Geronimo: Nie wstydzę się być chrześcijaninem

Od Redakcji: Gdy mowa o Indianach Ameryki Północnej, przywołuje się jeden z dwóch utrwalonych obrazów. Jeden z nich przedstawia Czerwonoskórych jako „dobrych dzikusów”: pacyfistycznie nastawionych, zielonych ekologów, żyjących w plemiennych siedzibach niczym w hippisowskich komunach oraz praktykujących tam egalitaryzm społeczny i ćpanie narkotyków, dopóki nie wymordowali ich źli biali chrześcijanie. Taki karykaturalny portret Indian rozpowszechniają lewicowi zwolennicy poprawności politycznej. Środowiska uważające się za konserwatywne – także w Polsce – słusznie wytykają temu obrazowi fałsz, jednak w polemice z nim popadają w symetryczny błąd. Mianowicie, z uporem godnym lepszej sprawy bronią, również opartego na przesłankach ideologicznych a nie faktycznych, wizerunku Indian jako „złych dzikusów”: barbarzyńców żyjących bezmyślnym zabijaniem,  zadawaniem gwałtu i tortur, a nie znających żadnych wyższych impulsów duchowych, nad którymi zatriumfowała ostatecznie wyżej rozwinięta „cywilizacja białego człowieka”. Oba te obrazy należy odrzucić jako fałszywą alternatywę. W tym kontekście na uwagę zasługuje świadectwo prezentowane poniżej, pozostawione przez Geronimo (1829-1909) – jednego z najsłynniejszych wodzów indiańskich i zarazem jednego z wojowników, którzy najdłużej stawiali zbrojny opór Amerykanom i Meksykanom. Potwierdza ono słuszność teorii „pramonoteizmu” sformułowanej przez antropologa, etnologa i religioznawcę O. Wilhelma Schmidta SVD (1868-1954), zgodnie z którą wszystkie religie pogańskie były u swych początków religiami monoteistycznymi, ponieważ wywodzą się z tego samego, prawdziwego Objawienia pierwotnego. Pokazuje, jak elementy Objawienia pierwotnego przetrwały w religii Indian, lecz zgodnie z planem Opatrzności domagały się uzupełnienia przez Objawienie Starego i Nowego Testamentu. Pokazuje wreszcie, iż sami Indianie odczuwali potrzebę tego uzupełnienia. (A.D.)

W naszym prymitywnym kulcie jedynie nasze relacje z Usenem [w dialektach Apaczów Bóg – przyp. tłum.] i członkami naszego plemienia były uważane za odnoszące się do naszych religijnych obowiązków. Co do stanu przyszłego, nauki naszego plemienia nie były precyzyjne, nie mieliśmy wyraźnego poglądu na nasze stosunki i otoczenie w następnym życiu.

Wierzyliśmy, że istnieje życie po tym życiu, ale nikt nigdy nie powiedział mi, która część człowieka żyje po śmierci. Widziałem wielu umierających ludzi, widziałem wiele ciał w stanie rozkładu, lecz nigdy nie widziałem tej części, która jest nazywana duszą. Nie wiem, co to jest, nie jestem jeszcze w stanie zrozumieć tej części religii chrześcijańskiej. Uważaliśmy, że wypełnianie obowiązków czyni przyszłe życie przyjemniejszym, ale tego, czy przyszłe życie jest od obecnego lepsze czy gorsze, nie wiedzieliśmy, i nikt nie był w stanie nam tego powiedzieć. Mieliśmy nadzieję, że w przyszłym życiu stosunki rodzinne i plemienne będą trwać dalej. W pewnym sensie wierzyliśmy w to, ale tego nie wiedzieliśmy. Kiedyś, gdy mieszkałem w rezerwacie w San Carlos, pewien Indianin powiedział mi, że gdy leżał nieprzytomny na polu bitwy, naprawdę umarł i przeszedł do krainy dusz.

Najpierw natrafił na drzewo morwowe wyrastającego z jaskini na ziemi. Przed  jaskinią stał strażnik, ale kiedy zbliżył się bez strachu, strażnik pozwolił mu przejść. Indianin zszedł do jaskini i znalazł ścieżkę, która  rozszerzała się i kończyła się w pionowej skale szerokiej i wysokiej na kilkaset stóp. Nie było zbyt dużo światła, ale patrząc tuż pod siebie zobaczył stertę piasku sięgającą z głębin na wysokość dwudziestu stóp poniżej szczytu skały gdzie stał. Przytrzymując się krzaka, zeskoczył z krawędzi skały i spadł na piasek, gwałtownie ześlizgując się po jego stromej stronie prosto w ciemność. Wylądował w wąskim korytarzu biegnącym prosto na zachód przez kanion, który stopniowo stawał się coraz jaśniejszy i jaśniejszy, aż w końcu mógł widzieć tak dobrze jak w dzień, ale tam nie było słońca. W końcu podszedł do odcinka korytarza, którego część była szersza, a potem nagle zwężała się w wąską ścieżkę. W tym wąskim odcinku , znajdowały się dwa wielkie, zwinięte węże. Wychylając swoje głowy, syknęły na niego gdy się zbliżył, ale gdy nie okazał strachu, cofnęły się w milczeniu i pozwoliły mu przejść. W następnym miejscu, gdzie korytarz znowu się rozszerzał, znajdowały się dwa niedźwiedzie grizzly przygotowane do ataku, ale kiedy się zbliżył i przemówił do nich, stanęły naprzeciw siebie i puściły go bez szwanku. Znowu zaczął podążać wąskim korytarzem i gdy po raz trzeci korytarz rozszerzył się, dwa kuguary przykucnęły na ścieżce, ale kiedy zbliżył się do nich bez strachu i zaczął mówić, one także się cofnęły. Indianin znowu wszedł do wąskiego korytarza. Przez jakiś czas podążał do czwartego odcinka, za którym nie mógł już nic zobaczyć: ściany tego odcinka zderzały się w regularnych odstępach, wydając potężne odgłosy, ale gdy zbliżył się, ściany rozstąpiły się póki nie przeszedł. Potem wydawało mu się, że jest w lesie i podążając suchym łożyskiem potoku, które prowadziło na zachód wkrótce wszedł do zielonej doliny gdzie było wielu biwakujących Indian i mnóstwo zwierzyny. Powiedział, że ujrzał i rozpoznał wielu z tych, których znał za życia i  zrobiło mu się żal, gdy powrócił do przytomności.

Powiedziałem mu, że jeśli to prawda, to nie chcę już żyć ani jednego dnia i kiedyś umrę, nawet z własnej ręki, aby cieszyć się tymi przyjemnościami. Sam leżałem nieprzytomny na polu bitwy i w tym stanie miałem kilka dziwnych myśli i przeżyć; lecz są one bardzo mgliste i nie mogę sobie przypomnieć ich wystarczająco dobrze, by o nich opowiedzieć. Wielu Indian uwierzyło temu wojownikowi i ja nie mogę powiedzieć, że on skłamał, lecz żałuję że nie wiem, czy to, co powiedział jest prawdziwe ponad wszelką wątpliwość.

Odkąd zacząłem żyć jako więzień, słyszałem nauki religii białych ludzi i pod wieloma względami uważam ją za lepszą od religii moich ojców. Jednakże, modliłem się zawsze i wierzę, że Wszechmogący zawsze mnie chronił. Wierząc, że to mądra droga, że dobrze jest chodzić do kościoła i że przebywanie z chrześcijanami polepszy mój charakter, przyjąłem chrześcijaństwo. Wierzę, że Kościół pomógł mi bardzo podczas krótkiego czasu w którym jestem Jego członkiem. Nie wstydzę się być chrześcijaninem i cieszę się wiedząc, że prezydent USA jest chrześcijaninem, bo bez pomocy Wszechmogącego nie mógłby właściwie rządzić tak wieloma ludźmi. Poradziłem wszystkim swoim ludziom, którzy nie są chrześcijanami, by studiowali tę religię, ponieważ wydaje mi się ona najlepszą religią, umożliwiającą właściwe życie.

Tłumaczenie: Ignacy Krautz
Tekst pochodzi z autobiografii Geronima spisanej przez S.M. Barretta (Geronimo’s Story of His Life)

4 komentarze

  1. Lucas Christopherus

    Czemu złe??? Bardzo ciekawe, niesamowicie rozwijające, poszerzające horyzonty. Cóż, Najwyższy ma wiele ścieżek prowadzących Doń, nie tylko tę najlepszą:)

  2. Lucas Christopherus

    Czemu złe??? Bardzo ciekawe, niesamowicie rozwijające, poszerzające horyzonty. Cóż, Najwyższy ma wiele ścieżek prowadzących Doń, nie tylko tę najlepszą:)

  3. Będę ciut złośliwy ale mogliście jakichś lepszych konwertytów znaleźć, niż protestanta wywalonego ze zboru za picie, hazard i synkretyzm religijny z apackim szamanizmem 😉

  4. Będę ciut złośliwy ale mogliście jakichś lepszych konwertytów znaleźć, niż protestanta wywalonego ze zboru za picie, hazard i synkretyzm religijny z apackim szamanizmem 😉

Dodaj komentarz