historię Polski, i nasze obecne położenie bez znajomości tych pozornie tak odległych (w czasie i przestrzeni) oraz egzotycznych wydarzeń. Niestety jednak, tak o samej rywalizacji o Serce Lądu, jak i o głównych jej aktorach – po polsku wydano niewiele. Ot, kanoniczne opracowanie Petera Hopkirka, ale już materiałów źródłowych i wspomnień jak na lekarstwo, prócz pozycji takich jak np. „Wyprawa do ChiwyFredericka Burnaby’ego, czy „Podróże po Azji Środkowej 1885-1890” Bronisława Grąbczewskiego. Z kolei dostępne na rynku prace popularnonaukowe, jeśli nawet same nie grzeszą sensacyjnością pod publiczkę – to w takim kierunku są redagowane i reklamowane przez wydawców. Los taki stał się udziałem choćby ciekawego acz nierównego (zwłaszcza przez swe odniesienia do teraźniejszości) „Powrotu królaWilliama Dalrymple’a.

W ciągu ostatnich kilku lat pojawiło się też kilka polskojęzycznych tekstów o Witkiewiczu, niemal wszystkie one jednak grzeszą mieleniem kilku wciąż tych samych wątków. W tym samym tonie pisała o bohaterze Kabulu GW, wspomniał Coryllus, pojawiła się nawet powieść awanturniczo-patriotyczna, życzliwie recenzowana w kolorowych tygodnikach i lasująca mózg każdemu jako takiemu oczytanemu w realiach Wielkiej Gry. Jedyną większą pozycją o JPW pozostaje więc nadal „Batyr. O Janie Witkiewiczu 1808-1839”, Władysława Jewsiewickiego z 1983 r., a więc rzecz obciążona bazowaniem na pozbawionej wartości naukowej legendzie rodzinnej, a także wymuszoną czasem powstania nieznajomością zawartości wielu archiwów rosyjskich i brytyjskich. W sumie ze wszystkich publikacji na temat Witkiewicza pewną świeżością spojrzenia i wnioskowaniem pozbawionym tromtadracji – wykazał się więc bodaj tylko Bartłomiej Sienkiewicz w swoim szkicu „Ciemne światło”, opublikowanym w 2009 r. w „Tygodniku Powszechnym”, jednak i on na koniec uległ domysłom w duchu narodowej martyrologii i psychologii dla ubogich. Stąd też więcej interesujących faktów i ich analiz znajdziemy choćby u przenikliwego szkockiego biografa Burnesa, Craiga Murraya niż w dowolnym wtórnym bajaniu o „prawdziwym Wallenrodzie”.

Nightmare of the British Raj”.

Prawdziwy polski problem z recepcją polskiej roli w Wielkiej Grze personifikuje się właśnie w tym jednym micie, z pominięciem prawdziwych życiorysów tysięcy polskich żołnierzy walczących w Azji, setek przedsiębiorców posuwających gospodarczą linię rozgraniczenia imperiów, dziesiątków naszych naukowców i odkrywców. No i z całkowitym ignorowaniem Jana Prospera Witkiewicza takiego, jakim był naprawdę. Co bowiem wiemy ze źródeł? Burnes swoje pierwsze (i… jedyne!) spotkanie z polskim oficerem przedstawił tak: „He was a gentlemanly and agreeble man (…) I never again met Mr. Vilkievitch (…) although we exchanged sundry messages of high considerations;” for I regret to say that I found it to be impossible to follow the dictates of my personal feeling of friendship towards him, as the public service required the strictest watch, lest the relative positions of our nations should be misunderstood in this part of Asia”. Cóż, d’Artagnan zawsze rozpozna du Guesclina, Bayarda, Corteza i Cyrana… A ponadto przypomnijmy – Szkot w służbie brytyjskiej pisał to o Polaku w służbie rosyjskiej z referencją tym bardziej stosowną, że wyrażaną już po śmierci rywala. Brytyjczycy bowiem nigdy nie mieli wątpliwości jak groźnym dla nich przeciwnikiem był Witkiewicz – człowiek, który na pewien czas przekonał samego Dost Mohammada Chana do wyboru opcji kontynentalnej, którego dziełem był plan wprowadzenia Persów do Heratu by wyprzeć stamtąd wpływy brytyjskie, który zawsze i we wszystkich anglojęzycznych opracowaniach wymieniany jest jako prawdziwy „nightmare of the British Raj”. I tylko my sami nie umiemy chlubić się prawdziwą wielkością naszego rodaka.

Zakłamana legenda

Bo co o Witkiewiczu mogą dowiedzieć się ci nieliczni, którzy sięgną do wtórnych polskich tekstów, okręconych wokół wypierania przez rodzinę świadomości o przodku-bohaterze słowiańskiego imperium? Od brata JPW, Ignacego, przez Stanisława – po samego Witkacego trwał mit „jedynego wcielenia Wallenroda”. „Moja kuzynka […] chwali się […], że dziadek jej, Jan Witkiewicz (i to nieprawda, bo brat dziadka), był wielkim (to prawda) awanturnikiem w Afganistanie (faktycznie dziwna to postać, jedyne wcielenie Wallenroda) – z zesłańca, cudem przez Humboldta wyratowanego z karnych batalionów, zostaje adiutantem hr. Perowskiego, gubernatora Turkiestanu, wywołuje bunt Afgańczyków w Khaboulu, rzeź czterech tysięcy sipajów angielskich; o mało nie wybucha wojna angielsko-rosyjska. Wezwany do Petersburga zostaje tam z rozkazu kanclerza Nesselrodego zamordowany” – pisał S.I. Witkiewicz. Cóż, autor „Nienasycenia” mógł w ten sposób dawać wyraz tak swej dezynwolturze, jak i lęku przed Azją, ale już fakt, że wersja „winy rosyjskiej” była od razu w XIX stuleciu suflowana przez Brytyjczyków, zaś w kraju popierana m.in. przez Tomasza Zana, Szymona Aszkenazego i Marię Janion – powinien dać nam do myślenia. Alternatywą dla wrażliwych polskich serduszek miałaby zaś być koncepcja… patriotycznego samobójstwa popełnionego po spotkaniu dawnego towarzysza ze wstydu za zaprzedanie się wrażemu caratowi. Prawdziwym preludium do tych niepopartych żadnymi dowodami dywagacji – jest jednak inna hiperteoria: o Witkiewiczu, który podbijał Azję nie by zatrzeć grzechy młodości, nie w duchu przygody i zarazem wielkiego celu kontynentalnego, ale by… wyzwolić Polskę przez wywołanie wojny rosyjsko-angielskiej (i w domyśle brytyjskiego zwycięstwa…)!

Droga Batyra

Tymczasem nawet pobieżna znajomość Wielkiej Gry pozwala przecież rozumieć, że wprawdzie faktycznie, istniał związek między sukcesami Petersburga, a sprawą polską – ale sprowadzał się on do prowokowania Polaków do kolejnych powstań przez Anglików, gdy tylko uznawali oni postępy konkurentów za zbyt szybkie i daleko idące. Wpływ powstań na sprawę polską – był zaś tylko fatalny. I przeciwnie, szansą dla naszego narodu było tylko zwiększanie naszego zaangażowania w imperialny projekt słowiański i nadawanie mu własnego charakteru. Czyli… pójście drogą Witkiewicza. Drogą, która była zresztą doceniana przez samych Rosjan, kojarzących Batyra wyłącznie pozytywnie. Cała narracja o rzekomej rosyjskiej niełasce, która miała pchnąć Polaka do nagłego skończenia ze sobą – pochodzi zresztą wyłącznie z opracowań brytyjskich, podawanych dalej przez angielską agenturę, także w Polsce. Archiwa rosyjskie tymczasem są jednoznaczne – przełożeni wysoko ocenili wysiłki Witkiewicza w Kabulu i Heracie, choć bieżąca sytuacja międzynarodowa opóźniła ich wykorzystanie. Hrabia Karol Nesselrode, gracz rozważny, nieco zachowawczy nie miał też żadnych wątpliwości, by w imieniu ministerium i dworu zgodzić się m.in. na przyjęcie przez JPW wysokiego perskiego odznaczenia. Czy wskazuje to na choćby cień niełaski?

Tymczasem Brytyjczycy mieli już na rękach krew poprzedników Witkiewicza w Wielkiej Grze. Z poduszczenia londyńskiego zlinczowano rosyjskiego posła w Teheranie Aleksandra Gribojedowa. Tak inny wielki angielski gracz – William Moorcraft zamordował, a w każdym razie doprowadził do śmierci poprzednika JPW, Mechtiego Rafajłowa. W to, że Witkiewicz popełnił samobójstwo (bo niby dlaczego?), ani też, że został zamordowany przez Rosjan (bo i po co?) – nie wierzy także najlepszy współczesny znawca Wielkiej Gry i problematyki Azji Środkowej, szkocki historyk i były dyplomata, Craigh Murray (obecnie przebywający nb. w brytyjskim więzieniu). W dodatku wiemy już dziś, że znakomite wrażenie wywarte przez Witkiewicza na Burnesie było w pełni uzasadnione. Za ciepłe słowa post mortem – Polak zdążył za życia odpłacić w sposób godny prawdziwego aktora Wielkiej Gry: werbując do współpracy z rosyjskim wywiadem prawą rękę Szkota, Charlesa Massona. Czy tak postąpiłby Wallenrod? Czy raczej prawdziwy Kloss? Cóż jednak, gdy my wolim bajki, zwłaszcza przesączane z zagranicy…

Cykl geopolityki

Oczywiście też fałsze towarzyszą każdej polityce imperialnej, nie tylko przecież XIX-wiecznej i nie jedynie brytyjskiej. Nieprawdziwa jest wszak cała anglosaska narracja Wielkiej Gry. Jej prawdziwym powodem nie była bynajmniej rosyjska ekspansja, ewidentnie reaktywna i z całą pewnością nie rosyjskie zagrożenie dla Indii – ale sformułowane jeszcze przez Burnesa dążenie Londynu do zorganizowania pod własną hegemonią całego miękkiego podbrzusza Eurazji. Jak wiemy dzisiaj – nie był to jedyny element strategii brytyjskiej odziedziczony następnie przez Amerykanów. Stałością, niestety, odznacza się też polityka rosyjska, jak zawsze nacechowana defensywnością, brakiem zrozumienia dla niemożności trwałej koegzystencji dwóch imperiów czy nawet niedocenianiem czynników wewnętrznych, jak wrzenia rewolucyjne, nieodmiennie towarzyszące starciom geopolitycznym. Nawet i Polska, mimo całej swej obecnej marginalności – nadal bywa wykorzystywana w ten sam sposób, szczęśliwie już nie do powstań, ale gdyby zaszła taka potrzeba… Również więc i historia Jana Prospera Witkiewicza nie jest li tylko ciekawostką z przeszłości, skoro jednak wyciągają ją z archiwów sprawdzeni wykorzystywacze Polaków. Dlatego warto ją przypominać – jako kolejny kawałek wiecznie zakłamywanej historii Polski, I naszego udziału w budowie Wielkiej Eurazji.

A że nie tylko my zapominamy naszych bohaterów – niech słabym pocieszeniem będą nam pośmiertne losy przyjaznego konkurenta Batyra, Aleksandra Burnesa. Odwiedzając Montrose zaglądam czasem do jego rodzinnego domu. Jedna z nielicznych materialnych pamiątek po rycerzu imperium – mimo prób remontu zamienia się powoli, ale nieubłaganie w ruinę. Rycerz zrobił swoje… Tyle tylko, że żywym pomnikiem Burnesa były i są kolejne imperia Anglosasów – a dzieła Witkiewicza nie ma wśród Polaków kto kontynuować.

Konrad Rękas

Bartosz Bekier: Naród i religia w Państwie Słowackim w latach 1939–1945

Dodaj komentarz